niedziela, 31 maja 2026

Jakbym wykrakała

 Kochany Pamiętniczku :) 

P. jeszcze ni z gruszki, ni z pietruszki wleciał w sobotę, żeby potwierdzić, że z nim pojadę. Wpadł z P., który poza cześć babcia nie miał nic do powiedzenia, bo zaraz siadł na telefon, a na moje pytanie, czy mama bije tatę, bo P. miał rozwaloną rękę, bo się gdzieś przewrócił nie wiedział, co odpowiedzieć, bo jak się oderwał od telefonu, to zgłupiał.

Mniejsza z większym.

Niedzielę miała spisaną na straty, bo wiadomo, jak jesteś umówiony na 13 to nie ma co z dniem zrobić.

Dali znać, jak już stali pod blokiem, więc wyleciałam jak z procy, aż telefonu zapomniałam i musiałam się wrócić. 

Miejsce honorowe, jakie należy się z urzędu teściowej - cześć i chwała. Sama też zawsze teściową na nie wpuszczałam, inna bajka, że ona nie zmieściłaby się z tyłu malucha (ja teraz z tyłu mam kłopoty z wyjściem, choć maluchów już nie ma, cóż, swoje ważę). 

Ruszamy, P. skręca w prawo zamiast w lewo. Pytam, gdzie go niesie, a on, że jedzie przez Ławicę, bo tak lepiej. WTF? Skręcasz koło mnie w lewo i prosto obwodnicą do włości. Ale nie, on woli przez Ławicę. Napisałam do I., mówił potem, że zdziwiony był.

Jako i ja.

Bo dojazd na Ławicę to pół miasta, co kawałek światła, P. klnie i krytykuje wszystkich przed nim i za nim, wszyscy jadą źle, tylko on dobrze.

Ja mordę w kubeł, bo nie denerwuje się kierowcy, ale wiem, że łatwiej jeździło mi się z Eksem, który na znaki drogowe nie patrzył. Znaki drogowe czytałam ja. Mogłabym zrobić prawo jazdy z zamkniętymi oczami, sęk, że nie czuję kierownicy absolutnie, a i na elektrycznej maszynie do szycia nie umiałam szyć - nie miałam czucia w pedale :) 

Tak, Eks był bardzo marnym kierowcą i odetchnęłam z ulgą, gdy malucha sprzedaliśmy i już nie mieliśmy na nowy samochód, a on wkrótce wyniósł się z naszego życia.

I latami cieszyłam się, że P. nie ma prawka, perypetii opisywała nie będę, bo po co? 

I dzień, kiedy oddawałam mu kartkę z gratulacjami, nie był dniem szczęścia w moim życiu.

Najgorsze jest to, że jeździ samochodem służbowym, z taką nonszalancją, jakby to był jego osobisty samochód, a nie służbowy, który zresztą (nie wnikam w politykę firmy, nie moja bajka to) szef z niechęcią mu dał.

Przedarliśmy się przez miejską dżunglę, tereny podmiejskie już lżej (a szarpie pedałami, cóż, nie zrobię z niego mistrza kierownicy, lata jeżdżenia z różnymi kierowcami, bo ja zawsze na łasce, wyrobiły we mnie moje typy, są kierowcy, z którymi lubię jeździć i tacy, których unikam jak diabeł święconej wody). 

 Dojeżdżamy pod same włości, na tę nieszczęsną, bardzo wąską aleję lipową, jak wiadomo, drzewa rosną przy tych wiejskich drogach, żeby atakować kierowców. A jeszcze przed nią widzieliśmy samochód, który dosłownie nadział się na barierki na poboczu i z ust P. spłynęła prawda objawiona, że źle jechał, że sranie w banie.

Na alejce akurat ruch jak w ulu, ale jedzie, pewny siebie, szybko. I. jedzie tamtędy w żółwim tempie, ustępuje drogi nawet wtedy, gdy nie musi. Ma swój samochód i zna ceny. P. zaś jedzie jak ułan i z przeciwka też ułan jedzie. P. w ostatniej chwili zjeżdża na pobocze i huk. Mnie o mało proteza nie wyleciała. Nie, nie zderzyliśmy się, ale zjechał na pobocze aż jebło. 

Chwilę dalej mówi, że ma chyba kapcia. 

Wysiada, zjeżdżamy prawie do rowu. Ma dwa kapcie. Mówi, że dojedzie do włości,  ale studzę go: rozwalisz felgę (czy jak to się tam zwie). Zostajemy spieszeni, do włości nie tak znów daleko.  W sumie jakieś 3 tys. kroków wyszło, ale pobocze takie, że mało że droga wąska, to co rusz spadam z sandałków i zastanawiam się, czy skręcę kostkę, czy nie. P. zostaje, czeka na pomoc drogową. I. nie podjedzie, bo ma foteliki, musiałby je demontować, oczyścić siedzenie i właśnie rozpala grilla. Idę zła, mało, wściekła na wszystko, okazuje się bowiem, że ani żona P. ani MW nie mają nr do I. Szukam w swoim iPhonie, ręce mi się trzęsą, nie znajduję, nie ogarniam, MW też nie, bo ona Androidowa, nie Ajfonowa.

