Bo on jest, proszę pana, na zakręcie.
Inżynier. Jestem bezradna, bezsilna i nic nie mogę.
Nic nie poradzę.
Wybrał znów wyjście zakręcone jak świński ogonek, cały On.
I boli, że nie brat.
I super, że brat.
Brat-niebrat więcej znaczy od brata.
Nie, że brat nie chce.
Jak te losy dziwnie się plotą, Baran ze stacji benzynowej zgarnięty, gdzie po Niego lazłam z bezdomnym kundlem, na zawsze pozostanie w naszym życiu niezbędnym elementem układanki. Nie wyobrażam sobie, że Go nie ma.
A tak się bał, że Go zamordujemy ;) Hmmm... a już nóż ostrzyliśmy... :)
A tak pięknie nam się życie splotło.
Kciuki dla Inżyniera potrzebne.
Pozostaje mi tylko czekanie.
I to drżenie serca z obawy o pisklę, które wyfrunęło z gniazda i lata po swojemu. Krzywo, pod wiatr...
W następnym życiu jednak nie wyskrobię...
niedziela, 29 czerwca 2014
piątek, 27 czerwca 2014
Bonus
No i proszę, jak przyłapałam Niecnotę Patryczka na zdradzie...
Mężczyźni...
A że Sikora kolędowała też po babciach to ominęło ją
Ale wieczorek będzie dla nas :)
Mężczyźni...
A że Sikora kolędowała też po babciach to ominęło ją
Ale wieczorek będzie dla nas :)
czwartek, 26 czerwca 2014
Rzeź
niewiniątek wczoraj była. Wiedziałam, że zęba nie uratuję, ale wolę wyrwanie i spokój, jak wieczny bół głowy , no i ropny zab może zaatakować wszystko, nie ma bata. Taka uroda, że zęby mam do dupy i stamtąd się szczerzą, żyć z tym trzeba.
Pani doktor, całe 155 w szpilkach i kapeluszu, przesympatyczna. Tak jak siostra mojej szwagierki potrafiła być do mnie arogancka i zwyzywać od flei, tak ta nad moimi biednymi zębami kombinuje spokojnie. Taką mam urodę papy, że po miesiącu od ściągnięcia kamienia mam nowe pokłady kopalniane i mogę za kamieniołom robić. Siostra szwagierki twierdziła, że zębów nie myję. Ano, nie myję.
Siadam zatem na fotelu i konwersuję sobie z panią doktor, mówiąc, że ząb taka chudzina, że sama chciałam już wyrwać, że tym razem bez znieczulenia poproszę. Pani doktor, oczywiście, zrozpaczona moją decyzją i gotowa bawić się w leczenie kanałowe, choć wiem, że to nic nie da (wiem, przerabiałam, znam swój organizm). W tle sączy się muzyka, cichutko, mam aparaty, ale... Jak muzyka nie leci w miarę głośno, nie odróżnię utworu. Nic mi jednak nerwów nie szarpało, więc pewno jakaś klasyka, a nie hip hop :) Zatem znieczulenie i rozmawiamy o dzieciach, ptaszkach i biedronkach... Wreszcie clou wieczoru, pani doktor z niepokojem w oczach ogląda zębisko (a długie na jakiś metr) i już wiem, będzie powtórka z rozrywki. Miałam to u poprzedniej dentystki, w ósemce się korzeń ułamał. Tadam, bingo :) Nie będę epatowała sceną zbrodni, pani doktor prawie że na mnie leżała. Ale że technika poszła naprzód, mają rentgena sprzężonego z kompikiem, więc zaczęli rzeczonego korzenia rentgenem szukać. Kompik się zbuntował i w sumie poszło 5 fotek :) Zatem w nocy mam darmowe oświetlenie jak coś, jak lampy na osiedlu padną, każę sobie dopłacać ;) Po dłuuuuuugim czasie (1,5 godziny na fotelu, posypał się cały plan przyjęć, była już 21, a pani doktor z małą przerwą pracowała od 9!!!!) ostatni kawałek korzenia poległ, ale znikł... Nie było go w mojej paszczy, nie było w wacikach, nie było na podłodze, więc olaboga, kolejny rentgen, żeby stwierdzić, czy korzonek wyszedł... i wtem asystentka z dzikim okrzykiem: mam, mam zdejmuje rzeczonego z ołowianego fartucha... Koniec, kurtyna.
Recepta na antybiotyk, pani doktor w strachu, że zemdleję, że sama w domu jestem, w poczekalni jeszcze 3 pacjentów. I stanowcze: jutro na kontrolę, nie ma zmiłuj.
Pokulałam się do domu, trochę jak po piwku mi buzowało, ale oj tam, oj tam. Oglądnęłam dwa odcinki serialu, bo czekałam na możliwość wypicia czegokolwiek, pograłam, napisałam do Inżyniera i poszłam spać. Znieczulenie zlazło mi na wargi i dziwnie się czułam, ale oj tam, oj tam...
Rano budzę się, rześka, wypoczęta, po raz pierwszy od dawna głowa nie ćmi, szczęka trochę pobolewa, ale co to dla mnie??
Myję zęby, bo wiem dobrze o tym...
Śniadanko.
Sprzątanko, bo pościel dla Sikory muszę uszykować, zląduje śpijmą nocą.
Potem kąpiel i wymyślić coś na obiad.
Kontrola u dentysty (a, musiałam obiecać, że następnym razem włażąc na fotel będę mówiła, że strasznie się boję, a nie, że sama sobie wyrwę).
Zakupy.
Leń i czekanie na Sikorę.
Fajny plan, co nie??
I tak myślę: zacząć pisać horrory, żeby zarobić na tę zabawę w dentystę?
Bo kaski pójdzie od cholery.
Jak nie urok, to sraczka i moje plany wakacyjne poszły... w siną dal :D
Pani doktor, całe 155 w szpilkach i kapeluszu, przesympatyczna. Tak jak siostra mojej szwagierki potrafiła być do mnie arogancka i zwyzywać od flei, tak ta nad moimi biednymi zębami kombinuje spokojnie. Taką mam urodę papy, że po miesiącu od ściągnięcia kamienia mam nowe pokłady kopalniane i mogę za kamieniołom robić. Siostra szwagierki twierdziła, że zębów nie myję. Ano, nie myję.
Siadam zatem na fotelu i konwersuję sobie z panią doktor, mówiąc, że ząb taka chudzina, że sama chciałam już wyrwać, że tym razem bez znieczulenia poproszę. Pani doktor, oczywiście, zrozpaczona moją decyzją i gotowa bawić się w leczenie kanałowe, choć wiem, że to nic nie da (wiem, przerabiałam, znam swój organizm). W tle sączy się muzyka, cichutko, mam aparaty, ale... Jak muzyka nie leci w miarę głośno, nie odróżnię utworu. Nic mi jednak nerwów nie szarpało, więc pewno jakaś klasyka, a nie hip hop :) Zatem znieczulenie i rozmawiamy o dzieciach, ptaszkach i biedronkach... Wreszcie clou wieczoru, pani doktor z niepokojem w oczach ogląda zębisko (a długie na jakiś metr) i już wiem, będzie powtórka z rozrywki. Miałam to u poprzedniej dentystki, w ósemce się korzeń ułamał. Tadam, bingo :) Nie będę epatowała sceną zbrodni, pani doktor prawie że na mnie leżała. Ale że technika poszła naprzód, mają rentgena sprzężonego z kompikiem, więc zaczęli rzeczonego korzenia rentgenem szukać. Kompik się zbuntował i w sumie poszło 5 fotek :) Zatem w nocy mam darmowe oświetlenie jak coś, jak lampy na osiedlu padną, każę sobie dopłacać ;) Po dłuuuuuugim czasie (1,5 godziny na fotelu, posypał się cały plan przyjęć, była już 21, a pani doktor z małą przerwą pracowała od 9!!!!) ostatni kawałek korzenia poległ, ale znikł... Nie było go w mojej paszczy, nie było w wacikach, nie było na podłodze, więc olaboga, kolejny rentgen, żeby stwierdzić, czy korzonek wyszedł... i wtem asystentka z dzikim okrzykiem: mam, mam zdejmuje rzeczonego z ołowianego fartucha... Koniec, kurtyna.
Recepta na antybiotyk, pani doktor w strachu, że zemdleję, że sama w domu jestem, w poczekalni jeszcze 3 pacjentów. I stanowcze: jutro na kontrolę, nie ma zmiłuj.
Pokulałam się do domu, trochę jak po piwku mi buzowało, ale oj tam, oj tam. Oglądnęłam dwa odcinki serialu, bo czekałam na możliwość wypicia czegokolwiek, pograłam, napisałam do Inżyniera i poszłam spać. Znieczulenie zlazło mi na wargi i dziwnie się czułam, ale oj tam, oj tam...
Rano budzę się, rześka, wypoczęta, po raz pierwszy od dawna głowa nie ćmi, szczęka trochę pobolewa, ale co to dla mnie??
Myję zęby, bo wiem dobrze o tym...
Śniadanko.
Sprzątanko, bo pościel dla Sikory muszę uszykować, zląduje śpijmą nocą.
Potem kąpiel i wymyślić coś na obiad.
Kontrola u dentysty (a, musiałam obiecać, że następnym razem włażąc na fotel będę mówiła, że strasznie się boję, a nie, że sama sobie wyrwę).
Zakupy.
Leń i czekanie na Sikorę.
Fajny plan, co nie??
I tak myślę: zacząć pisać horrory, żeby zarobić na tę zabawę w dentystę?
Bo kaski pójdzie od cholery.
Jak nie urok, to sraczka i moje plany wakacyjne poszły... w siną dal :D
środa, 25 czerwca 2014
Narażę
się wszystkim i może nawet na mnie płatnego zabójcę naślą, ale... kocham takie lato :) Przypomina mi lata z dzieciństwa, kiedy zawsze było mi za chłodno i za zimno... I latałam opatulona w sweterek. Teraz popylam w t-shircie i jest mi przyjemnie, tłuszcz grzeje aż miło i... oblewam się potem na widok osób w kozaczkach (letnie, nie letnie, kozaczki), szalikach i kurteczkach. Jest mi ciepło, w sam raz, nie duszę się i nie smażę... Lato trwaj...
