Kochany Pamiętniczku :)
To były bardzo intensywne dni.
W niedzielę czekałam na Inżyniera, a tu nagle wyskakuje wiadomość na FB, że wygrałam kilo lodów.
Bo wylosowane numery paragonów nie odebrały, więc padło na mnie i tadam...
Poleciałam zagłosować, tfu, tfu na mniejsze zło, bo jednak pisior na stanowisku prezydenta Koziołkowa to byłaby hańba i upodlenie, no i po drodze odebrałam lody.
To moja pierwsza wygrana w życiu, nie licząc trójek w totka.
Oczywiście, najbardziej zadowolone były Łobuzy :)
I podkreślam, to są autentyczne łobuzy, nie ma innej opcji :)
Na włościach zostałam powitana tak entuzjastycznie (jeszcze nie wiedzieli, że mam lody, duuużo lodów), że zastanawiałam się, co im do jedzenia dosypują. Moja najmłodsza wnuczka Nie Dotykaj Mnie rzuciła się na mnie jak tornado, wrzeszcząc, że kocha mnie bardziej niż dziadka, ale nie potrafiła tego racjonalnie udowodnić, niemniej cały czas mnie kochała aż do mdłości :)
Alienek to wiadomo, babci pieszczoszek, więc spoko.
Wieczorkiem Inżynier popodłączał lapka do wszystkiego i wzdech... znów musiałam się uczyć od nowa co i jak, tym razem na trzech (sic!) monitorkach. A co, rozwijać się należy.
Zamykanie upierdliwe było, bo okazało się, że drukarka nie drukuje tu dwustronnie, no i od skanera do kompa trzeba było za każdym razem latać po zeskanowaniu strony, a na drodze stała zapora w postaci
śpiącego cały dzień Edka z Fabryki Kredek, a ja ledwo się mieściłam między drapakiem a biurkiem. A i moja upyprana klawiatura jest czysta jak łza w porównaniu z zawaloną sierścią klawiaturą mego dziecka. Zaś laptopik będzie przechodził jutro operację odkłaczania...
Czasami Edzio wskakiwał na
, z którego trzeba było go siłą zwlekać, swoje waży, a i pazurów nie żałuje. Cóż, pilnował interesu pańcia :)
Gej jeden, lizus i przydupas.
Za to Arya najpierw demonstrowała niezależność, ale gdy tylko zostawałyśmy same, to ojacierpiędolę, co te sierściuchy tak za mną latają? Miziać się kazała, Skubana, a jak jechałam po ogonie, to miałam bezpłatne elektrowstrząsy :)
Jebaniutka, jak raz zamiotłam podłogę, bo mnie diabli brali, to zaraz naskrobała na drapaku, osz, przechera jedna :) I już był bałagan...
Mniejsza z większym, bawiłam się z sierściuchami nieźle, chociaż wkurzał mnie każdy kłaczek w żarciu i w piciu, na nic zdają się tłumaczenia Inżyniera, że przy wyprowadzce będę miała sprawdzane rzeczy pod kątem nielegalnego wywozu, że nie oddamy ani jednej sierści. Do domu przywiozłam niezły zapas :)
Z Łobuzami coraz ciężej, są bardzo kłótliwi, leją się o byle co, kłamią jak najęci (mama mówiła, że mogę, tata pozwala), nie słuchają, co się do nich mówi, ale gdy ja wyłączam aparaty i mówię, że nie słyszę, co chcą, obrażają się śmiertelnie. Jestem pełna podziwu dla opanowania i zimnej krwi rodziców, bo ja sobie takich cyrków nie przypominam (dziękuję ci, Alzheimerze). Niemniej wróciłam zmęczona jak kobyła po Wielkiej Pardubickiej, a może i więcej, od tych kłótni, histerii i wrzasków.
Samo odprowadzanie to tym razem było małe miki, bo Inżynierowa już jeździ swoim autem (do mistrzyni jej trochę jeszcze brakuje, ale nie jest źle), więc jak mogła, to podrzucała i odbierała.
Samo odprowadzanie ich to luz i hasta manana - Inżynierowa z podziwu nie mogła wyjść, że ja bez bicia i bez budzika wstaję o 5.30. Ogarniałam się, potem wywalałam Łobuzy i ma się sposoby, żeby je pogonić.
A chowane są, że mają ogarniać same wszystko, więc Alienek, zamiast się ubierać, układał klocki, a Kalafiorkówna chodziła swoimi drogami. Awantura o to, kto w którym kibelku sika i inne takie tam.
