poniedziałek, 29 kwietnia 2024

Tydzień

 bez jednego dnia, Kochany Pamiętniczku, bez firmy.

I pensja na koncie, nie wygląda już tak źle, a i pani P. słowna jest - zareklamowałam i od razu zaległa kaska jest, nie muszę  się znów dobijać.

To lubię, nie da się ukryć. :)

Tak to ja mogę pracować, marchewka u mnie działa, kij nie.

A tak ogólnie to najchętniej rzuciłabym tę brudną robotę i wzięła się za węgiel.

Bo wiedzieli, że robię to, bo co mam zrobić, że to mój prywatny czas, ale nie. Byli przekonani, że no jak już jestem w domu, to mogę na okrągło robić. Bo oni mają dzieci, kaca, delegację, pracę w polu (to są dwuzawodowcy), urlop i co tam jeszcze, opiekę nad dzieckiem czy rodzicami.

Tylko ja jestem zawsze na posterunku, silna zwarta, gotowa, bo kto jak nie ja, bo jak to - tak szybko pani skorekciła, jak to możliwe?

Ano, możliwe, bo ja: nie siedzę nigdy w kuchni na pierdołach, nie mam przerwy na papierosa i nawet jak pracuję z domu, to mimo braku czujnego nadzoru ze strony oka Bossa, w momencie nadejścia pracy (emilka) przerywam natychmiast granie, oglądanie filmu, scrollowanie neta i zapinkalam ze śrubką w dupce, okrętową numer 5. Nie moja wina, że 85% mojej pracy to czekanie na nią aż przyjdzie.

I tym się różnię od innych korektorek, że nie szlifuję tekstu na siłę, poprawiam oczywiste kiksy, ale nie zastanawiam się godzinami, czy "objął stanowisko", czy został nominowany, czy może pełni funkcję. To nie jest czasopismo literackie, nie silę się tu na piękną polszczyznę, szanuję żargon, aczkolwiek  patogena zamiast patogenu wywalam bez litości, mimo zapewnień, że oni tak mówią :) Jak i nie pozwalam na dedykowanie wszystkiego ani na design zamiast wizerunku czy wzornictwa. Trudno. 

Ale dlatego czytam i poprawiam szybko.

I nienawidzę głośnego czytania wnukom, dzieciom też nie lubiłam, bowiem widzę całe zdanie i nie jestem w stanie go tak szybko przeczytać na głos, jak czytam w głowie, a to mnie niesamowicie frustruje i wkurwia. Alienek już sam czyta, ale wieczorem żąda czytania, bo... lubi zadawać głupie pytania przy tym...

Już niedługo to się skończy i dobrze.

W czwartek odpisałam E., że OK, ma wyznaczyć termin. Czekałam do dziś, pisałam dodatkowo na MSG, bo ile można czekać? Jak chcę się z kimś umówić, przechodzę do konkretów. Ale z nią zawsze tak było, że to ja musiałam się dostosować do jej cennego czasu, a jak już co do czego przychodziło, to dodatkowo czekałam, bo jest strasznie niepunktualna. No i nagrzało mnie, tym bardziej że I. zapytał, czy mogą wlecieć 2 maja. Powiedziałam, że czekam na odpowiedź, ale ile można? Więc w południe wysmażyłam, już bez tłumaczenia, kolejnego emilka, że niestety, przepraszam, ale termin jednak mi nie odpowiada. I chuj.

Wieczorkiem odbieram emilka, że właśnie chciała się umówić, że jest biedna, chora (tu litania wszystkich chorób z farmakopei), nieszczęśliwa, że teraz nie będzie miała czasu aż do końca maja...

Serio? Nie pracuje już, nie ma rodziny.

Ja też. Bo po weekendzie znów wracam do orki, a potem ten nieszczęsny okulista nade mną wisi.

Nie napisałam tego, nie odpisałam nawet, bo po co.

Odpiszę kiedyś tam.

Też jestem biedna, chora, nieszczęśliwa, zapracowana.  I na dokładkę mam rodzinę, która aczkolwiek paskudna i do potłuczenia o kant dupy, to jednak jest. I tak się składa, że chcemy się sobą nacieszyć, a to wcale nie jest takie łatwe. I odległość, i wszyscy pracujemy.

Jak się ostatnio umówiłam, to odwołała, bo jej godzina nie pasowała.

Więc głupia jestem i mam wszy na płucach, że się w ogóle denerwuję.

Przyjaciółka w cudzysłowie.

Kiedy zostałam z dnia na dzień bez mieszkania, jeszcze za panieńskich czasów, ona mieszkała w pokoju dwuosobowym, wówczas już sama.

Poprosiłam o przytulenie na parę dni. Odmówiła, bo rzekomo właścicielka się nie zgadzała. (Właścicielkę znałam, to dzięki niej poznałam Eksa). Po jakimś czasie wyszło na jaw, że nie zgodziła się, żebym z nią pomieszkała, bo... właśnie miała płomienny romans z, nota bene z żonatym, no i ja bym w tym przeszkadzała.
Uratowała mnie wówczas moja ówczesna szefowa, nawiasem mówiąc, żona esbeka, na którą wszyscy pluli z tego powodu, dając mi klucz od ich służbowego mieszkania, bo wyjeżdżali na urlop, prosząc jedynie, bym pod żadnym pozorem nie odbierała telefonu ani z niego nie korzystała. Dla mnie ten warunek nie stanowił żadnego problemu :) 

Więc jednak są ludzie i są parapety.

Że nie rozpamiętuje się przeszłości?

A dlaczego?

Niby dobrze nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka, ale czasem trzeba wrzucić na luz, żeby nie pękać.

I też nie czuję się OK, pomijając moją wysoką tolerancję na ból, dzięki której nie chodzę i nie opowiadam, jak bardzo bolą mnie wszystkie kosteczki. Bo bolą zajebiście, ale wciąż pamiętam zalecenie TEGO szwagra: boli, to ruszaj. Działa, chociaż czasami czuję się jak mała syrenka na tych moich jebanych paluszkach i kolankach, a i po schodach schodzę ostatnio ostrożnie, bo czasem kostki nawalają, skurcz chwyta, kolanka skaczą, a i rączki też w stawach jebią. Trudno. Starość. Nie będę tego leczyła, patrząc na kolejki do reumatologa i innych "logów". Z jednej takiej kolejki spieprzyłam w podskokach, mając skierowanie, jakieś 10lat temu. I żyję, więc się da. Okulistę szanuję, bo co będę robiła bez ślepiów, nawet jak przejdę wreszcie na emeryturę, to ślepa nic nie oglądnę ani nie przeczytam. Audiobooki nie dla mnie, nie pamiętam po chwili, co kto czytał, jestem wzrokowcem. Kardiologa omijam po ostatnich doświadczeniach, ciśnienie mi się wyregulowało tak, że jest za niskie, pewno się za dobrze prowadzę, pora zaszaleć. Zejście na zawał nie jest takie złe - byle szybko i nie bolało :) 

Leki, które zażywam, mają nieprzyjemne działania uboczne, ale olać.

I jestem tylko głupią gułą, że czuję się źle, że odmówiłam i że wolę się pomęczyć te parę chwil z bandą z włości.

No cóż...

Tak, wyżalam się na blogu, ale to jest mój blog i mój Pamiętniczek.

Na sobotę zaplanowany wyjazd do Umarlaków.

Chcieliśmy się spotkać z M., bo Inżynier ją polubił, jej męża też (ja go pierwszy raz w życiu widziałam na zjeździe), no i... nie da się ukryć,  że I. wcięło, bo tam są kotki, dużo kotków i wszystkie pojebało (znaczy się te kotki) na I., nawet kotka, który nikomu nie dawał się głaskać...

