bez jednego dnia, Kochany Pamiętniczku, bez firmy.
I pensja na koncie, nie wygląda już tak źle, a i pani P. słowna jest - zareklamowałam i od razu zaległa kaska jest, nie muszę się znów dobijać.
To lubię, nie da się ukryć. :)
Tak to ja mogę pracować, marchewka u mnie działa, kij nie.
A tak ogólnie to najchętniej rzuciłabym tę brudną robotę i wzięła się za węgiel.
Bo wiedzieli, że robię to, bo co mam zrobić, że to mój prywatny czas, ale nie. Byli przekonani, że no jak już jestem w domu, to mogę na okrągło robić. Bo oni mają dzieci, kaca, delegację, pracę w polu (to są dwuzawodowcy), urlop i co tam jeszcze, opiekę nad dzieckiem czy rodzicami.
Tylko ja jestem zawsze na posterunku, silna zwarta, gotowa, bo kto jak nie ja, bo jak to - tak szybko pani skorekciła, jak to możliwe?
Ano, możliwe, bo ja: nie siedzę nigdy w kuchni na pierdołach, nie mam przerwy na papierosa i nawet jak pracuję z domu, to mimo braku czujnego nadzoru ze strony oka Bossa, w momencie nadejścia pracy (emilka) przerywam natychmiast granie, oglądanie filmu, scrollowanie neta i zapinkalam ze śrubką w dupce, okrętową numer 5. Nie moja wina, że 85% mojej pracy to czekanie na nią aż przyjdzie.
I tym się różnię od innych korektorek, że nie szlifuję tekstu na siłę, poprawiam oczywiste kiksy, ale nie zastanawiam się godzinami, czy "objął stanowisko", czy został nominowany, czy może pełni funkcję. To nie jest czasopismo literackie, nie silę się tu na piękną polszczyznę, szanuję żargon, aczkolwiek patogena zamiast patogenu wywalam bez litości, mimo zapewnień, że oni tak mówią :) Jak i nie pozwalam na dedykowanie wszystkiego ani na design zamiast wizerunku czy wzornictwa. Trudno.
Ale dlatego czytam i poprawiam szybko.
I nienawidzę głośnego czytania wnukom, dzieciom też nie lubiłam, bowiem widzę całe zdanie i nie jestem w stanie go tak szybko przeczytać na głos, jak czytam w głowie, a to mnie niesamowicie frustruje i wkurwia. Alienek już sam czyta, ale wieczorem żąda czytania, bo... lubi zadawać głupie pytania przy tym...
Już niedługo to się skończy i dobrze.
W czwartek odpisałam E., że OK, ma wyznaczyć termin. Czekałam do dziś, pisałam dodatkowo na MSG, bo ile można czekać? Jak chcę się z kimś umówić, przechodzę do konkretów. Ale z nią zawsze tak było, że to ja musiałam się dostosować do jej cennego czasu, a jak już co do czego przychodziło, to dodatkowo czekałam, bo jest strasznie niepunktualna. No i nagrzało mnie, tym bardziej że I. zapytał, czy mogą wlecieć 2 maja. Powiedziałam, że czekam na odpowiedź, ale ile można? Więc w południe wysmażyłam, już bez tłumaczenia, kolejnego emilka, że niestety, przepraszam, ale termin jednak mi nie odpowiada. I chuj.
Wieczorkiem odbieram emilka, że właśnie chciała się umówić, że jest biedna, chora (tu litania wszystkich chorób z farmakopei), nieszczęśliwa, że teraz nie będzie miała czasu aż do końca maja...
Serio? Nie pracuje już, nie ma rodziny.
Ja też. Bo po weekendzie znów wracam do orki, a potem ten nieszczęsny okulista nade mną wisi.
Nie napisałam tego, nie odpisałam nawet, bo po co.
Odpiszę kiedyś tam.
Też jestem biedna, chora, nieszczęśliwa, zapracowana. I na dokładkę mam rodzinę, która aczkolwiek paskudna i do potłuczenia o kant dupy, to jednak jest. I tak się składa, że chcemy się sobą nacieszyć, a to wcale nie jest takie łatwe. I odległość, i wszyscy pracujemy.
Jak się ostatnio umówiłam, to odwołała, bo jej godzina nie pasowała.
Więc głupia jestem i mam wszy na płucach, że się w ogóle denerwuję.
Przyjaciółka w cudzysłowie.