No a u mnie był konkurs, kto pierwszy się ubierze i za 5 minut ekipa na złamanie karku leciała na dół, ubrana :)
Wychodziliśmy na autobus znacznie wcześnie, ale ja mam tak wbudowane, że wolę pokwitnąć, jak nie dojść. Tym bardziej że autobus raz na godzinę, a lecenie z jęczącymi Łobuzami, że daleko to średnia przyjemność.
Zatem autobus, a po drodze kontemplowaliśmy i chmurki, i grubelki, i sroki, i inne takie tam...
W przedszkolu mnie pamiętali i miło było.
W drodze powrotnej nowa piekarnia Pod Strzechą, droga jak diabli (w 3 dni zostawiłam tam stówę, na chleb nasz powszechni, rogaliki, bułeczki z dynią i oczywiście na grzybki dla Łobuzów, grzybki po 70 zł za kilo, a kupowałam im po 10 deko - dla K.oczywiście pinkowe, dla A. brązowe, bo czekoladowe). Ale warte swojej ceny, więc OK, a i dziś na kolację zjadłam 4 skibki chleba z samym masłem - jak za czasów dzieciństwa smakował, choć wtedy nie było orkiszowego ze słonecznikiem :)
Z piekarni kawałeczek i już byłam na przystanku z wyświetlaczem i tadam: kilka minut i autobus prawie pod sam dom :)
Dziennie bez wysiłku stukałam ponad 7 tys, kroków, to też na plus.
W środę jednak musiałam odebrać ich z przedszkola i cyrk był na kółkach. (W inne dni odbierała ich mama).
Bo przyszłam bez parasoli. A miałam wziąć parasole, jak będzie padać, ale niebo było idealne.
Bo żaden autobus o tej porze nie jechał (bo nie jechał). Gorycz dalekiej drogi do Bajkału oszczędziła piekarnia i możliwość wybrania słodkiego, ale potem zaczęła się jazda. Bo tam oprócz normalnych chodników, ciągów pieszojezdnych są też takie
I nie ma innej opcji. Ja sama pół tego chodnika zajmuję, a co dopiero ja i dwójka. A po jezdni jeżdżą Claasy, John Deere, wielkie ciężarówy z pobliskiej budowy, betoniarki, a po chodniku tym rączo mkną małolaty z podstawówki na rowerkach, hulajnogach, bo przecież chodnik jest dla nich. I chodzą panowie z psami ras groźnych, bez kagańców, a jakże, na długiej smyczy, bo ich piesek jest grzeczny. I popylałam tam ja, z Łobuzami, kłócącymi się, że nie dadzą sobie ręki, z ciężkim worem pieczywa, próbując iść od strony jezdni, bo mnie byle pęd ciężarówy nie zmiecie, ale gdzie tam... Bo nie dadzą sobie rączki, bo Kalafiorkówna kocha pieski u leci do amstafa, który dzieci wyraźnie nie lubi, bo Alienek wieje, bo boi się psów...
Kurwa.
Dotarłam do domu i wyżymałam T-shirta, a oni byli zdziwieni, że nie chcę się z nimi bawić w gonito...
Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa...
A przyroda tam oszalała
Bzy, znaczy się lilaki, przetykane złotokapami :)I tak się jakoś stało, że bez pachniał jak bez, i słowo pachnieć pachniało, i łzy były pełne łez...
I te mlecze zmrożone jednego ranka...
... zmartwychwstałe następnego.
I kwitnąca już kalina (sic!), już nie mam siły wklejać fotki...
... i...
Wnerwiał mnie wszechobecny bajzel. Wracając poprztykałam się z I, mówiąc, że nic dziwnego, że Łobuzy nie sprzątają, skoro łóżka są nieposłane. Nie moja bajka, nie mój interes, tak w sumie w życiu nie miałam osobnej sypialni i osobnego miejsca do życia (pomijając kuchnię w domu rodzinnym). Ale zawsze i wszędzie posłanie łóżka czy kanapy zaczynało dzień. A potem już z górki wszystko lądowało na swoim miejscu.
A tu dzieci rzucają ubranie pod prysznicem i leży. Aż się ktoś ogarnie i wyniesie do pralni. Nie wynosiłam, bo to nie moje zadanie. Nie sprzątałam, bo... No serio, może źle robiłam? Bo aż wyłam z nudów i ręce mnie świerzbiły, więc jednego dnia ogarnęłam dół, pozamiatałam (a mają dwa rodzaje odkurzaczy, ale... ładują się zakurzone, a ja nie wiem, jak je obsługiwać, a słyszałam, że mają humorki), więc jak rasowa wiedźma wzięłam miotłę, ale kilka minut później oba koty rzuciły się na drapaki z kartonu i znów wszystko w okolicy było... no, usłane :)
Nie mówiąc już o tym, że zamykają się w kiblu z iPadami (rano), no i...
