wtorek, 31 grudnia 2024

Różne

bywały te moje sylwestry, Kochany Pamiętniczku...

Mój pierwszy, gdy skończyłam 18 lat i miałam iść na niego z ojcem, który wówczas "chodził" ze swoją drugą żoną. Obiecał mi pierwszy taniec. Bo miałam być najważniejsza w jego życiu, a właśnie zerwałam z moją pierwszą wielką (do dziś mi się śni po nocach, miłością, która  twardo powiedziała: studia albo ja..., może to był błąd, że wybrałam studia, albo nie, kto to wie?). Miałam iść do fryzjerki. Poszłam. Wróciłam do domu z tapirem, utrwalonym lakierem, nieprzytomna ze złości. Pierwsze, co zrobiłam po powrocie, to rozpaliłam ogień w kuchni, nagrzałam wodę i... umyłam głowę :) 

Ojciec był wściekły, że tyle wydał na fryzjera, a ja umierałam od lepkich włosów. To był mój pierwszy i ostatni lakier na włosach.

Na sylwestra poszliśmy w czwórkę: ojciec, jego flama, jej córka - moja przyjaciółka od przedszkola ze swoim chłopakiem i ja.

Pierwszy taniec zatańczył ze swoją flamą.

Tak, czułam się zdradzona i niedowartościowana.

Kolejne sylwestry mijały jak mijały, nic wartego zapamiętania.

Poza tym, kiedy w jedną Wigilię ojciec wyrzucił mnie i brata z domu, każąc iść do "matki", z którą aktualnie się żarł, a która była megawściekła, że ma się nami zająć.
A ja miałam iść na sylwestra do koleżanki, której dziadek pobił się po pijaku z moim dziadkiem, zaś wkrótce mój dziadek zmarł... A ja, jako dziecko nie rozumiałam, dlaczego i ona, i ja, bardzo się lubiłyśmy, mamy cierpieć za grzechy dziadków. Moja mama jej nie tolerowała. 

Na tym sylwestrze byłam z moją koleją miłością. Dosłownie nosił mnie na rękach, był bratem mojej szkolnej koleżanki. Jego mama była mną zachwycona. A on, nie pytając mnie o zdanie, kupił mieszkanie, będąc pewien, że jak ma mieszkanie, to rzucę studia i wrócę do R., by zostać jego żoną. W tego sylwestra puścił tekst: nie rozumiem, dlaczego jesteś taka zgaszona, jak jesteś w Poznaniu, piszesz takie fantastyczne listy, jak wracasz do R. to jesteś całkiem inna. A działał na mnie - od samego przytulania i pieszczot miałam orgazm. Nie, nie spaliśmy ze sobą. I dodał: mam mieszkanie, telewizor, a na nim stoi laleczka (takie laleczki stały na telewizorach w tamtych latach) - jesteś dla mnie taką laleczką, po co ci studia, nie będziesz musiała pracować. 

Zerwałam z nim. 

Był zawodowym kierowcą, świetnie tańczył (w młodości to jest ważne, ja też tańczyłam do ostatka, do szału, do dnia). 

Po naszym rozstaniu pił i jeździł.

Ożenił się, koleżanka twierdzi, że na złość. Hmmm? Komu?

Zabił się w samochodzie po pijaku.

Nie czuję się winna. 

A powinnam?

Potem były różne sylwestry, lepsze, gorsze.

I ten pamiętny w 1978, gdy byłam już z Eksem. 

Przyszedł po mnie i stał pod kaflowym piecem, odtajając. Nie nosił kalesonów, a ziąb był, ze ojacierpiędolę. Wąsy mu też zamarzły :) Tajał.

To była zima stulecia, kiedy całą Polskę zasypało. Mieszkał dwie ulice dalej, tam była prywatka, więc dotarliśmy, ale potem się działo...

A kolejne sylwestry były już sztampowe - dla mnie, a działo się, że ojapierdolę. W tej rodzinie to był materiał na brazylijską telenowelę, ale było jak w Kościele - mam na myśli instytucję - nikt nic nie widział, a co widziano, zamiatano pod dywan. Spuszczę na to zasłonę milczenia :)  I nie, nie zaszłam w ciążę podczas niego :) 

Jakaś prywatka u teściowej - kiedy byłam już w ciąży z Inżynierem, szwagier, marzący o kolejnym dziecku, po pijaku zapytał mnie, ile mi Eks zapłacił za to, że mu dałam i zaszłam drugi raz w ciążę. Bo on jest gotów swojej zapłacić (miał z czego), ale ona nie chce.

Tak mnie zatkało, że w nic nie odpowiedziałam, bo i moja pierwsza ciąża i druga były dokładnie zaplanowane.
Chciane.

Żadna wpadka :) 

I potem sylwestry w domowych pieleszach, lepsze, gorsze.

Aż mi dzieci (najpierw jedno, potem drugie) wywiały do UK (nie przede mną, w poszukiwaniu swojego szczęścia).

Pierwszy sylwester w UK po nieszczęsny wyjeździe Pierworodnego. Udało się nam ściągnąć na niego Barana, który na wigilię w ramach focha nie dotarł. Sylwester w angielskim pubie, w którym jeszcze było wolno palić. Wracaliśmy do domu w trójkę, znaczy się P., I. i ja i biliśmy się o prysznic, bo można było się zerzygać od smrodu ćmików.

A ubaw mieliśmy, bo gdy po wybiciu północy zaczęliśmy I. składać życzenia imieninowe. Anglicy nie mogli ogarnąć różnicy między imieninami a urodzinami, mimo nienagannego angielskiego I.  Bawiliśmy się znakomicie i Baranowi przeszło (nie miał wyboru).

I kolejne sylwestry, gdy Baran mieszkał już z P., potem z P. i I.

Z jednego z nich wracałam z Baranem, żeby oglądnąć stare śmieci na ulicy Kwitnącej Wiśni, gdzie przeżyliśmy tyle pięknych chwil, next day zastanawialiśmy się, gdzie tak ubłociliśmy dżinsy po kolana. I. też się zastanawia, bo w całym H. błota nie było... Do dziś nie ogarniamy tego fenomenu :) Jak my znaleźliśmy to błoto, żeby się w nim wytaplać :) 

 

 


Byłam wtedy jeszcze Ruda, młoda i piękna :)


A potem były bardzo fajne sylwestry (bo to latami trwało), gdy pojechaliśmy do Warwick Castle


i tam pokonałam ponad 530 stopni, wchodząc na wieżę Merlina. Tak wąską, że nie można było się wycofać... Baran szedł przede mną i robił mi fotki, czego nienawidzę, a na samej górze myślałam, że rzygnę, bo korona wieży była z lekka spadzista i z moim lękiem wysokości miałam wrażenie, że zlecę i będą mnie zeskrobywać. Gdy wyszłam, pokazałam fucka. Nawet Inżynierowa, wówczas jeszcze nie w teamie, była przekonana, że wlazłam mimo zakazu i z  tego się cieszę. a ja po prostu pokonałam sama siebie.

A ile gromów spadło na mój siwy już łeb, bo fucka pokazuję... Bo jestem niewychowana, prymitywna i do dupy...

Ano, jestem :) 

I tak szybko to wszystko minęło, jeszcze parę sylwestrów, gdy balowałam u Barana, mój ostatni idealny partner do tańca, dziękuję, niezapomniany.