Wracam też do dzieciństwa w innych aspektach. Moja Mama była wrogiem chemii i myła mi głowę mydłem. Dla mnie to było naturalne, więc nic nie mówiłam. A włoski miałam jak ten aniołek, rudawe, złociste, warkocze do pół pasa. Jak likwidowałam mieszkanie mojej Cioci (siostry Mamy) znalazłam te warkocze, wciąż były aksamitne, mięciutkie... I... ze strachem dotknęłam, bo boję się włosów, z szabru na Ziemiach Odzyskanych jeden wujek przywiózł mi lalkę z włosami i... w jej głowie było gniazdo myszy... Do dziś pamiętam tę traumę i nienawidzę włosów. Ale żałuję, że moje wywaliłam, bo mogłam sobie z nich zrobić peruczkę, teraz by mi się przydała, jak łysieję. Ciocia chciała z nich zrobić sobie treskę, bo akurat modne były treski, jak ścinałam, no ale jakoś nie zrobiła. Włoski zawsze miałam, że ojapierdolę, choć doceniam to dopiero dziś. Szamponem zaczęłam myć, gdy zamieszkałam w internacie w pierwszej klasie liceum, bo się ze mnie śmiali, że wiocha jestem...
Teraz, po latach coś mi się odkręciło i myję znów głowę Białym Jeleniem i... jakoś mi lepiej. Włoski też ciut lepsze.
Kefirek i ser też sama robię.
Chleb piekę.
Wywaliłam wszystkie cuda wianki na kiju do gotowania.
I tak mija dzień za dniem.
Powolutku.
Tyle, że znów się wszystko rozchodzi w rękach, dentysta znów na mnie nieźle zarobi, ale super, że udało mi się dostać z dnia na dzień, bo ile można wytrzymac z bólem zęba? Ja nie potrafię. Wszystko może mnie boleć, ale nie ząb. Wtedy szaleję.
Czarno to jednak widzę, no cóż...
Życie.
Pędzi coraz prędzej...
Więc...
... i tak można nazwać firmę, choć nie sądzę, żeby to był szczyt szczytów trafienia w sedno...
Ponoć zamiast kotecków na targu będą dzieci sprzedawać, nie wiem tylko, czy na pęczki, czy na sztuki ;)
Lato w mieście z wiejskimi akcentami... Po co się gdzieś włóczyć, jak wszystko mam pod nosem??
I dupomirki coraz lepciejsze....
I jedzenie kombinuję, tu moja pierwsza tarta i... zostałam fanką tart... Kolejny obiadek jeszcze zdrowszy. Czas przygotowania: 20 minut... Teraz bym chciała mieć kogo żywić, bo natchnienie mam...
No proszę, samo zdrowie.
Dziś posadziłam na balkonie turki (kojarzą mi się z dworcami PKP, za komuny na każdym dworcu rosły), nie lubię ich zapachu, ale nie mam kasy, a turki tanie są, bratki właśnie padają. Turki poprzedzielałam starcami, zobaczymy, co z tego będzie.
I więcej mi się nie chce, bo wieczorem do dentysty.
Znów dzień przeminął, nie wszystkim los wygrany padł...
Wracam też do dzieciństwa w innych aspektach. Moja Mama była wrogiem chemii i myła mi głowę mydłem. Dla mnie to było naturalne, więc nic nie mówiłam. A włoski miałam jak ten aniołek, rudawe, złociste, warkocze do pół pasa. Jak likwidowałam mieszkanie mojej Cioci (siostry Mamy) znalazłam te warkocze, wciąż były aksamitne, mięciutkie... I... ze strachem dotknęłam, bo boję się włosów, z szabru na Ziemiach Odzyskanych jeden wujek przywiózł mi lalkę z włosami i... w jej głowie było gniazdo myszy... Do dziś pamiętam tę traumę i nienawidzę włosów. Ale żałuję, że moje wywaliłam, bo mogłam sobie z nich zrobić peruczkę, teraz by mi się przydała, jak łysieję. Ciocia chciała z nich zrobić sobie treskę, bo akurat modne były treski, jak ścinałam, no ale jakoś nie zrobiła. Włoski zawsze miałam, że ojapierdolę, choć doceniam to dopiero dziś. Szamponem zaczęłam myć, gdy zamieszkałam w internacie w pierwszej klasie liceum, bo się ze mnie śmiali, że wiocha jestem...
Teraz, po latach coś mi się odkręciło i myję znów głowę Białym Jeleniem i... jakoś mi lepiej. Włoski też ciut lepsze.
Kefirek i ser też sama robię.
Chleb piekę.
Wywaliłam wszystkie cuda wianki na kiju do gotowania.
I tak mija dzień za dniem.
Powolutku.
Tyle, że znów się wszystko rozchodzi w rękach, dentysta znów na mnie nieźle zarobi, ale super, że udało mi się dostać z dnia na dzień, bo ile można wytrzymac z bólem zęba? Ja nie potrafię. Wszystko może mnie boleć, ale nie ząb. Wtedy szaleję.
Czarno to jednak widzę, no cóż...
Życie.
Pędzi coraz prędzej...
Więc...
... i tak można nazwać firmę, choć nie sądzę, żeby to był szczyt szczytów trafienia w sedno...
Ponoć zamiast kotecków na targu będą dzieci sprzedawać, nie wiem tylko, czy na pęczki, czy na sztuki ;)
Lato w mieście z wiejskimi akcentami... Po co się gdzieś włóczyć, jak wszystko mam pod nosem??
I dupomirki coraz lepciejsze....
I jedzenie kombinuję, tu moja pierwsza tarta i... zostałam fanką tart... Kolejny obiadek jeszcze zdrowszy. Czas przygotowania: 20 minut... Teraz bym chciała mieć kogo żywić, bo natchnienie mam...
No proszę, samo zdrowie.
Dziś posadziłam na balkonie turki (kojarzą mi się z dworcami PKP, za komuny na każdym dworcu rosły), nie lubię ich zapachu, ale nie mam kasy, a turki tanie są, bratki właśnie padają. Turki poprzedzielałam starcami, zobaczymy, co z tego będzie.
I więcej mi się nie chce, bo wieczorem do dentysty.
Znów dzień przeminął, nie wszystkim los wygrany padł...
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Nagle
SMS.
Dobrze, że dziś telefon mam pod ręką.
Czy dasz się zaprosić na drugie śniadanie na mieście?
Oczywiście, że dam.
Słonko jest.
No nie...
Będzie się działo... :) Na pewno wpadła przelotem, jak zawsze, ale chwila darowana jest...
Update
Po wymianie SMS stwierdziłyśmy, że seks będzie u mnie. Odebrałam więc ją z dworca, przedtem uzupełniwszy braki w lodówce i dowiozłam do chaupki. Dziwowała się, miasta nie poznając, ale nawet Inżynier, choć wyjechał później jak Ona i dłużej na wsi mieszkał, czuje się jak turysta ;) Poremontowe lokum bardzo Jej się podobało. Upichciłam jedzonko, a gęby nam się nie zamykały, jak zawsze. I to był pierwszy poniedziałek od lat, kiedy: "powiedzialam Słonku"... Bo pracowałyśmy razem w Auschwitz kilka lat i potem ona pierwsza, szczęściara, wyjechała do Irlandii, zostawiając nas z niefortunną, ale wybraną przez nią, następczynią, czego reszta firmy nie może jej zapomnieć. Rzeczona Pietruszka wygryzła wszystkich, nawet tych, co plecy mieli i do dziś króluje w Auschwitz... Ale wszyscy wygryzieni wdzięczni są losowi za to, więc na złe nam to nie wyszło.A mi najbardziej, nawet osobiście podziękowałam Pietruszce w ostatnim dniu, odbierając papiery, za wygryzienie, co o mało jej o apopleksję nie przyprawiło :P
Mogę sięze Słonkiem widzieć raz na kilka lat, a i tak jest, jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Nadajemy na tych samych falach i na tej samej częstotliwości, choć przy odrobinie uporu z mojej strony mogłabym być Jej mamą. Szkoda, że ma Ją Wąsacz i... nie dorwał żaden z moich chłopaków...
Po mojej przyrodniej siostrze, z którą los mnie rozdzielił, i po Baśce z Gdyni, która też od lat ma swoje piekiełko, to jedyny damski Przyjaciel, jakiego w życiu miałam (Sikora, nie marudź, bo Ty córa jesteś i Mamci słuchac musisz ;) ). Taki realny z dnia na dzień, taki, że każdy poniedziałek zaczynał się od myśli: jadę do pracy i powiem Słonku.
Teraz już nie muszę płakać na Jej ramieniu, ale...
Czasem łapię się na tym, że muszę powiedzieć Słonku, a daleko jest.
Ale to nic.
Wystarczą emilki i takie niespodziewajki, jak dziś.
Mamy wspólnych przyjaciół, moje dzieci też bardzo Ją lubią i są zaprzyjaźnione, a i Wąsacza, czyli Jej męża też.
No i Baran się też w Niej podkochuje skrycie, ale trudno mu się dziwić :D
Zatkało mi dziś dech i pięknie :)
Jak skomentowała rano Sikora, teraz trzeba czekać na ciąg dalszy.
Będzie się działo ;) To prawda, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień.
Dobrze, że dziś telefon mam pod ręką.
Czy dasz się zaprosić na drugie śniadanie na mieście?
Oczywiście, że dam.
Słonko jest.
No nie...
Będzie się działo... :) Na pewno wpadła przelotem, jak zawsze, ale chwila darowana jest...