Takie mam zwariowane dziecko, cóż, na pewno nie po mnie i nie po Eksie,  bo Eks zawsze im śpiewał: kiedy czarny kot przebiegnie tobie drogę, nie myśl, że to pech. Wyrwij kotu z d... jedną nogę, niech biegnie na trzech. Nie praktykował, takie miał poczucie humoru, ale denerwował wszystkich... I śpiewał jeszcze: Wpadł pies do kuchni i porwał mięsa ćwierć. A jeden kucharz głupi zarąbał go na śmierć. A drugi kucharz mądry, co litość w sercu miał, zakopał go w ogrodzie i taki napis dał... i da capo al fine... :) Nie żeby coś robił zwierzakom, ale lubił głupie śpiewki, a Patika, owczarka domowego szanował :) 

Ale M. siedzi w DE i znów nam randka nie wyszła.

Za to ja mam nadzieję (odpukać, niech tego nie usłyszą żadne złe moce), że to będzie znów fajna sobota.

Jadą jutro pod Łódź, na safari, na białe tygrysy polować. Obiecał Łobuzów nie rzucać na przynętę tygrysom, mam nadzieję, że dotrzyma.

Taki mają rytuał na urodziny Inżynierowej.

Chociaż ja swoim małym móżdżkiem badylkowicza nie ogarniam, jak ludzie tak zwierzolubni mogą chodzić do ZOO. I się nim zachwycać. Zwłaszcza teraz, gdy zwierzęta można oglądać w naturze i na YT, i na innych platformach. Dla mnie zwierzę, patrzące zza krat na świat, jest bardzo nieszczęśliwe i nie dociera do mnie żadne tłumaczenie.

Nie chciałabym być zamknięta za kratami. Może dlatego całe życie się dobrze prowadziłam, żeby tam nie wylądować.

Choć zakratowana byłam wieloma obowiązkami, zakazami, nakazami, wypada, nie wypada, co może matka Polka, co może kobieta, co może i nie może...

Nauka asertywności jest bardzo trudna.

I chyba do końca życia nie ogarnę wszystkiego.

Ale cóż...

Nie poradzę nic na wszystko i nie ogarnę wszystkiego.

Nie byłam, nie jestem i nie będę idealna.

Kocham siebie od niedawna taką, jaka jestem.


 

Do napisania, Kochany Pamiętniczku...




piątek, 26 kwietnia 2024

Hahahaha

 chyba zostanę legendą wśród gazowników, Kochany Pamiętniczku...

Szukałam pomocy na osiedlowym czacie i zgłosił się pan, zresztą z naszego osiedla, kumaty, bo mówił, żeby zadzwonić, ale napisałam mu na MSG jak jest, odpisał zaraz, SMS lub MSG nie był dla niego problemem, a zazwyczaj instalatorzy mówią: telefon, bo SMS nie widzi, a MSG to już w ogóle wyższa szkoła jazdy. A że pana polecała pani z osiedla, tom się umówiła, tym bardziej, że nie wycenił usługi z góry, a ja gotówki raczej nie mam, powiedział, że BLIK, przekaz albo poczeka - ideał, nieprawdaż?

Sam napisał MSG, że może być za pół godziny, a ja akurat wparowałam do chaty z wypchanym po brzegi wózeczkiem, bo nie lubię w sobotę robić zakupów, a nie było mnie przecież.

Idealnie.

I był punktualnie, co jest ewenementem na skalę światową, albowiem gdy fachura mówi "za pół godziny" to zazwyczaj mijają 2-3.

Uśmiechnięty, sympatyczny.

Wyłuszczyłam, w czym rzecz, mówiąc, że tragedia.

A gość otworzył piekarnik, wsunął tam ręce, i TADAM - odsunął maszynkę. Zdębiałam. Mówię, że zaraz pod zlewem wyciągnę tę nieszczęsną wtyczkę, a on z uśmiechem schylił się, wyciągnął zepsuty przedłużacz i... w kontakt wsadził wtyczkę od maszynki, pytając przedtem, czy chcę założyć nowy przedłużacz, ale zaprzeczyłam, za Chiny Ludowe nie chcę nic, na co mi znów z piecyka będzie pryskać i osrywać, a przedłużacza to ja się boję myć. Pokazał, że wszystko działa, a na moje pytanie o cenę uśmiechnął się i powiedział, że jak dam na piwo to się nie pogniewa. Dałam dychę, ale miałam tylko ją i 50 zł, a 50 zł za minutę pracy to chyba jednak przesada :) 

Pożyczyliśmy sobie miłego dnia, później na MSG napisał mi: zawsze do usług :) Ozłociłam go na czacie, co z tego, że niewiele zrobił, pewno gdybym miała kumatego sąsiada, też b y to ogarnął, ale nie mam. Pierworodny jest od wody i prądu (ma uprawnienia SEP), Inżynier też ma takie uprawnienia, no i miszcz kompików jest, ale gaz? Ja się gazu boję jak diabli. Nie wiedziałam, że maszynkę można tak wysunąć, bo nie widziałam, jak majster ją montował.

Zresztą jestem technicznym debilem, nie umiem skręcać, rozkręcać. Młodą matką będąc zostałam przez życie zmuszona do zabezpieczenia łóżeczka, które Pierworodny stale rozwalał, ciągnąc za górny szczebelek, wywalał wszystkie. Eks się do naprawienia nie kwapił, więc wzięłam takie kątowniki, jak kiedyś były w oknach i złączyłam łóżeczko w rogach. A ten stał nade mną i pierdolił, że to bukowe drewno, a śruby się wkręca, a nie wbija. Na całe moje szczęście nie zabiłam gada, a łóżeczko przeżyło jeszcze Inżyniera.
Zamek do drzwi (patent) z jednym takim geniuszem z pracy od teściowej zamontowali na... zapałki, bo im nie stykało ze ścianą.

A potem, gdy Inżynier składał nasze pierwsze biurko pod kompika, stał nad nim i pieprzył, że źle czyta plany. Inżynier miał wtedy kilkanaście lat i to był jego pierwszy mebel. 

Malować malowałam w swoim życiu dwa razy, choć moi rodzice nigdy nie malowali sami, brali zawsze malarza. I przy malowaniu skakałam i po drabinie, i po meblach, żeby sufitu dosięgnąć, bo mam w kapeluszu i na szpilkach całe 170, a ten stał pod drabiną, palił papierosa, jak właśnie byłam na odwyku (udanym, do dziś nie palę) i krytykował, że nie tak...

Tak więc dzieci me same się jakoś utechniczyły, z Eksa nie było w niczym pomocy. Sam będąc inżynierem mechanikiem naprawiał znajomym samochody, ale ze swoim z każdym gównem jechał do kolegi ze studiów do warsztatu, do dziś mam w pierdalniku rachunki z datą urodzenia dopisaną, nagle nie miał narzędzi. A kiedyś wiózł mnie i dzieci do tego warsztatu, bo mu się koła lelały. W warsztacie okazało się, że ktoś kradł w nocy koła, na naszych się naciął, bo miały jedną śrubę antykradzieżową. I na tych pojedyńczych śrubach, lelających się kołach, dojechaliśmy 30 km do warsztatu. Nawet tego nie sprawdził. 

Tak, miałam wybitny egzemplarz chłopa :) 

Tyle że nie pił, nie bił, więc za niego wyszłam, bo bałam się panicznie picia i bicia :) 

Ostatni remont robił u mnie 10 lat temu niezły egzemplarz, jak ktoś ciekawy - proszę się cofnąć o 10 lat, nie chcę tego nawet wspominać.

Teraz już nie ogarnę nic, nie mam siły na takie imprezy. Więc albo chłopcy mi ogarną, albo zapuszczę chatę na amen, nie ma innej opcji.

No dobra, dość biadolenia, mój nowy czajniczek jest przystojny 


i całe szczęście, że pamięć mi nie szwankuje i wiem, że każdy czajnik przed użyciem należy wymyć i wygotować, a specjalnie kupiłam taki z pokrywką, bo lepiej się wodę nalewa, widać, ile...

A tam na dnie czajniczka była niespodziewajka

Znaczy się instrukcja obsługi czajnika dla niepełnosprytnych.

Trudno, skoro mamy prezydenta debila, to i reszta społeczeństwa debilnieje.