A potem dzieci się wyniosły z UK, Brexit, pandemia... No i mnie lat przybyło, nie da się ukryć, nie jestem już taka wyrywna do włóczenia się, kocham moją norę...

I tym pięknym sposobem dzisiejszego sylwestra spędzam w błogostanie, słuchając U2.

Tak mnie naszło, kiedyś byłam fanką i wciąż ich lubię.

Może potem przełączę na jakieś walce i inne duszoszczypatielne...

A na razie mam uszykowane



 drugi, mniejszy był w gratisie, moje ulubione kalendarze.

Kiedy pierwszy raz umieściłam w pracy (bo wieszałam je w pracy) kalendarz z irlandzkimi farmerami (pracuję w branży rolniczej), takoż w wersji nie do końca ubranej (a było to dokładnie 14 lat temu), Boss w swoim gabinecie zapytał mnie: ale pani SJ, jak to? A ja na to, wskazując na roznegliżowaną panienkę w snopach kłosów odrzekłam: panie K. każdy ma to, co lubi :)

I było po temacie :) 

Mogłam już sobie pozwolić na takie kalendarze, bo byłam słusznym wieku.

Zostało mi to do dziś, już nikt się nie czepia.

W moim wieku wszystko wolno :) Co nie zmienia faktu, że od lat jestem fanką Outlandera i zaraz po Nowym Roku wezmę się za niego, bo kręcą mnie men in kilts :)


Niech Wam wszystkim, moim czytaczom, nowy rok (bo Nowy Rok to tylko 1 stycznia) da nowe perspektywy, nowe nadzieje, nowe marzenia - niech się spełnią. I niech nie będzie gorszy od swojego poprzednika.

Jak co roku w Chałupach :) 

Happy New Year :)



niedziela, 29 grudnia 2024

Padam

 na ten mord, Kochany Pamiętniczku.

Jak dobrze, że już po świętach, że już wszystko mogę, nic nie muszę, nikt nie pożąda mojej obecności.

Sama się wrobiłam w sobotę, bo umawiałam się z Pierworodnymi na ogarnianie komórki i powiedziałam, że ogarnę jakąś zupę. W piątek zaś nagotowałam rosołu, bo jak wiadomo, Inżynier miał wpaść z Łobuzami na sleepower at Grandma's.
I zamówiony był żurek i pomidorowa.

Ponieważ P. nie złożyli mi nawet życzeń na święta, cisza w eterze, do I. się też nie odezwali, wyszłam z założenia, że jak zwykle zapomnieli.

Ale nie, P. poinformował, że wpadną w sobotę o 14. Odpisałam, że nie trzeba, bo komórka uprzątnięta, ale nie, chcą wlecieć. I tak okazało się, że będzie ze mną osiem osób. Wzdech. Osiem osób w moim mieszkanku i ja latająca ze śrubką w dupce, okrętową numer 5.
Kiedyś miałam dwa stoły, ale że P. stołu nie miał, to wziął mój, a ja sobie w miejsce tego stołu, będącego awaryjnym biurkiem kupiłam biurko. Talerzy mam sześć, reszta zachomikowana tak głęboko, że pół szafy musiałabym wypróżniać, żeby mieć dla wszystkich. Tak samo sztućce - mam ich od metra, ale skitrane :) Posłałam I. fotkę rosołu, stwierdził, że to za mało, dogotować. W sobotę rano wpadłam na genialny pomysł, że pieprzyć kasę, idziemy do Da Grasso na pizzę, co się będę szarpać. Inżynier jednak zaprotestował i powiedział, że na żadną pizzę nie idzie, bo od dwóch dni na śniadanie, obiad i kolację je pizzę (tyle napiekł na te urodziny Kalafiorkówny). Przyjedzie o 18, na kolację, zostaną na żurku w niedzielę, no i na pomidorowej, of course.

A że P. nawet nie raczył odczytać mojej wiadomości na MSG, co mnie wpienioło niebotycznie, postanowiłam, że jak tak, to niech jedzą pomidorówkę i w dupie mam (nie mówiłam im o opcji pizzy). Nie będę wydawała kasy, Da Grasso tanie nie jest :)

Na wydawanie kasy trzeba też sobie zasłużyć.

I tak na kuchence stanęły


gary dwa, jeden z pomidorową, drugi z kolejnym rosołkiem (awansem, bo mam już po dziurki w nosie pichcenia, a jest rosołek, jest obiad, pierdolę, nie gotuję). 

Przyjechali, jak zawsze spóźnieni i od razu moje przytulne mieszkanie zamieniło się w bajzel...

Przede wszystkim trzeba było ogarnąć wszystkie świątecznie pierdoły z mojego stołu... Upchnąć w kącie.

Poszły dwie paczki makaronu, z pomidorowej nie zostało nic. Ciasta też poszło w chuj, ale trudno. Rozmowa się zupełnie nie kleiła, chociaż MW była nieco rozmowna. Papryczek zaś grał na telefonie i wybrzydzał na żarcie. Dostałam w prezencie wielkie zdjęcie wnuków, oprawione w ekstra ramkę, sęk tylko w tym, że nie mam miejsca, żeby je powiesić (zostały tylko ściany nośne, a do tych bez udaru nie podchodź), a inne miejsca mam zagospodarowane na maksa. A zdjęcie wygląda, jakby je AI namalowała.
Zostawili też prezenty dla Łobuzów, nawet nie poczekali na przywitanie się z kuzynami, a Łobuzy stale o nich pytają. Podobno pies nie lubi zostawać sam.

Cóż.

Zostałam z garami i stosem talerzy, a już I. anonsował, że nadchodzą (ten się anonsuje).  

Ogarnęłam zmywanie, wycierając naczynia (nienawidzę), bo musiało być miejsce na następną turę.

Przylecieli. Z plecakami, zaopatrzeni, a jakże nawet w szczoteczki i pasty swoje (od P. nigdy nie mają), rozszczebiotani od progu, ale zdyscyplinowani, bo na moje, że nie zastawiamy pułapek na biedną babcię, od razu porządnie buty ustawili, a plecaczki przenieśli we wskazane miejsce. Inżynier zaś zaopatrzył matkę w porządny zapas Staropolanki, której w okolicy, odkąd zlikwidowano Piątkę – nie kupi. I ustrojstwo do kibla kupił (P. na wieść, że kibel dalej cieknie nic nie rzekł nawet). 

A Kalafiorkówna, ujrzawszy w pokoju nakryty stół, od razu oznajmiła, że jest bardzo głodna, mimo że ojciec mówił, że przecież niedawno jadła przed wyjściem z domu. Była bardzo głodna na chleb z pasztetem od babci :) Tak rozkręciła imprezę, że wszyscy się nagle zrobili głodni i...

Potem było z górki :)

Na uwagę, że mają do mnie mówić zwróceni twarzą (Alienek trajkoce jak karabin maszynowy i o ile patrząc na niego jestem w stanie to ogarnąć, o tyle na samych aparatach nie ujadę), bo mam zepsute uszy, rezolutny smark powiedział, że w takim razie on mi załatwi nowe uszy. A ja na to: i co, jak je przyczepisz? Sznurkiem?