Oddycham głęboko i... Podaję numer. Oprócz stacjonarnego numeru, którego nie mamy już od ponad 20 lat, komórka I. to jedyny numer, oprócz mojego, który pamiętam. Jak się nie stresuję. Numer komórki P. sprzed lat też pamiętam, ale tego numeru już nie mamy.

A mam słabą pamięć do cyfr, jak pojechaliśmy do Wrocławia, zapomniałam nr do konta, dobrze, że nie musiałam nic płacić, a karta działała. Po powrocie do domu numer wyskoczył mi z pamięci.

Nowego nr P. nie znam.

I tak, gawędząc przemile (w ogóle cały dzień było przemile, nawet przyszła sama i nieproszona, żeby się przytulić) z moją MW, która jest tylko moja (no może trochę babci J., ale babcia J. nie ma u niej takich forów z różnych względów, chociaż więcej czasu w życiu MW z nią spędziła, niż ze mną, ale nie, żebym się przechwalała), z Papryczkiem, który stanowczo zakazał wizerunku swego w mediach, z synową, klepiącą coś na telefonie, ale nie z mężem, dotarliśmy do włości. Jak wyleźliśmy koło Biedronki, okazało się, że tylko ja znam okolicę. 

Moja Mała W. Z nowym image po ostatnim spotkaniu, inny make-up, inne włoski, inne oczka i inne paznokietki - były długie i jasnofioletowe ostatnio, dziś były krótkie i czarne. To już kobieta, nie dziecko. Wyjaśniła mi, jak się podcierać mając takie szpony (co zawsze mnie nurtowało), była też gadka o tatuażach i kolczykach w brwi (tu głos zabrał I., który też sobie kiedyś bez mojej jurysdykcji jako pełnoletni obywatel taki zafundował), a ja, szczerze, nie krygując się i nie krępując, ale przepraszając, że pojadę tekstem, którego nigdy nie musiał stosować wobec synów, powiedziałam wprost: na dupie se zrób, motylka albo pająka. jej rodzice są na nie, co rozumiem. Ale jak wytłumaczyć szesnastolatce, że są szaleństwa młodości i jest nieodwracalna głupota?



 A po drodze przyroda szalała.

 

Wpadłszy do chaty objechałam I. za niepodjechanie po starą matkę, co zlekceważył (przeprosiłam potem, te kilka tysięcy kroków mnie nie zabiło, ale co mordę wydarłam, to moje). Potem siadłam na ogródku i podczas gdy I. grilla rozpalał, pogadaliśmy jak czekista z czekistą. Alienek wcześniej się wymiział nieprzyzwoicie ze mną, zaś Kalafiorkówna  ograniczyła się do żółwika. Cóż, bywa :) 

Wspólny język znalazłam z I. na temat jazdy P. Powiedział, że zaskoczony był, że odwołuję podwózkę, że mówił bratu (ale mnie o tym nie poinformował), że ma mi odpuścić, że ma mnie zabrać, jak już będzie miał doświadczenie (czyżby się o mnie AŻ tak bał? - kurdemol). Wysłuchał, co mówiłam o jeździe i stwierdził: on zawsze wie wszystko lepiej. No i miał rację. Tak jest i nic się nie zmieniło. Tak samo ocenia to Baran. Też się o mnie bał. 

I. mówił, że mogło pójść cale zawieszenie. Spanikowałam, bo wiem, że P. tego finansowo nie ogarnie.

A szczerze mówiąc - mam dość łatania wszystkich dziur.

Chciałabym pożyć bez poczucia, że odpowiadam za wszystko i "nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze". 

Tak, to są moje dzieci, kocham je miłością wielką jak cały świat.
Ale chcę też mieć trochę tego świata dla siebie. Bo mam już mało czasu, mniej niż więcej.

Pytam żonę P., czy nie martwi się jazdą męża. 

Nie, jest OK.

KURWA. 

On się chwali, że na autostradzie jechał 180.

I. kiwa głową i mówi: obowiązuje 140 (akurat tego nie wiem).

Jak go dorwą, straci prawo jazdy.

Nic dziwnego, że włosy wypadają mi garściami z tego głupiego łba.

Wulkanizator podjechał, naprawili. Ponoć 400 zł. Byłam gotowa lecieć z kasą, ale I. mnie ostudził.

Że to, kurwa, nie jest moja wina, absolutnie. 

