rozpoczęła się tradycyjnie, Kochany Pamiętniczku, jak nakazuje starożytny śląski obyczaj, którego nauczył mnie Baran :)
Kochany jest :)
Więc wstawszy, oczka kaprawe zakropiwszy, pobieżyłam do lodówki i...
Kieliszek na jedną nóżkę, kieliszek na drugą - i od razu świat zrobił się piękniejszy. I pogawędka z Baranem, niestety, pracowitym, zazdrościł mi tego, ale jak co roku pogadaliśmy tak, jakbyśmy rozstali się wczoraj, jakby nie dzieliły nas tysiące mil...
A resztę dnia przebimbałam aż miło, serial, puzzle, puzzle, serial, potem kąpiółka w pełnej wannie z wylegiwaniem się (nie przepadam za tym, wolę szybką kąpiel rano) i pojechałam. Okrężną drogą, bo chciałam zobaczyć świat. Miasto cywilizuje się christmasowo, ale daleko mu jeszcze do Zachodu. Zmienia się, jak nie będę co jakiś czas się ruszała z nory, w końcu będę musiała mieć przewodnika, a przecież mojej wiosce daleko do NY czy Londka :)
Na ulicach było już pustawo, w zbiorkomie też, tylko przykro było na przystankach, bo na ławeczkach często byli bezdomni. Nie wiem, czy akurat wracali albo jechali na jakąś społeczną miejską wigilię, czy też szykowali się do kolejnej nocy pod gołym niebem. Bezdomność - zawsze myślę, jaką jestem szczęściarą, że mam własny dach nad głową.
Wydarty życiu w sumie własnymi pazurami, bo moi rodzice nie zostawili po sobie nic - mama miała mieszkanie służbowe, po jej śmierci gmina nic nie zrobiła i ojciec tam mieszkał do swojej śmierci. Kilka lat później dom zburzono i stoi tam teraz budynek szkolny. Mojego rodzinnego domu już nie ma, mam tylko jedno już prawie nieczytelne zdjęcie.
Dziwnie wyglądały sklepy wielkopowierzchniowe z wygaszonymi światłami, w małych chociaż witryny były udekorowane.
Dojechałam bez przygód, Alieniątko oczywiście od proga rzuciło mi się na szyję i zagadało na śmierć, nie czekając nawet aż babcia podłączy się do rzeczywistości.
Ponieważ było to u Z., teścia Inżyniera, czyli na terenie obcym, poczułam się jak zbędny pomocnik i poszłam z dziećmi do pokoju - pilnować, żeby zastawy nie ukradli :)
Coraz lepiej się z nimi gaduli, nawet Mały T. dał łebka i uśmiechał się nieśmiało, chociaż odpowiadał półsłówkami :)
Reklamowali potrawy, bo żurek był żurkowaty (znaczy się babcia go tak ochrzciła), bo z kartonika, tak samo jak barszcz. Barszczu nie tkną kijem - mają to po mamusi. No i stwierdzili bezapelacyjnie, że babci żurek lepszy, zaklepali żurek, zastanawiając się nad noclegiem - bo jak Alienek podsumował - u babci fajnie jest. I dbał o mnie, talerz podsuwał, do miziania się sunął i męczył niesamowicie, jaka to niespodzianka od babci na niego czeka - dowiedział się tylko, że do niespodzianka na M i był pewien, że to nieśmiertelny Minecraft, o którym książeczkę miał i uczył mnie co jest co (nie ogarniam, minecraftową analfabetką jestem).
I tak nam miło płynął czas (czy pamiętasz tę noc w Zakopanem), młodzi naczynia uprzątnęli, a ja dostałam za zadanie pilnowanie trójcy, żeby nie podglądałam Mikołaja (skandal, Gwiazdora mamy, a nie żadnego tam Mikołaja, z Alienkiem dyskusję wiedliśmy światową na temat odmian Mikołajów)...
Starsi dostali drobiazgi, ja ze swoich jestem bardzo zadowolona :)
A dzieci
... zginęły w potoku prezentów...
A na włościach czeka na nich jeszcze więcej, bo rodzice zabrali tylko prezenty od dziadostwa i od cioci, rodzicielskie (cały scenariusz, fajny) miał podrzucić elf, który psocił przez cały adwent.
Jeszcze słodkie, pogaduszki, dzieci wcięło w pokoju Małego T.
... i pora na pożegnanie.
Inżynier odwiózł mnie do domu, bo taksówki to wygrana na loterii w ten dzień, Ubera nie uznaję - staroświecka jestem, a zbiorkom zdechł.
No cóż, od czegoś się ma to dziecko, co nie?
Jesteśmy umówieni na urodziny Kalafiorkówny, więc dalej będzie się działo...
A na emilku uaktywniła mi się E., koleżanka ze studiów, o której kiedyś pisałam. Choruje, potrzebuje pomocy, bo czeka ją operacja biodra.
I tak jak mówiła, że nie może korzystać z internetów w celu utrzymywania kontaktów, bo boli ją głowa, że emilki odbiera tylko w czwartki, to teraz emilkuje codziennie...