Serio, mówiłam dziecku, że mam odruchy. Że muszę mieć rano łazienkę. Dlatego wstawałam o 5.
I nie, nie wyjdę z domu bez pójścia do kibla dwa razy (u mnie w Heimacie był na murze napis: rób kupę na raty), no ale synowa nawet dzieci na mycie zębów blokuje, bo... musi zrobić makijaż. Na górze w niedokończonej łazience jest tylko WC. Malować się można wszędzie, ale oczywiście, to nie jest mój dom i nie mogę o nic prosić.
I nie, w życiu nie zabrałam elektroniki do kibla. Książka i gazety - i owszem, nawet w wannie czytałam. Ale elektronika? To już nie jest moja bajka tam...
Nie lamenciłam już I., bo co to da? Ma dość zmartwień. Ale na wieść, że w czerwcu coś się kroi - zamarłam. Bo może jednak dziadek? Dlaczemu zawsze ja? W sumie od latania w poniedziałek po schodach z biura, bo przecież człowiek nie wielbłąd, pić musi, a i Łobuzy miałam w pracy do dziś nie pozbyłam się zakwasów, no dobra, za mało się ruszam, ale jak umarnę, to się wcale nie będę ruszła, o :)
Jednak jesteśmy innymi pokoleniami, z innej gliny. Też nie lubię sprzątania, ale jeszcze bardziej denerwuje mnie bajzel. Nie ma już nikogo, więc wszystko mam na swoim miejscu. Czytałam wszędzie, ale najpierw ogarniałam tę kuwetę.
Nie potrafiłabym usiąść z książką (iPadem) i mieć wyrąbane na wszystko.
Umyłam zlew (srebrny, tragedia) i baterię. Bateria niemyta od roku.
Też mam po kątach kurz wieków, nie odsuwam szaf , bo siły nie mam.
Ale...
Jestem już stara i niedołężna.
Nevermind. Morda w kubeł.
Łobuzy na wieść, że nie przyjadę więcej, że będzie je odwoził dziadek, zastrajkowały.
Nie chcą dziadka.
Synowa w rozmowie mówi: no dobra, dam mi foteliki, ale i tak ich nie zapnie...
Potem były sceny balkonowe, nie płacz, kiedy odjadę i takie tam...
A w domu, gdy wszystko popodłączałam do ładowania, brudy wywaliłam do prania, wypakowałam (wydałam majątek na komarnice tam), chuj bombki strzelił...
Świąt nie będzie...
Wyjeżdżając, wyłączyłam przedłużacze i kable.
No i odpadł ten pizdryk przełączający w kuchni. Nie da się odłączyć kabla (a zarósł nagarem, bo wciąż bałam się czyścić), albowiem
ten eugeniusz polecany również przez Sikorę, nie jej wina, tak przeciągnął gniazdko z pokoju
i wsadził tam przedłużacz, że docisnął je kuchenką gazową. I aczkolwiek do gniazdka dostać się mogę od strony zlewu, kabla za Chiny Ludowe nie wyciągnę, bo kuchenka go blokuje.
Na całe moje szczęście na czacie osiedlowym na FB znalazł się gość, który zadeklarował, że to ogarnie, a ma uprawnienia na gaz.
Nie chcę wysadzić całego bloku w powietrze, więc...
Trzymajcie kciuki...
I oby żadnego zwarcia nie było do jutra, wszystko odłączyłam, ale wiadomo jak tam z elektryką jest...
Ja to ma klawe życie, co nie?
A...
Takie tam z Londynu dostałam
Cót, mjut i ożeszki laskowe :)














Ale się działo, najważniejsze, że wnuki będą dobrze Babcię pamiętać. A jeśli chodzi o porządek w domu to teraz albo młodzi nie przywiązują większej wagi albo maja wyniuniane, aż do przesady.
OdpowiedzUsuńNo nie wiem, czy dobrze, w każdym razie nieprędko zapomną :) Dałam im zdrowo popalić. Jak dla mnie jest różnica między nieprzywiązywaniem wagi a niechlujstwem. I nie, nie usprawiedliwiam tu syna. Po prostu źle się tam czuję. Gdyby to było tylko jego mieszkanie, posprzątałabym i opierdoliła jak św. Michał diabła. Ale jestem TYLKO teściową. No cóż, nasze pokolenie kobiet było inaczej wychowywane. Ja u mojej teściowej, jak dzieci były małe i podłogowe, wchodząc, chwytałam za odkurzacz, a dopiero potem puszczałam dzieci. U moich dzieci mam na to wyjebane, ale sama się źle czuję. Dlatego najlepiej mi we własnej nieidealnej chałupie :)
Usuń