I że odwiezie mnie do domu.

Na co zgodziłam się z ochotą. 

P. stroił fochy, ale powiedziałam, że nie.

Bo mam dość wrażeń na dziś.

 Że jak nabędzie wprawy, pojeżdżę. 

Bo jestem nerwowa. I mam dość wrażeń na dziś.

Nawet przepraszałam, chociaż w sumie za co? Że nie wyzywałam za każdym razem, jak szarpał w mieście i klął na kierowców przed nim i obok, którzy jechali w sumie prawidłowo, ale też nie do końca idealnie?

Kiedy oduczę się przepraszania za to, że żyję?

Sam grill był idealny, aczkolwiek Kundle 



 w tym ten najgorszy żebrak przywlokły ze spaceru z teściem I. tyle kleszczy, że olaboga. I tu po raz pierwszy w życiu widziałam na żywo kleszcza. I. znalazł już jednego na brzuchu, ale ponoć nie miał rumienia. Chyba sobie kupię łapkę do wyciągania kleszczy. Sęk w tym, że jak mi wlezie gdzieś, gdzie wzrok mój nie sięga (a  wiele miejsc nie sięga), to mogiła. Dlatego unikam trawy i krzewów jak ognia. Kleszczofobię mam.

Umówiłam się na przyszły weekend z I. na nocowankę. Alienek ochoczo się podpiął, Kalafiorkówna nie jest jeszcze zdecydowana.

I. idzie na lumpkę. Alienek poznał nowe słowo: lumpka.

Więc kolejny weekend mam z głowy.

Przede mną pracowity, standardowy tydzień na urlopie, ale w dupie mam. Jak będę, to zrobię. Mam urlop.

I to by było na tyle, Kochany Pamiętniczku :) 


 Moje pomidorki koktajlowe dziś rankiem...


 U I. tak :)

A na jego pyry to sama się zasadzam :P 


 

piątek, 29 maja 2026

W telegraficznym

 skrócie, Kochany Pamiętniczku :)

Zapłacił tylko za kury. I znów  będę robiła za żebraka. Wkurzona napisałam na MSG do Pani M. Bo miała dopilnować. Odpowiedziała szybko. Z Maroka, jak dorwała wi-fi. Nie wnikam, czy jest tam prywatnie, czy służbowo.

Wkurw trwa. Tym bardziej, że grzebię w glebie i znów będę robić za żebraka.

A z 900 brutto wyszło trochę ponad 600 netto.

Tak goli mnie państwo i dlatego wkurwia mnie Boss ze swoim brutto. 

W Dzień Matki pierwszy był Baran.

Jak zawsze.

Chociaż absolutnie nie czuje we mnie matki.

Ale pamięta i w angielski, i w polski dzień.

Takie to pokręcone te nasze stosunki.

Dziś wleciał I., bo musiał jechać do miasta, żeby z banku kasę wyjąć.

Z bankomatu musiałby jeździć po całej okolicy :)

Na Dzień Matki dostałam dwa piwa z browaru w Wąsowie. Sama o nie prosiłam, bo jak jechali świętować swoje dziesięciolecie ślubu, to akurat miałam reportaż o Wąsowie. Dobre piwko jest. I drogie :) 

A kwiatki kupiłam sobie sama - dziś te oryginalne nasze piwonie - już się pięknie rozwijają, no i modraki (chabry, bławatki, jak ktoś woli)



 Okazało się, że nie mam wazonika do takiego bukietu, więc stoi w pokalu :) 

I. zabrał wielki wór doniczek, bo będzie ogród urządzał. I kolejną teczkę z papierzyskami. I skarpetki dla Alienka, ale okazało się, że za duże. Kupiłam rozmiar 30, jak mi kazano (znaczy się podano), ale ponoć jest różnica między 30 dziecięcą a dla dorosłych. Fuck. Na oko mi pasowały do Alienka, bo ma kopytka jak podolski złodziej :) No nic, albo dorośnie, albo skarpetki zetleją :) 

Głupotę posłałam Baranowi na MSG i nagle... 

Znów pogadaliśmy jak czekista z czekistą, znienacka.

I boi się o mnie, albowiem okazało się, że P. ma w niedzielę samochód i zapytał, czy mnie zabrać.

Jako że Ogrody są za górami, za lasami, a I. musiałby przejechać, wożąc mnie, 70 km bez mała, odpowiedziałam, że tak, poproszę.

Nie ukrywam, że mam mieszane uczucia.

Z drugiej strony nie chcę odrzucać P.

I tak zrobiłam sceny balkonowe, jak ktoś w Garbatce wjechał pod pociąg. Na baczność postawiłam całą rodzinę. Zanim dotarło do mnie, że moje dziecko mało, że jeździ spokojnie, to pod pociąg się nie pchało. 