Skarży się, że nie wie, jak zorganizować opiekę pielęgniarską po operacji - serio? Kobieta, która wszystko załatwiała całe życie telefonicznie? Lekarz nie informuje, że gdy nie ma bliskich ma opiekę pielęgniarki środowiskowej? Sama miała mamę z demencją, w innej miejscowości - nie wie, jak załatwić pielęgniarkę?
Coś mi się tu nie klei.
Nie, tym razem, jak zawsze jestem wyrywna, nie zadeklarowałam nic, akurat idzie na operację w MOIM tygodniu - już wyrwałam pół dnia wolnego na Dzień Dziadostwa dla Kalafiorkówny - to jest mój priorytet.
Nie zadeklaruję latania do szpitala, po zakupy. Do opiekowania się.
Ma swoich znajomych, z powodu których pierdyliard razy odwoływała spotkania ze mną, bo to było ważniejsze.
Sorry Winnetou.
Mam serce z kamienia.
Nawet taki emilek z wigilijnego wieczoru nie zmieni mojego zdania.
Zobaczę się z dziadkiem Kalafiorkówny, który opiekował się latami leżącą teściową - powie, jak załatwić pielęgniarkę.
Cóż, wiem, że karma wraca, ale chociaż Alienek nie będzie mojego wózeczka pchał, to wola boska i skrzypce.
I tym niedickensowskim, niewigilijnym, niechrześcijańskim akcentem, ja, apostatka świeżo upieczona, kończę ten piękny, aczkolwiek podły wpis :)
No tak w sumie...
A w międzyczasie na drugim monitorku, przyjmując życzenia osobiste (bo te masowo wysyłane obrazki z listy po prostu omijam, to zwykły spam - szanuję wpisy ogólne na wallu - sama taki mam) - MamoKlary - Klara z dredami jest zjawiskowa, jakem wrogiem dredów i w zbiorkomie odskakuję od osobników z dredami, bo czuję jak mnie obłażą wszy - uzgodniłam z Inżynierem, że ponieważ puszcza w sobotę żonę na lumpkę, wpadnie do mnie z przychówkiem na żurek (połechtali moje ego na maksa), dowiezie niedowiezioną Staropolankę i kawę bezkofeinową. Udupimy Łobuzów i zdegustujemy moje urodzinowe wino...
Brzmi jak fajny plan...


cudny dzień, tak Twój żurek jest pyszny ( wiem wiem, wyławiałam ziarnka pieprzu ale wszystkie z zupy trafiły się w moim talerzu hihihi
OdpowiedzUsuńteż dostałam coroczne z kanapy ;-)
dobrych świąt kochana Jędzo :*
Wspaniałych, Zmorko :* Teraz już wyławiam pieprz, bo o ile dzieci były zmuszane do samodzielnego wyławiania, o tyle wnuki odmówią stanowczo konsumpcji :) Kalafiorkównie wczoraj zaczęło przeszkadzać uszko w żurku, którego sobie sama zażyczyła, no i biedny ojciec musiał uszka wyławiać :D
UsuńSpokojnych Świąt!
OdpowiedzUsuńDziękuje, wzajemnie :)
UsuńFajny dzień! Ale że żurek?Ja kojarzę go tylko z Wielkanocą! My barszczyk, uszka, ale w rodzinnym domu była zawsze grzybowa.Wczoraj we dwoje,( dzielimy się dziećmi z teściami J, tak że Wigilię co drugi rok u nas) dziś zjadą dzieci, będą dwa dni, ale dziewczynki zostaną do 30.! Tak, jak Ty dziękuję losowi, że nie muszę spać pod mostem!Nigdy nie było tyłu bezdomnych:( Brawo za asertywność! Tak trzymać! Co innego relację rodzinne czy przyjacielskie, ale nie takie szukanie jelenia! Dobrego dnia!
OdpowiedzUsuńŻurek był, albowiem mama Łobuzów buraków i grzybów nie tknie - nawet pieczarek. No to i one nie jedzą - identycznie było u Pierworodnego z rybami - Eks nie jadł, to i on do dziś nie je. Dlatego był żurek, a ze Z. starszy ode mnie, to nie ma siły gotować - to był z kartonika :) Ja nigdy takiego nie kupowałam, jest hmmm... niesmaczny :) No a mi nikt nie powiedział o żurku, ugotowałabym, ale poszłam po linii najmniejszego oporu, dałam dzieciom kasę na zakupy i nie pchałam się do gotowania. Cieszę się, że masz fajne święta. I masz rację, szuka jelenia - nie może być na komputerze, bo ją boli głowa, a wczoraj jeszcze o północy odpisywała na trzeciego mojego maila. Nie dołożę sobie obowiązków, zakupy można zamówić online z dostawą do domu. A do ubrania i kąpieli to jest pielęgniarka, to też trzeba umieć zrobić u człowieka po operacji biodra. A ja sama jestem stara też, jakby na to nie patrzeć.
UsuńDziękuję:) U nas w tym roku od wigilii pełna chata, ale było miło. Dzisiaj w końcu mogę poleżeć na kanapie! Jak dobrze, że nie trzeba jeszcze przez tydzień wcześniej wstawać!
OdpowiedzUsuń