Koleżanka na FB napisała, że ona taką instrukcję wygotowała, bo wlała wodę przez dzióbek i do głowy jej nie przyszło, że może tam być w środku książeczka :) 

A instrukcja w 8 językach, ojacierpiędolę :D 

Ile drzew umiera niepotrzebnie przez takie coś?

I ile makulatury się w domu gromadzi niepotrzebnie?

Wiem, że nie wszyscy mają internety, ale przecież ma je już większość społeczeństwa. Co stoi na przeszkodzie, by takie coś w PDF zamieszczać tam?

Osobiście nienawidzę instrukcji.

A tak sobie dziś popatrzyłam po chałupce w promieniach wiosennego słońca i stwierdziłam, że zrobię sobie Dzień Dziecka.

Znaczy się - nie ma dnia gospodarczego. 

Bo pojechałam w niedzielę, wróciłam w piątek, nawet nie miało się kiedy nabałaganić. Dokładnie obczaiłam zlew w łazience - jest idealnie czysty, nawet ten kurz z wentylacji na nim nie osiadł... W porównaniu z tamtym zlewem, łazienka jest IDEALNA.

A jak coś, mam dwie rączki i domyję.

Więc dzień gospodarczy przełożę na 1 maja, wszak to święto ludzi pracy.

I nie, że coś mam do tamtej chaty, ale naprawdę chodzę po kątach i kontempluję...

Tu poprawię, tam wyrównam, tu przesunę, pyłek gdzieniegdzie strząsnę i jest cudnie.

A na balkonie, na razie nieposadzone, bo nie za bardzo mam w co, bratki i stokrotki w tym roku nie padają, czekają na swoją kolej


kupione na włościach. Myślałam, że drogo, że przepłaciłam, ale jak lazłam po pierogi, to te plekrantusy zielone mnie zachwyciły i zapłaciłam 11 zł za jeden. W zeszłym roku były na Manhattanie po 7 zł. Ale nie wytrzymałam, kupiłam. Wiem, rozrzutna jestem. Dziś na Manhattanie patrzę, a u "mojego" gościa takie mizerne są po 10 zł. Więc nie, nie przepłaciłam. Tyle że na razie się wstrzymam z kupowaniem, bo nie mam gdzie sadzić. 

W sumie trzeba by pojechać na giełdę, ale kalendarz napięty jak cholera, wstępnie 4 maja wyprawa do Umarlaków zabukowana... Potem już pracy po kokardkę i kucyki, a potem zaraz okulista i chujwicodalej...

A Inżynier kaszlał i charkał jak umierający łabędź, ale na moją sugestię, że jednak lekarz, nadymał się jak purchawka i oczywiście, matka fantazjuje i pisze scenariusze.

A dziś jechał 50 km do lekarza w jedną stronę, bo tak ma firmowego i antybiotyk. Angina. |Ale skunks nie poszedł na L4.

Po kim on to ma?

Coraz wcześniej i coraz dłużej jest jasno.

Znów zaczynam tęsknić za światełkami i mrokiem.

Nic nie poradzę na to, że My Shadow i ja lubimy mrok. 

Mrok jest przyjazny i dobry. 

A na razie coraz lepiej idzie mi oswajanie nowej zabawki i coraz bardziej ją lubię.

Aczkolwiek nie lubię pracowej, bo nic tam nie chcę robić. Ma chujowe ustawienia do śledzenia każdej mojej aktywności.

I chujowe zapisywanie, bo tak. I nie mogę nawet usunąć skrótów z pulpitu, bo nie mam uprawnień administratora.

A nienawidzę tego na biureczku :) 

No to się dziś rozpisałam. 

W perspektywie mam spotkanie z koleżanką ze studiów, jeszcze nie odpisała.

Ale nie ma opcji, że do niej pojadę. Już nie. Chce, niech wpada do mnie.

Mnie to rybka, dobrze się bawię sama ze sobą.

A, nie że zaraz masturbacja, chociaż bardzo mi się kiedyś podobała w UK koszulka z napisem: Masturbacja - miłość do samego siebie, ale mnie dzieci odciągnęły od niej siłą :)



czwartek, 25 kwietnia 2024

Home sweet home


 Kochany Pamiętniczku :) 

To były bardzo intensywne dni.

W niedzielę czekałam na Inżyniera, a tu nagle wyskakuje wiadomość na FB, że wygrałam kilo lodów.

Bo wylosowane numery paragonów nie odebrały, więc padło na mnie i tadam...

Poleciałam zagłosować, tfu, tfu na mniejsze zło, bo jednak pisior na stanowisku prezydenta Koziołkowa to byłaby hańba i upodlenie, no i po drodze odebrałam lody.

To moja pierwsza wygrana w życiu, nie licząc trójek w totka.

Oczywiście, najbardziej zadowolone były Łobuzy :) 

I podkreślam, to są autentyczne łobuzy, nie ma innej opcji :) 


Na włościach zostałam powitana tak entuzjastycznie (jeszcze nie wiedzieli, że mam lody, duuużo lodów), że zastanawiałam się, co im do jedzenia dosypują. Moja najmłodsza wnuczka Nie Dotykaj Mnie rzuciła się na mnie jak tornado, wrzeszcząc, że kocha mnie bardziej niż dziadka, ale nie potrafiła tego racjonalnie udowodnić, niemniej cały czas mnie kochała aż do mdłości :) 

Alienek to wiadomo, babci pieszczoszek, więc spoko.

Wieczorkiem Inżynier popodłączał lapka do wszystkiego i wzdech... znów musiałam się uczyć od nowa co i jak, tym razem na trzech (sic!) monitorkach. A co, rozwijać się należy.

Zamykanie upierdliwe było, bo okazało się, że drukarka nie drukuje tu dwustronnie, no i od skanera do kompa trzeba było za każdym razem latać po zeskanowaniu strony, a na drodze stała zapora w postaci


 śpiącego cały dzień Edka z Fabryki Kredek, a ja ledwo się mieściłam między drapakiem a biurkiem. A i moja upyprana klawiatura jest czysta jak łza w porównaniu z zawaloną sierścią klawiaturą mego dziecka. Zaś laptopik będzie przechodził jutro operację odkłaczania...

Czasami Edzio wskakiwał na 


, z którego trzeba było go siłą zwlekać, swoje waży, a i pazurów nie żałuje. Cóż, pilnował interesu pańcia :) 

Gej jeden, lizus i przydupas.

Za to Arya najpierw demonstrowała niezależność, ale gdy tylko zostawałyśmy same, to ojacierpiędolę, co te sierściuchy tak za mną latają? Miziać się kazała, Skubana, a jak jechałam po ogonie, to miałam bezpłatne elektrowstrząsy :)  

Jebaniutka, jak raz zamiotłam podłogę, bo mnie diabli brali, to zaraz naskrobała na drapaku, osz, przechera jedna :) I już był bałagan...



Mniejsza z większym, bawiłam się z sierściuchami nieźle, chociaż wkurzał mnie każdy kłaczek w żarciu i w piciu, na nic zdają się tłumaczenia Inżyniera, że przy wyprowadzce będę miała sprawdzane rzeczy pod kątem nielegalnego wywozu, że nie oddamy ani jednej sierści. Do domu przywiozłam niezły zapas :) 

Z Łobuzami coraz ciężej, są bardzo kłótliwi, leją się o byle co, kłamią jak najęci (mama mówiła, że mogę, tata pozwala), nie słuchają, co się do nich mówi, ale gdy ja wyłączam aparaty i mówię, że nie słyszę, co chcą, obrażają się śmiertelnie. Jestem pełna podziwu dla opanowania i zimnej krwi rodziców, bo ja sobie takich cyrków nie przypominam (dziękuję ci, Alzheimerze). Niemniej wróciłam zmęczona jak kobyła po Wielkiej Pardubickiej, a może i więcej, od tych kłótni, histerii i wrzasków.

Samo odprowadzanie to tym razem było małe miki, bo Inżynierowa już jeździ swoim autem (do mistrzyni jej trochę jeszcze brakuje, ale nie jest źle), więc jak mogła, to podrzucała i odbierała.