Co ma być - będzie.

Zatem kciuki mile widziane.

I sama już nie wiem, z kim lepiej jeździć - z własnym dzieckiem, czy z teściem I.

Mam zaufanie do trzech kierowców - Inżyniera (niby zdetronizował Barana, ale nie do końca), Barana i do... Inżynierowej. Ona z parkowaniem ma na bakier, ale jeździ jak szatan.

Ale skoro przeżyłam jeżdżenie Eksa, to może i tym razem w całości wrócę? 

Wspominajcie mnie jak coś, czule albo wcale :) 

C'est la vie :)  

środa, 27 maja 2026

Migusiem

 przeleciał maj, Kochany Pamiętniczku.

Pracowo jak zwykle, na petardzie, łącznie z tym, że jebane roboty udojowe, które miały się zamknąć na początku maja, zamknęły się, olaboga, 26 maja. I to w międzyczasie z emilkami od Bossa, który na moje emilki odpowiadał jakby ich nie dostał. Zobaczymy, czy pensja będzie adekwatna do mojej pracy w tym miesiącu, czy znowu będę musiała się przypominać. A jaja jak brylanty, bo dostałam emilka, że do września muszę wykorzystać zaległy urlop za ubiegły rok. Z trudem ogarnęłam połowę tego zaległego, pisząc do wicedyra, że w uzgodnieniu z Panią M. będę zaległe dni wykorzystywała sukcesywnie, po kropelce, jak nie będę na gwałt potrzebna.  Nawiasem mówiąc, zaległych dni za ubiegły rok zostało mi... 9. Czyli musiałabym wypisać urlop na 18 dni, bo  jako półetatowiec mam urlop po 4 godziny. A że mam układ, że 3 tygodnie po 4 godziny i jeden po 8 (kiedy zazwyczaj siedzę po 10-12) to nie ma mocnych, że ogarnę, tym bardziej że utkali tam tyle dodatków, że klękajcie narody. I w międzyczasie emilek od Bossa, że mam gadać, jak pracowałam dodatkowo i rozpisać CAŁY urlop do końca roku.

No i chuj :) 

W międzyczasie synowa poprosiła mnie, bym zarejestrowała w czwartek MW do KONKRETNEGO lekarza, na konkretną godzinę, bo oni idą rano na oddział i nie ogarną. Bo nawet zadzwonić nie mogą wtedy. Nie wnikałam, tym bardziej że to był handel wymienny. Jebnął mi we wtorek ten cudny prysznic w łazience, w tej wymyślnej baterii. Załatałam tą taśmą silikonową, ale i tak sikało aż na sufit. Po naradzie z I., który też mojej nowej baterii nie lubił, nie skusiłam się na baterie za 60 zł na Alledrogo, ale kupiłam taką za 3 stówy. Znaczy się, po uzgodnieniu z Pierworodnym, który jest od hydrauliki, kupił mi wybraną na Alledrogo i obiecał zamontować w czwartek, o ile dojdzie. Bo ze względu na oddział miał urlop. Oczywiście - oddałam kasę, znaczy się tak jakby sama kupiłam na Alledrogo. No i dołożyłam (może nie powinnam, ale wiem, jak ma, a hydraulik wziąłby więcej, cenię też jego czas - ma go dla rodziny mało, zwłaszcza teraz, gdy jeździ w teren - nie da się ukryć - roznosząc ASF).

Więc zamiast wylegiwać się pod kordełką, wstałam ja skoro świt i poleciałam (to był fajny dzień, jak za dawnych lat, wstawanie o 5, bez grania, nie narzekam - dzień był znów dniem, a nie leniuchowaniem). 


 I budzisz się rano, a piwonie szaleją...

I wkraczam do przychodni lewa, prawa, kolejka mikra - dwie osoby.  

Ale okazuje się, że w godzinach, kiedy synowej pasuje, żeby dojechać z MW (bo MW musi być na oddziale do 14), nie ma opcji.

Innego lekarza nie chce, bo ten nie układa w kompie pasjansa, tylko naprawdę zajmuje się MW.

I tak, pani w recepcji miała kwadratowe oczy, że nie dzwonię, tylko na MSG.

I tak bym nie mogła dzwonić, bo na oddziale nie można.

Stanęło na poradzie telefonicznej.

Nie wiem, jaki rezultat, nie dostałam info.

P. wpadł jak po ogień, opierdolił, że to tylko wąż prysznicowy, ale i tak jestem zadowolona i to bardzo, że wymienił wszystko. Nie podoba mi się słuchawka prysznicowa, ale mam jakąś inną, jak wleci znów, każę wymienić. Bo wpadł jak po ogień, talerz pomidorówki łaskawie zjadł, ratując mnie od trzech dni jedzenia jej - i poleciał. Nie zatrzymywałam, cóż, to już nie jest moja jurysdykcja, ma swoje życie - w biegu, w galopie, oby nie padł.