Rechotaliśmy jak głupi, ale są ze mną, dla mnie, nie w telefonie...

Wykąpani (a jakże, wkrótce się to skończy, dorosną i cały pogrzeb na nic), radocha była, bo babcia znów kopytka wycierała, co ich do ekstazy doprowadza, w domu ogarniają to sami i mimo moich uwag nikt nie dba o dokładne wycieranie nóg między palcami...

Bajka, książeczka (zapomnieli, więc I. im urządził taką zabawę z książeczki, czytanej pierdyliard razy - wiem, bo Alienkowi co wieczór czytał, po angielsku) i... Niby poszli spać.

A my wyciągnęliśmy wino z mojej siedemdziesiątki


zasługiwało na wypicie w dobrym towarzystwie, nie do lusterka :) Dołożyłam sery, a jakże, francuskie...

I się zaczęło, co 10 minut inspekcja, a to picie (mieli), a to siku, a to czy mogę zjeść kawałek sera (dałam następnego dnia, nie smakował mu), a to ona mnie bije, i tak kolędowali prawie do 22, a jak padli, to jakiś debil odpalił petardy i znów się zaczęło kolędowanie...

Miałam jednak jeszcze jedno dobre wino, tym razem prezent gwiazdkowy i...

Nie tylko ja potrzebuję wygadania się.

Mój syn także.

Aż dziwne. 

Ale zawsze byliśmy dla siebie oparciem.

Przetransportował Alienka do mojego łóżka i spędziłam noc z windą towarową, jeżdżącą w dól i do góry :) 

A że budzi mnie każdy ruch, to za wiele nie spałam, ale winda momentami się tak wtulała, że nie miałam sumienia nie głaskać po łebku, a włoski ma dokładnie takie, jak jego ojciec przed laty - szorstkie i kłujące - i znów miałam te trzydzieści parę lat i sublokatora w łóżku...

Pospaliśmy do 8, potem ogarnęłam Łobuzów, żeby nie budziły ojca, zgodnie z ustaleniem mieli przygotowane LEGO od wujostwa na stole, no ale trajkotali jak nakręceni, a ja nie mam drzwi :) 

W tym całym bajzlu nakarmiłam - bo to jedyny stół w chałupie, zażyczyli sobie powideł i pasztetowej. Łatwi w obsłudze. Kalafiorkównie się odmieniło i jest mniej warzywna, specjalnie dla niej kupionych rzodkiewek nie chciała, bo "skórka szczypie w język", ale dostała pokrojoną rzodkiewkę, którą maczała w "to jest kawa inka, a nie kawa dla dorosłych, jak mówiłaś" - i o dziwo, rzodkiewka jej wchodziła :)

I. ogarnął kibelek, nie cieknie :) 

Żurek dostał 11 na 10, dziadek nie umie w żurek :) A pomidorowa z ust Kalafiorkówny, która jadła obie zupy dostała laur: lepsza od pomidorowej taty, jak ty to robisz? I. gotuje na pomidorach z puszki, ja na swoich słoiczkach :P Zawstydził się, ale przyznał, że moja lepsza :)

Wygrałam :) 

Jeszcze ciasto, Kalafiorkówna chciała jeszcze mandarynki, ale I. zabronił, mówiąc, że nie dowiezie jej do domu bez kupy :P Mandarynki (wielkie jak pomarańcze) powędrowały do plecaczka zatem. 

A i. mruczał, że mu matkę z torbami puszczą, ale chyba nie jest aż tak źle...

Popakowałam jeszcze żurek dla Inżynierowej, pomogłam znieść plecaczki, pluszaczki, torby i torbeczki i pojechali...

A ja wróciłam do mojej chaty, na pobojowisko.

W kuchni istniała opcja, że wszystko runie na podłogę...

W małym pokoju wyrko niezasłane, nie było się gdzie obrócić, bo po otworzeniu kanapy po prostu nie mam tam miejsca. Nie kazałam sprzątać pościeli, bo ponieważ nie zanosi się w najbliższym czasie na kolejną nocowankę, nie chcę trzymać pościeli w skrzyni.

Wszędzie okruchy, okruszki, długie, jasne włoski...

Aaaaaaa...

Najpierw zdjęłam aparaty - zapanowała błoga cisza, błogosławiona :) 

Potem włączyłam Spotify...

I powoli zaczęłam odgruzowywać pobojowisko. 

Dzieci są bardzo pomocne, odnoszą po sobie naczynia do kuchni (brawo rodzice), u mnie zaś ta opcja nie działa - bo poukładanie brudnych naczyń na niewielkiej przestrzeni to wyższa szkoła jazdy, więc nie za bardzo mogłam z tego korzystać. 

Nalatałam się, mój kręgosłup zagroził, że odjedzie w niebyt.

Ale wolnym walcem ogarnęłam wszystko i gdy teraz piszę, moje mieszkanie znów jest moje.

I lepsze - bo są w nim te chwile, gdy - jednak - okazało się, że jestem ważna.

W co zawsze wątpiłam, ale ostatnio...

Psssttt...

Niech tego nie usłyszy szczęście.

Mam wolne do 6 stycznia i pozostanę w swojej skorupie.

P. nie wyrazili ochoty na zaproszenie mnie chociażby na kawę czy na spacer z przegubowcem. A ja nie mam ochoty na powtórkę z rozrywki i zajmowanie się czwórką osób. Dobrze mi ze samą sobą. Z moją muzyką, filmami, puzzlami i patrzeniem w sufit :)

Inżynier zaś w związku z kumulacją urodzinową i ogarnianiem całej rodziny - też ma dość, co potrafię zrozumieć. 

Ma wolne tylko do 2 stycznia, więc niech chociaż te ostatnie dni spędzi bez presji.

Rozumiem obiekcje wobec petard - ja bez aparatów ich nie słyszę, więc mi to rybka. Ale każdą noc sylwestrową, będąc poza domem drżałam, czy mi się chata nie sfajczy - mam szafę w loggii. Teraz jestem na posterunku i mam gaśnicę :) 

A ten nowy powoli nadchodzi...

Jak co roku w Chałupach :) 

Przeżyłam ich już 70.

I żadnego nie żałuję.

I to liczy się na plus.




czwartek, 26 grudnia 2024

Pierwszy

 dzień świąt, Kochany Pamiętniczku, zamienił się w siedzenie w piżamie.

Było cudnie i bosko, obiadek sobie upichciłam, wyszedł akurat na dwa dni. 

Puzzle, necik, serial i tak zleciało migusiem.

Dziś się już od rana nakręciłam jak szwajcarski budzik, jak zawsze, gdy mam gdzieś jechać.

Obiad zjadłam przed 12 i o 12.30 ruszyłam na włości, bo zawsze zakładam margines bezpieczeństwa z dojściem na przesiadkę, a nie wg apki - na ostatnią przesiadkę miałabym minutę - tak mieli ci, którzy jechali siódemką z apki. Umarłabym.

Zamiast tego pojechałam sobie powolutku przez całe miasto, kontemplując i dziwiąc się ludziom, stojącym pod Żabkami z hot-dogami i kawą. A Żabek ci u nas dostatek, na każdej ulicy co najmniej trzy... Nie zliczę tych, co hot-dogami się raczyli. I zastanawiam się, gdzie podziali się ci, którzy wywozili na święta całe wózki pełne produktów, że tak wiele ludzi jadło hot-dogi?

