niedziela, 1 grudnia 2024

A jednak

 chuj bombki strzelił, świąt nie będzie, Kochany Pamiętniczku.

Niczyjej winy w tym nie ma, po prostu życie. Ale jest mi przykro.

Bo tak w sumie to jestem nieważna.

Jak zawsze.

Ale nie będę się nad sobą rozczulała, bo to nic nie da.

Jest jak jest, szczęście usłyszało i poszło się jebać.

Tradycyjnie.

Ale boli i nic na to nie poradzę.

I się tak zastanawiam, wpadłszy jak co roku w szpony amerykańskiej świątecznej szmiry, w ramach odchamiania się po pracy i niedawania sobie rady z samą sobą. Jak tam śnieg leci z nieba, to wszyscy popylają na szpileczkach, z szalikiem albo i bez szalika, w rozpiętym lekkim płaszczyku. A u nas śniegu nie ma, a wszyscy popylają w watowanych kurtkach, ciepłych butach, owinięci szalami, w czapeczkach i kapturach na tych czapeczkach.

I nie ma tak dobrze, że wszystko jest gwiazdkowo podekorowane, nie licząc oczywiście centrów handlowych. Może na osiedlach domków jednorodzinnych czasem jest weselej, na blokowiskach już nie. U mnie przez lata świeciła największa choinka na osiedlu (a już jest bardzo wysoka), ale jakiś kretyn przeciął zasilacz - i chuj światełka strzelił, świąt nie będzie.

Ponoć nie do ogarnięcia, zresztą nie wyrywam się przed orkiestrę, bo to w końcu ja płacę za ten prąd :)

A czynsz podnieśli mi znowu, bo podrożeje od 1 stycznia woda. I będę teraz płaciła 666,30 złotych. Inżynier napisał, że do idealnej kwoty brakuje 36 groszy :) Zgadzam się z nim w zupełności...

Już i tak oszczędzam wodę na maksa - nie znaczy to, że się nie myję, bo codziennej kąpiółki sobie nie odmawiam, ale np. jak mam kubek i talerzyk, to czekam ze zmywaniem aż się więcej statków zbierze.

Nędza z bidą.

Ciągnąc zaś rozmyślania nad tym, że życie pędzi coraz prędzej  - nie, żebym uważała, jak kultowa grupa na FB, że kiedyś było lepiej, czasami zastanawiam się, jak udało nam się wychować dzieci bez telefonów. Bez kontroli permanentnej, bez monitoringu. Kiedyś Pierworodny wracał ze szkoły 1,5 godziny (a szkoła jest 10-15 minut drogi od naszego bloku, oczywiście tempem tamtych dni, bo dziś wlokę się do niej jakieś 25 minut). Odchodziłam od zmysłów, ale co miałam zrobić? Eks był tradycyjnie u teściowej na kawie na Wygwizdowie, a ponieważ ja pracowałam chałupniczo na czarno w domu (pochwalę się - robiłam elektrody do EKG, to też umiem robić, do dziś pamiętam procedurę), więc dzieci nie miały klucza. Wyszłabym z domu, a gdyby wrócił, to sterczałby pod zamkniętymi drzwiami, zresztą miał w tym czasie wrócić Inżynier - też bez klucza.

Pierworodny wrócił cały i zdrowy - po prostu zrobił sobie rajd po uliczkach sąsiedniego osiedla, od śmietnika do śmietnika, bo tak mu się spodobało...

Tak, byłam nadopiekuńczą matką do wyrzygania, pierwszy raz pojechał sam do miasta (ojacierpiędolę, jak to brzmi), zawożąc papiery do liceum :) A tak to zawsze jeździł z kimś :) Wtedy się zbuntował i pojechał sam :) 

Inżynier też był krótko trzymany, ale ten miał większego diabła za skórą. I wracając ze szkoły, kiedy lało, wlazł pod rynnę, bo chciał się porządnie zmoczyć. Sąsiad go zakablował :) Przerażony był, mówił do mnie: pani R., ale jak to, lało, a on pod rynną stał i był cały szczęśliwy, że woda na niego leci...