A potem (się śmierdzi) spokój był mimo wariatkowa pracowego.

A ile osób mnie kochało, to ojacierpiędolę. Zalała mnie fala miłości, znów byłam młoda, piękna, kochana i... 



 znów ciemnych irysów dostałam pęk, nie wiem od kogo...

Niestety, nie udało mi się nigdzie dorwać ich, ale...

I tak napasłam oczy...

Aż nadszedł poniedziałek, 25 maja, kiedy to miałam jechać na badania pracownicze. Wtedy w nocy z niedzieli na poniedziałek Boss wysłał mi tego jebaniutkiego emilka o urlopie o... 0.03 OJACIERPIĘDOLĘ.

Najgorsi to są mężczyźni z andropauzą. Kobieca menopauza to małe miki jest.

Jako że od 5 już nie spałam, odpisałam (a niech ch*j wie, że ja nie od macochy), wyliczając moje zasługi na niwie pracowej i co mam zrobić z tym jebanym urlopem (do dziś nie dostałam żadnej odpowiedzi, ponoć Boss jest na urlopie, nawiasem mówiąc - ja też, ale mniejsza z większym, pracuję, jak zwykle). Zobaczymy, ile dotarło, po wypłacie, a ta będzie najpewniej w piątek :) 

I tak ogarniając się systematycznie na tę ocenę, a to dla mnie trauma na maksa, bo jeszcze jak byłam w  Auschwitz,  a badania były w jakiejś firmie w Ceglorzu, trafiłam na jebaniutką doktórkę (chuj jej w oko i kotwica w plecy - nadal), która spojrzała na moje orzeczenie o grupie inwalidzkiej i stanowczo oznajmiła, że ona mi zdolności nie podpisze ze względu na moje dobro. WTF? Bo mam w orzeczeniu III grupy inwalidztwa zastrzeżenie: praca niewymagająca kontaktu z ludźmi. I ona mnie chroni, żeby mnie, KURWA, nikt nie skrzywdził. Nie chce mi się już opisywać mojej dyskusji z nią, a umiem swojej racji bronić. Podpisała po moim stanowczym żądaniu wezwania kierownika. To działa na tępe dzidy.

Bo czymże zawiniłam moim słuchem, kończąc na piątkę studia, pracując latami, z zaparciem? W zespołach, gdzie nikt na mnie nie narzekał, oprócz tych, którzy symulowali pracę, bo pracowałam  uczciwie? Nie żebym się chwaliła. Została mi trauma. Przy następnym badaniu, w tymże samym Cegielskim, kolejny lekarz, patrząc na to orzeczenie o rencie, zapytał: co za chuj to pani napisał?

Brzmi dziwnie? Ale takie to były czasy i nikt nie uważał, że to dyskryminacja osób niepełnosprawnych.

W moim zawodzie moja wada jest zaletą. Korekta potrzebuje ciszy. Pracuje tam, gdzie słyszący nie mają luksusu skupienia się :) 

No ale wracamy do naszych baranów.

Pojechałam, jak zwykle, za wcześnie. Bo ja z tych poszkodowanych, co czekają.

Zarejestrowałam się i okazało się, że okulisty nie ma. Była 8.15.  Mam iść do gabinetu 3 i 7.

W gabinecie 3. paliło się zielone światełko, więc pomijając fakt, że była 8.20, a ja miałam wizytę mieć o 8.50, upewniwszy się, że nikt do niego nie czeka, wlazłam.

A... poszło z górki :) Małolata, bo jakieś 26 góra, więcej była zainteresowana datą kiedy uzyskałam orzeczenie o kalectwie (na chuja komu ta data, jestem od 12 lat na emeryturze i moja renta ni chuja już na nic nie wpływa), niż stanem ogólnym. BIM (są nowe przepisy, trzeba mieć i BMI, i badania krwi, ja się na nie nie zgodziłam, bo szkoda było mi czasu). Mam fatalne, wiem. Oczy? Pokazałam okulary, wiadomo, ślepa jestem, o zaćmie się nie zająknęłam, miałam wrażenie, że ona w tym kompie gra w pasjansa... Ciśnienie? Mam nadciśnienie, ale w normie, biorę leki. Założyła mi aparat gdzieś na łokciu i co wyszło? Myślałam, że zejdę, tak mi napompowała, 220/90. A w życiu. Leki biorę regularnie, a tego dnia dodatkowo wzięłam dwie piguły na uspokojenie i w dodatku herbatkę z hibiskusem wciągnęłam, a to mi tak obniża ciśnienie, że schodzę (w domu zmierzyłam ciśnienie - 128/85 - jak na mnie - idealne).