Ja na moje szczęście mam na jutro jeszcze tylko kawałek halibuta, dodam zmieniaczki i brukselkę - i wypas.
Żadnych sałatek, bigosów, pieczeni, nic, co może się zepsuć, zostało trochę ciasta, ale to ogarną Łobuzy w sobotę :) 

A mnie brzuszek nie boli. 

Czekając na autobus na pętli zadumałam się nad kolejami losu.

W czasie mojej pierwszej podróży do UK, jeszcze był tam tylko Baran, na jego zaproszenie jechałam, zachwyciłam się różą, kwitnącą przy murku, róża w grudniu - to był dla mnie szok.

Mam gdzieś jej zdjęcie, ale gdzie - nie ogarniam, przegoniłam Japończyków w robieniu zdjęć i nie będę teraz tej fotki szukać.

A na pętli 


 w najlepsze sobie kwitły róże... Wprawdzie nie czerwone, jak ta angielska, ale róże herbaciane :) 

A ja pierwszy raz w tym roku zmarzłam, bo był 1 stopień, a stałam pół godziny.

Mniejsza w większym - fajnie jechało się znów podmiejską trasą, nasze miasteczka i wioski coraz bardziej przypominają te angielskie, które mnie niegdyś zachwycały. Więc choć z jednej strony żal mi ludzi, z  którymi się nie spotkam, to jednak już nie aż tak bardzo, bo atmosfera jest coraz bardziej zbliżona.

Powitana zostałam serdecznie, z pretensjami ze strony Kalafiorkówny, że prezentu nie ma :) 

Prezent był, w garażu, dostała ode mnie wymarzoną hulajnogę, a trudno sobie wyobrazić, żebym jeździła z hulajnogą pod pachą zbiorkomem :) 

Alienek zaś czule się mną zajął, znów miejsce zaklepał i sobie gawędziliśmy miło o czasach, gdy czekaliśmy na urodzenie się Kalafiorkówny :) 

Przyjechała reszta rodziny, zaczął się rozgardiasz, bo nowe prezenty, zaległe gwiazdkowe od tej części rodziny, która na wigilii z nami nie była.

Wyżerka była wspaniała, tort Inżynierowej jak co roku zakasował wszystkie sklepowe cuda - może nie był AŻ tak artystyczny, ale lekki jak chmurka i bez chemii. Przepis mam, ale nie wiem, czy odważę się coś takiego popełnić :) Może jak mi odbije.

Były 



Alienek zaczął jeść sery, a co mu nie zasmakowało, podrzucał babci :P Znaczy się, babcia zaczęła robić za śmietniczek. Była też przepyszna sałatka, a Inżynier własnoręcznie upichcił 8 (sic!) pizz...


Każda inna, ale nie dałam rady sfotografować wszystkich, bo gadaliśmy i gadaliśmy, dzieci wrzeszczały, a Jubilatka brzdąkała na gitarze, którą sprezentował jej dziadek...

Tylko biedny Edek robił za prezent pod choinką, ale nikt się nim nie interesował...


Dowiedziałam się tego, co potrzebuje E., o co męczyła mnie w emilkach - ale obawiam się, że niewiele załatwi, bo to procedury biurokratyczne są. No cóż. Żeby coś załatwić, trzeba pytać, a nie uważać, że "lekarz powinien powiedzieć". Lekarz nie wie, jaką ktoś ma sytuację życiową. To nie jest amerykański film, a i w Ameryce jak nie masz dobrego ubezpieczenia, to jesteś w czarnej dupie. 

No i jest wujek Google, którego się pyta, a nie, że "lekarz ma się mną zająć".

Z. poinformował mnie tak szczegółowo, że nie mogłam go "zakręcić", bo te informacje już mi nic nie dawały, ale on się cieszył, że się na coś przydaje.

Zabrałam się do wioski z mamą Małego T., chciała mnie pod chaupę wieźć, ale odmówiłam, wysiadłam na Ogrodach, złapałam dwójeczkę, 5 minut na przesiadkę i cała i zdrowa wylądowałam w moich pieleszach, przeszczęśliwa, bo właśnie robi się coraz gęstsza mgła.

Wszyscy dojechali, Inżynier nie musiał mnie wozić, a miał co robić.

Na sobotnie Sleepover at Grandmas okazało się, że żurek żurkiem, ale Alienek najpierw chce pomidorówkę, a potem żurek, Kalafiorkówna zaś li i jedynie żurek...

No bądź tu mądry i miej wnuki :)

Będzie dobrze...

Zmęczona jestem, teraz już święta będą takie latające, ale to nic.

Dobrze być kochanym.

 

A rano, w wannie, rozmyślając nad marnościami tego świata, uśmiechałam się do moich młodzieńczych zmartwień... Osiemnastolatka martwiąca się, że ma zmarszczki koło oczu, szukająca ich za wszelką cenę, ojciec syczący: nie marszcz czoła, bo zostaniesz szybko staruchą... Trzydziestolatka, którą legitymowali przy kupnie alkoholu... I siedemdziesięciolatka, słysząca, że nie wygląda, mimo że jest stara, gruba, siwa i ma wąsa. Ciesząca się, że ją boli, gdy się obudzi.

Witająca z radością każdy przeżyty dzień, niemartwiąca się kolejną zmarszczką i czekająca na tę piękną, siwą siwiznę, bez pasemek :) 

Ciesząca się, że wszyscy zdrowi...

Apostatka, śpiewająca w łazience ukochaną kolędę, bo może, bo już nikt jej nie mówi: mamo, już będziemy grzeczni, tylko niech mama nie śpiewa.

I ten kościół o północy, wypełniony paniami w futrach i słowa mamy mojej (jak inaczej na to dziś patrzę): patrz, jak się wystroiła, futro ma, a w pończochach same oczka...

I ten tłum chłopów (nie panów, chłopów, bo to rasowi chłopi byli), woniejących wódką i papierochami, tymi przaśnymi, Sportami, nie żadnymi tam Carmenami, w kożuchach, skisły zapach i nagle - do moich już wtedy szwankujących uszu dociera Bóg się rodzi, moc truchleje... męskimi, soczystymi głosami... Aż trzęsły się kościelne mury i ja...

Jakże piękne mam w sobie do dziś to wspomnienie.

Jak blisko wtedy był Bóg. Nieważne, że go nie ma. 

Był. A dziś Alienek wyskoczył z Wielkanocą, dlaczego jest Wielkanoc. Jego ojciec zażyczył sobie podania swojej interpretacji - nie wziął pod uwagę, że jego dziecko zetknie się z religią i z innymi zagadnieniami, które będzie drążyło. A. sam podkreślił, że w jego klasie tylko troje dzieci nie chodzi na religię. Aż troje. Nie próbowałam tłumaczyć, to nie moje zadanie. W sumie dobrze, że ja też niewierząca, bo inaczej pewno gnębiłabym ich, że jak to, bez kościelnego, bez chrztu, bez komunii... Planują coś Alienkowi zrobić a la pogańskie postrzyżyny - żeby nie czuł się poszkodowany. Dla mnie przednia myśl, jednak quada na pewno nie zasponsoruję :)

Jak bardzo niewinne było moje dzieciństwo, a jednocześnie jak ponure - okraszone alkoholizmem ojca, który, w sumie kochający po swojemu, nawet w Wigilię potrafił wrócić do domu pijany w trzy dupy...