Kiedy zostałam z dnia na dzień bez mieszkania, jeszcze za panieńskich czasów, ona mieszkała w pokoju dwuosobowym, wówczas już sama.
Poprosiłam o przytulenie na parę dni. Odmówiła, bo rzekomo właścicielka się nie zgadzała. (Właścicielkę znałam, to dzięki niej poznałam Eksa). Po jakimś czasie wyszło na jaw, że nie zgodziła się, żebym z nią pomieszkała, bo... właśnie miała płomienny romans z, nota bene z żonatym, no i ja bym w tym przeszkadzała.
Uratowała mnie wówczas moja ówczesna szefowa, nawiasem mówiąc, żona esbeka, na którą wszyscy pluli z tego powodu, dając mi klucz od ich służbowego mieszkania, bo wyjeżdżali na urlop, prosząc jedynie, bym pod żadnym pozorem nie odbierała telefonu ani z niego nie korzystała. Dla mnie ten warunek nie stanowił żadnego problemu :)
Więc jednak są ludzie i są parapety.
Że nie rozpamiętuje się przeszłości?
A dlaczego?
Niby dobrze nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka, ale czasem trzeba wrzucić na luz, żeby nie pękać.
I też nie czuję się OK, pomijając moją wysoką tolerancję na ból, dzięki której nie chodzę i nie opowiadam, jak bardzo bolą mnie wszystkie kosteczki. Bo bolą zajebiście, ale wciąż pamiętam zalecenie TEGO szwagra: boli, to ruszaj. Działa, chociaż czasami czuję się jak mała syrenka na tych moich jebanych paluszkach i kolankach, a i po schodach schodzę ostatnio ostrożnie, bo czasem kostki nawalają, skurcz chwyta, kolanka skaczą, a i rączki też w stawach jebią. Trudno. Starość. Nie będę tego leczyła, patrząc na kolejki do reumatologa i innych "logów". Z jednej takiej kolejki spieprzyłam w podskokach, mając skierowanie, jakieś 10lat temu. I żyję, więc się da. Okulistę szanuję, bo co będę robiła bez ślepiów, nawet jak przejdę wreszcie na emeryturę, to ślepa nic nie oglądnę ani nie przeczytam. Audiobooki nie dla mnie, nie pamiętam po chwili, co kto czytał, jestem wzrokowcem. Kardiologa omijam po ostatnich doświadczeniach, ciśnienie mi się wyregulowało tak, że jest za niskie, pewno się za dobrze prowadzę, pora zaszaleć. Zejście na zawał nie jest takie złe - byle szybko i nie bolało :)
Leki, które zażywam, mają nieprzyjemne działania uboczne, ale olać.
I jestem tylko głupią gułą, że czuję się źle, że odmówiłam i że wolę się pomęczyć te parę chwil z bandą z włości.
No cóż...
Tak, wyżalam się na blogu, ale to jest mój blog i mój Pamiętniczek.
Na sobotę zaplanowany wyjazd do Umarlaków.
Chcieliśmy się spotkać z M., bo Inżynier ją polubił, jej męża też (ja go pierwszy raz w życiu widziałam na zjeździe), no i... nie da się ukryć, że I. wcięło, bo tam są kotki, dużo kotków i wszystkie pojebało (znaczy się te kotki) na I., nawet kotka, który nikomu nie dawał się głaskać...
Takie mam zwariowane dziecko, cóż, na pewno nie po mnie i nie po Eksie, bo Eks zawsze im śpiewał: kiedy czarny kot przebiegnie tobie drogę, nie myśl, że to pech. Wyrwij kotu z d... jedną nogę, niech biegnie na trzech. Nie praktykował, takie miał poczucie humoru, ale denerwował wszystkich... I śpiewał jeszcze: Wpadł pies do kuchni i porwał mięsa ćwierć. A jeden kucharz głupi zarąbał go na śmierć. A drugi kucharz mądry, co litość w sercu miał, zakopał go w ogrodzie i taki napis dał... i da capo al fine... :) Nie żeby coś robił zwierzakom, ale lubił głupie śpiewki, a Patika, owczarka domowego szanował :)
Ale M. siedzi w DE i znów nam randka nie wyszła.
Za to ja mam nadzieję (odpukać, niech tego nie usłyszą żadne złe moce), że to będzie znów fajna sobota.
Jadą jutro pod Łódź, na safari, na białe tygrysy polować. Obiecał Łobuzów nie rzucać na przynętę tygrysom, mam nadzieję, że dotrzyma.