Samo odprowadzanie ich to luz i hasta manana - Inżynierowa z podziwu nie mogła wyjść, że ja bez bicia i bez budzika wstaję o 5.30. Ogarniałam się, potem wywalałam Łobuzy i ma się sposoby, żeby je pogonić. 

A chowane są, że mają ogarniać same wszystko, więc Alienek, zamiast się ubierać, układał klocki, a Kalafiorkówna chodziła swoimi drogami. Awantura o to, kto w którym kibelku sika i inne takie tam.

No a u mnie był konkurs, kto pierwszy się ubierze i za 5 minut ekipa na złamanie karku leciała na dół, ubrana :) 

Wychodziliśmy na autobus znacznie wcześnie, ale ja mam tak wbudowane, że wolę pokwitnąć, jak nie dojść. Tym bardziej że autobus raz na godzinę, a lecenie z jęczącymi Łobuzami, że daleko to średnia przyjemność.

Zatem autobus, a po drodze kontemplowaliśmy i chmurki, i grubelki, i sroki, i inne takie tam...

W przedszkolu mnie pamiętali i miło było.

W drodze powrotnej nowa piekarnia Pod Strzechą, droga jak diabli (w 3 dni zostawiłam tam stówę, na chleb nasz powszechni, rogaliki, bułeczki z dynią i oczywiście na grzybki dla Łobuzów, grzybki po 70 zł za kilo, a kupowałam im po 10 deko - dla K.oczywiście pinkowe, dla A. brązowe, bo czekoladowe). Ale warte swojej ceny, więc OK, a i dziś na kolację zjadłam 4 skibki chleba z samym masłem - jak za czasów dzieciństwa smakował, choć wtedy nie było orkiszowego ze słonecznikiem :) 

Z piekarni kawałeczek i już byłam na przystanku z wyświetlaczem i tadam: kilka minut i autobus prawie pod sam dom :) 

Dziennie bez wysiłku stukałam ponad 7 tys, kroków, to też na plus.

W środę jednak musiałam odebrać ich z przedszkola i cyrk był na kółkach. (W inne dni odbierała ich mama).

Bo przyszłam bez parasoli. A miałam wziąć parasole, jak będzie padać, ale niebo było idealne. 

Bo żaden autobus o tej porze nie jechał (bo nie jechał). Gorycz dalekiej drogi do Bajkału oszczędziła piekarnia i możliwość wybrania słodkiego, ale potem zaczęła się jazda. Bo tam oprócz normalnych chodników, ciągów pieszojezdnych są też takie 


I nie ma innej opcji. Ja sama pół tego chodnika zajmuję, a co dopiero ja i dwójka. A po jezdni jeżdżą Claasy, John Deere, wielkie ciężarówy z pobliskiej budowy, betoniarki, a po chodniku tym rączo mkną małolaty z podstawówki na rowerkach, hulajnogach, bo przecież chodnik jest dla nich. I chodzą panowie z psami ras groźnych, bez kagańców, a jakże, na długiej smyczy, bo ich piesek jest grzeczny. I popylałam tam ja, z Łobuzami, kłócącymi się, że nie dadzą sobie ręki, z ciężkim worem pieczywa, próbując iść od strony jezdni, bo mnie byle pęd ciężarówy nie zmiecie, ale gdzie tam... Bo nie dadzą sobie rączki, bo Kalafiorkówna kocha pieski u leci do amstafa, który dzieci wyraźnie nie lubi, bo Alienek wieje, bo boi się psów...

Kurwa.

Dotarłam do domu i wyżymałam T-shirta, a oni byli zdziwieni, że nie chcę się z nimi bawić w gonito...

Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa...

A przyroda tam oszalała

Bzy, znaczy się lilaki, przetykane złotokapami :)
I tak się jakoś stało, że bez pachniał jak bez, i słowo pachnieć pachniało, i łzy były pełne łez...
I te mlecze zmrożone jednego ranka...

... zmartwychwstałe następnego.

I kwitnąca już kalina (sic!), już nie mam siły wklejać fotki...


 ... i...

Wnerwiał mnie wszechobecny bajzel. Wracając poprztykałam się z I, mówiąc, że nic dziwnego, że Łobuzy nie sprzątają, skoro łóżka są nieposłane. Nie moja bajka, nie mój interes, tak w sumie w życiu nie miałam osobnej sypialni i osobnego miejsca do życia (pomijając kuchnię w domu rodzinnym). Ale zawsze i wszędzie posłanie łóżka czy kanapy zaczynało dzień. A potem już z górki wszystko lądowało na swoim miejscu.

A tu dzieci rzucają ubranie pod prysznicem i leży. Aż się ktoś ogarnie i wyniesie do pralni. Nie wynosiłam, bo to nie moje zadanie. Nie sprzątałam, bo... No serio, może źle robiłam? Bo aż wyłam z nudów i ręce mnie świerzbiły, więc jednego dnia ogarnęłam dół, pozamiatałam (a mają dwa rodzaje odkurzaczy, ale... ładują się zakurzone, a ja nie wiem, jak je obsługiwać, a słyszałam, że mają humorki), więc jak rasowa wiedźma wzięłam miotłę, ale kilka minut później oba koty rzuciły się na drapaki z kartonu i znów wszystko w okolicy było... no, usłane :)  

Nie mówiąc już o tym, że zamykają się w kiblu z iPadami (rano), no i...

Serio, mówiłam dziecku, że mam odruchy. Że muszę mieć rano łazienkę. Dlatego wstawałam o 5. 

I nie, nie wyjdę z domu bez pójścia do kibla dwa razy (u mnie w Heimacie był na murze napis: rób kupę na raty), no ale synowa nawet dzieci na mycie zębów blokuje, bo... musi zrobić makijaż. Na górze w niedokończonej łazience jest tylko WC. Malować się można wszędzie, ale oczywiście, to nie jest mój dom i nie mogę o nic prosić.

I nie, w życiu nie zabrałam elektroniki do kibla. Książka i gazety - i owszem, nawet w wannie czytałam. Ale elektronika? To już nie jest moja bajka tam...

Nie lamenciłam już I., bo co to da? Ma dość zmartwień. Ale na wieść, że w czerwcu coś się kroi - zamarłam. Bo może jednak dziadek? Dlaczemu zawsze ja? W sumie od latania w poniedziałek po schodach z biura, bo przecież człowiek nie wielbłąd, pić musi, a i Łobuzy miałam w pracy do dziś nie pozbyłam się zakwasów, no dobra, za mało się ruszam, ale jak umarnę, to się wcale nie będę ruszła, o :)

Jednak jesteśmy innymi pokoleniami, z innej gliny. Też nie lubię sprzątania, ale jeszcze bardziej denerwuje mnie bajzel. Nie ma już nikogo, więc wszystko mam na swoim miejscu. Czytałam wszędzie, ale najpierw ogarniałam tę kuwetę. 

Nie potrafiłabym usiąść z książką (iPadem) i mieć wyrąbane na wszystko.

Umyłam zlew (srebrny, tragedia) i baterię. Bateria niemyta od roku.

Też mam po kątach kurz wieków, nie odsuwam szaf , bo siły nie mam. 

Ale...

Jestem już stara i niedołężna.
Nevermind. Morda w kubeł.

Łobuzy na wieść, że nie przyjadę więcej, że będzie je odwoził dziadek, zastrajkowały.

Nie chcą dziadka.

Synowa w rozmowie mówi: no dobra, dam mi foteliki, ale i tak ich nie zapnie...

Potem były sceny balkonowe, nie płacz, kiedy odjadę i takie tam...

A w domu, gdy wszystko popodłączałam do ładowania, brudy wywaliłam do prania, wypakowałam (wydałam majątek na komarnice tam), chuj bombki strzelił...

Świąt nie będzie...

Wyjeżdżając, wyłączyłam przedłużacze i kable.

No i odpadł ten pizdryk  przełączający w kuchni. Nie da się odłączyć kabla (a zarósł nagarem, bo wciąż bałam się czyścić), albowiem


ten eugeniusz polecany również przez Sikorę, nie jej wina, tak przeciągnął gniazdko z pokoju

i wsadził tam przedłużacz, że docisnął je kuchenką gazową. I aczkolwiek do gniazdka dostać się mogę od strony zlewu, kabla za Chiny Ludowe nie wyciągnę, bo kuchenka go blokuje.