Wychodzę, kabina 7. wolna. Zawsze tam siedział lekarz po... osiemdziesiątce, tłumaczący mi, że praca to zdrowie. Udało mi się ubiec kolejnego amatora...

Siedział tam Adonis, młodszy od moich synów :) Poszło z górki, zainteresował się tylko ciśnieniem, ale przemiło minęło, pośmialiśmy się, aczkolwiek nieco był zdziwiony, że w tym wieku można jeszcze pracować.

Na moje nieśmiałe, że poproszę na 3 lata, odrzekł: w Pani wieku więcej jak na 2 nie mogę podpisać.
A ja, zniesmaczona i już skreślająca go jako Adonisa, odrzekłam z goryczą: tak, tak w moim wieku to tylko do roboty, ale do kochania to już nie ;) 

Oczywiście, podziękowałam, pożyczyłam i odeszłam silna w siną dal :)

I tym pięknym sposobem, dzięki wcześniejszemu przyjściu do Polmedu w kilkanaście minut załatwiłam to, na co zazwyczaj traciłam pół dnia.

Kurwa. Na co komu te jebane badania? To tylko wyciąganie kasy z  firm.

Rozumiem - badanie przy przyjmowaniu do pracy.

Na stanowiska, gdzie konieczne są KONKRETNE umiejętności.

Ale takie nic jak ja?

Nie mam kontaktu z produktami spożywczymi, nie prowadzę pojazdów i inne takie tam...

Umrę na własnych warunkach. OK, nadciśnienie zawdzięczam stresowi w pracy - może zupełnie niepotrzebnie je wykryto? Zaćma - OK, leczę się, ale skoro po 3 latach od jej wykrycia wystarcza moje "jak widać, okulary noszę, ale jestem pod opieką okulisty" - to na chuj te badania?

I jako że pora była jeszcze całkiem młoda, pojechałam do redakcji, choć miałam zamykać dój.

Doładowałam akumulatory.

Jakby mieli czerwony dywan, pewno by przede mną rozściełali, jak na tych głupich rolkach.

Tak, byłam w miejscu, gdzie mnie cenią, doceniają i kochają.

Bezapelacyjnie. 

Bossa, z którym chciałam pogadać nie było.

Ale z Panią M. uzgodniłam, że tę jebaną jedną korektę (co nie spodoba się Bossowi) będę robiła w Wordzie, wleją ją sobie - i to moja dobra wola (a kocham i tę pracę, i tę ekipę) - ogarnę PDF, w sensie - już nie czytam całości, ale patrzę na belki, tytuły, śródtytuły, wybicia, podpisy pod fotami, bo to się zawsze rzuca w oczy i po nich jebie :)

Ile za to dostanę, zielonego pojęcia nie mam, bo pisałam Bossowi, że robię dwa dodatki, a robię w sumie cztery. W czasie urlopu.

W skali od 1 do 10 - jak bardzo jestem pojebana?

Osobiście obstawiam 11 co najmniej :)

We wtorek zaś, wkurwiona na maksa, poleciałam do dentysty. Na zdjęcie kamienia przez higienistkę. Bo pani doktor kamienia już nie zdejmuje. Takie czasy.

Wkurwiona, bo od poniedziałku co rusz ktoś z telefonu pani doktor, która zawsze wysyłała mi SMS, dzwonił.

W gabinecie NIBY się wyjaśniło, pani higienistka powitała mnie tak, że aż mi serce zadrżało z rozkoszy... Ale... Pani doktor ma o niebo lepszą rękę do usuwania kamienia, a i okazało się, że nie mogę po tym zabiegu wypić... nic kwaśnego i nic barwiącego, zatem opcja lampki czerwonego wina z okazji Dnia Matki odpada. A kupiłam sobie fajne. Na lecenie do marketu po białe, za którym nie przepadam nie starczyło mi już energii.

Moja trójka chłopaków pamiętała. Różnie, ale pamiętała. Pierwszy był jak zwykle Baran - cóż, różnica czasów, ale - w tym dniu jest zawsze dla mnie Synem, nie zaś Przyjacielem. Niech trwa. I pamięta zawsze i w angielski, i w polski dzień. Zaś Inżynier, ochrzaniany, że w angielski dzień nie pamięta (bo, kurde, jest obywatelem UK i bardzo mnie bawiły te angielskie kartki, które dostawałam w obu terminach, nie ukrywam, że mi ich brakuje)  odszczekiwał, że mieszka w PL. No i rankiem dupa, ale się zacięłam, w południe tłumaczył, że zakręcił się, bo Łobuzy musiał ogarnąć przed szkołą.

Jak dla mnie to niezorganizowanie, ale OK.

Według internetowych mądrości, nie należę już do rodziny.

On i jego żona oraz moje (tylko moje i chuj) wnuki są już odrębną komórką społeczeństwa, do której nie mam wstępu.