Update
Po wymianie SMS stwierdziłyśmy, że seks będzie u mnie. Odebrałam więc ją z dworca, przedtem uzupełniwszy braki w lodówce i dowiozłam do chaupki. Dziwowała się, miasta nie poznając, ale nawet Inżynier, choć wyjechał później jak Ona i dłużej na wsi mieszkał, czuje się jak turysta ;) Poremontowe lokum bardzo Jej się podobało. Upichciłam jedzonko, a gęby nam się nie zamykały, jak zawsze. I to był pierwszy poniedziałek od lat, kiedy: "powiedzialam Słonku"... Bo pracowałyśmy razem w Auschwitz kilka lat i potem ona pierwsza, szczęściara, wyjechała do Irlandii, zostawiając nas z niefortunną, ale wybraną przez nią, następczynią, czego reszta firmy nie może jej zapomnieć. Rzeczona Pietruszka wygryzła wszystkich, nawet tych, co plecy mieli i do dziś króluje w Auschwitz... Ale wszyscy wygryzieni wdzięczni są losowi za to, więc na złe nam to nie wyszło.A mi najbardziej, nawet osobiście podziękowałam Pietruszce w ostatnim dniu, odbierając papiery, za wygryzienie, co o mało jej o apopleksję nie przyprawiło :P
Mogę sięze Słonkiem widzieć raz na kilka lat, a i tak jest, jakbyśmy rozstały się wczoraj.
Nadajemy na tych samych falach i na tej samej częstotliwości, choć przy odrobinie uporu z mojej strony mogłabym być Jej mamą. Szkoda, że ma Ją Wąsacz i... nie dorwał żaden z moich chłopaków...
Po mojej przyrodniej siostrze, z którą los mnie rozdzielił, i po Baśce z Gdyni, która też od lat ma swoje piekiełko, to jedyny damski Przyjaciel, jakiego w życiu miałam (Sikora, nie marudź, bo Ty córa jesteś i Mamci słuchac musisz ;) ). Taki realny z dnia na dzień, taki, że każdy poniedziałek zaczynał się od myśli: jadę do pracy i powiem Słonku.
Teraz już nie muszę płakać na Jej ramieniu, ale...
Czasem łapię się na tym, że muszę powiedzieć Słonku, a daleko jest.
Ale to nic.
Wystarczą emilki i takie niespodziewajki, jak dziś.
Mamy wspólnych przyjaciół, moje dzieci też bardzo Ją lubią i są zaprzyjaźnione, a i Wąsacza, czyli Jej męża też.
No i Baran się też w Niej podkochuje skrycie, ale trudno mu się dziwić :D
Zatkało mi dziś dech i pięknie :)
Jak skomentowała rano Sikora, teraz trzeba czekać na ciąg dalszy.
Będzie się działo ;) To prawda, że jaki poniedziałek, taki cały tydzień.
piątek, 20 czerwca 2014
Ludzie, ludzie, cuda w budzie
Najpierw zaczęłam tracić wzrok. Widzę coraz gorzej, co jest bardzo męczące, bo wszak z pracy oczu żyję. Co dziwniejsze, wzrok nawalał mi tylko w okularach (jestem krecikiem, znaczy się krótkowidzem), czytam bez okularów (mam takie do czytania, ale mi się w nich wzrok szybko męczy)...
Potem zaczął mi nawalać słuch. Wybiórczo. Nie, nie tak jak mówił mój Eks, że słyszę tylko to, co słyszeć chcę. Inna para kaloszy, że w życiu przedaparatowym jako krecik, żeby zobaczyć, co ktoś mówi, musiałam mieć okulary na nosie i w poprzedniej firmie zawsze mówiłam kierownikowi, który czepiał się jak pijany płotu, żeby poczekał, aż założę okulary, bo nie widzę, co mówi.
Teraz w aparatach słyszałam dobrze, bez aparatów też sobie daję radę, ale co wsadziłam słuchawki do uszu, to... no właśnie, słuch mi padł, muzyki nie słychać, albo słyszę, ale nie wiem co gra...
Tragedia.
Mało że stara, gruba, ma wąsa, jest łysa, to jeszcze ślepa i głucha...
Ojapierdolę.
Ale...
Cuda się zdarzają.
Wpadłam na genialny pomysł, żeby umyć okulary ludwikiem, a nie czyścić czyścikiem do okularów i co ja paczę?? Sokole Oko ze mnie znów.
A w środę jak otwierałam drzwi, spadł mi list z ręki na podłogę i schylając się po niego zgięłam chyba drut i jedna słuchawka padła (ajfonika w kieszeni dżinsów noszę)... No i dziś pokulałam się po słuchawki, bo nie za bardzo umiem łazić bez muzyki, lata treningów (zaczynałam od walkmana i to nie byle jakiego, bo dostałam z Niemiec "prawdziwe Sony", mam to do dziś, wtedy był wypas, potem były różne odtwarzacze CD i mp3, ostatnio ajfonik). Wracam do domu, wydłubuję słuchawki z opakowania włączam ajfonika i... tadam, odzyskałam słuch, muzyka leci jak dawniej. Pewno w słuchawkach coś padło, ale że grały obie, tylko słabiej, to myślałam, że tracę słuch ;)
No i proszę: ludwik, ręcznik, nowe słuchawki, a ja taka nówka nieśmigana znów.
Mała rzecz, a cieszy ;)
Potem zaczął mi nawalać słuch. Wybiórczo. Nie, nie tak jak mówił mój Eks, że słyszę tylko to, co słyszeć chcę. Inna para kaloszy, że w życiu przedaparatowym jako krecik, żeby zobaczyć, co ktoś mówi, musiałam mieć okulary na nosie i w poprzedniej firmie zawsze mówiłam kierownikowi, który czepiał się jak pijany płotu, żeby poczekał, aż założę okulary, bo nie widzę, co mówi.
Teraz w aparatach słyszałam dobrze, bez aparatów też sobie daję radę, ale co wsadziłam słuchawki do uszu, to... no właśnie, słuch mi padł, muzyki nie słychać, albo słyszę, ale nie wiem co gra...
Tragedia.
Mało że stara, gruba, ma wąsa, jest łysa, to jeszcze ślepa i głucha...
Ojapierdolę.
Ale...
Cuda się zdarzają.
Wpadłam na genialny pomysł, żeby umyć okulary ludwikiem, a nie czyścić czyścikiem do okularów i co ja paczę?? Sokole Oko ze mnie znów.
A w środę jak otwierałam drzwi, spadł mi list z ręki na podłogę i schylając się po niego zgięłam chyba drut i jedna słuchawka padła (ajfonika w kieszeni dżinsów noszę)... No i dziś pokulałam się po słuchawki, bo nie za bardzo umiem łazić bez muzyki, lata treningów (zaczynałam od walkmana i to nie byle jakiego, bo dostałam z Niemiec "prawdziwe Sony", mam to do dziś, wtedy był wypas, potem były różne odtwarzacze CD i mp3, ostatnio ajfonik). Wracam do domu, wydłubuję słuchawki z opakowania włączam ajfonika i... tadam, odzyskałam słuch, muzyka leci jak dawniej. Pewno w słuchawkach coś padło, ale że grały obie, tylko słabiej, to myślałam, że tracę słuch ;)
No i proszę: ludwik, ręcznik, nowe słuchawki, a ja taka nówka nieśmigana znów.
Mała rzecz, a cieszy ;)
czwartek, 19 czerwca 2014
Wciąż
myślę o Zmorce i Jej dziadach, jak musi im być ciężko. Byłam cichą fanką Ramza, choć nie dane mi było dotknąć Jego futerka.
Ale wciąż utwierdzam się w przekonaniu, że założenie: nie będzie bolało jest słuszne.
Amen.
Wiem, życie boli i jest pełne obaw i strachów, jest w nim dużo ludzi do kochania jeszcze, ale...
Nevermind...
Kolejny numer za mną, nie do wiary, już 7. w tym roku. Jak ten czas zapierdala.
Bezboleśnie było, ale... Po 15 (sic!) nie ma już chleba w piekarniach, tzn. jest, ale nie ma wyboru. Rozumiem, że nie chcą generować strat, ale za komuny 5 minut przed zamknięciem chleb był :P Na Manhattanie wszyscy już zwijali kramy, a truskawek nie było nigdzie. Rozumiem, towar się łatwo psuje, dzień przerwy, ale... co mają robić ludzie pracujący od 9 do 17??? Lecieć rano po zakupy?? Manhattan otwierają o 8, nie zdążę na zakupy i do pracy, tzn. zdążę, ale nie uśmiecha mi się taszczenie kilogramów do pracy i z powrotem, poza tym jak upchnąć to w zazwyczaj zapchanej pracowej lodówce?? Nie lubię zakupów w marketach, zielsko stamtąd mi nie smakuje. W mieście truskawki po 8-9 zł, na Manhattanie po 4,50. Robi różnicę?? Robi, nawet dla mnie...
Ale koniec marudzenia.
Princessa Dobrawa jest już Wielka
i waży całe 1,29 kg, znaczy się więcej niż torebka cukru :) Mama mała, tato niewysoki, a dziewucha jak tyczka ;) (Nawiasem nie wiem, jak oni to tam ważą?? Wyskakuje na chwilę, włazi na wagę, a potem znów hyc do brzuszka?? Czy oni wagę do brzuszka i tam ważą?? Wie ktoś??? ;) )
Sikorzy rodzice zrobili Jej niespodziankę, miał wlecieć ojciec, a wleciała na dokładkę mama. Princessa ma już pierwszą karetę i basen też ma.
Iście Księżniczka na ziarnku grochu...
A ja, zadowolona z zakończenia pracy siedziałam z piwkiem i delektowałam się zapachem
Pięknie pachną leluje.
Jutro zaczynam aktywne życie (hehehehehe, tak sobie obiecuję), ale dziś leń na maksa: kefirek z truskawkami zamiast obiadu, piżamka i filmy. Kto leniowi zabroni??
Planuję nowe badyle na balkonie, bo bratki już mizerne są, ale to dziś nic nie zrobię, bo wszystko zamknięte i jeszcze czyjeś uczucia religijne urażę, a po co??