Na całe moje szczęście na czacie osiedlowym na FB znalazł się gość, który zadeklarował, że to ogarnie, a ma uprawnienia na gaz.

Nie chcę wysadzić całego bloku w powietrze, więc...

Trzymajcie kciuki...

I oby żadnego zwarcia nie było do jutra, wszystko odłączyłam, ale wiadomo jak tam z elektryką jest...

Ja to ma klawe życie, co nie?


A...

Takie tam z Londynu dostałam



Cót, mjut i ożeszki laskowe :)



piątek, 19 kwietnia 2024

Na to wino

 Kochany Pamiętniczku, zasłużyłam jak nigdy. 

I nie zmienię zdania - menopauza to małe miki przy andropauzie.

Połowy załogi już nie ma, kto może, odchodzi, przychodzą jednostki, które myślą, że mogą być dziennikarzami, bo przecież pisać każdy może.

Sama sporo wiem, ale nie jestem w stanie poprawiać niuansów fachowców - dla mnie elewacja to to samo co fasada, a okazuje się, że nie. No ale mnie się mają literki zgadzać, nie niuanse danej dziedziny - od tego są właśnie redaktorzy z danej działki. No chyba że ktoś myśli, że jest omnibusem.

A Boss robi już wszystko, bo nie ma kto robić, w rezultacie wszystko leży i kwiczy. I sądzi, że zna się na wszystkim, a jak mu ktoś mówi, że nie, to odpowiada, że tak ma być, bo on tak chce. Są zebrania w najgorętszych momentach - błogosławię home office, bo jak wiem, że jest zebranie, to mam dwie godziny dla siebie, a tak musiałam kwitnąć na twardym krześle, słuchając o sprawach, na które nie mam absolutnie żadnego wpływu, ale wiecie, rozumiecie, popieracie, pomysły macie. 

A że robota się wali i potem ciągną to po nocach - och, co za problem, jesteśmy zespołem wszak.

Takim, kurwa, że czekam 3 godziny na jedną stronę, która MUSI wyjechać, a nie wyjeżdża, bo nie ma zgody naczalstwa, które... no jest nieskoordynowane, a skoordynowana część naczalstwa rzuca wszystko i jedzie do weterynarza, bo ma chorego psa. Ma też w domu męża i resztę rodziny. Uśmiech na ustach, choć w sercu ból. Wiadomo, życie nie jest sprawiedliwe.

A ja się, kurwa, na zapas martwię, co będzie, jak po 13 (już prawie 14) latach nienagannej bezabsencyjnej pracy pójdę na L4.

Niezła ze mnie wariatka, co nie?

I żeby nie zależało mi na tych paru groszach, jebnęłabym torebką i poszła.

Ale już starożytni wiedzieli, że pecunia non olet, a ja nie wiem, jak długo się jeszcze da, nawet jakbym miesiąc czy dwa dłużej pociągnęła na L4 to i tak już coś.

W każdym razie, jeszcze jeden dzień przede mną, a potem już utargowałam, że będę z łaski ze względu na załogę, bo jadę na wycug i okazuje się, że jednak na parę dni, co mnie wcale nie zachwyca, ale cóż. 

Raz, że Łobuzy, dwa, że dziecko się stara.

A i drugie się dziś przydało, bo...

Zachciało mi się być perfekcyjną panią domu. Kurze ścierałam. Pod monitorkami. Tak nieszczęśliwie, żem tknęła jakiś jebany guziczek pod monitorkiem i tadam - wszystko poszło się jebać. Na dokładkę tknęłam inny guziczek pod drugim monitorkiem, no i KATASTROFA. Restart, nie pomaga. Piszę do Inżyniera, dostaję instrukcję na filmie, jak włączyć. Instrukcja u mnie nie działa, nie umiem tak wciskać guziczka. Hahaha, ten atomowy pewno bym lekko wcisnęła, ale tu nic. Monitorki zdechły. Mówi, że mam kabelki sprawdzić, bo może coś wypięłam. Nie było opcji, do kabelków się nie zbliżałam. Ale sprawdzam i nic.
Przysyła mi linka do monitorka, ale ja, sierota, na iPadzie nie mam Acrobata, instaluję, ale i tak nie mogę go otworzyć i DUPA.

A tu mam skaner, bez którego nie wyślę II korekty na wydruku.

Przypominam sobie, że Pierworodny ma urlop. Piszę. Nie odbiera. Wykorzystuję jego brata - ten dzwoni. Będzie u mnie za godzinę.

A tymczasem Boss, który nie umie odczytywać korekty na PDF (a tylko tak mogę na laptopie zrobić) przysyła materiał, który powinien iść... przedwczoraj.

Kurwa. Na całe moje szczęście sekretariat Bossa jest kumaty i ogarnie naniesienie...

Zjawia się Pierworodny, parę kabelków odłączył, sprawdził dupę kompa (ja się tam nawet nie zbliżałam), powciskał te jebane guziczki i tadam - odzyskałam swoje centrum operacyjne.

I jestem uzależniona, bo sam fakt, że NIE MAM DOSTĘPU do mojego kompika dobijał mnie z minuty na minutę, pomijając sprawy pracowe... Reagowałam, jak przy rzucaniu palenia. A nie było mi łatwo.

O ile na wyjeździe przeżyję na iPadzie, bo czemu nie, to w domu MUSZĘ mieć kompa.

Nie jest dobrze. 

No, nie jest źle, ale dobrze nie jest. Co ja zrobię, jak pożyję dłużej niż ustawa przewiduje, nie będę mogła pracować i nie będę miała kaski na nowy kompik?

Bo każdy z tych kompików pada, nie że fizycznie pada, ale po prostu kolejne pierolety nie są obsługiwane.

Miałam nienaładowany iPadzik, a chciałam sobie w łóżku oglądnąć coś na HBO.

Odpalam stary, oglądam, a następnego dnia na emilku wiadomość od HBO, że ktoś w moim gospodarstwie domowym oglądał coś na szmelcu i że mam sobie poszukać czegoś lepszego.

A niektórych gier tam się już nie da nawet otworzyć, a to nie są jakieś wyjechane w Kosmos.

Makabra.

A wracając do rzeczywistości, bo nie samym netem człowiek żyje


dobrze jest wstać, skoro świt :) 

I zapieprzając na Manhattan wreszcie sfocić tę cudną lipę, która, a jakże - zmartwychwstaje, co nie?  Potężna jest matka Natura, nie będzie nas, będzie las...

I popatrzeć z nienawiścią na debili z kosiarkami i z takim na motorku, którzy ruszyli kosić (już!) tę piękną, ledwo od ziemi odrosłą trawę


i zostaje potem takie poszarpane nieszczęście i gówno. Dosłownie gówno.

Malownicze, kurwa, szkoda że mu się na tej żyłce nie rozjebało i nie obryzgało.

A ja mam już lato


bo leluje :) 

I nawet te przymrozki (odpukać) nie zaszkodziły moim stokrotkom i bratkom.

Udanego weekendu, będę, jak wrócę. Albo i nie, kto to wie :)

wtorek, 16 kwietnia 2024

Myślałam

 że dobrze się kamufluję, Kochany Pamiętniczku.

A jednak znalazła mnie jedna z czytaczek, zresztą moja imienniczka.

I okazało się, że mamy całkiem sporo i ludzi, i miejsc wspólnych.

Z jednej strony to fajne, z drugiej przerażające.

A to zwykła dziewczyna jest, a nie żadne as wywiadu :)

Chociaż nie żałuję takich netowych znajomości, a parę ich w życiu zawarłam.

Powstały z tego czasami niesamowite historie, są stamtąd ludzie do dziś ważni w moim życiu.

I mogłabym sporo ciekawych historii opowiedzieć, ale czasem na pewne rzeczy lepiej rzucić zasłonę milczenia.

