nie doszła, ale ochłodziło się na tyle, że da się żyć. I piździ, jak za cara na Skieletczyźnie, zatem większość społeczeństwa pomyka w kurteczkach i szalikach. Za to moja bluza wydyma się jak żagiel na wietrze i łopocze zwycięsko, a ja napawam się wiaterkiem, momentami zimnym, i chce się żyć. A że od świętej Anki chłodne noce i ranki, to w nocy zasypiając kockiem się jeszcze nakrywam i naprawdę chce się żyć. Sypiam do... 8-9, co jak na mnie jest rekordem świata, tym bardziej, że po południu drzemkę uskuteczniam...
I tak mi tydzień zleciał...
W niedzielę wlecieli Kierownikowstwo Budowy z podróży poślubnej, nie zapomnieli o moich fiołach i tym sposobem dostałam
Miejsce na naparstkowych półeczkach powoli się kończy, jako i na lodówce też miejsca brak. Półeczka w sumie pikuś, ale nowa lodówka... ;)
Pozostałe dni tygodnia minęły rzygająco, znaczy się, na wymioty mi się zbierało przy kolejnym ciągniku, ale nic to, dojechałam do końca. Jeszcze tylko wydruczki, ale to już pójdzie szybciorem, w sumie oleję i nie będę się przejmowała każdą spacją i inną pierdołą. Dostałam nówkę nieśmiganą, redaktorek tego kijem nie tknął, jak zwykle. To teraz ja oleję. I parę warzywek wleciało, w sumie dwa dni wolne sobie odbiorę i nikt nie powinien czuć się pokrzywdzony. Pensja dziś wpłynęła i zdziwko, tak jak sobie zawinszowałam, aż cudne oczęta przecierałam, że Boss nie skrewił :D Bywa...
W międzyczasie hycnęłam do miasteczka, dokumenty odebrałam, były gotowe przed terminem, też cuda wianki. W samych urzędach też długo nie kolejkowałam i tym sposobem mam spokój na 10 lat. EKUZ mam do 2017 ważny, więc też spokój na razie.
PEKĘ można ulgę zapisać na stałe. Można. Zapisali mi ją do 2025 roku. Potem mogę jeździć za darmo. Pozostaje jeszcze dożyć do tego czasu. I na razie pojadę bez miesięcznego, płacąc za każdy przejazd wydałam niecałe 50 zł w 3 miesiące, w tym kilka razy źle zapłaciłam (nadpłaciłam) i za Synową płaciłam, a to cały bilet. Więc póki łażę, nie opłaca mi się kupować sieciówki, bo za nią płacę 49,50 miesięcznie. Może jesienią, jak nie będzie już warunków do wędrowania to znów kupię.
W wiosce na przystanku stało sobie takie cuś
Bezpańskie. Ale nie ruszyłam, bo jeszcze bym za terrorystkę robiła, więc zostało, a ja wróciłam do domu... :)
I Baran się odezwał, Skubaniec. Nieśmiało zapytał, czy wlecieć na weekend może. Nieśmiały się znalazł, skórkowaniec :) Może, może, zatem wleci. Tylko na weekend, ale zawsze - już niedługo. We wrześniu. Cieszę się. I na złą drogę mnie chce sprowadzić, bo tak grzecznie mówi: a może byśmy na piwko wyskoczyli?? :) A ja jestem, proszę pana, na detoksie :P No nic, skoczymy, potem będę się detoksowała do grudnia, zanim znów mnie różni tacy na manowce nie zaciągną. Rasowa ze mnie alkoholiczka ;)
I jesień już puka do drzwi, dziś kupiłam astry... Zabolało w sercu, bo co, znów lato za mną? Kolejne? Tak szybko? Przecież wczoraj sadziłam bratki na balkonie...
Przesadzę je jutro, nie chce mi się...
Parę razy mnie wkurzyły w tym tygodniu sytuacje z kontaktami ogólnoludzkimi, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, na czym zwykle tracę.
I dlatego od dziś mam w dupie i tyle.