Słuchawki do iPhone'a mi padły. Znalazłam w Komputroniku za 32 zł, wyglądają jak oryginalne, ale Inżynier mówi, że tylko wyglądają. Tzn. mogą być niezłe, ale nie muszą. Oryginalne kosztują ponad 100 zł, więc... Nie wiem, czy zapłacę tylko za logo, czy za jakość też. Bo i to, i to na pewno majstrowały te same małe chińskie rączki...
No nic, prześpię się ze ślimakami i tak dzisiaj nic nie kupię...
Ale wciąż utwierdzam się w przekonaniu, że założenie: nie będzie bolało jest słuszne.
Amen.
Wiem, życie boli i jest pełne obaw i strachów, jest w nim dużo ludzi do kochania jeszcze, ale...
Nevermind...
Kolejny numer za mną, nie do wiary, już 7. w tym roku. Jak ten czas zapierdala.
Bezboleśnie było, ale... Po 15 (sic!) nie ma już chleba w piekarniach, tzn. jest, ale nie ma wyboru. Rozumiem, że nie chcą generować strat, ale za komuny 5 minut przed zamknięciem chleb był :P Na Manhattanie wszyscy już zwijali kramy, a truskawek nie było nigdzie. Rozumiem, towar się łatwo psuje, dzień przerwy, ale... co mają robić ludzie pracujący od 9 do 17??? Lecieć rano po zakupy?? Manhattan otwierają o 8, nie zdążę na zakupy i do pracy, tzn. zdążę, ale nie uśmiecha mi się taszczenie kilogramów do pracy i z powrotem, poza tym jak upchnąć to w zazwyczaj zapchanej pracowej lodówce?? Nie lubię zakupów w marketach, zielsko stamtąd mi nie smakuje. W mieście truskawki po 8-9 zł, na Manhattanie po 4,50. Robi różnicę?? Robi, nawet dla mnie...
Ale koniec marudzenia.
Princessa Dobrawa jest już Wielka
i waży całe 1,29 kg, znaczy się więcej niż torebka cukru :) Mama mała, tato niewysoki, a dziewucha jak tyczka ;) (Nawiasem nie wiem, jak oni to tam ważą?? Wyskakuje na chwilę, włazi na wagę, a potem znów hyc do brzuszka?? Czy oni wagę do brzuszka i tam ważą?? Wie ktoś??? ;) )
Sikorzy rodzice zrobili Jej niespodziankę, miał wlecieć ojciec, a wleciała na dokładkę mama. Princessa ma już pierwszą karetę i basen też ma.
Iście Księżniczka na ziarnku grochu...
A ja, zadowolona z zakończenia pracy siedziałam z piwkiem i delektowałam się zapachem
Pięknie pachną leluje.
Jutro zaczynam aktywne życie (hehehehehe, tak sobie obiecuję), ale dziś leń na maksa: kefirek z truskawkami zamiast obiadu, piżamka i filmy. Kto leniowi zabroni??
Planuję nowe badyle na balkonie, bo bratki już mizerne są, ale to dziś nic nie zrobię, bo wszystko zamknięte i jeszcze czyjeś uczucia religijne urażę, a po co??
Słuchawki do iPhone'a mi padły. Znalazłam w Komputroniku za 32 zł, wyglądają jak oryginalne, ale Inżynier mówi, że tylko wyglądają. Tzn. mogą być niezłe, ale nie muszą. Oryginalne kosztują ponad 100 zł, więc... Nie wiem, czy zapłacę tylko za logo, czy za jakość też. Bo i to, i to na pewno majstrowały te same małe chińskie rączki...
No nic, prześpię się ze ślimakami i tak dzisiaj nic nie kupię...
wtorek, 17 czerwca 2014
Gdzie się tłucze
i się leje, tam się bardzo dobrze dzieje.
Tak się pocieszam.
Spaliłam wczoraj kolejny czajnik. Zalałam herbatę i odstawiłam na gaz, nie wyłączając palnika (nie, że celowo). Wina mojej głuchoty, bo nie słyszę palącego się płomienia i... taki fajny gwizdeczek miał ten czajniczek, ale słyszę go tylko w aparatach. Nowa maszynka zaś ma taki urok, że nie widać płomienia, jak w pomieszczeniu jest jasno, a jest przeraźliwie jasno.
Poszłam więc z herbatką na Brotherhood, wciąga jak chodzenie po bagnach. W pewnym momencie coś mi śmierdzi, ale oj tam,oj tam, jak wiadomo mam guza na mózgu, wszy na płucach i wciąż czuję jakieś dziwne zapachy. Po jakimś czasie jednak oderwałam się od filmu i polazłam do kuchni. Czajnik ze srebrnego (juz raz odratowany) zrobił się hmmm.... ośrupany, ale na szczęście nie sfajczyłam się.
I zaczęło mnie gryźć...
Rano 3 razy sprawdziłam wszystko, zanim zamknęłam drzwi, klapnęłam w autobusie i... oczyma duszy widzę czajnik na gazie.
Tłumaczę sobie jak krowie na rowie, że nie ma czajnika na gazie, bo primo po pierwsze: sprawdzałam 3 razy, a primo po drugie: myłam rano maszynkę, a trudno myć maszynkę z włączonym palnikiem...
Ale diabeł mi szepcze: masz alzheimera i na gazie został czajnik.
W pracy siedziałam jak na szpilkach i dojrzewałam do czegoś, przed czym broniłam się latami.
Do elektrycznego czajnika.
Trudno, te parę złotych więcej za prąd są warte mojego spokoju.
Poleciałam więc do Saturna i kupiłam czajnik, a co tam, raz kozie śmierć.
Kupiłam też naczynie żaroodporne, bo ostatnie, jakie miałam, zmarło pękając już dawno temu.
A do domu wlokłam risotto z kaszy jaglanej, przeznaczone do odgrzania w kuchni mikrofalowej w pracy, którego to risotta nie zjadłam, bo za wcześnie ogarnęłam wszystko.
Naczynie 22 zeta, więc co tam, zaszalałam.
Wracam do domu.
Wsadzam ściśle z instrukcją do piekarnika.
Zapach rozchodzi się po chaupce.
Wyciągam,
I... trzask.
Pękło.
Dobrze, że po drugiej stronie, a nie tam, gdzie trzymałam....
No i 22 zł poszło się... oj tam, oj tam.
Nie pojadę reklamowac, sklep godzina jazdy w jedną stronę.
Korki są koło mnie niemiłosierne.
Klimatyzacja egzystuje w formie napisu na oknie: Przy pracującej klimatyzacji okna są zablokowane.
Szkoda zdrowia, zresztą nie wiem, czy uznają, bo może rzucałam specjalnie, żeby pękło?? :)
I tym sposobem zostałam na stare lata właścicielką czajnika elektrycznego. Zobaczymy. Wieki temu mówiła mi koleżanka, że mam coś takiego kupić (ona nałogowo paliła czajniki, choć słyszy dobrze, wystarczyło, że gwizdka nie założyła). Zresztą chłopcy też palili... :)
Rozpusta, ruja i porubstwo i kto za prąd będzie płacił?? :>
Wstępniaka pisze Boss.
Reszta wolnym walcem, bo już większość zrobiona.
Będzie się działo, bo w czwartek Boże Ciało. Jedyna nadzieja, że jakaś Żabka będzie otwarta czy Krecik... Teoretycznie mam co jeść i jeden dzień przeżyję :)
Tak się pocieszam.
Spaliłam wczoraj kolejny czajnik. Zalałam herbatę i odstawiłam na gaz, nie wyłączając palnika (nie, że celowo). Wina mojej głuchoty, bo nie słyszę palącego się płomienia i... taki fajny gwizdeczek miał ten czajniczek, ale słyszę go tylko w aparatach. Nowa maszynka zaś ma taki urok, że nie widać płomienia, jak w pomieszczeniu jest jasno, a jest przeraźliwie jasno.
Poszłam więc z herbatką na Brotherhood, wciąga jak chodzenie po bagnach. W pewnym momencie coś mi śmierdzi, ale oj tam,oj tam, jak wiadomo mam guza na mózgu, wszy na płucach i wciąż czuję jakieś dziwne zapachy. Po jakimś czasie jednak oderwałam się od filmu i polazłam do kuchni. Czajnik ze srebrnego (juz raz odratowany) zrobił się hmmm.... ośrupany, ale na szczęście nie sfajczyłam się.
I zaczęło mnie gryźć...
Rano 3 razy sprawdziłam wszystko, zanim zamknęłam drzwi, klapnęłam w autobusie i... oczyma duszy widzę czajnik na gazie.
Tłumaczę sobie jak krowie na rowie, że nie ma czajnika na gazie, bo primo po pierwsze: sprawdzałam 3 razy, a primo po drugie: myłam rano maszynkę, a trudno myć maszynkę z włączonym palnikiem...
Ale diabeł mi szepcze: masz alzheimera i na gazie został czajnik.
W pracy siedziałam jak na szpilkach i dojrzewałam do czegoś, przed czym broniłam się latami.
Do elektrycznego czajnika.
Trudno, te parę złotych więcej za prąd są warte mojego spokoju.
Poleciałam więc do Saturna i kupiłam czajnik, a co tam, raz kozie śmierć.
Kupiłam też naczynie żaroodporne, bo ostatnie, jakie miałam, zmarło pękając już dawno temu.
A do domu wlokłam risotto z kaszy jaglanej, przeznaczone do odgrzania w kuchni mikrofalowej w pracy, którego to risotta nie zjadłam, bo za wcześnie ogarnęłam wszystko.
Naczynie 22 zeta, więc co tam, zaszalałam.
Wracam do domu.
Wsadzam ściśle z instrukcją do piekarnika.
Zapach rozchodzi się po chaupce.
Wyciągam,
I... trzask.
Pękło.
Dobrze, że po drugiej stronie, a nie tam, gdzie trzymałam....
No i 22 zł poszło się... oj tam, oj tam.
