na ten mord, Kochany Pamiętniczku.
Jak dobrze, że już po świętach, że już wszystko mogę, nic nie muszę, nikt nie pożąda mojej obecności.
Sama się wrobiłam w sobotę, bo umawiałam się z Pierworodnymi na ogarnianie komórki i powiedziałam, że ogarnę jakąś zupę. W piątek zaś nagotowałam rosołu, bo jak wiadomo, Inżynier miał wpaść z Łobuzami na sleepower at Grandma's.
I zamówiony był żurek i pomidorowa.
Ponieważ P. nie złożyli mi nawet życzeń na święta, cisza w eterze, do I. się też nie odezwali, wyszłam z założenia, że jak zwykle zapomnieli.
Ale nie, P. poinformował, że wpadną w sobotę o 14. Odpisałam, że nie trzeba, bo komórka uprzątnięta, ale nie, chcą wlecieć. I tak okazało się, że będzie ze mną osiem osób. Wzdech. Osiem osób w moim mieszkanku i ja latająca ze śrubką w dupce, okrętową numer 5.
Kiedyś miałam dwa stoły, ale że P. stołu nie miał, to wziął mój, a ja sobie w miejsce tego stołu, będącego awaryjnym biurkiem kupiłam biurko. Talerzy mam sześć, reszta zachomikowana tak głęboko, że pół szafy musiałabym wypróżniać, żeby mieć dla wszystkich. Tak samo sztućce - mam ich od metra, ale skitrane :) Posłałam I. fotkę rosołu, stwierdził, że to za mało, dogotować. W sobotę rano wpadłam na genialny pomysł, że pieprzyć kasę, idziemy do Da Grasso na pizzę, co się będę szarpać. Inżynier jednak zaprotestował i powiedział, że na żadną pizzę nie idzie, bo od dwóch dni na śniadanie, obiad i kolację je pizzę (tyle napiekł na te urodziny Kalafiorkówny). Przyjedzie o 18, na kolację, zostaną na żurku w niedzielę, no i na pomidorowej, of course.
A że P. nawet nie raczył odczytać mojej wiadomości na MSG, co mnie wpienioło niebotycznie, postanowiłam, że jak tak, to niech jedzą pomidorówkę i w dupie mam (nie mówiłam im o opcji pizzy). Nie będę wydawała kasy, Da Grasso tanie nie jest :)
Na wydawanie kasy trzeba też sobie zasłużyć.
I tak na kuchence stanęły
gary dwa, jeden z pomidorową, drugi z kolejnym rosołkiem (awansem, bo mam już po dziurki w nosie pichcenia, a jest rosołek, jest obiad, pierdolę, nie gotuję).
Przyjechali, jak zawsze spóźnieni i od razu moje przytulne mieszkanie zamieniło się w bajzel...
Przede wszystkim trzeba było ogarnąć wszystkie świątecznie pierdoły z mojego stołu... Upchnąć w kącie.
Poszły dwie paczki makaronu, z pomidorowej nie zostało nic. Ciasta też poszło w chuj, ale trudno. Rozmowa się zupełnie nie kleiła, chociaż MW była nieco rozmowna. Papryczek zaś grał na telefonie i wybrzydzał na żarcie. Dostałam w prezencie wielkie zdjęcie wnuków, oprawione w ekstra ramkę, sęk tylko w tym, że nie mam miejsca, żeby je powiesić (zostały tylko ściany nośne, a do tych bez udaru nie podchodź), a inne miejsca mam zagospodarowane na maksa. A zdjęcie wygląda, jakby je AI namalowała.
Zostawili też prezenty dla Łobuzów, nawet nie poczekali na przywitanie się z kuzynami, a Łobuzy stale o nich pytają. Podobno pies nie lubi zostawać sam.
Cóż.
Zostałam z garami i stosem talerzy, a już I. anonsował, że nadchodzą (ten się anonsuje).
Ogarnęłam zmywanie, wycierając naczynia (nienawidzę), bo musiało być miejsce na następną turę.