Kto wie, ten wie :) 

A w moim dawnym  dawnym pokoju koczuje czasami takie cudo


Dziś też tam był :)


poniedziałek, 15 kwietnia 2024

Wiedziałam

 Kochany Pamiętniczku, że będzie jazda bez trzymanki. No i jest.

Wczoraj w ramach nieasertywności korekciłam koleżance tekst, chociaż to była niedziela. I dobrze, że korekciłam, bo musiałam uruchomić skaner. Na nowym kompie, jak był jeden monitor, skaner chodził jak złoto.

Teraz ani mu się śniło.

MSG do Inżyniera i każe mi sprawdzić, czy wtyczka nie wyleciała. Sprawdzam, ale o dziwo, skaner podłączony jest do monitora. A zawsze był do kompa. Reklamuję. Kabel za krótki, dlatego jest do monitora. Mam restartować, co już dawno zrobiłam. Nie pomaga. Mówię, że może trzeba go do kompa podłączyć. Każe mi spróbować.

Ale najpierw próbowałam podłączyć skaner do laptopa. Ale głupie pracowe badziewie odpowiada mi, że nie widzi sterowników, a ja nie mam zielonego pojęcia, czy bez uprawnień administratora uda mi się sterowniki założyć, więc odpuszczam.

I zaczyna się yoga.

Na kolanach pod biurko, przełożyć, przełączyć, osunąć jeden monitorek, potem drugi, ręce mi się trzęsą, pot oczy zalewa, skaner się nie mieści, ale...Wyczołgałam się spod biurka ostatkiem sił, podnieść się z kolan z moją kubańską dupą i chorymi kolanami to jest wyczyn.

Działa.

Ale boję się, że jak zostawię na biurku, to zahaczę i zwalę, bo miejsca mało. 

Wpadam na genialny pomysł, że będę go tylko u góry z kabla podłączała, jak będę musiała skanować.

W niedzielę będzie Inżynier, ma się postarać o przedłużacz (stary nie wchodzi w USB komputera, a nie chcę wciskać na siłę), to ogarnie.

W międzyczasie dostaję taką cudną fotkę

Alienek, aczkolwiek nie do końca, jednak posprzątał swój pokój i ma  w nim biurko po mnie i komputer, który najpierw był komputerem jego ojca. Monitorka nie dostał, bo kompika dostanie dopiero wtedy, jeżeli przez miesiąc będzie dbał o porządek w swoim pokoju, a bajzel ma tam zawsze taki, że klękajcie narody... :) Na razie na biurku zamiast monitorka widać sierściucha okupanta :)
Ale ładnie się to kolorystycznie komponuje :) I dobrze, że biurko nie poleciało na śmietnik.

A dziś udało mi się tak ustawić skaner, że nie boję się, że zleci. Jednak co przespana noc, to zawsze rankiem mądrzejsze pomysły.

Ale...

Na start wydruczek potrzebny, więc lecę na lapka. Odpalam, drukarka startuje, ale... gryzoń pada. Wyłącza się i włącza, pada. A ja już cała w panice, zanim nie dociera do mnie, że przecież jest bezprzewodowy, więc pewno bateria. A nienawidzę touchpada. Na szczęście baterię mam (kolejna kasa dołożona do interesu, ale nie polecę po baterię za parę groszy na drugi koniec miasta). 

Otwieram PDF i... drukarka się sama wyłącza, nie drukuje. Ki diabeł? Ja tam drukarki nie ruszam, nawet moje dziecko, fachowiec, nie lubi drukarki. Restart, dalej nic... Więc piszę do helpdesku i posyłam informatykowi fotkę tego, co wypluwa drukarka na wyświetlaczu, a tam taki znak jak koniec autostrady :) 

PC odpisuje SMS: nie wypadł kabelek?

I jakby mi ktoś w łeb strzelił - jaka głupia ze mnie cipa... Sama wyłączyłam drukarkę z USB, próbując wczoraj podłączyć skaner...

Japierdolę, ale guła ze mnie :) 

No i potem już było z górki, wszystko grało i buczało, szło jak krew z nosa.

I jestem coraz bardziej zachwycona pracą na dwóch monitorkach i nie chcę już wracać do jednego, aczkolwiek jeszcze trochę przede mną, bo nie wszystkie triki ogarnęłam.

Ale wytrzymam do niedzieli, jak po mnie przyjedzie, to wyreguluje resztę do końca.

I podkładkę pod klawiaturę sobie na Alledrogo zażyczyłam, bo jednak inaczej pisze się na tej wysuwanej półeczce, tam nie podtrzebowałam podkładki, bo ręce miałam niżej. Tu będę musiała znów jej używać, bo siądą mi nadgarstki. Teoretycznie powinnam to dostać z pracy, ale w sumie - groszowy wydatek, a ile sobie zaoszczędzę nerwów - to moje :) 


sobota, 13 kwietnia 2024

Jaka głupia ja

 Kochany Pamiętniczku :)

Zanim wywaliłam wszystko, nie zrobiłam fotki starych śmieci, trudno. Gdzieś tam szczątkowe fotki są.

Poleciałam na Manhattan, po kapustkę kiszoną, albowiem Inżynier, główny wykonawca, prowokator i inicjator tej całej rewolucji zażyczył sobie na obiad kaszaneczkę (tak, wiem, plebejskie  gusta), a nie miałam kwaszonej kapustki...

Więc Fashination i lewa, prawa.

Był ostatni bukiecik konwalii.

No mam jeden, ale co dwa to nie jeden, nieprawdaż?

Kapustkę zanabywam, młodą, a jakże, a pani pyta, ile dałam za konwalie.

9 zyla.

I się zaczęło, że zdzierają, że ona by za tę kasę nie kupiła w życiu kwiatów, że to zbrodnia, że jedzenie to mus, a kwiaty to nie.

Uśmiechnęłam się, mówię: nie piję, nie palę, nie podrywam, to chociaż sobie konwalie kupię... Pracuję z domu, to chcę mieć trochę radości (jakbym, kurwa, musiała się tłumaczyć z własnych pieniędzy).

A ta dalej nawija...

A za 30 deko młodej kwaszonej kapustki zapłaciłam prawie 7 zł.

To też jest zdzierstwo. Nie chcę sama kisić, bo nie zjem całej główki, a młoda, wiadomo, pędzona jest teraz, to jeszcze nie czas na młodą kapustę.

Była taka se, ale doprawiłam, marchewkę dodałam i dziecko zeżarło, klepiąc się po brzuszku :)

A patrząc na pazurki pani sprzedającej, już chciałam powiedzieć, że w życiu nie dałabym na szpony ani grosza.

Każdy ma swoje priorytety.

Ja szerokim kołem omijam wszelkiej maści kosmetyczki i fryzjerki. Dla mnie ważne jest tylko cięcie po męsku co dwa miesiące, reszta nie istnieje.

Moi bliscy akceptują mój nędzny image, reszta lata mi kalafiorem.

Jak przed wojną mówił strażak do kucharki: panno Maniu, ja pluję na twarz, ja patrzę w serce.

Wreszcie zlądował u mnie po ogarnięciu swojej kuwety, ale najpierw obiadek. Tak proponowałam równo z nim na MSG. Na co rzekł, że: Jak to mówią Anglicy: „wielkie umysły myślą podobnie” :) 

Zjadł, jak wspominałam, poklepał się po brzusiu (znów mu urósł, ale cóż) i zabraliśmy się do roboty. Chciałam stare biurko z IKEA wywalić na balkon, bo szkoda mi naprawdę było mebla w idealnym stanie wystawiać na śmietnik. Skonsultował z połowicą, powiedział, że weźmie.

Kamień z serca. Nie jest wygodne, to był nietrafiony zakup, ale na pierwsze biurko dla Alienka, który nie będzie przy nim spędzał godzin jest w sam raz. A oni w tej chwili na kasie nie śpią.

Ucieszyło mnie to :) 

No i stwierdziłam, że skoro bierze, to jednak trzeba spytać jego brata, czy nie wleci pomóc. Nie czułam się na siłach na znoszenie go po schodach (biurka, nie Inżyniera). Jednak już nie ta kondycja i nie te lata. Przytaknął, ale powiedział, że to na koniec, bo chce być ze mną. Sam. Że to dla niego też coś znaczy.