Ale żyję.

Mam swój dom.

Swój świat.

Swoje dzieci, udane-nieudane.

Wnuki.

Alienka, zachwyconego, że może mi podrzucać pieczarki z pizzy.

 

Małe wielkie szczęścia :)

I za to dziękuję ci, życie. 

Proszę, trwaj jeszcze trochę :)

 

 


wtorek, 24 grudnia 2024

Wigilia

 rozpoczęła się tradycyjnie, Kochany Pamiętniczku, jak nakazuje starożytny śląski obyczaj, którego nauczył mnie Baran :) 

Kochany jest :) 

Więc wstawszy, oczka kaprawe zakropiwszy, pobieżyłam do lodówki i...


Kieliszek na jedną nóżkę, kieliszek na drugą - i od razu świat zrobił się piękniejszy. I pogawędka z Baranem, niestety, pracowitym, zazdrościł mi tego, ale jak co roku pogadaliśmy tak, jakbyśmy rozstali się wczoraj, jakby nie dzieliły nas tysiące mil...

A resztę dnia przebimbałam aż miło, serial, puzzle, puzzle, serial, potem kąpiółka w pełnej wannie z wylegiwaniem się (nie przepadam za tym, wolę szybką kąpiel rano) i pojechałam. Okrężną drogą, bo chciałam zobaczyć świat. Miasto cywilizuje się christmasowo, ale daleko mu jeszcze do Zachodu. Zmienia się, jak nie będę co jakiś czas się ruszała z nory, w końcu będę musiała mieć przewodnika, a przecież mojej wiosce daleko do NY czy Londka :) 

Na ulicach było już pustawo, w zbiorkomie też, tylko przykro było na przystankach, bo na ławeczkach często byli bezdomni. Nie wiem, czy akurat wracali albo jechali na jakąś społeczną miejską wigilię, czy też szykowali się do kolejnej nocy pod gołym niebem. Bezdomność - zawsze myślę, jaką jestem szczęściarą, że mam własny dach nad głową.

Wydarty życiu w sumie własnymi pazurami, bo moi rodzice nie zostawili po sobie nic - mama miała mieszkanie służbowe, po jej śmierci gmina nic nie zrobiła i ojciec tam mieszkał do swojej śmierci. Kilka lat później dom zburzono i stoi tam teraz budynek szkolny. Mojego rodzinnego domu już nie ma, mam tylko jedno już prawie nieczytelne zdjęcie.

 Dziwnie wyglądały sklepy wielkopowierzchniowe z wygaszonymi światłami, w małych chociaż witryny były udekorowane.

Dojechałam bez przygód, Alieniątko oczywiście od proga rzuciło mi się na szyję i zagadało na  śmierć, nie czekając nawet aż babcia podłączy się do rzeczywistości. 

Ponieważ było to u Z., teścia Inżyniera, czyli na terenie obcym, poczułam się jak zbędny pomocnik i poszłam z dziećmi do pokoju - pilnować, żeby zastawy nie ukradli :) 

Coraz lepiej się z nimi gaduli, nawet Mały T. dał łebka i uśmiechał się nieśmiało, chociaż odpowiadał półsłówkami :) 

Reklamowali potrawy, bo żurek był żurkowaty (znaczy się babcia go tak ochrzciła), bo z kartonika, tak samo jak barszcz. Barszczu nie tkną kijem - mają to po mamusi. No i stwierdzili bezapelacyjnie, że babci żurek lepszy, zaklepali żurek, zastanawiając się nad noclegiem - bo jak Alienek podsumował - u babci fajnie jest. I dbał o mnie, talerz podsuwał, do miziania się sunął i męczył niesamowicie, jaka to niespodzianka od babci na niego czeka - dowiedział się tylko, że do niespodzianka na M i był pewien, że to nieśmiertelny Minecraft, o którym książeczkę miał i uczył mnie co jest co (nie ogarniam, minecraftową analfabetką jestem).

I tak nam miło płynął czas (czy pamiętasz tę noc w Zakopanem), młodzi naczynia uprzątnęli, a ja dostałam za zadanie pilnowanie trójcy, żeby nie podglądałam Mikołaja (skandal, Gwiazdora mamy, a nie żadnego tam Mikołaja, z Alienkiem dyskusję wiedliśmy światową na temat odmian Mikołajów)...

Starsi dostali drobiazgi, ja ze swoich jestem bardzo zadowolona :) 

A dzieci


 


 ... zginęły w potoku prezentów...

A na włościach czeka na nich jeszcze więcej, bo rodzice zabrali tylko prezenty od dziadostwa i od cioci, rodzicielskie (cały scenariusz, fajny) miał podrzucić elf, który psocił przez cały adwent. 

 Jeszcze słodkie, pogaduszki, dzieci wcięło w pokoju Małego T.

... i pora na pożegnanie.

Inżynier odwiózł mnie do domu, bo taksówki to wygrana na loterii w ten dzień, Ubera nie uznaję - staroświecka jestem, a zbiorkom zdechł. 

No cóż, od czegoś się ma to dziecko, co nie?

Jesteśmy umówieni na urodziny Kalafiorkówny, więc dalej będzie się działo...

A na emilku uaktywniła mi się E., koleżanka ze studiów, o której kiedyś pisałam. Choruje, potrzebuje pomocy, bo czeka ją operacja biodra. 

I tak jak mówiła, że nie może korzystać z internetów w celu utrzymywania kontaktów, bo boli ją głowa, że emilki odbiera tylko w czwartki, to teraz emilkuje codziennie...

 Skarży się, że nie wie, jak zorganizować opiekę pielęgniarską po operacji - serio? Kobieta, która wszystko załatwiała całe życie telefonicznie? Lekarz nie informuje, że gdy nie ma bliskich ma opiekę pielęgniarki środowiskowej? Sama miała mamę z demencją, w innej miejscowości - nie wie, jak załatwić pielęgniarkę?
Coś mi się tu nie klei.

Nie, tym razem, jak zawsze jestem wyrywna, nie zadeklarowałam nic, akurat idzie na operację w MOIM tygodniu - już wyrwałam pół dnia wolnego na Dzień Dziadostwa dla Kalafiorkówny - to jest mój priorytet.

Nie zadeklaruję latania do szpitala, po zakupy. Do opiekowania się. 

Ma swoich znajomych, z powodu których pierdyliard razy odwoływała spotkania ze mną, bo to było ważniejsze.

Sorry Winnetou.

Mam serce z kamienia.

Nawet taki emilek z wigilijnego wieczoru nie zmieni mojego zdania.

Zobaczę się z dziadkiem Kalafiorkówny, który opiekował się latami leżącą teściową - powie, jak załatwić pielęgniarkę.

Cóż, wiem, że karma wraca, ale chociaż Alienek nie będzie mojego wózeczka pchał, to wola boska i skrzypce.

I tym niedickensowskim, niewigilijnym, niechrześcijańskim akcentem, ja, apostatka świeżo upieczona, kończę ten piękny, aczkolwiek podły wpis :) 

No tak w sumie...

