Kochany Pamiętniczku, zasłużyłam jak nigdy.
I nie zmienię zdania - menopauza to małe miki przy andropauzie.
Połowy załogi już nie ma, kto może, odchodzi, przychodzą jednostki, które myślą, że mogą być dziennikarzami, bo przecież pisać każdy może.
Sama sporo wiem, ale nie jestem w stanie poprawiać niuansów fachowców - dla mnie elewacja to to samo co fasada, a okazuje się, że nie. No ale mnie się mają literki zgadzać, nie niuanse danej dziedziny - od tego są właśnie redaktorzy z danej działki. No chyba że ktoś myśli, że jest omnibusem.
A Boss robi już wszystko, bo nie ma kto robić, w rezultacie wszystko leży i kwiczy. I sądzi, że zna się na wszystkim, a jak mu ktoś mówi, że nie, to odpowiada, że tak ma być, bo on tak chce. Są zebrania w najgorętszych momentach - błogosławię home office, bo jak wiem, że jest zebranie, to mam dwie godziny dla siebie, a tak musiałam kwitnąć na twardym krześle, słuchając o sprawach, na które nie mam absolutnie żadnego wpływu, ale wiecie, rozumiecie, popieracie, pomysły macie.
A że robota się wali i potem ciągną to po nocach - och, co za problem, jesteśmy zespołem wszak.
Takim, kurwa, że czekam 3 godziny na jedną stronę, która MUSI wyjechać, a nie wyjeżdża, bo nie ma zgody naczalstwa, które... no jest nieskoordynowane, a skoordynowana część naczalstwa rzuca wszystko i jedzie do weterynarza, bo ma chorego psa. Ma też w domu męża i resztę rodziny. Uśmiech na ustach, choć w sercu ból. Wiadomo, życie nie jest sprawiedliwe.
A ja się, kurwa, na zapas martwię, co będzie, jak po 13 (już prawie 14) latach nienagannej bezabsencyjnej pracy pójdę na L4.
Niezła ze mnie wariatka, co nie?
I żeby nie zależało mi na tych paru groszach, jebnęłabym torebką i poszła.
Ale już starożytni wiedzieli, że pecunia non olet, a ja nie wiem, jak długo się jeszcze da, nawet jakbym miesiąc czy dwa dłużej pociągnęła na L4 to i tak już coś.
W każdym razie, jeszcze jeden dzień przede mną, a potem już utargowałam, że będę z łaski ze względu na załogę, bo jadę na wycug i okazuje się, że jednak na parę dni, co mnie wcale nie zachwyca, ale cóż.
Raz, że Łobuzy, dwa, że dziecko się stara.
A i drugie się dziś przydało, bo...
Zachciało mi się być perfekcyjną panią domu. Kurze ścierałam. Pod monitorkami. Tak nieszczęśliwie, żem tknęła jakiś jebany guziczek pod monitorkiem i tadam - wszystko poszło się jebać. Na dokładkę tknęłam inny guziczek pod drugim monitorkiem, no i KATASTROFA. Restart, nie pomaga. Piszę do Inżyniera, dostaję instrukcję na filmie, jak włączyć. Instrukcja u mnie nie działa, nie umiem tak wciskać guziczka. Hahaha, ten atomowy pewno bym lekko wcisnęła, ale tu nic. Monitorki zdechły. Mówi, że mam kabelki sprawdzić, bo może coś wypięłam. Nie było opcji, do kabelków się nie zbliżałam. Ale sprawdzam i nic.
Przysyła mi linka do monitorka, ale ja, sierota, na iPadzie nie mam Acrobata, instaluję, ale i tak nie mogę go otworzyć i DUPA.
A tu mam skaner, bez którego nie wyślę II korekty na wydruku.
Przypominam sobie, że Pierworodny ma urlop. Piszę. Nie odbiera. Wykorzystuję jego brata - ten dzwoni. Będzie u mnie za godzinę.
A tymczasem Boss, który nie umie odczytywać korekty na PDF (a tylko tak mogę na laptopie zrobić) przysyła materiał, który powinien iść... przedwczoraj.
Kurwa. Na całe moje szczęście sekretariat Bossa jest kumaty i ogarnie naniesienie...
Zjawia się Pierworodny, parę kabelków odłączył, sprawdził dupę kompa (ja się tam nawet nie zbliżałam), powciskał te jebane guziczki i tadam - odzyskałam swoje centrum operacyjne.
I jestem uzależniona, bo sam fakt, że NIE MAM DOSTĘPU do mojego kompika dobijał mnie z minuty na minutę, pomijając sprawy pracowe... Reagowałam, jak przy rzucaniu palenia. A nie było mi łatwo.
O ile na wyjeździe przeżyję na iPadzie, bo czemu nie, to w domu MUSZĘ mieć kompa.
Nie jest dobrze.
No, nie jest źle, ale dobrze nie jest. Co ja zrobię, jak pożyję dłużej niż ustawa przewiduje, nie będę mogła pracować i nie będę miała kaski na nowy kompik?
Bo każdy z tych kompików pada, nie że fizycznie pada, ale po prostu kolejne pierolety nie są obsługiwane.
Miałam nienaładowany iPadzik, a chciałam sobie w łóżku oglądnąć coś na HBO.
Odpalam stary, oglądam, a następnego dnia na emilku wiadomość od HBO, że ktoś w moim gospodarstwie domowym oglądał coś na szmelcu i że mam sobie poszukać czegoś lepszego.
A niektórych gier tam się już nie da nawet otworzyć, a to nie są jakieś wyjechane w Kosmos.
Makabra.
A wracając do rzeczywistości, bo nie samym netem człowiek żyje
dobrze jest wstać, skoro świt :)
I zapieprzając na Manhattan wreszcie sfocić tę cudną lipę, która, a jakże - zmartwychwstaje, co nie? Potężna jest matka Natura, nie będzie nas, będzie las...
I popatrzeć z nienawiścią na debili z kosiarkami i z takim na motorku, którzy ruszyli kosić (już!) tę piękną, ledwo od ziemi odrosłą trawę
i zostaje potem takie poszarpane nieszczęście i gówno. Dosłownie gówno.
Malownicze, kurwa, szkoda że mu się na tej żyłce nie rozjebało i nie obryzgało.
A ja mam już lato
bo leluje :)
I nawet te przymrozki (odpukać) nie zaszkodziły moim stokrotkom i bratkom.
Udanego weekendu, będę, jak wrócę. Albo i nie, kto to wie :)





Zatem przyjdzie Ci od czasu do czasu zapraszac dziecko, zeby odkurzylo miejsca pod monitorkami, a tymczasem nie zauwazac, ze sie zakurzylo.
OdpowiedzUsuńNo ba, nie ma innej opcji :P
Usuńno powiem Ci że u mnie na wsi też już kwitną lelije aż zatrzymałam Helę bo myślałam że mi się przewidziało ;-) kurde zawsze myślałam, że one kwitną w okolicach Bożego Ciała ? no nic, posiałam fasolkę, marchewkę, pietruszkę, mam 3 krzaki pomidorów i kilka krzaczków truskawek które już kwitną, jestem małorolna hahaha
OdpowiedzUsuńTo nie leluje, wiem, o czym mówisz, też parę lat temu takie podziwiałam. Nie chce mi się szukać postu :) Na włościach też je widziałam teraz :) Uważaj małorolna, bo Ci domiar wlepią :)
Usuń