Serce pękło mi na miliard pierdyliard kawałków z radości.

I tak skręcając to biurko z Amazona, za obłędną kwotę 600 zł (polecam), zachwycał się i pakowaniem, i instrukcją (tego nie ogarniam, dla mnie instrukcja to czarna magia, ale patrząc na łatwość, z jaką skręcał poszczególne elementy, w tydzień bym pewno całość ogarnęła), gawędziliśmy po naszemu, jak kiedyś...

To był dobry dzień.

Pod koniec zadzwonił po brata, ten - jak zawsze, gotów do pomocy, porzucił i dzieci, i wykastrowanego przegubowca i przybył z odsieczą, jak dobrze. Nie dałabym rady ze znoszeniem wszystkiego, boli mnie teraz każda kosteczka.

Mój dyżur na mycie korytarza, umyję jutro, dziś bym poległa.

Zresztą i tak w chacie nie ogarnęłam wszystkiego, bo po co?

Jutro też jest dzień :) 

No i teraz relacja :)


Takie mi zostawił i kazał poustawiać :)
Z początku zgłupłam, zanim mi odpisał, że przenosi się z monitora na monitor gryzoniem. Podoba mi się to coraz bardziej, piszę tę notkę na prawym monitorku, na lewym mam fejsika... Żadnego tam przełączania okienek, mogę też film oglądać na obu monitorkach :) 

A i kombinowanie było, bo najpierw nie założył tej półeczki, pod monitorek podkładaliśmy książki, było kombinowanie, ale jest cudnie :) 




A stare biurko przeniesione do małego pokoju robi klimat, bo drewno koloru szafy jest (stare biurko było czarne). Resztę ogarnę, segregując rupiecie, ale na razie - podoba mi się :) Choć kosztowało mnie podłączanie drukarki i laptopa na kolanach, ale nie chciałam już wykorzystywać dziecka, bo co za dużo, to niezdrowo :) 

Wciąż łapię się na tym, że chcę wyciągać półkę z klawiaturą, przejdzie mi może za pół roku (w pracy też tak miałam).

Jakby ktoś pytał o nowe biurko - jest na Amazonie, w zawrotnej cenie 600 zł - nie jest to żaden antyk ani inne cudo, ale Inżynier mówił, że porządna płyta MDF, że jak wywalał przy wyprowadzce w UK meble z IKEA i je łamał, w środku była tektura :) 

I to tyle na dziś, jutro czeka mnie masa roboty :) 

Ale to i tak był dobry dzień.

Jeszcze jeden darowany od życia :) 

Czegóż chcieć więcej.

A, i o eutanazji sobie też pogawędziliśmy.

Cóż, mamy wiele do obgadania, a czasu coraz mniej :P 


Przez

 cztery lata studiów, Kochany Pamiętniczku, nie zgromadziłam tyle papierzysk i przydasiów, co dziś wyciągnęłam z moich biurek.

Jak to upcham z powrotem, nie wiem.

Na razie biurka stoją puste, mieszkanie zagracone jak rzadko kiedy, a ja, oczami duszy widząc tę EWENTUALNĄ przeprowadzkę czy remont, stwierdzam, że nie ma takiej opcji :) Kompika nie ruszam, bo kable rzecz święta, a i jeszcze muszę doczekać przyjazdu nowego biurka :) 

Ciąg dalszy nastąpi :)

piątek, 12 kwietnia 2024

Zmęczona

 jestem, Kochany Pamiętniczku.

I to coraz bardziej zmęczona.

Robię dobrą minę do złej gry, bo kto, jak nie ja,góry przeniesie, ale to jednak nie za bardzo tak działa.

Dziś wymęczyłam te 8 godzin w pracy, nie, żebym zawalona robotą była, nie.

Z dnia gospodarczego zrezygnowałam, bo jutro wpadnie Inżynier z biureczkiem i będzie rozpiździel, 

Więc bez sensu pucowanie, jak ze starych biurek muszę wszystko usunąć.

Nie wiem, jak będzie dalej, bo to ikeowskie chyba pójdzie pod śmietnik, nikt tego nie chce, a i ja nie mam gdzie tego upchać. Myślałam na balkon,fajnie by na tym badyle stały, ale trzeba by wyrzucić starą szafkę, a będziemy sami. Pierworodny nie pomoże, bo kastruje jutro psa. Nie mogę za dużo od I. wymagać, miał i tak mieć weekend na luzie, a będzie biurko skręcał.

Mnie się marzy przemeblowanie jeszcze, ale to już nie na moje siły, a zebrać ich razem to kiła i mogiła.

I do tego mam wypryski, bo Inżynierowa zostaje sama z Łobuzami, no cóż. Jeszcze ich brakowałoby w tym zamęcie, który będzie.

Ale dostanie za to swoje ulubione chardonnay, nie jestem taka, żeby nie podziękować.

Głupia jestem, wiem :)  

Powinnam być jak moja teściowa: jej słowo było prawem, wszyscy wszystko rzucali, wywracali swoje plany do góry nogami, bo mama tak chciała.

A ona robiła dużo, żeby nic nie robić, na wszystko miała wymówkę, a jej ulubionym sportem było skłócanie wszystkich ze wszystkimi. 

Było się uczyć od najlepszej :) 

Tabletki z melatoniną przestają już działać, znów mam kłopoty z zasypianiem. Zasypiam i dobrze śpię, jak wypiję wino, ale tu z kolei moja wątroba zaczyna mówić nie.I to dużymi literami, więc jednak na dłuższą metę nic z tego.

Najgorsze w tym wszystkim, że tam w środku wciąż mam te jebane dwadzieścia lat, ale żałosne ciałko rechoce.

Chodząc zaś po świecie, tym realnym i tym fejsbukowym, widzę, że odchodzi i to szybko moje pokolenie.

Tak przy śmietnikach, które mijam, jak i na fejsbukowych śmieciarkach coraz więcej widać rzeczy wywalonych po babciach.

A nie da się ukryć, że ja sama babcią jestem :) 

Też mam zachomikowane niezliczone skorupy, sztućce, piękne firany (piękne, nie mam serca ich wyrzucić, wydać też nie, a nie będę ich już nigdy używała, bo są ciężkie jak cholera, zresztą od remontu nie mam już karniszy, a na pewno, gdybym jeszcze jakimś cudem robiła remont, nie powieszę ich, bo po prostu nie dam rady wleźć na drabinę i wieszać czegokolwiek). Zasłony - też ich nie powieszę, bo stare i nadgryzione zębem czasu, mają już prawie 50 lat, ale...

Wciąż żyje we mnie peerelowski chomik: to się przyda. Chować wszystko, bo nie wiadomo, co się jeszcze przyda.

Albo tak absurdalne rzeczy, jak harcerska rogatywka mojego brata. Leży w komórce. No leży. Co ją widzę, a w komórce bywam raz na ruski rok, bo nie lubię, to myślę o nim.I na chuja mi ta czapka? Chodziła w niej nie będę, dać komuś bez sensu, nawet dla moich dzieci nie będzie to miało żadnego sensu. 

Zdjęcia po Cioci, cała masa zdjęć, z różnych imprez zakładowych, wycieczek, ślubów, spotkań - miała swoje życie, w którym mnie nie było. Zdjęcia krewniaków jej męża z USA - nie mam żadnego kontaktu z jego rodziną, zmarł, gdy ja jeszcze  byłam nastolatką. Dla jego rodziny może te zdjęcia miałyby sens - dla mnie nie mają żadnego, dla moich dzieci będą kolejnymi rzeczami do zutylizowania.