Nie pojadę reklamowac, sklep godzina jazdy w jedną stronę.
Korki są koło mnie niemiłosierne.
Klimatyzacja egzystuje w formie napisu na oknie: Przy pracującej klimatyzacji okna są zablokowane.
Szkoda zdrowia, zresztą nie wiem, czy uznają, bo może rzucałam specjalnie, żeby pękło?? :)
I tym sposobem zostałam na stare lata właścicielką czajnika elektrycznego. Zobaczymy. Wieki temu mówiła mi koleżanka, że mam coś takiego kupić (ona nałogowo paliła czajniki, choć słyszy dobrze, wystarczyło, że gwizdka nie założyła). Zresztą chłopcy też palili... :)
Rozpusta, ruja i porubstwo i kto za prąd będzie płacił?? :>
Wstępniaka pisze Boss.
Reszta wolnym walcem, bo już większość zrobiona.
Będzie się działo, bo w czwartek Boże Ciało. Jedyna nadzieja, że jakaś Żabka będzie otwarta czy Krecik... Teoretycznie mam co jeść i jeden dzień przeżyję :)
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Szalony
jakiś ten czas. Ludzie robię w tym numerze błędy, które nie wyglądają na błędy, bo... mają poniekąd sens.
Z połączenia dwóch korporacji powstał nowy pomiot.... :) Oplulam monitorek, ale fakt, faktem, co może powstać z takiego połączenia??
No i śródtytuł: Konfekcja nasienia.
Zgadnij, Józek, kto cię trąca?? Gdzie tu błąd?? Już byłam skłonna to puścić, kiedy oczami duszy ujrzałam dwa nasionka (w sensie: plemniki, bo o nie chodzi, o sztuczną inseminację). Jeden w pinkowej sukience baletnicy, a drugi w stringach i z muszką...
Dobrze, że w pracy mam duże pudło chusteczek, znów musiałam wycierać monitorek.
A pani redakktor chodziło o konfekcjonowanie nasienia...
I tak dookoła Wojtek.
Rozumiem, upały były. Ale już nie ma.
No, może u mnie w pokoiku. Zalewał mnie dziś pot i znów naszły mnie myśli o pójściu do lekarza, bo co za gorąco, to niezdrowo. Okno otwarte cały czas, na dworze chłodek (wiem, bo polazłam po zakupy, mając dość czekania), a mi gorąco. O 18 przychodzi pani sprzątająca i pyta: dlaczego kaloryfery są włączone :)
Padłam, mój grzał na full.
I jeszcze kolejna rundka do MPK, bo... żeby od 1 lipca mieć sieciówkę bardziej ulgową, znaczy się, metropolitalną, muszę złożyć oświadczenie, że płacę podatki w mojej wiosce. Ulga rocznie wyniesie wtedy w sumie 48 zł, co zrekompensuje odebranie promocji 12 + 1, kiedy za 12 kupionych biletów miałam jeden miesiąc gratis. Nie dam tego, dość ze mnie zdzierają. Więc gdy wysiadając na pętli zobaczylam, że pod punktem nie ma nikogo, ruszyłam rączo i... tadam... Odbiłam się od karteczki, że przerwa. Planowa od 17 do 17.15, ale że pani się przeciągnęło, to od 17.04 do 17.19. Akurat była 17.05... No to sobie poczekałam, ale byłam pierwsza i mój zysk, bo... obsłużenie mnie trwało 15 minut, a za mną wiła się już tasiemcowa kolejka z takimi samymi formularzami w dłoni.
Co by tu jeszcze spieprzyć panowie??
Zaświadczenie o płaceniu podatków ważne jest rok...
Czyli do następnego czerwca i zabawa zacznie się od nowa.
PS Szczęściara ze mnie... Rok temu zaczynałam remont. A teraz leżę i pachnę, i zachwycam się... :) A od czwartku będę leżała na dowolnie wybranym boku i nikt mi nic nie powie, a co?? :>
Z połączenia dwóch korporacji powstał nowy pomiot.... :) Oplulam monitorek, ale fakt, faktem, co może powstać z takiego połączenia??
No i śródtytuł: Konfekcja nasienia.
Zgadnij, Józek, kto cię trąca?? Gdzie tu błąd?? Już byłam skłonna to puścić, kiedy oczami duszy ujrzałam dwa nasionka (w sensie: plemniki, bo o nie chodzi, o sztuczną inseminację). Jeden w pinkowej sukience baletnicy, a drugi w stringach i z muszką...
Dobrze, że w pracy mam duże pudło chusteczek, znów musiałam wycierać monitorek.
A pani redakktor chodziło o konfekcjonowanie nasienia...
I tak dookoła Wojtek.
Rozumiem, upały były. Ale już nie ma.
No, może u mnie w pokoiku. Zalewał mnie dziś pot i znów naszły mnie myśli o pójściu do lekarza, bo co za gorąco, to niezdrowo. Okno otwarte cały czas, na dworze chłodek (wiem, bo polazłam po zakupy, mając dość czekania), a mi gorąco. O 18 przychodzi pani sprzątająca i pyta: dlaczego kaloryfery są włączone :)
Padłam, mój grzał na full.
I jeszcze kolejna rundka do MPK, bo... żeby od 1 lipca mieć sieciówkę bardziej ulgową, znaczy się, metropolitalną, muszę złożyć oświadczenie, że płacę podatki w mojej wiosce. Ulga rocznie wyniesie wtedy w sumie 48 zł, co zrekompensuje odebranie promocji 12 + 1, kiedy za 12 kupionych biletów miałam jeden miesiąc gratis. Nie dam tego, dość ze mnie zdzierają. Więc gdy wysiadając na pętli zobaczylam, że pod punktem nie ma nikogo, ruszyłam rączo i... tadam... Odbiłam się od karteczki, że przerwa. Planowa od 17 do 17.15, ale że pani się przeciągnęło, to od 17.04 do 17.19. Akurat była 17.05... No to sobie poczekałam, ale byłam pierwsza i mój zysk, bo... obsłużenie mnie trwało 15 minut, a za mną wiła się już tasiemcowa kolejka z takimi samymi formularzami w dłoni.
Co by tu jeszcze spieprzyć panowie??
Zaświadczenie o płaceniu podatków ważne jest rok...
Czyli do następnego czerwca i zabawa zacznie się od nowa.
PS Szczęściara ze mnie... Rok temu zaczynałam remont. A teraz leżę i pachnę, i zachwycam się... :) A od czwartku będę leżała na dowolnie wybranym boku i nikt mi nic nie powie, a co?? :>
niedziela, 15 czerwca 2014
Idąc
poboczem wczorajszego dnia szukam drogi do lepszego jutra...
Wprawdzie żaden ze mnie poeta, ale w tym tkwi sedno...
Niemiłowany idę drogą,
Wprawdzie żaden ze mnie poeta, ale w tym tkwi sedno...
Niemiłowany idę drogą,
Idę sam jeden - bez nikogo,
Pełen żałości i goryczy
Idę bez celu sam i niczyj.
Złe niepokoje serce pieką,
Dom niedaleko, lecz daleko,
A ja tak smutnie i ubogo
Idę bez celu, idę drogą,
I niepotrzebny już nikomu
Idę i wracam - nie do domu.
Ileż mi życia pozostało?
Nie wiem. Za dużo czy za mało?
Śnieg jest na prawo i na lewo,
Na lewo słup, na prawo drzewo,
A ja tak idę sobie drogą
Niemiłowany przez nikogo.
Nikt mnie nie żegnał, nikt nie czeka,
I wisi ciemność niedaleka,
A ja, czekając aż się zmierzchnie,
Idę - poeta! Jak to śmiesznie...
sobota, 14 czerwca 2014
Jak szybko
mija czas
nie tak, jak ten ślimaczek idzie...
Dopiero co
kwitły jaśminowce (Baranie nauki nie poszły w las)... a już ich nie ma i nie pachną, jeszcze oliwnik trochę woni rozsiewa. Kończy się okres szalonych zapachów, zostanie tylko skoszona trawa, a potem zgniły zapach jesieni już...
O trzeciej nad ranem tak jest i to nie widok za oknem, ale odbicie w lustrze. Nie spuściłam wczoraj roletek...
A cały dzień lażą wokół chmury, cały czas zanosi się na deszcz i burzę i wyburzyć się nie może. Szukam czegoś, na czym oko oprzeć mogę i podziwiam
za oknem.
Plebs.
Może wciągnie, ale najpierw muszę ściągnąć.
Jakoś nic mnie nie cieszy i nic mnie nie kręci.
Jak dobrze pójdzie będzie chłopak.
Ano...
Dzień za dniem.
nie tak, jak ten ślimaczek idzie...
Dopiero co
kwitły jaśminowce (Baranie nauki nie poszły w las)... a już ich nie ma i nie pachną, jeszcze oliwnik trochę woni rozsiewa. Kończy się okres szalonych zapachów, zostanie tylko skoszona trawa, a potem zgniły zapach jesieni już...
O trzeciej nad ranem tak jest i to nie widok za oknem, ale odbicie w lustrze. Nie spuściłam wczoraj roletek...
A cały dzień lażą wokół chmury, cały czas zanosi się na deszcz i burzę i wyburzyć się nie może. Szukam czegoś, na czym oko oprzeć mogę i podziwiam
za oknem.
Plebs.
Może wciągnie, ale najpierw muszę ściągnąć.
Jakoś nic mnie nie cieszy i nic mnie nie kręci.
Jak dobrze pójdzie będzie chłopak.
Ano...
Dzień za dniem.
wtorek, 10 czerwca 2014
Cisza aż w uszach dzwoni
A tak gwarnie i wesoło było przez parę dni.