Gotując zaś, korzystałam z zeszytu zatytułowanego "Eksperymenty na żołądkach rodziny", gdzie pracowicie wklejałam przepisy z gazet (a gazet kupowałam co dzień mnóstwo, po latach kwitnięcia w kolejkach miałam teczkę w kiosku), przepisywałam przepisy od Cioci i innych osób. Książek kucharskich mam od metra. 

A dziś z niczego nie korzystam, choć zeszyt mam wciąż (tylko nie wiem, gdzie upchnięty, a mam jeszcze zeszyt z przepisami Mamy i po Cioci też). Nie, nie mamy żadnej tradycji rodzinnej. Od dawna gotuję na winie, znaczy, eksperymentuję, co się nawinie, to sruuu do gara. A jak potrzebuję jakiegoś przepisu, od tego mam wujka.

Wujkowi można zadać najgłupsze pytanie, a odpowie.

Kupiłam ostatnio kaki, uwielbiam, ale... zamiast słodyczy było cierpkie i gorzkie, tak że mord mi wykrzywiło.

Zjadłam, zastanawiając się, czy się zatruję, czy nie.

Nic mi nie było.

Z ciekawości zapytałam wujka i okazało się, że kupiłam inny rodzaj kaki (a skąd ja, chowana w PRL mam w ogóle znać rodzaje kaki - wtedy nie miałam nawet pojęcia, że takie coś istnieje, a że promocja była - chyba z 10 owoców za niecałe 7 zł, gdy normalnie jedno kaki kosztuje kilka złotych,a  ja je uwielbiam), więc krzywiąc się od taniny, żrę, bo zdrowe i dobrze robi na oczy :) 

Kiedyś, żeby ogarnąć, co zrobić z niemowlakiem, pilnie studiowałam książkę "Małe dziecko". Bo moja teściowa, chociaż swoich miała sześcioro, na wszystko odpowiadała, że nie wie. No, nie wiedziała, miała matkę, która całą szóstkę ogarniała, męża lekarza. Po porodzie leżała 2 tygodnie (siłami natury), a ja po pierwszym porodzie 2 dni później byłam w domu, po drugim też, na dokładkę z zapaleniem piersi, dzięki przyszywanej ciotce i lekom kradzionym ze szpitala nie zeszłam z tego świata. Bo w PRL kobietom, które urodziły dziecko kazano je karmić piersią bez względu na wszystko - ja mam je sfelerowane, taki model. Szwagier, bogobojny, a jakże, poproszony o pomoc powiedział, że mam karmić, bo Inżynier ma prawo do naturalnego pokarmu. Że ma prawo do żywej matki, to mu do głowy nie przyszło. Uratowała mnie córka przyszywanej ciotki, kradnąc leki na zatrzymanie pokarmu. Ciotka znęcała się nad moimi cyckami (drobna, malutka, 1,50 w kapeluszu i na gazecie, która wszystko wyolbrzymia, obrzucana przeze mnie kurwami, kto nie cierpiał, nie zna tego bólu, a ja jestem odporna na ból), wyciskając pokarm. Szwagierka zaś, wprawiona na ojcu z rakiem, kłuła mnie w dupala kradzionymi zastrzykami na zatrzymanie pokarmu - dzięki temu moje dzieci miały matkę do dziś. Jutro to już nie wiadomo - nie mam na to wpływu. A tak nawiasem, nawet żona Inżyniera nie rozumie, jak można nie karmić dziecka - że to tylko kwestia chęci. Pierworodny, mając 2 miesiące wylądował w szpitalu na operacji przepuklin, których nabawił się płacząc z głodu, bo mnie się lało z cycków, ale on nie dawał rady ściągnąć. Twierdziła, że mogłam się więcej postarać. Starałam się, jak babcię w kapcie, bo wygodniej było wsadzić dziecku cycek w paszczę, jak wyparzać butelki, zdobywać mleko, wówczas nie do zdobycia.

A teraz wpisuje się w wujka hasło i wyskakuje pierdyliard porad.

Tak jak do każdej choroby, dolegliwości, przypadłości.

Do mycia szyb, do sprzątania.