Na stanie mam też i pościele, i ręczniki, jeszcze z czasów okupacji hitlerowskiej. Ściereczki w sumie lepsze od dzisiejszych, z monogramami wyszytymi takim ściegiem, że nawet ja tego nie potrafię, z numerkami, a jakże. Mama w czasie okupacji była służącą u Niemca. Ludzkiego Niemca, jak mówiła, załatwił jej fałszywe zaświadczenie o gruźlicy, żeby jej do Reichu nie wywieziono. Niewiele o tym mówiła, nie chciała. Ale opowiadała, że pani schodziła co rano w białych rękawiczkach i sprawdzała, czy kurze są dobrze pościerane. To już w mojej rodzinie doszło do rodzinnych anegdot - chłopcy zawsze się śmiali, że kiedyś wpadnę w białych rękawiczkach posprawdzać stan kurzu :) 

W sumie tak, jak goniłam ich latami co sobotę do odkurzania, tak teraz mam na to totalnie wyrąbane, ściągam okulary i jest git majonez, a jak słońce za bardzo świeci pod nieodpowiednim kątem, łapię miotełkę, ale bez przekonania.

I to nie tak, że  nie ścieram kurzy - ścieram, ale bez przesadyzmu :) 

Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu.

Inżynier niby jest wrogiem chomikowania, ale gdy w czasie sprzątania posyłam fotkę jakichś ustrojstw, moim zdaniem do wywalenia, odpowiada, że nie, bo to bardzo ważna rzecz, zabierze.

Kiedyś.

Zaś Pierworodnego nawet nie pytam, bo dla niego wszystko cenne. Choć mam dla niego uszykowane już prawie wszystkie jego przydasie i papiery, wciąż słyszę: niech mama to trzyma.

I tak wciąż jestem obrośnięta.

Pewno, gdybym wywaliła gros z moich "wspomnień", nie zauważyliby nawet tego.

No bo jakie znaczenie miałby dla nich wianek od welonu mojej Mamy? Nawet jak to znajdą, nie będą wiedzieli, co to jest.

Pierdoła, badziew, ale dlaczego sama nie umiem tego wywalić?

Rozmawiałam dzisiaj z Ł. Koleżanka po fachu, poznałyśmy się netowo, zamieniłyśmy na real. Młodziutka, mogłaby być moją córką. Kiedy się spotkałyśmy pierwszy raz, słuchała mojej opowieści o moim życiu i jak sama przyznała, moja historia dała jej siłę, by odejść od męża.

Nie chciała się ze mną realnie spotkać, gdy dowiedziała się, że mam niedosłuch. Bo jej mąż też ma, ma wszczepiony implant słuchowy. Ale wyłącza go, ona nigdy nie wie, jak ma do niego mówić, czy słyszy, czy nie. Była bardzo zdziwiona po naszym pierwszym spotkaniu, że mając taką wadę słuchu jestem tak komunikatywna :) Zakładała, że wszyscy niedosłyszący są tacy, jak jej mąż.

A ja zauważyłam, że bardzo wybiórczy słuch mają właśnie słyszący. Moje wnuki momentami nie reagują na swoje imiona, a słuch mają perfekcyjny. Ja zaś, nastawiona na to, że nie słyszę, reaguję na ruch, na błysk, na gest... Bywa :) 

Oswoiłam swoje kalectwo tak, jak się dało, bywały momenty, że gdy nie powiedziałam, że niedosłyszę, to nikt się nie zorientował. Brano mnie też za cudzoziemkę, bo ponoć czasem mam nie ten akcent, co trzeba.

Ale byłam też amazing i budziłam zachwyt.

Każda wada ma swoje zalety, co nie?

A Ł. ma ciężką depresję i już w ogóle nie przypomina tej wesołej dziewczyny, którą poznałam przed kilkoma laty.

A ja?

Coraz starsza (gdy się człowiek robi starszy, wszystko w nim po trochu parszy...wieje)...

A oszalałam dziś na widok... konwalii.

Konwalie w kwietniu?

Tego jeszcze w kinie nie grali, przynajmniej ja tego nie pamiętam, a pamięć mam nie najgorszą, choć łapię się czasem na tym, że brakuje mi jakiegoś słowa, ale od czego słownik wyrazów bliskoznacznych i wujek G.?

I nie, nie brakuje mi pracowo, ale... Nie pamiętam nazwisk ludzi, z którymi pracowałam kiedyś.

Tych, których chciałam wymazać z pamięci pamiętam :) A tych, których chciałabym zachować już nie za bardzo. Znikają, czasem wracają, ale nie zawsze.

Wracając zaś do konwalii


prawda, że cudne? I jak cudnie pachną...

A zazwyczaj pojawiały się w maju, jakoś tak pod koniec, gdy komunie już były.

Zabuliłam dziś za nie 9 zł.

I błogosławiłam w tym momencie moją pracę, dzięki której mogę mieć takie małe szaleństwa.

Bo gdybym była na gołej emeryturze, szybko przeliczyłabym to na chleb czy inne dobro.

A szparagi są już po 13 zł za najlepszy gatunek.


Chce się żyć, co nie?



Kiedy takie niebo jest, kasztanowce zakwitają już (zdjęcie kiepskie, no cóż,trudno z kijkami w garści focić, jak się człowiek wyrwie po robocie, ale coraz dłużej jasno jest...).

Bzy też już kwitną...


 I zachody coraz późniejsze, jak się kopnę w tę tłustą kubańską, to się na nie jeszcze po pracy załapię...


 I tak patrząc na pierwszy napotkany dmuchawiec


uświadomiłam sobie, że i ja, jak on, mam bardzo krótki darowany czas


i że to be old and wise you must first be young and stupid...

Życie w sumie darowało mi wszystko. Może mniej, niż pragnęłam, ale...

Cieszę się kolejną wiosną.

Nowym biureczkiem, już się go nie mogę doczekać.

Tym, że będę pracowała na dwóch monitorkach.

Że winobluszcz, zasadzony na zasadzie "dałem dupy na twoim balkonie"

znów żyje po tylu latach...



Że nowy kompik wita mnie serdecznie co rano



Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :)


środa, 10 kwietnia 2024

Powoli

 się kula, Kochany Pamiętniczku. 

Zamknęłam dziś kolejne bydełko, a po rozmowie z p. M. wnioskuję, że niespodzianki w pracy będą i to nieliche, mam czekać do czerwca. Te nieliche by mnie urządzały, bo nie byłoby jazd, gdybym musiała iść na operację. No nic, nie dzielimy skóry na niedźwiedziu, czekamy.

Kompika powoli oswajam, nawet zaczyna mi się podobać.

W piątek na włości ma dotrzeć moje biurko, kombinuję, jak zatrzymać oba stare, bo nikt nie chce, ale chyba się nie uda. 

No nic, do grobu i tak nie zabiorę.

Kasa powoli się odbudowuje, mimo wydatku na kompik i biurko. Nadspodziewanie szybko wróciła pożyczka na samochód - podoba mi się to, bo i tak pieniądze leżą bezczynnie na koncie, więc dlaczego nie pomóc?

Za media nadpłatę mam, niedużą, ale zawsze, co jest pocieszające.

Samopoczucie i zdrowie takie se, a przede mną ciężki tydzień, a potem na włości i dwa dni ganiania z Łobuzami. Nie wiem jak będzie, bo kolana coraz bardziej mi siadają, ale na samą myśl o pójściu do lekarza postanawiam iść na nich do Częstochowy albo na dupie popylać :) Ewentualnie z wózeczkiem albo na balkoniku.

Co ma być, będzie.

I coraz boleśniej uświadamiam sobie, jak mało już przede mną, aż w paranoję wpadam, zamiast cieszyć się pięknymi dniami i życiem.

Niedobrze...

Co pani zrobisz, jak nic nie zrobisz?

Gabi mówiła, że aparat nosi, głuchnie (dla niej to bolesne musi być, ja w ciszy żyję do zawsze), ślepnie - cukrzyca. Ale i tak dzielnie z nią walczyła, wszak to już równe 40 lat, jak ją ma.

Zawsze jej zazdrościłam tych szczupłych nóżek i szpileczek - na moje kloce patrzyć nie mogę. Ale też nie mam samozaparcia, by tak o siebie dbać, jak ona.

To tyle na dziś, bo proza życia i nic więcej. 

Piękna proza, ale proza :) 

No dobra, nie tęsknię za fajerwerkami.

Tylko czasami.