Pojechałam na lotnisko i tam założyłam aparaty, jak już samolot lądował. I co słyszę? "Ze względu na państwa bezpieczeństwo uprzejmie prosimy o natychmiastowe opuszczenie terminalu". Co ja paczę? Nikt się nie rusza, więc zapisałam to na karb mojej bujnej wyobraźni i głuchoty. Jakieś 5 minut później przywlókł się ktoś w mundurku, uzbrojony i spokojnie wywalił towarzystwo na zbity pysk. Po jakichś 10 minutach mogliśmy wrócić i doczekałam Inżyniera.
Załatwiwszy w mieście co trzeba, pojechaliśmy do domu na obiad i dziecko zwariowało ze szczęścia, nakarmione
zacnym - to jego słowa obiadkiem.
Następnie wynieśliśmy się na balkon, gdzie
do późnej nocy alkoholizowaliśmy się namiętnie na łonie przyrody, żałując, że za młodu nie kultywowaliśmy tak zacnego zwyczaju, ale też żyliśmy w biegu i w pędzie...
W sobotni poranek Inżynier zajął się pakowaniem rzeczy, które chciał wysłać do UK.
W międzyczasie skoczyliśmy po głośniki, bo moje padły (super, że jak on był, bo dla mnie podłączanie czarna magia) i potem z Dziewczyną Inżyniera udaliśmy się na obiad do Sfinksa (mój lepciejszy, choć i tamtemu nic nie brakowało). Po obiedzie Dziewczyna I. zaprowadziła nas do wspaniałej spelunki: Ptasiego Radia
gdzie wybór piw przyprawiał o zawrót głowy
Skusiłam się na
fiołkowe, a jakże, choć Inżynier twierdził, że smakuje jak perfumy, ale co tam...
Smakowało mi, więc wypiłam dwa, nie próbując innych smaków :)
W międzyczasie próbowaliśmy dodzwonić się do Pierworodnego z życznieniami, jako że Skubaniec 34-lecie obchodził, ale telefon miał wyłączony, co spowodowało, że poczta głosowa za samo połączenie zeżarła mi ponad 2 zyle, a polski nr (bo sobie kupił poprzednio nie mając roamingu) odebrała jakaś dziewuszka i wdzięcznie rzekła, że pomyłka i Pierworodnego nie zna. Telefon Synowej też poczta głosowa i... dupa...
W niedzielę zostałam sama, jako że Inżynier z Dziewczyną pojechali na wesele.
Wrócił zgodnie z obietnicą i o dziwo w stanie niewskazującym, co skwitował: wydorośleliśmy, już nie pijemy tyle ;)
W poniedziałek rano mówię do Inżyniera: a może ściągniemy Pierworodnego do domu, zamiast się z nim kłócić na lotnisku (bo obiecałam sobie, że skórę z niego zedrę i solą posypię)... Telefon: poczta głosowa. Synowej to samo. Coś mnie tknęło, napisałam na gmailu i... oboje się odezwali. Synowa po przylocie krwawiła, więc szpital i na razie jest udupiona. Dziwię się, że będąc w ciąży wysokiego ryzyka lata na ślub kogoś z dalekiej rodziny, ale nie moja bajka i niewiele mam do gadania. Pierworodny zachwycony zaproszeniem, spakował się błyskawicznie i za 3 godziny był z nami.
I to były dodatkowo darowane chwile.
Znów miałam moich chłopców dla siebie.
Jak kiedyś.
Odzywki.
Bon moty.
Jakbyśmy nigdy się nie rozstawali.
Nowum: mam aparaty i wszystko do mnie dociera, także ich szatańskie rechoty.
Zwłaszcza Pierworodnego, jak kabaret oglądał.
Przeszczęśliwy, że "nie ma małego dziecka".
Kocha swoje dziewuchy na zabój, nie rozumie teściowej, która uważa, że jest dupa, bo pozwala żonie z koleżankami wychodzić. On sam nie wychodzi, bo nie lubi picia... Zresztą zawsze był domowy, gazeta, książka, komiks, gra, to pełnia szczęścia.
Wyciągnęłam go za radą Inżyniera na piwo: mamo, przecież on nie wie, co to wyjście do pubu od wieków.
Pojechaliśmy zatem do Ptasiego Radia, złapała nas burza i ulewa, ale to nic...
Ptasie Radio powitało nas
Ale z Pierworodnym to włóczęga, nie picie, więc poszliśmy na długi spacer i wróciliśmy do domu.
We wtorek rankiem nadeszła potężna burza i między deszczami poleciałam z nim na Manhattan, zabrałam się za gotowanie, co by moich chłopaków ostatni raz rozpieścić... A co, lubię :)
A oni bawili się znakomicie...
Inżynier miał coś z pracy, a brat jego coś czytał. Pościel mieli zdjąć i wynieść, ale dwa polecenia to za dużo, więc...
... każdy wszędzie zabierał swoje zabawki i pyskowali na mnie, że swoich bronię jak niepodległości...
Starszy grał...
... młodszy nie miał na czym ;)
A po obiadku
zgodnie pół godzinki dla słoninki i polecieli na lotnisko, mówiąc mi, że mam siedzieć na dupie i nie latać w upale.
Siadłam.
Wstałam, poszłam po mleko i...
Dzwoni nieznany numer.
Dzwoni numer, wyświetlający się jako polski nr Pierworodnego (ten nieaktywny).
Moja wyobraźnia pisze scenariusze.
Krwawe.
Piszę SMS do Inżyniera na angielski nr, nie dochodzi.
Piszę na polski takoż cisza.
Dzwonię na polski, poczta głosowa...
Ojapierdolę, wpadam w panikę.
Piszę do Dziewczyny.
Cisza.
Piszę na nieznany nr, że jestem głucha.
Odpisują, że to poradnia i że wizyta w październiku nieaktualna, mam sie przerejestrować. Ulga.
Zakładam słuchawki, odbieram "polski numer". Kobieta z drugiej strony opierdala mnie, że śmiałam dzwonić do jej córki, szukając mojego syna. Bąkam po chwili przepraszam, bo żadne wyjaśnienia nie przebijają się przez wrzask z drugiej strony i co się będę kopać z koniem??
Przychodzi SMS do Inżyniera, że taksówka utknęła, że wszyscy już po odprawie.
Gate zamknięty...
Znów czekanie.
I ta cisza...
Dzwoni w uszach.
Wiem, że coś straciłam z naszego życia, nie mialam aparatów, gdy byliśmy wszyscy razem.
Ale coś zyskałam :)
Na co dzień takie coś by mnie wykończyło, cenię jednak mój świat ciszy. Na pewno wiele mnie ominęło. Ale nie tak do końca.
Piękne są takie darowane od życia momenty.
Bo życie to kiepski kawał, złożony z wyśmienitych momentów... :)
Ale się rozpisałam, zanotowałam wszystko ku pamięci :)
Jutro do pracy...
Show must go on...
Dziękuję, życie, za te chwile...
Pojechałam na lotnisko i tam założyłam aparaty, jak już samolot lądował. I co słyszę? "Ze względu na państwa bezpieczeństwo uprzejmie prosimy o natychmiastowe opuszczenie terminalu". Co ja paczę? Nikt się nie rusza, więc zapisałam to na karb mojej bujnej wyobraźni i głuchoty. Jakieś 5 minut później przywlókł się ktoś w mundurku, uzbrojony i spokojnie wywalił towarzystwo na zbity pysk. Po jakichś 10 minutach mogliśmy wrócić i doczekałam Inżyniera.
Załatwiwszy w mieście co trzeba, pojechaliśmy do domu na obiad i dziecko zwariowało ze szczęścia, nakarmione
zacnym - to jego słowa obiadkiem.
Następnie wynieśliśmy się na balkon, gdzie
do późnej nocy alkoholizowaliśmy się namiętnie na łonie przyrody, żałując, że za młodu nie kultywowaliśmy tak zacnego zwyczaju, ale też żyliśmy w biegu i w pędzie...
W sobotni poranek Inżynier zajął się pakowaniem rzeczy, które chciał wysłać do UK.
W międzyczasie skoczyliśmy po głośniki, bo moje padły (super, że jak on był, bo dla mnie podłączanie czarna magia) i potem z Dziewczyną Inżyniera udaliśmy się na obiad do Sfinksa (mój lepciejszy, choć i tamtemu nic nie brakowało). Po obiedzie Dziewczyna I. zaprowadziła nas do wspaniałej spelunki: Ptasiego Radia
gdzie wybór piw przyprawiał o zawrót głowy
Skusiłam się na
fiołkowe, a jakże, choć Inżynier twierdził, że smakuje jak perfumy, ale co tam...
Smakowało mi, więc wypiłam dwa, nie próbując innych smaków :)
W międzyczasie próbowaliśmy dodzwonić się do Pierworodnego z życznieniami, jako że Skubaniec 34-lecie obchodził, ale telefon miał wyłączony, co spowodowało, że poczta głosowa za samo połączenie zeżarła mi ponad 2 zyle, a polski nr (bo sobie kupił poprzednio nie mając roamingu) odebrała jakaś dziewuszka i wdzięcznie rzekła, że pomyłka i Pierworodnego nie zna. Telefon Synowej też poczta głosowa i... dupa...
W niedzielę zostałam sama, jako że Inżynier z Dziewczyną pojechali na wesele.
Wrócił zgodnie z obietnicą i o dziwo w stanie niewskazującym, co skwitował: wydorośleliśmy, już nie pijemy tyle ;)
W poniedziałek rano mówię do Inżyniera: a może ściągniemy Pierworodnego do domu, zamiast się z nim kłócić na lotnisku (bo obiecałam sobie, że skórę z niego zedrę i solą posypię)... Telefon: poczta głosowa. Synowej to samo. Coś mnie tknęło, napisałam na gmailu i... oboje się odezwali. Synowa po przylocie krwawiła, więc szpital i na razie jest udupiona. Dziwię się, że będąc w ciąży wysokiego ryzyka lata na ślub kogoś z dalekiej rodziny, ale nie moja bajka i niewiele mam do gadania. Pierworodny zachwycony zaproszeniem, spakował się błyskawicznie i za 3 godziny był z nami.
I to były dodatkowo darowane chwile.
Znów miałam moich chłopców dla siebie.