A w międzyczasie na drugim monitorku, przyjmując życzenia osobiste (bo te masowo wysyłane obrazki z listy po prostu omijam, to zwykły spam - szanuję wpisy ogólne na wallu - sama taki mam) - MamoKlary - Klara z dredami jest zjawiskowa, jakem wrogiem dredów i w zbiorkomie odskakuję od osobników z dredami, bo czuję jak mnie obłażą wszy - uzgodniłam z Inżynierem, że ponieważ puszcza w sobotę żonę na lumpkę, wpadnie do mnie z przychówkiem na żurek (połechtali moje ego na maksa), dowiezie niedowiezioną Staropolankę i kawę bezkofeinową. Udupimy Łobuzów i zdegustujemy moje urodzinowe wino...

Brzmi jak fajny plan...

 


 

 



sobota, 21 grudnia 2024

Halibuta

 zjem jednak jutro, Kochany Pamiętniczku, bo potem może mi zaśmierdnąć, a tego nie chcemy.

Jakby co, mam w zamrażalniku chyba ze 3 porcje karpia :) 

A dziś skuszona fotką Pantery, która kiedyś karmiła swoje chochoły zupą z soczewicy, zanabywszy ostatnio soczewicę (nigdy nie jadłam!), na rosołku popełniłam zupę z soczewicy, taki Eintopf szwabski, oczywiście doprawiwszy po swojemu, nawet brukselka tam wylądowała i...


jestem zachwycona. Tak jak zawsze zupy jarzynowe są jakieś takie rzadkie, to ta soczewica zrobiła dobrą robotę - łyżka w zupie stała, bez żadnych wymówek. Następnym razem dodam więcej soczewicy - jako że to strączkowe, bałam się, że będzie jak z fasolą czy grochem, ale nie... No i ma estrogeny - a tych mam za mało, to wiem, a na soję nie mam ochoty, bo soja jednak prowokuje nowotwory kobiece - co wiem z pracy w Auschwitz i dlatego nie stosowałam nigdy terapii menopauzalnej :) 

No i smaczna jest - zrozumiałam, dlaczego Ezaw sprzedał za nią  pierworództwo :) 

Pantero - dziękuję :) 

Polazłam do Rossmanna, albowiem muszę iść na wigilię na D., nie ma innej opcji. I choć prosiłam setki razy, by nie było prezentów, to zawsze mi coś wtykają, więc się wkurzyłam. Poratował mnie Inżynier, był w Auchan i kupił to, o co prosiłam. Z. lubi piwo, więc poprosiłam o zestaw kraftowych piw z pokalem (on sam się szarpał na dużo droższe karnety do sklepów, w których ja nie mam co kupować), post factum wyszło na jaw, że w tym roku nic mi nie kupi, a dawał, bo cytuję: "żal mu było, że ja nic nie dostaję"... A dostawałam laurki od Łobuzów, no i masę rzeczy nieprzydasię od przyszywanego wnuka... Jakoś do nikogo nie dociera, że nie warto gromadzić rzeczy, które i tak szybko wylądują na śmietniku, albo zagracają życie.

I tak dla mamy małego T. kupiłam 


Christmas in Paris - zestaw mydło i dyfuzor oraz olejki - jak nie zużyje, poda dalej, a kupiłam, bo mam fioła na punkcie wieży Eiffla i Paryża. Kota nie mają, psa nie mają, mydło zawsze przyda się :) 

A sobie kupiłam



mydełko w kształcie książeczki. W sumie - nie wiem po co, ale podobało mi się opakowanie, fajnie wygląda na półeczce w przedpokoju w christmasowej dekoracji, a że używam mydła w płynie na co dzień, bo łatwiej po nim myć umywalkę niż po zwykłym mydle - no cóż. Do kąpieli mam płyny i emulsje, przy mojej ultratwardej wodzie spisują się lepiej, niż zwykłe mydło, po którym z trudem doprowadzam wannę do stanu używalności :) 

A wodę mam tak twardą, że nawet po odstaniu, w doniczkach po jakimś czasie mam osad z kamienia.

Anyway.

Byłam w tym Rossmannie w piątek przed południem, wychodząc z założenia, że ludzie pracy są w pracy, młodzież w szkołach, więc spokojnie zrobię zakupy...

No i nie wyszło.

Kłębił się tam dziki tłum. 

Staruszki przy kasach, z trzęsącymi się rękami, na wpół ślepe, usiłujące zapłacić telefonem, z którego nie dało się zapłacić (dlatego nie płacę telefonem, bo żeby zobaczyć, co jest na monitorku, musiałabym zdjąć okulary, odnaleźć apkę i dalej chujwico..., a tak karta, klik i po bólu), karta im też nie przechodzi, bo nie pamiętają PIN, ale... na całe szczęście mają gotówkę. I panie w średnim  wieku, które już przy kasie przypominają sobie, że czegoś jednak zapomniały i...

Ojapierdolę...

Jak na staruszkę w moim wieku jestem świetnie zorganizowana (nie korzystałam z kasy samoobsługowej dla zasady, bo nie płacą mi za jej obsługiwanie), otwarty wózeczek, zakupy sruuu, karta w pogotowiu i do widzenia ślepa Genia.

W międzyczasie w pustej piekarni kupiłam 4 chleby orkiszowe, prosząc o pokrojenie i podzielenie na pół.

Nie piekę tych z nasionami, w razie W mam z czego, ale nie chce mi się :) 

I tak za każdym razem, gdy proszę o chleb pokrojony w piekarni, myślę, że to jeszcze jedna czynność z mojego życia, która odpadła... 

Bo kiedyś z należytym szacunkiem kładłam chleb na desce, żegnałam znakiem krzyża i kroiłam.

A gdy Eks po raz kolejny lądował w szpitalu, połykając łzy przy krojeniu chleba myślałam:

 
Doczekać dnia, dnia, gdy
Chleb dla dwojga pokroję
Szarooka - dopomóż mi, pomóż mi
 
zamieniając dwojga na czworga...

Było, minęło, wyprawa do piekarni jest dla zdrowia już (motywacja do wylezienia z nory), ale...
To już nie te czasy, że latałam co drugi dzień jak na skrzydłach, obracając migusiem, teraz to cała wyprawa starszej,  statecznej pani.
 
Sąsiadkę spotkałam w bloku, nie mam pojęcia, kim jest, a w prowadzałyśmy się razem. Mieszka chyba na 10. piętrze. Nigdy nie widziałam jej z mężczyzną czy z dzieckiem, za to często widziałam, jak przyjeżdża po nią limuzyna. Albo taksówka. Zawsze nienagannie ubrana, uczesana, wymalowana. Pisałam scenariusze - że pracuje w jakimś banku, ważnej instytucji... Od kilku lat rzadko, ale widzę, jak jeździ MPK. Tego dnia otwierałam jej drzwi, bo niosła ciężkie torby, a ja wracałam ze śmietnika. Ja jak sarenka, mimo mojej tuszy, a ona jakaś przygaszona, mimo wciąż nienagannej fryzury i makijażu. Biło od niej zmęczenie - nie choroba, niedostatek - po prostu zmęczenie życiem. I te dwie siaty - miałam ochotę powiedzieć, że fajne są wózeczki, ale... Nie chciała wejść do windy, bo sprawdza szparę unijną...
Odpuściłam, nie będę nikogo uczyła, jak ma żyć.
Sama tego nie lubię.