Taki mają rytuał na urodziny Inżynierowej.
Chociaż ja swoim małym móżdżkiem badylkowicza nie ogarniam, jak ludzie tak zwierzolubni mogą chodzić do ZOO. I się nim zachwycać. Zwłaszcza teraz, gdy zwierzęta można oglądać w naturze i na YT, i na innych platformach. Dla mnie zwierzę, patrzące zza krat na świat, jest bardzo nieszczęśliwe i nie dociera do mnie żadne tłumaczenie.
Nie chciałabym być zamknięta za kratami. Może dlatego całe życie się dobrze prowadziłam, żeby tam nie wylądować.
Choć zakratowana byłam wieloma obowiązkami, zakazami, nakazami, wypada, nie wypada, co może matka Polka, co może kobieta, co może i nie może...
Nauka asertywności jest bardzo trudna.
I chyba do końca życia nie ogarnę wszystkiego.
Ale cóż...
Nie poradzę nic na wszystko i nie ogarnę wszystkiego.
Nie byłam, nie jestem i nie będę idealna.
Kocham siebie od niedawna taką, jaka jestem.
Do napisania, Kochany Pamiętniczku...
Ja zwierzolub jestem za mądrym zoo. Ocalającym, przywracającym, ostoją i ratunkiem. Takie zoo, dla mnie pierwsze, założył mój ukochany Gerald Durrel. Zagrożone wyginięciem zwierzaki tam mają luksus środowiska dla nich właściwego, dystans od gapia i wcale nie ludź tam najważniejszy. W tym zoo rozmnażają, z rozwagą lokują rozmnożone w rezerwatach, z rozwagą wpuszczają gapiów. Więc bywają dobre zoo, tak jak wciąż bywają koszmarne. Dobrze że są dobre zoo, to konieczność niestety. Niestety, bo coraz wiecej ludzi, coraz mniej miejsca dla zwierząt. Niestety, bo dla mnie nie sam fakt że zwierzę za kratami jest przerażający, ale to, ze zależy od ludzi, istot historycznie nieodpowiedzialnych. Ale zoo będą, żadne kamery nie zastąpią popatrzenia na żywe stworzenie własnymi oczkami, więc jeśli tak, to niech będą dobre i mądre, z odpowiedzialnymi zarządzającymi.
OdpowiedzUsuńTu się z Tobą zgodzę, rozmawiałam o tym z I., on ma dużo ogrodów na tapecie, bo żona lubi. Ja w UK byłam w zoo safari, to całkiem inna bajka. Ale zoo jako takiego nie lubię, choć nasze, poznańskie jest przyjazne dla zwierząt. No cóż, wolę palmiarnię :)
UsuńTez jestem przeciwna ogrodom zoologicznym -“zlota”klatka pozostaje zawsze tylko klatka…MIlego dnia zycze
OdpowiedzUsuńJestem tego samego zdania :) Pozdrawiam :)
UsuńNie cierpię ZOO..Koszmar.Ewa
OdpowiedzUsuńPalmiarnie są fajniejsze. Albo ogrody botaniczne :)
UsuńKiedyś dawno temu,oglądałem film (był czarno biały,nie w kolorze) o tym jak było zoo i do dyrektora tego zoo doszły słuchy,że ma być zlikwidowane (działo się to podczas II wojny św.i Niemcy wtedy jeszcze nie przegrywały) bo w tym miejscu miało powstać lotnisko.Pokazane było,ile ten dyrektor poświęcił czasu i życia,żeby uratować te zwierzęta.Bo zapadła decyzja,że wszystkie będą wybite.Nic nie dało się zrobić,chociaż były brane pod uwagę,żeby je porozmieszczać do innych zoo.Zapadł wyrok i Niemcy się spieszyły i nie było odwołania.Ten dyrektor popełnił samobójstwo,a lotniska nie wybudowano.Bardzo przeżyłem ten film,bo to było na faktach i do dzisiaj pamiętam i się wzruszam.Pozdrawiam M.
OdpowiedzUsuńA może pamiętasz tytuł? Spróbuję podpytać wujka, może coś znajdę. Zaintrygowałeś mnie. A, i chyba jesteś pierwszym przedstawicielem płci przeciwnej zaglądającym na tego bloga :) Pozdrawiam również :)
UsuńNiestety nie pamiętam tytułu.Miło było wpaść do Ciebie.Nie prowadzę bloga i jestem tu czasami.Uśmiech .
OdpowiedzUsuń