Jak kiedyś.
Odzywki.
Bon moty.
Jakbyśmy nigdy się nie rozstawali.
Nowum: mam aparaty i wszystko do mnie dociera, także ich szatańskie rechoty.
Zwłaszcza Pierworodnego, jak kabaret oglądał.
Przeszczęśliwy, że "nie ma małego dziecka".
Kocha swoje dziewuchy na zabój, nie rozumie teściowej, która uważa, że jest dupa, bo pozwala żonie z koleżankami wychodzić. On sam nie wychodzi, bo nie lubi picia... Zresztą zawsze był domowy, gazeta, książka, komiks, gra, to pełnia szczęścia.
Wyciągnęłam go za radą Inżyniera na piwo: mamo, przecież on nie wie, co to wyjście do pubu od wieków.
Pojechaliśmy zatem do Ptasiego Radia, złapała nas burza i ulewa, ale to nic...
Ptasie Radio powitało nas
Ale z Pierworodnym to włóczęga, nie picie, więc poszliśmy na długi spacer i wróciliśmy do domu.
We wtorek rankiem nadeszła potężna burza i między deszczami poleciałam z nim na Manhattan, zabrałam się za gotowanie, co by moich chłopaków ostatni raz rozpieścić... A co, lubię :)
A oni bawili się znakomicie...
Inżynier miał coś z pracy, a brat jego coś czytał. Pościel mieli zdjąć i wynieść, ale dwa polecenia to za dużo, więc...
... każdy wszędzie zabierał swoje zabawki i pyskowali na mnie, że swoich bronię jak niepodległości...
Starszy grał...
... młodszy nie miał na czym ;)
A po obiadku
zgodnie pół godzinki dla słoninki i polecieli na lotnisko, mówiąc mi, że mam siedzieć na dupie i nie latać w upale.
Siadłam.
Wstałam, poszłam po mleko i...
Dzwoni nieznany numer.
Dzwoni numer, wyświetlający się jako polski nr Pierworodnego (ten nieaktywny).
Moja wyobraźnia pisze scenariusze.
Krwawe.
Piszę SMS do Inżyniera na angielski nr, nie dochodzi.
Piszę na polski takoż cisza.
Dzwonię na polski, poczta głosowa...
Ojapierdolę, wpadam w panikę.
Piszę do Dziewczyny.
Cisza.
Piszę na nieznany nr, że jestem głucha.
Odpisują, że to poradnia i że wizyta w październiku nieaktualna, mam sie przerejestrować. Ulga.
Zakładam słuchawki, odbieram "polski numer". Kobieta z drugiej strony opierdala mnie, że śmiałam dzwonić do jej córki, szukając mojego syna. Bąkam po chwili przepraszam, bo żadne wyjaśnienia nie przebijają się przez wrzask z drugiej strony i co się będę kopać z koniem??
Przychodzi SMS do Inżyniera, że taksówka utknęła, że wszyscy już po odprawie.
Gate zamknięty...
Znów czekanie.
I ta cisza...
Dzwoni w uszach.
Wiem, że coś straciłam z naszego życia, nie mialam aparatów, gdy byliśmy wszyscy razem.
Ale coś zyskałam :)
Na co dzień takie coś by mnie wykończyło, cenię jednak mój świat ciszy. Na pewno wiele mnie ominęło. Ale nie tak do końca.
Piękne są takie darowane od życia momenty.
Bo życie to kiepski kawał, złożony z wyśmienitych momentów... :)
Ale się rozpisałam, zanotowałam wszystko ku pamięci :)
Jutro do pracy...
Show must go on...
Dziękuję, życie, za te chwile...
czwartek, 5 czerwca 2014
Tomorrow
Wizyta następcy tronu, więc trzeba się ogarnąć, chatę ogarnąć, koty, kochanków i butelki powyrzucać :)
Nie ukrywam, cieszę się.
Krótko, ale będzie.
Odliczam czas...
Update
W całym domu unosi się grzeszny zapach. Słońce świeci, kwitną jaśminy i oliwnik... Tak pachnie grzech, słodki, kusząco... Namiętnie...
Pani pachnie jak tuberozy, to nastraja i to podnieca.
A ja lubię tuman narkozy, zwłaszcza wtedy, gdy jest kobieca.
Mam absolutnego hopla na punkcie zapachów.
Niepoperfumowana czuję się naga.
Kocham grzeszne zapachy, potrafię iść za wonią perfum, nieważne, męskich czy damskich.
Takie zboczenie. :)
Nie ukrywam, cieszę się.
Krótko, ale będzie.
Odliczam czas...
Update
W całym domu unosi się grzeszny zapach. Słońce świeci, kwitną jaśminy i oliwnik... Tak pachnie grzech, słodki, kusząco... Namiętnie...
Pani pachnie jak tuberozy, to nastraja i to podnieca.
A ja lubię tuman narkozy, zwłaszcza wtedy, gdy jest kobieca.
Mam absolutnego hopla na punkcie zapachów.
Niepoperfumowana czuję się naga.
Kocham grzeszne zapachy, potrafię iść za wonią perfum, nieważne, męskich czy damskich.
Takie zboczenie. :)
środa, 4 czerwca 2014
Odtruli
tego co pod murkiem leżał. Dziś czyściutki, odświeżony i jeszcze trzeźwy grzał miejsce na ławeczce. Musi mieć kochającą rodzinę, bo czyściutki, ubranka świeże.
Szacun, wyrzuciłabym dziada.
No i część mojej składki poszła na detoks, a ja kaca sama muszę leczyć ;)
Ano, life is brutal... :)
Szacun, wyrzuciłabym dziada.
No i część mojej składki poszła na detoks, a ja kaca sama muszę leczyć ;)
Ano, life is brutal... :)
wtorek, 3 czerwca 2014
Wyrazy wspólczucia
Dla lekarzy. Pielęgniarek. Ratowników medycznych. Abstrahując od osobników, którzy z tego zawodu zrobili sobie różne dziwne posadki i pourządzali się na nich wygodnie. Myślę o szarych, szeregowych pracownikach służby zdrowia. Chwała im i cześć.
Idę sobie alejką i... jak zwykle koło Biedronki urzęduje ekipa. Pani z obtłuczonym oczkiem siniec i opuchlizna już częściowo zlazły, rozmawia też radośnie ze stojącym nad nią damskim bokserem. Towarzystwo na ławeczce zrelaksowane i wyluzowane, choć dopiero samo południe jest. A dwa kroki od ławeczki pod ścianą leży ich kompan. I nikt z ławeczki nie zwraca na niego uwagi. Zajmują się nim przechodnie. Pochylają, dzwonią.... Facet albo pijany w 3 dupy, albo też mu się cos stało. I poszło.... Zupełny brak kontroli nad odruchami fizjologicznymi. Współczuję ratującym... Do pissoir de Paris jeszcze ten upojny zapach jagodzianki na kościach. Ja z odległości kilku kroków na świeżym powietrzu z trudem omijałam zjazd do Rygi...
Byłam dziś u kardiologa z moim holterem wreszcie. Najpierw naraziłam się na atak kolejkowiczów, bo jak to, bez zapisu i nie na godzinę. Chciałam się zapisać, ale rejestratorka uparła się, że nie, bo z wynikami to od razu, nie na termin i nie na godzinę. Udało mi się przeżyć i grzecznie odkolędowalam swoje dwie godziny, zanim nadeszła moja kolej (nie wiem, po co ludzie umówieni na konkretną godzinę koczują pod drzwiami). A co się nasłuchałam w kolejce, to włosy mi dęba stanęły. O wszystkich dolegliwościach, o chorobach i choróbskach, ojapierdolę. I nawet pytano mnie, czy przeczytam, co pani doktor napisała. Przeczytać przeczytam, ale nie czytałam, bo kobieta chciała, żeby jej wyjaśniać co to jest.... Czy ja wyglądam na lekarza? Nie jestem kompetentna. I dowiedziałam się, że najgorzej na emeryturę przejść, bo wtedy zaraz wszystkie choróbska wyłażą.... I cukrzyca, i reumatyzm, i inne takie tam, że albo kolędować po lekarzach, co przy służbie zdrowia pewna śmierć, albo od razu wziąć i umierać. Zatem od razu wezmę i umrę, bo jakie mam wyjście??
Byli to ludzie mniej więcej w moim wieku. Ojapierdolę.... I paczyli na mnie, bo nie gadałam, ale pisałam sobie z Sikorą, która ma już w pracy taryfę ulgową.... I tak mi te dwie godzinki zleciały, już nie mogłam się doczekać, aż wejdę, w przychodni ciasno i duszno, zero wentylacji, gdy wtem rozszedł się niebiański aromat i wparowała para żuli. On i ona. On cichy i pod ścianą przemykał, ona zaś roszczeniowa, od proga wszystkich po kątach porozstawiała, kurwy leciały na prawo i na lewo i ta twarz, zapisana alkoholem. Na mojej też alkohol piętno odcisnął, nie da się ukryć, ale... Myję się, nie chodzę do lekarza w stanie wskazującym, no i zawsze przedstawiam się, jak alkohol kupuję :) Korytarz tak ciasny, że dwie osoby przejść obok siebie nie mogą, a pani pruje jak czołg i szuka dermatologa. Ojapierdolę, współczuję gościowi z całego serca. Wyrzucić nie może, przyjąć musi...
Ciekawa jestem, kto zapłaci za wizytę??? Głupio gadam, kto. Ja. Z moich składek.
Wiem, to też ludzie i nie wiem, jak mi się jeszcze zycie potoczy.
Ale...
Nóż mi się w kieszeni otwiera.
Za tych wszystkich, co nie doczekali wizyty, bo jednak tacy ludzie - nie ma co się oszukiwać - generują większe koszty, w sensie że na przykład sprzątanie karetki czy też łóżka po takim żulu to cała operacja. Kosztowna.
Wszystko rozumiem.
A jednak...
Sroczy Zaułek się rozpadł.