Odkrywanie Ameryki na grupach - sprzątających, niesprzątających, gotujących, niegotujących, szczepiących, nieszczepiących.

A z sentymentem wspominam, jak uratowałam życie przyszywanemu wujkowi.

Gość miał kilka dolegliwości, jak to dżentelmen posunięty w latach. Miał zięcia lekarza, ale psychiatrę, córkę lekarkę, tę, co mi życie uratowała, ale... Jak to w rodzinie.Szewc bez butów chodzi.

Wujek kolędował od lekarza do lekarza i każdy zapisywał mu genialne leki na jego dolegliwości.

Siedzieliśmy u teściowej i ciotka (żona jego) lamenci, że mąż jej zejdzie, bo coś jest nie tak.

Bo się leczy, a jest coraz gorzej.
A że ja akurat zostałam dumną właścicielką "Vademecum - leki współczesnej terapii", poprosiłam o spis medykamentów, które wujek zażywa.

I co się okazało?

Leki, które mu zapisywał jeden lekarz, wykluczały bądź wchodziły w kolizję z innymi lekami od innego lekarza.

Spisałam, podałam na karteczce i nawet zięć wujka mnie pogłaskał po główce, a córka rzekła - no cóż, ojciec głupi jest.

I tak jest do dziś, sama nawet łapię się na tym, że napalając się na jakieś ziółko nie do końca czasem przemyślę sprawę, bo koliduje ono z moimi lekami albo z całokształtem :)

Tylko że teraz łatwiej to ogarnąć, mając wujka do pomocy.

I porady, teorie, jedne wykluczające drugie: jeść masło, nie jeść masła, smażyć na oleju, olej zabija, smażyć na smalcu, smalec zabija...

Jak żyć w tym galimatiasie, Kochany Pamiętniczku i nie zgubić siebie?

Jak mogliśmy jeździć wszędzie bez GPS?

I dojechać do celu lepiej niż z nim - coś o tym wiem :)

Sama mam ustawione w ajfoniku lokalizowanie mojej skromnej osoby - lokalizuje mnie Inżynier, pozwoliłam, wychodząc z założenia, że mogę mu w razie W oszczędzić kłopotu. Czasem mnie śledzi. Jak jadę do niego, żeby zdążyć, zanim zadzwonię do drzwi :)

Też mi proponował szpiega swojego, ale odmówiłam. Znając siebie, sprawdzałabym co chwila, drżąc. 

A tak, gdy gdzieś wyjeżdża, męczę, jak klasyczna teściowa, jego żonę, która szpiega ma :) 

I teraz leci piosenka, która dużo dla mnie znaczy...

https://www.facebook.com/

Tak w całokształcie. Choć i tak chuj bombki strzelił, nic nie może wiecznie trwać :) 

Mnie i ciebie i nasz czas...

O ten czas właśnie chodzi. Jak co roku w Chałupach cierpię. Niekochana.

Ale kiedyś będę kochana :)  


Jak już odejdę w tę siną dal.

A może i nie?



14 komentarzy:

  1. No ladnych rzeczy dowiaduje sie o Inzynierze, z deszczu pod rynne i jeszcze cieszyl sie jak lysy na widok grzebienia.
    Z radzeniem sie wujka to bym uwazala, ja juz kiedys z jego pomoca stawialam sobie diagnoze i wyszlo mi, ze mam ostre zapalenie trzustki, moze nawet raka i z ta gotowa diagnoza wmaszerowalam na sor, gdzie rejestratorka o malo mnie smiechem nie zabila.
    Chetnie bym posledzila slubnego, ale niestety, ma tylko zwykla komorke, taka dla seniorow, ktora jest prostsza od konstrukcji cepa, a i tak nie umie jej obslugiwac, wiec zapomnij o smartfonie, proponowalam. No a z tym urzadzeniem to go nie posledze, zwlaszcza ze czesto zapomina go zabrac ze soba. :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był i jest agregatem pierwszej klasy, ten mój Inżynier. Kosztował mnie multum siwych włosów, ale oj tam, oj tam wybaczam mu, Przytulam, bo wiem, jaka to gehenna z Twoim ślubnym. Przerabiałam nie na własnej skórze, ale wiem. No do wujka mam dystans, dlatego na tę czerwienicę umrę, jak mi pisane :P Amen :) Liczę na parę rzewnych wpisów, jak odejdę :)