A boligłówki w tym roku są super:


Jedne już pachną smrodem, a dwie następne czekają w kolejce.
A Aldi, w którym wylądowałam na końcu, w poszukiwaniu kawy bezkofeinowej (nie piję od dawna zwykłej kawy, ciśnienie skacze mi po niej niesamowicie), bo tęsknię za smakiem kawy z ekspresu, podarował mi (hahahhahaha, zapłaciłam) 

 

tête-à-tête

Jak one zakwitną, to będzie już wiosna :) 

Jak to się wszystko pozmieniało - jeszcze 5 lat temu, gdy ostatni raz leciałam do UK na święta, zachłystywałam się zielenią, dodatnimi temperaturami, bratkami i innymi badylami na trawnikach i rabatach.

Dziś w PL też zachwycam się dodatnimi temperaturami, kwiatami wówczas nie do zdobycia u nas.

I biorąc pod uwagę to, co zdarzyło się w Magdeburgu (łączę się w bólu z Niemcami - nie myślałam, że dożyję tego... biorąc pod uwagę historię mojej rodziny), moją obawę o Inżyniera, gdy tam leciał i zaraz po wylądowaniu w Monachium przysłał mi zdjęcie z targu bożonarodzeniowego, to jak była wściekła na mnie synowa, że odwiodłam Pierworodnego od pracy przez agencję pracy w Ulm (to był naprawdę posrany pomysł), mając w pamięci to, co mówiła szwagierka na pogrzebie Eksa, lekarka, z niemieckim już obywatelstwem, siedząca w Reichu od 1980 r. - wiem, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Jakkolwiek ubogi by to nie był dom.

I coraz bardziej narasta we mnie złość na koalicję rządzącą.

Wiedziałam, że każda partia u żłobu to kurwy.

Ale że TA się aż tak zeszmaci - nie sądziłam.

Myślałam, że zostało w niej chociaż trochę z etosu TAMTYCH lat.

Lat, kiedy obalono socjalizm.

I jakkolwiek rozumiem problemy ekonomiczne, że przy takim zadłużeniu nie da się uzdrowić wszystkiego ot tak - sama byłam już milionerką, to jednak.

Nierozliczenie gnoju pisiorów, którzy wieją w majestacie prawa za granicę.

Niezrealizowanie prawie żadnej z obietnic wyborczych, a lansowanie nowych...

Naprawdę brak mi już siły na to wszystko.

Ale... tytka, oddycham głęboko :)

Do przeżycia mam święta, kiedy wszystko mogę, nic nie muszę, oprócz tego, że chcę znów poczuć te małe łapki na mojej szyi i przekomarzanie się, kto z nas więcej kocha :)

Nieważne, że karp będzie znów spalony, jak co roku :) 
La vita est bela...

Może jutro starczy mi siły na poszukanie tej bumagi.

A po świętach na wyprawę do ZUS :)

Znów siedzę pod oknem, z uchem przytulonym do radioodbiornika - widzę go, ale nie mam zielonego pojęcia, jaka to była marka... Jest niedziela po kościele, a ja słucham Doris Day, jak śpiewa Que sera, sera...

Nucił to i mój ojciec, i moja mama, i ciocia...

To była ich ulubiona piosenka.

A dopiero teraz po latach, dzięki Spotify odkryłam, że to, co śpiewał stale ojciec: 

Halo, słoneczko świeć, świeć, świeć.Halo, piosenko nieś się, nieś.

 To Most na rzece Kwai...   

 Takie tam zakręty niedosłyszącej od małego starej kobiety :)  

Cieszę się, że jesteś, Kochany Pamiętniczku...

Za dzień, za rok, za chwilę, razem nie będzie nas... 






czwartek, 19 grudnia 2024

Katuję

 dziś, Kochany Pamiętniczku


Nigdy w życiu nie byłam w Zakopanem i już tam nie pojadę.

Nie żal mi tego, nie lubię gór, od dzieciństwa mam zadyszkę wchodząc pod górkę.

Równiny, plaże to inna bajka... :) 

Księżyc świecił srebrzyście jak stal...

Nogi mi się same rwą do tańca :) 

Ale wracamy do naszych baranów...

Teoretycznie wczoraj wszystko ogarnęłam (no dobra, nie ogarnęłam, wciągnęło mnie Parenthood, niby kiedyś widziałam, ale teraz nakłada mi się z na problemy ze zrozumieniem problemów, z którymi borykają się moje dzieci, wychowując swoje dzieci...

I bladym świtem uświadomiłam sobie, że nie mam pieczarek.

Tak, to wyraz mojej kazirodczej miłości do Inżyniera, że przyrządzam mu pieczarki, których kijem jego żona nie tknie, kiedyś mi powiedziała: jak lubi, to niech sobie kupi i zrobi.

Inżynier jest na diecie, ładnie mu schodzi, więc w menu był cyc kurzęcy nadziewany szpinakiem i fetą, zapiekany z mozarellą, surówka z marchewki i... no, brakowało pieczarek. 

Więc jako kochająca matka wstałam bladym świtem (a przepiękny był), kąpałam się przy szeroko otwartym balkonie i szeroko otwartych drzwiach od łazienki i było cudnie :) 

Tak musi być w raju :)

I do Lidla pobieżyłam, kontemplując


 Zdjęcie marne, ale na telefonie nie było tego widać, musicie uruchomić wyobraźnię, pierdyliard ich natrzaskałam...



Te zygzaki to jakiś zamek jest, coś a la zamek, chujwikto dał pozwolenie na wybudowanie tego, ale oświetlony jest imponująco :) 

Kupiłam, com kupić miała (tym razem z listą w ręku), chciałam to piwo z moich urodzin, ale było z tej firmy tylko z alkoholem, moje dziecko zaś, chociaż wariat, nie jeździ po alkoholu. Niemniej kupiłam dwa, jedno dla niego, drugie dla jego żony, ale ona nie lubi wynalazków - no cóż, zyskał. Wieczorkiem of course, do obiadu dostał herbatkę. Owocową.

A, halibuta w Lidlu dostałam. Prawie 80 zyla za kilo - nic dziwnego, że w tej lumpce na moje urodziny tyle kosztował, ale wart grzechu, kupiłam, zamrożę jak coś, ale wart grzechu :)

Wleciał, jak zawsze, spóźniony, on stale w niedoczasie, ale że gotowałam, to nie robiłam scen :) 

Okazało się, że śniadania nie jadł, więc kuchnia u mamy się otworzyła, a co...

I se pogawędziliśmy. Miło. Jego bolączki pod adresem starszego brata pokrywają się detalicznie z moimi.

Anyway...

Do roboty się wzięliśmy. 

Skakał po drabinie jak młodzik (też skakałam mając cztery dychy na karku, na resztę spuszczę zasłonę milczenia). Moje kratki wentylacyjne były zatkane taką warstwą lepkiego kurzu, że gdybym nie wietrzyła mieszkania co rano, pewno bym zeszła.
Popłakałam się, że nie daję rady odsunąć pralki, a on, odsuwając ją stwierdził, że i na niego przyjdzie chwila, że swojej nie odsunie, po czym rzekł: ale ta pralka faktycznie jest kurewsko ciężka.