Przylecieli. Z plecakami, zaopatrzeni, a jakże nawet w szczoteczki i pasty swoje (od P. nigdy nie mają), rozszczebiotani od progu, ale zdyscyplinowani, bo na moje, że nie zastawiamy pułapek na biedną babcię, od razu porządnie buty ustawili, a plecaczki przenieśli we wskazane miejsce. Inżynier zaś zaopatrzył matkę w porządny zapas Staropolanki, której w okolicy, odkąd zlikwidowano Piątkę – nie kupi. I ustrojstwo do kibla kupił (P. na wieść, że kibel dalej cieknie nic nie rzekł nawet).
A Kalafiorkówna, ujrzawszy w pokoju nakryty stół, od razu oznajmiła, że jest bardzo głodna, mimo że ojciec mówił, że przecież niedawno jadła przed wyjściem z domu. Była bardzo głodna na chleb z pasztetem od babci :) Tak rozkręciła imprezę, że wszyscy się nagle zrobili głodni i...
Potem było z górki :)
Na uwagę, że mają do mnie mówić zwróceni twarzą (Alienek trajkoce jak karabin maszynowy i o ile patrząc na niego jestem w stanie to ogarnąć, o tyle na samych aparatach nie ujadę), bo mam zepsute uszy, rezolutny smark powiedział, że w takim razie on mi załatwi nowe uszy. A ja na to: i co, jak je przyczepisz? Sznurkiem?
Rechotaliśmy jak głupi, ale są ze mną, dla mnie, nie w telefonie...
Wykąpani (a jakże, wkrótce się to skończy, dorosną i cały pogrzeb na nic), radocha była, bo babcia znów kopytka wycierała, co ich do ekstazy doprowadza, w domu ogarniają to sami i mimo moich uwag nikt nie dba o dokładne wycieranie nóg między palcami...
Bajka, książeczka (zapomnieli, więc I. im urządził taką zabawę z książeczki, czytanej pierdyliard razy - wiem, bo Alienkowi co wieczór czytał, po angielsku) i... Niby poszli spać.
A my wyciągnęliśmy wino z mojej siedemdziesiątki
zasługiwało na wypicie w dobrym towarzystwie, nie do lusterka :) Dołożyłam sery, a jakże, francuskie...
I się zaczęło, co 10 minut inspekcja, a to picie (mieli), a to siku, a to czy mogę zjeść kawałek sera (dałam następnego dnia, nie smakował mu), a to ona mnie bije, i tak kolędowali prawie do 22, a jak padli, to jakiś debil odpalił petardy i znów się zaczęło kolędowanie...
Miałam jednak jeszcze jedno dobre wino, tym razem prezent gwiazdkowy i...
Nie tylko ja potrzebuję wygadania się.
Mój syn także.
Aż dziwne.
Ale zawsze byliśmy dla siebie oparciem.
Przetransportował Alienka do mojego łóżka i spędziłam noc z windą towarową, jeżdżącą w dól i do góry :)
A że budzi mnie każdy ruch, to za wiele nie spałam, ale winda momentami się tak wtulała, że nie miałam sumienia nie głaskać po łebku, a włoski ma dokładnie takie, jak jego ojciec przed laty - szorstkie i kłujące - i znów miałam te trzydzieści parę lat i sublokatora w łóżku...
Pospaliśmy do 8, potem ogarnęłam Łobuzów, żeby nie budziły ojca, zgodnie z ustaleniem mieli przygotowane LEGO od wujostwa na stole, no ale trajkotali jak nakręceni, a ja nie mam drzwi :)
W tym całym bajzlu nakarmiłam - bo to jedyny stół w chałupie, zażyczyli sobie powideł i pasztetowej. Łatwi w obsłudze. Kalafiorkównie się odmieniło i jest mniej warzywna, specjalnie dla niej kupionych rzodkiewek nie chciała, bo "skórka szczypie w język", ale dostała pokrojoną rzodkiewkę, którą maczała w "to jest kawa inka, a nie kawa dla dorosłych, jak mówiłaś" - i o dziwo, rzodkiewka jej wchodziła :)
I. ogarnął kibelek, nie cieknie :)
Żurek dostał 11 na 10, dziadek nie umie w żurek :) A pomidorowa z ust Kalafiorkówny, która jadła obie zupy dostała laur: lepsza od pomidorowej taty, jak ty to robisz? I. gotuje na pomidorach z puszki, ja na swoich słoiczkach :P Zawstydził się, ale przyznał, że moja lepsza :)
Wygrałam :)
Jeszcze ciasto, Kalafiorkówna chciała jeszcze mandarynki, ale I. zabronił, mówiąc, że nie dowiezie jej do domu bez kupy :P Mandarynki (wielkie jak pomarańcze) powędrowały do plecaczka zatem.