Maruda już od dawna na swoim.
Baran urządza wymarzony domek i oswaja nową pracę.
Inżynier od dzis kręci "Inżynier sam w Sroczym Zaułku", bo Dziewczynę wysłał do domu. Sam wleci do mnie w piątek.
Pierworodny z małżonką i Małą Wiedźmą zlądowali w PL. Ale... oficjalnie o tym nie wiem, nikt się do mnie nie odezwał, SMS nie machnął, nie zapytał.
Powinnam sama zapraszać, pisać, że wiem, że tęsknię?? Bo tęsknię za Wiedźminką, za Pierworodnym też, a i Ją bym zobaczyła, w ciąży jest. Że mnie wkuriwają?? No i??? Przeżyłam PRL, to i ich najazd bym przeżyła. Powiedziałam tylko dawno temu, że pierwszy czerwcowy weekend odpada, bo Inżynier zaklepał go jeszcze w ubiegłym roku. Przylecieli na ślub znajomych, Inżynier też. I ma swoje sprawy do załatwienia. Ale mogli zapytać, czy mogą wlecieć na początku tygodnia, jak już wiedzieli, kiedy będą lecieć, co nie??
A może jednak jestem najwredniejsza na świecie??
Czepiam się??
Poszukać weterynarza do uśpienia mnie??
PS Pijącym czytaczom polecam Casato dei Medici Riccardi. Z Lidla... Kupując przedstawiłam się imionami, nazwiskami i ksywką. Znaczy się, na pewno nie jestem AA... :) Czerwone, wytrawne i dawno nie piłam ;) Chianti. Lubię. I pełną lodówkę chińskich i tajlandzkich piw mam, a to na wieczorek z Inżynierem... Chociaż raz nie będę piła do lusterka :)
Idę sobie alejką i... jak zwykle koło Biedronki urzęduje ekipa. Pani z obtłuczonym oczkiem siniec i opuchlizna już częściowo zlazły, rozmawia też radośnie ze stojącym nad nią damskim bokserem. Towarzystwo na ławeczce zrelaksowane i wyluzowane, choć dopiero samo południe jest. A dwa kroki od ławeczki pod ścianą leży ich kompan. I nikt z ławeczki nie zwraca na niego uwagi. Zajmują się nim przechodnie. Pochylają, dzwonią.... Facet albo pijany w 3 dupy, albo też mu się cos stało. I poszło.... Zupełny brak kontroli nad odruchami fizjologicznymi. Współczuję ratującym... Do pissoir de Paris jeszcze ten upojny zapach jagodzianki na kościach. Ja z odległości kilku kroków na świeżym powietrzu z trudem omijałam zjazd do Rygi...
Byłam dziś u kardiologa z moim holterem wreszcie. Najpierw naraziłam się na atak kolejkowiczów, bo jak to, bez zapisu i nie na godzinę. Chciałam się zapisać, ale rejestratorka uparła się, że nie, bo z wynikami to od razu, nie na termin i nie na godzinę. Udało mi się przeżyć i grzecznie odkolędowalam swoje dwie godziny, zanim nadeszła moja kolej (nie wiem, po co ludzie umówieni na konkretną godzinę koczują pod drzwiami). A co się nasłuchałam w kolejce, to włosy mi dęba stanęły. O wszystkich dolegliwościach, o chorobach i choróbskach, ojapierdolę. I nawet pytano mnie, czy przeczytam, co pani doktor napisała. Przeczytać przeczytam, ale nie czytałam, bo kobieta chciała, żeby jej wyjaśniać co to jest.... Czy ja wyglądam na lekarza? Nie jestem kompetentna. I dowiedziałam się, że najgorzej na emeryturę przejść, bo wtedy zaraz wszystkie choróbska wyłażą.... I cukrzyca, i reumatyzm, i inne takie tam, że albo kolędować po lekarzach, co przy służbie zdrowia pewna śmierć, albo od razu wziąć i umierać. Zatem od razu wezmę i umrę, bo jakie mam wyjście??
Byli to ludzie mniej więcej w moim wieku. Ojapierdolę.... I paczyli na mnie, bo nie gadałam, ale pisałam sobie z Sikorą, która ma już w pracy taryfę ulgową.... I tak mi te dwie godzinki zleciały, już nie mogłam się doczekać, aż wejdę, w przychodni ciasno i duszno, zero wentylacji, gdy wtem rozszedł się niebiański aromat i wparowała para żuli. On i ona. On cichy i pod ścianą przemykał, ona zaś roszczeniowa, od proga wszystkich po kątach porozstawiała, kurwy leciały na prawo i na lewo i ta twarz, zapisana alkoholem. Na mojej też alkohol piętno odcisnął, nie da się ukryć, ale... Myję się, nie chodzę do lekarza w stanie wskazującym, no i zawsze przedstawiam się, jak alkohol kupuję :) Korytarz tak ciasny, że dwie osoby przejść obok siebie nie mogą, a pani pruje jak czołg i szuka dermatologa. Ojapierdolę, współczuję gościowi z całego serca. Wyrzucić nie może, przyjąć musi...
Ciekawa jestem, kto zapłaci za wizytę??? Głupio gadam, kto. Ja. Z moich składek.
Wiem, to też ludzie i nie wiem, jak mi się jeszcze zycie potoczy.
Ale...
Nóż mi się w kieszeni otwiera.
Za tych wszystkich, co nie doczekali wizyty, bo jednak tacy ludzie - nie ma co się oszukiwać - generują większe koszty, w sensie że na przykład sprzątanie karetki czy też łóżka po takim żulu to cała operacja. Kosztowna.
Wszystko rozumiem.
A jednak...
Sroczy Zaułek się rozpadł.
Maruda już od dawna na swoim.
Baran urządza wymarzony domek i oswaja nową pracę.
Inżynier od dzis kręci "Inżynier sam w Sroczym Zaułku", bo Dziewczynę wysłał do domu. Sam wleci do mnie w piątek.
Pierworodny z małżonką i Małą Wiedźmą zlądowali w PL. Ale... oficjalnie o tym nie wiem, nikt się do mnie nie odezwał, SMS nie machnął, nie zapytał.
Powinnam sama zapraszać, pisać, że wiem, że tęsknię?? Bo tęsknię za Wiedźminką, za Pierworodnym też, a i Ją bym zobaczyła, w ciąży jest. Że mnie wkuriwają?? No i??? Przeżyłam PRL, to i ich najazd bym przeżyła. Powiedziałam tylko dawno temu, że pierwszy czerwcowy weekend odpada, bo Inżynier zaklepał go jeszcze w ubiegłym roku. Przylecieli na ślub znajomych, Inżynier też. I ma swoje sprawy do załatwienia. Ale mogli zapytać, czy mogą wlecieć na początku tygodnia, jak już wiedzieli, kiedy będą lecieć, co nie??
A może jednak jestem najwredniejsza na świecie??
Czepiam się??
Poszukać weterynarza do uśpienia mnie??
PS Pijącym czytaczom polecam Casato dei Medici Riccardi. Z Lidla... Kupując przedstawiłam się imionami, nazwiskami i ksywką. Znaczy się, na pewno nie jestem AA... :) Czerwone, wytrawne i dawno nie piłam ;) Chianti. Lubię. I pełną lodówkę chińskich i tajlandzkich piw mam, a to na wieczorek z Inżynierem... Chociaż raz nie będę piła do lusterka :)
poniedziałek, 2 czerwca 2014
i tyle w temacie...
Na stacji Chandra Unyńska
Gdzieś w mordobijskim powiecie,
Telegrafista Piotr Płaksin
Nie umiał grać na klarnecie.
Zdarzenie błahe na pozór,
Niewarte aż poematu,
Lecz w konsekwencjach się stało
Główną przyczyną dramatu.
Smutne jest życie... Zdradliwe...
Czasem z najbłahszej przyczyny
Splata się w cichą tragedię,
W ciężkie cierpienie - bez winy.
Splata się tak niespodzianie,
Jak szare szyny kolei,
W rozpacz bezsilną, w tęsknotę,
W bezbrzeżny ból beznadziei.
Jak odchodzące pociągi,
Jest jednostajne, codzienne,
Jak dzwonki trzy, wybijane
W słotne zmierzchania jesienne...
Przez okno spojrzy się czasem
W szlak dróg żelaznych daleki,
Dłońmi się czoło podeprze
I łzami zajdą powieki...
[...]
Na stacji Chandra Unyńska,
Przy samym płocie cmentarnym,
Jest grób z tabliczką drewnianą,
Z krzyżykiem małym i czarnym...
A na tabliczce jest napis:
"Duszo pobożna i czysta,
Pomódl się... Leży w tym grobie
Piotr Płaksin, telegrafista".
Gdzieś w mordobijskim powiecie,
Telegrafista Piotr Płaksin
Nie umiał grać na klarnecie.
Zdarzenie błahe na pozór,
Niewarte aż poematu,
Lecz w konsekwencjach się stało
Główną przyczyną dramatu.
Smutne jest życie... Zdradliwe...
Czasem z najbłahszej przyczyny
Splata się w cichą tragedię,
W ciężkie cierpienie - bez winy.
Splata się tak niespodzianie,
Jak szare szyny kolei,
W rozpacz bezsilną, w tęsknotę,
W bezbrzeżny ból beznadziei.
Jak odchodzące pociągi,
Jest jednostajne, codzienne,
Jak dzwonki trzy, wybijane
W słotne zmierzchania jesienne...
Przez okno spojrzy się czasem
W szlak dróg żelaznych daleki,
Dłońmi się czoło podeprze
I łzami zajdą powieki...
[...]
Na stacji Chandra Unyńska,
Przy samym płocie cmentarnym,
Jest grób z tabliczką drewnianą,
Z krzyżykiem małym i czarnym...
A na tabliczce jest napis:
"Duszo pobożna i czysta,
Pomódl się... Leży w tym grobie
Piotr Płaksin, telegrafista".
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