Nic dziwnego, Candy z lat 80., kiedy chyba jeszcze go nie było na świecie.

Z grubsza ogarnąwszy wszystko wg listy zatytułowanej: Stajnia Augiasza, do komórki przeszliśmy...

I...

Odnalazły się cudne bombki, wydawało mi się, że o nich tylko śniłam. Ale już za późno - mam ubraną choinkę :) Dołożyłam potem co nieco, a reszta czeka w szafie na następny sezon.

Fotel poszedł na włości, cała torba puzzli z 1000 kawałków, wiekowych, jakieś gry.

Na śmietnik poszedł fotelik do karmienia niemowląt od Kierownika Budowy - upominał się o niego jak miał mu się syn urodzić, w sumie nie przyjechał po niego, a syn już przedszkole kończy, jakieś kable do przewodowego internetu, pierdyliard słoików - nie, nie będę już robiła przetworów, a mam do wyniesienia jeszcze gros słoików ze starymi przetworami - wyglądają dobrze, ale sama nie zjem, a nikomu nie będę wtykała.

Zostały rysunki do malowania na tkaninie - przedwojenne, babcia Eksa miała limuzynę z szoferem z tych rysunków, Inżynier będzie się kontaktował z rodziną Eksa, w sumie ja bym to wywaliła, ale on ma serce - może zechcą z sentymentu. Mnie to rybka już - dostałam je w momencie, kiedy rynek zalała chińszczyzna i nic z tego nie wyszło. A tyrałam jak osioł, malując i pakując - może zabrakło PR - tym miał się zająć Eks, ale się nie zajął.

Cała szafa :) 

I był karton z nieotwartymi jeszcze farbami i silikonem. Inżynier mówi, że mogą być całkiem OK, że weźmie.

Wziął.

A mnie po jego wyjeździe ogarnęły wątpliwości, czy aby te farby były na pewno moje, bo od remontu lata upłynęły. A komórkę dzielimy z dwoma innymi mieszkaniami.

Z jednego odpowiedzieli, ze to nie ich. Z drugiego pani (ta, co moje badyle odebrała) nie była pewna i zapyta męża.

Mają mi wrzucić kartkę do szpary unijnej, bo nie dam rady siedzieć w aparatach - ktoś wali systematycznie w rury...
A ja nie wiem, co się dzieje i latam z kąta w kąt...

To był piękny dzień.

Poczułam się potrzebna mimo moich ułomności, mimo tego, że nie wlezę już na drabinę jak sarenka... 

Nieważne.

Mimo że nie jestem kolorowym ptakiem jak Krystyna Mazurówna.

Że jednak coś po sobie zostawiam, bo...


Tę choinkę własnoręcznie wykonała Kalafiorkówna i poszło to na przedszkolną giełdę. Inżynier kupił, bo prosiłam, ale kasy nie chciał, bo to prezent dla babci.

Wiem, pogięta jestem, mam pełne kartony takich cudów.

Ale jakie to są serdeczne cuda.

Dziś I. zapytał o swój album z dzieciństwa.

Dostał, chociaż kilka razy mu wtykałam i nie chciał.

A potem dostałam fotkę jak z córką to ogląda, bo ona chciała...

Siwy już, kurde, kiedy to poleciało.

Czy pamiętasz, jak szybko mijał czas?

Takie noce są niezapomniane... 


A ja, ponieważ wszędzie walały się koty po tym sprzątaniu, stwierdziłam, że umyję lodówkę, bo mycie lodówki w posprzątanym mieszkaniu jest bez sensu.
Zatem umyłam.

I siłą rozpędu poleciałam po całości...

Cóż, tak wyszło.

Jutro reszta zakupów, już bez szaleństw - słodkie odłożę na poniedziałek - popoluję na jakiś tort może, mam  pierniki, wigilia na ul. D., na pierwsze święto mam HALIBUTA i surówkę dorobię, na drugie jadę na włości do Kalafiorkówny na 6. już urodziny (cwana Skubana, cały miesiąc urlopu wywalczyłam na opiekę nad Alienkiem, a i Synowa była zrozpaczona, rodzili od Wigilii do tego 26... kumulacja wyszła). Szybko mi się dziewczyna starzeje, co nie?

A potem już po świętach i Nowy Rok za rogiem...


I tak jakoś mi te nielubiane dotąd dni świąteczne mijają z szybkością błyskawicy.

Nie latam, nie kleję pierogów, nie piekę, nie ogarniam, wszystko mogę, nic nie muszę.

Jako że nie chcę iść na krzywy ryj na wigilię na D. (urządza mnie to, dojadę zbiorkomem spokojnie, odwiezie mnie I., bo taksówki potwierdzają zamówienie około północy), poprosiłam I. o rachunek :) 

On jutro będzie ogarniał zakupy.

Dopiero wieczorem spojrzałam w kalendarz i zobaczyłam, jak szybko poleciał czas...


Wycięli drzewa - nawet nie widziałam kiedy. Po lewej dom, o którego kupieniu marzyłam, odkąd się wprowadziłam tu... 

Będzie tu albo nowy kompleks handlowy, albo nowe bloki...

A rozmawiałam z dzieckiem i coraz bardziej rozumiem jego punkt widzenia, patrząc, co spotyka moją koleżankę z pracy, miotającą się właśnie nad zapewnieniem opieki ponaddziewięćdziesiętnioletniemu ojcu. Dotąd idealnemu...

Jednak życie nie składa się z oddychania, z tylko z chwil zapierających dech.

Mnie go zaparło, gdy po raz pierwszy w życiu kupowałam małpkę.

Bo to idealne jest, żeby zorganizować starym śląskim obyczajem (kocham Cię, Baranie) poranek wigilijny - kieliszek wódki na każdą nogę - żeby być cały rok zdrowym :) 

Już nie muszę kupować całej butelki wódki :)

A to działa perfekcyjnie :) 

Nie pamiętam, kiedy tak naprawdę chorowałam :) 

I nie, nie gotuję nic z tradycyjnych potraw. Nie jestem fanką pierogów. Barszcz z Krakusa, sama nawet nie zjem w całości.

Święta to normalnie dni dla mojego żołądka - nie rozumiem, dlaczego mam go katować bigosem (lubię, ale już nie taka wątroba), pierogi - nie byłam nigdy fanką. U mnie w domu na wigilię był karp, pyry i kapusta z grzybami, no i obowiązkowe makiełki i kompot z suszu. Moje dzieci przepadały za makiełkami do czasu. Z Baranem doszły krokiety. U macochy doszły łazanki, reszta to już wieści z internetów. A na serio: moja wątroba (i trzustka) mówią: podziękujemy za wszystko. Karp (po mojemu, przypalony, niewyfiletowany w wykonaniu teścia I. - wciągam, bo muszę), zmieniaczki i kapustka zasmażana - to idealna dla mnie wigilia...

No dobra, zagalopowałam się...

Odezwę się jak mnie natchnie.

Ale podsumowując: jest cudnie, pomijając to jutrzejsze sprzątanie korytarza...

W sumie mogę sprzątnąć w sobotę, tak mówi grafik...

Zobaczymy, jak się rozwinie akcja :)


 Prawda, że pięknie kwitnie?

Te zaległe, zasadzone do replay mają mnie w sumie w dupie :)