      Usuń
    2. Nic nie bede pisac, bede tylko plakac po Tobie, obserwuj mnie z tej chmurki, to sie przekonasz.
      Aaa, zapomnialam napisac, ze to ostre zapalenie trzustki bylo troche nietypowa kolka nerkowa, nawet mnie zmylilo, bo kiedys juz kolki miewalam, a to bylo inaczej, gdzie indziej bolalo i nic nie wskazywalo na nerki, zreszta w szpitalu badali mnie urolodzy i tez nic nie znalezli, dopiero na tomografie ukazal sie kamyk blokujacy przewod moczowy.

      Usuń
    3. o czerwienicy wiem duzo nie od wujka.lecze sie na nia juz 5 lat

      Usuń
    4. Drogi anonimie. Bardzo Ci współczuję. Ale pomyśl logicznie: może ja mam ochotę umrzeć właśnie na czerwienicę? To wolny kraj :) Zdrowia i wyleczenia życzę. Teoretycznie, nie lecząc się na nią, żyję z nią już jakieś pół wieku. Pora umierać :) Może odpuść i nie czytaj mojego bloga? Będzie Ci łatwiej żyć...

      Usuń
    5. I drogi anonimie: spierdalaj w podskokach, jak nie zrozumiesz tego, że nie chcę nic więcej słuchać o czerwienicy, to twój ból, nie mój. Przykro mi, że jestem okrutna :) A może i nie?

      Usuń
    6. wedlug zyczenia s.......am.kulturalna kobieto

      Usuń
  2. No terażdałas do myślenia, tymi świętami co ich nie będzie::( I myślę, o których mowa🤔,Wczoraj nie zajrzała bo dzięki Tobie pomyślałam o Facebooku, no i niespodzianka:)to wsiąkłam! Moją angina jest wirusową, to bez antybiotyku schodzi wolniej, ale powoli do przodu.( a co wujek G. mi podpowiadał, to wolę przemilczeć!Uwielbiałam książki kucharskie, mam całą kolekcję, dawniej w kuchni na półce nad stołem.I kto to weźmie?:(Dobrego dnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No popatrz, nie wiedziałam, że są anginy bakteryjne i wirusowe :) Zdrówka i powrotu do formy i super, że jesteś na FB znów :) Ale w razie W zawsze mamy bloga. Czy jak nie działa Ci FB, to działa MSG?

      Usuń
    2. MSG nie działał, ratowałam się Whatsappem, no bo gdzie szybko zobaczyć moje wnuczki np.?

      Usuń
    3. Mam też Whatsappa, ale jak Ciebie tam znaleźć? Rzadko z niego korzystam, nieobrotna jestem :)

      Usuń
  3. Rzeczywiście teraz w sieci pełno ekspertów od wszystkiego. Dziw nad dziwy, że kiedyś człowiek działał bez tych wszystkich instrukcji.

    Jeżeli chodzi o gotowanie to ja zawsze dość luźno podchodziłam do przepisów, szczególnie tych bardzo szczegółowych. Najlepiej mi wychodziło wszystko na oko.

    Nie śpiesz się na tamten świat, bo tutaj masz co robić. A smutek, cóż mamy wpisany w ludzką naturę. Ja na smutki stosuje wiersze i piosenki, czasami coś dorzucam na ząb. Przesyłam serdeczności. 🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak mam. Piosenki, światełka, wiersze ukochane, znane na pamięć - i alleluja, i do przodu :) Odpozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  4. Pantero :) Trzymam za Ciebie kciuki za przetrwanie, wiem, jaka to gehenna. Tak, wiele osób z naszego pokolenia tak ma, a Ty masz naprawdę ciężko - jestem pełna podziwu dla Ciebie. I cieszę się, że już nie diagnozujesz się wujkiem :)

    OdpowiedzUsuń