Jutro lecę na spotkanie z koleżanką z Auschwitz, chyba z rok się nie widziałyśmy. Najpierw mi napisała, że przyjedzie do mnie, a obiecuje już ponad 2 lata, a po północy pisze emilka, że nie może, bo w sobotę samochód daje do mechanika. No nic, ma autobus po samą moją chatę. W pierwszej chwili zła byłam, ale potem sobie pomyślałam, że w końcu mam się z kim na piwo wybrać, więc olać. Idę. Czasem trzeba z domu wyjść i nie będę przy garach stała i zastanawiała się, czy komuś smakuje.
Posprzątałam na zapas, więc mam dzień dla siebie, a w poniedziałek wracam do pracy, więc czemu nie wykorzystać luzu?
I spoko, nie ma się co spinać.
Trochę mną wstrząsnęła śmierć Kulczyka, bo wciąż mam te moje finanse pod górkę, a tu sobie po raz kolejny uświadomiłam, że żadna kasa nie czyni z nas nieśmiertelnych, że goli się rodzimy i goli idziemy na tamten świat. Od czasu do czasu muszę sobie o tym przypominać, bo tak wydaje mi się, że tylko ja mam problemy...
A w sierpniu będę się bawić w smażenie i inne tam powidlenie w kuchni. Spytałam Barana, czy chce, bo będzie szmuglował, a on na to, że tak, tak, że chętnie. No to wreszcie będę mogła spokojnie iść na Manhattan i nakupić tych wrzeszczących warzyw i owoców i zrobić im z dupy jesień średniowiecza, bo wreszcie ktoś to zje. Mam taki wewnętrzny przymus i potrzebę, a jeść nikt nie chce, a tu znalazł się amator kwaśnych jabłek. Zatem będziemy powidlić i pomidorzyć, i inne takie tam. Oby tylko ogarnąć gospodarstwo, pole i zagrodę ;)
W czwartek wleci Inżynier, ale jak po ogień, bo wieczorem wleci, w piątek jadą do K., gdzie ogarnie mi w ramach czynu społecznego Umarlaków, w sobotę mają ślub i weselisko (znajomi, nie Inżynier), w niedzielę wraca na memłon na chwilę, a w poniedziałek wylatuje i tyle go widzieli.
No nic...
Życie :)



kochana grunt że ruch w interesie ! kiedyś i ja Cię sprowadzę na manowce :D
OdpowiedzUsuńObiecanki cacanki, a głodnemu chleb na myśli ;)
UsuńW takim pudle mamy starą maszynę do pisania.Ciekawe co było w tym:)
OdpowiedzUsuńJa bardzo cierpię,tak tęsknię z Starszą.No ale moze w Polsce wreszcie jakos uda nam sie zgrać,zeby porozmawiac,bo takie tam pisanie to za mało.Nie wiem tak na prawdę jak im sie wiedzie,czy tam zostają faktycznie czy nie,ale mieli zamiar pół roku na początek,wiec raczej tak.
Ech.
No a na nasz powrót na memłon zapowiadają powrót upałów,cholera, to az zniechęca do wyjazdu.
Akordeon :) Dziś na Manhattanie gość na nim grał ;) Czyli znalazł się właściciel, pudło charakterystyczne, nie mogło być mowy o pomyłce.
UsuńTrzymam kciuki, żebyś pogadała ze Starszą. U mnie na początku Pierworodny odzywał się co tydzień, dwie godziny wisieliśmy na telefonie, bo nie miał wtedy neta, a teraz i pół roku się nie odzywa, przyzwyczaiłam się. Boli, ale nie rozdrapuję, bo po co?? Inżynier co dzień notkę skrobie, jak coś się dzieje to zaraz gadamy, a standardowo godzina-dwie raz w tygodniu, przegląd stron i prasówka :) Da się z tym żyć, nie jest źle. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, czego i Tobie życzę :) I błagam, nie przywoź upału. U mnie w pokoju na razie błogosławione 18 bez klimatyzacji i to lubię :D
No, przywiozłabym chłody i deszcze ,gdybym miała przywieźć niemiecką pogodę,ale i tu od dzisiaj zrobiło się słonecznie,czyli z Polski idzie do Niemiec ciepły front.
OdpowiedzUsuńAni mi się waż :D ;) Gorąca przywozić ;)
OdpowiedzUsuń