A i. mruczał, że mu matkę z torbami puszczą, ale chyba nie jest aż tak źle...
Popakowałam jeszcze żurek dla Inżynierowej, pomogłam znieść plecaczki, pluszaczki, torby i torbeczki i pojechali...
A ja wróciłam do mojej chaty, na pobojowisko.
W kuchni istniała opcja, że wszystko runie na podłogę...
W małym pokoju wyrko niezasłane, nie było się gdzie obrócić, bo po otworzeniu kanapy po prostu nie mam tam miejsca. Nie kazałam sprzątać pościeli, bo ponieważ nie zanosi się w najbliższym czasie na kolejną nocowankę, nie chcę trzymać pościeli w skrzyni.
Wszędzie okruchy, okruszki, długie, jasne włoski...
Aaaaaaa...
Najpierw zdjęłam aparaty - zapanowała błoga cisza, błogosławiona :)
Potem włączyłam Spotify...
I powoli zaczęłam odgruzowywać pobojowisko.
Dzieci są bardzo pomocne, odnoszą po sobie naczynia do kuchni (brawo rodzice), u mnie zaś ta opcja nie działa - bo poukładanie brudnych naczyń na niewielkiej przestrzeni to wyższa szkoła jazdy, więc nie za bardzo mogłam z tego korzystać.
Nalatałam się, mój kręgosłup zagroził, że odjedzie w niebyt.
Ale wolnym walcem ogarnęłam wszystko i gdy teraz piszę, moje mieszkanie znów jest moje.
I lepsze - bo są w nim te chwile, gdy - jednak - okazało się, że jestem ważna.
W co zawsze wątpiłam, ale ostatnio...
Psssttt...
Niech tego nie usłyszy szczęście.
Mam wolne do 6 stycznia i pozostanę w swojej skorupie.
P. nie wyrazili ochoty na zaproszenie mnie chociażby na kawę czy na spacer z przegubowcem. A ja nie mam ochoty na powtórkę z rozrywki i zajmowanie się czwórką osób. Dobrze mi ze samą sobą. Z moją muzyką, filmami, puzzlami i patrzeniem w sufit :)
Inżynier zaś w związku z kumulacją urodzinową i ogarnianiem całej rodziny - też ma dość, co potrafię zrozumieć.
Ma wolne tylko do 2 stycznia, więc niech chociaż te ostatnie dni spędzi bez presji.
Rozumiem obiekcje wobec petard - ja bez aparatów ich nie słyszę, więc mi to rybka. Ale każdą noc sylwestrową, będąc poza domem drżałam, czy mi się chata nie sfajczy - mam szafę w loggii. Teraz jestem na posterunku i mam gaśnicę :)
A ten nowy powoli nadchodzi...
Jak co roku w Chałupach :)
Przeżyłam ich już 70.
I żadnego nie żałuję.
I to liczy się na plus.



I fajnie mialas, spedzilas czas z Lobuzami, a ja swoich chocholow nie widzialam od... wydaje sie stu lat, chyba na poczatku grudnia na urodzinach Zoski. Niby jutro maja przyjsc do dziadka, ale ani sie ukochac, ani ich wycalowac, zbyt ryzykowne, ze moge je zarazic.
OdpowiedzUsuńPrzez cale zycie nie mialam tak xujowych swiat jak w tym roku.
Więc żeby następne były piękne i żebyś potrafiła się nimi cieszyć :) A Chochoły nie tak łatwo zarazić, prędzej one robią za bombę biologiczną :*
UsuńJędzuniu szczęśliwego nowego roku 2025 z wielką ilością chwil i dni, które zapierają dech w piersiach. Niech zdrowie Ci służy, a problemy niech zapomną, gdzie mieszkasz. ❤️😘
OdpowiedzUsuńDziękuję, abasiu i wzajemnie - niech to będzie dla Ciebie i Twoich bliskich wspaniały rok :)
UsuńSpokojnego 2025roku w zdrowiu!!!
OdpowiedzUsuńDziękuję, Anonimie i wzajemnie - zdrowia i spokoju oraz radości :)
Usuń