Cóż, jakoś to przeżyję, nie ma innej opcji :P

I w szoku jestem, bo Pierworodny napisał w takim nieswoim stylu... 

Pani doktor brała za zdjęcie kamienia 80 zł. Higienistka (przemiła, ale jednak nie będąca jeszcze asem w tej dziedzinie) wzięła 150 zł.

A na panią doktor, bo i protezę po tylu latach trzeba ogarnąć muszę czekać do... sierpnia :)

Biedny Inżynier  na ekipę brukarzy też tak musi czekać.

Mam opcję, że jak coś, dostanę wcześniejszy termin, ale to nie znaczy, że będzie mi pracowo pasował...

No i tak czas leci, za chwilę koniec maja, w międzyczasie była 10. rocznica ślubu Inżynierostwa, kiedy to przeleciało?

Niedziela zapowiada się hmmm... grillująco? W piątek Inżynierowa skończy 39 lat (piękny wiek), w przerywniku moja kłótnia z I., dobrze, że minęła w zasadzie bezboleśnie, aczkolwiek...

No właśnie...

Łapię się na tym, że mogę być dla dzieci ciężarem.

I jak z tym żyć? Skoro jestem taka...

No dobra, może nie do końca najgorsza?

Ten entuzjazm w pracy i szeroki uśmiech JB w czasie opierdalania go po całości, tudzież radość załogi, że jednak te jebane dodatki zrobię...

Jak to wszystko rozgryźć?

Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, nie raniąc nikogo, w tym także siebie? 

A na Manhattanie jest już młoda włoszczyzna po 8.50 za pęczek. A jeszcze nie tak dawno była po 1,50. Ogólnie, nie zaś że młoda...

 

 

 

 

 

 

piątek, 15 maja 2026

Kolejny

tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku, przeleciał nie wiadomo kiedy i jak.

Ale nie było źle.

Najpierw się drób - o dziwo, wbrew moim obawom, zamknął szybko, aczkolwiek na niektóre emilki nie dostałam odpowiedzi.  Teraz ciekawe, czy honorarium też będzie na koncie tak bezboleśnie, bez upominania się o nie. Ale za tę cenę jedna korekta i manie w dupie - może być. Choć Boss sobie pozwolił na dwie, albowiem ponoć autoryzacja mu namieszała. No, żeby autoryzacja była na tekście już po korekcie, nie byłoby źle, ale na surowym to już mnie kurwica bierze.

No nic.

Już po drobiu, następnych ekstrasów (zarzekam się jak ta żaba błota) nie robię, oprócz robotów, które miały iść w połowie maja, ale nie pójdą, bo połowa maja już jest, a od poniedziałku gazetka się wali i pali.

Zresztą wkurwili mnie dziś i to maksymalnie, bo do połowy dnia, nie licząc ranka, o którym będę osobno pisała, leżałam i pachniałam, znaczy się, latałam i sprzątałam, żeby wkurw mnie nie przerósł, obiad ugotowałam, zjadłam i została mi tylko podłoga do ogarnięcia, ale że planowałam zakupy, a lało cały dzień, tom postanowiła ją zostawić na koniec, bo i tak bym błota naniosła.

I o 15.58 rozpruł się worek z emilkami. 15 emilków wpadło hurtem, poczta tylko pikała.

W niektórych emilkach po dwa PDF, niektóre pierwszokorektowe. A na końcu emilek wice. Po którym jeżdżę jak po łysym psie, tom pojechała.

Bo oni kończą pracę o 16, to sobie poszli popiątkować. A ja chciałam o 16 wyjść, nie mając nic do roboty. Do Lidla.

I cały pogrzeb na nic.

Opierdalantus dostali wszyscy, ale...

17.08 odsyłałam ostatniego emilka, choć objechany wice pisał, że spoko, na poniedziałek.

Tak, kurwa, będę sobie w weekend dupę zawracała pracą, kiedy chcę nic nie robić.

Więc 17.08 to było moje zwycięstwo :)

Dobra jestem, a jakże :P 

A com napyskowała, to moje :) 

A potem poleciałam do Lidla. Kocham Lidla, aczkolwiek mnie rujnuje :) 


  No ale kwiaty w tym roku drogie są, a 21 zyla za 5 piwonii to nie majątek. Piwo 8,99, ale po tym tygodniu należy się jak psu zupa.

Może jutro na targu też będą piwonie, ale jak znam życie, będą po więcej niż 5 zyla za sztukę, więc jestem rozgrzeszona.

A na drodze do Lidla


 kaczuszka mi się włączyła, bo wiesz, SJ, maki są tak duże, duże, a ty masz krótkie nóżki, jak zwykle u kaczuszki i chociaż czasem coś w sercu ci załka, że takie tam, że... dajesz sobie w łeb i idziesz dalej. Jest cudnie.

Nawet jak Twoje dziecko bierze kolejny kredyt, rozsądnie, na podjazd.

Bo życie nie trwa wiecznie, szybko mija.

Bo ono ma bardziej pod górkę niż ty (oba mają), bo jedyne co może ich trochę podkopać do góry to...

Bo ty doszłaś do celu - do spokoju, wcześniej niż oni, właśnie dlatego, że miałaś ich po swojej stronie. Więc dalej jesteś po ich stronie na tyle, na ile możesz i na ile ci jeszcze starcza sił.

Bo życie to niejebajka.

Ale ja dziś nie, żeby narzekać.

Bo pod wieczór na włościach się pojawiła


 taka piękna.

Pozazdrościłam, bo u mnie za oknem było


 (ani tam, ani u mnie nie było burzy, a brakuje mi bardzo aparatu, chyba się załamię i kupię, telefon to nie je to).

A kilka minut później - tadam 



 mam i ja :) 

Niech to będzie dobry znak na nadchodzące dni.

 

A z innej beczki. Przedwczoraj, z należytą czcią i szacunkiem (tak pisałam w swoim testamencie z lat studenckich, nasunęło mi się) odezwał się do mnie Pierworodny (pewno po tej ostatnim fochu, że co za brak szacunku do mojego czasu), czy mógłby mnie o coś prosić. 

Oczywiście, że dla mnie to żaden problem - laboratorium jest na moim osiedlu, czynne od 8, zaczynam pracę o 9, więc nic nie koliduje. Wczoraj piszę na MSG do MW, bo z nią się miałam ogarnąć, ale nic, cisza w eterze. Jako że wiem, że jego znów wywiało, piszę do jego żony. Już nie wysyłała "mojego syna do kontaktu". Nosz, zamiast: hej, Dorota, pójdziesz z MW do laboratorium? Bo tak by było, jakby zakopała ze mną topór wojenny i uznała, że nie jestem jej wrogiem i warto mnie czasem zaprosić na szklankę wody, nie traktując mnie jak sanepidu na kontroli - w sumie - nevermind. Odpisuje, że MW MSG nie działa. Serio?

Ale OK, MW ma wyjechać z domu o 7.20. Laboratorium jest czynne od 8. Okazuje się, że przychodnię otwierają o 7.30 (ja pamiętam kolejki od 6 rano, ale OK). Przypominam, że MW ma zabrać skierowanie, bo ostatnio wracała po nie do domu, bo zapomniała. Okazuje się,  że skierowanie zgubili, ale dzwoniła do przychodni i łaskawie jej wydrukują.

Inne cuda wyjdą w praniu.

Budzę się o 5, oczywiście FB, pasjans w łóżeczku (a tak chętnie bym jeszcze pospała, ale cóż), o 5.20 po zakropleniu oczątek, raźno staję na kopytka i zmieniam pościel. Bo to ten tydzień. Wykąpana, nakarmiona, zatabletkowana, na pocztę lecę, korekcę wywiad, bo pójdzie do autoryzacji, ogarniam człowieka mojego, kuchnię, no i silna, zwarta, gotowa, o 7.20 idę do przychodni w ulewnym deszczu, ale jak wiadomo - majowy deszcz, parasolki nie trzeba (oj, trzeba, aparaty nie lubią wody), zieleń szaleje z radości, że leje... 7.30 jestem w przychodni, melduję się w recepcji z prośbą o skierowanie, ale... pani dopiero uruchomiła system i mam poczekać. Zaklepuję kolejkę do laboratorium, jestem druga, ale pani, która jest pierwsza, na wieść, że na badanie idzie wnuczka, mówi, że ją przepuści, bo ona ma dużo badań. Zadowolona jestem, pięknie dziękuję pani, której się nie spieszy... Dochodzą nowi kandydaci na badania do laboratorium. 7. 45 zjawia się MW, a mnie... zatyka. Nie widziałam jej chyba ze 2 miesiące, przede mną - tak, wiem, taki trend, taka moda, takie czasy - dziewczyna z oczami podkrążonymi jak ja nigdy nie miałam - cóż, tusz... Paznokcie jak szpony, ale leci nimi po klawiaturze na telefonie w tempie, którego ja nawet na klawiaturze kompa po wieeeelu latach nie osiągam :) Szpony takie, że ja zawsze się zastanawiam, jak one sobie sempiternę podcierają, nie raniąc się. Śliczna jak malowanie, ubiór z mangi, styl z mangi. I ten nieodłączny telefon, migają mi rozmowy coraz to z innymi kontaktami, nie, żebym coś czytała, bo ślepa jestem. Na moje pytanie, czy ma WhatsAppa, ma, ale nie ma mojego telefonu. Podaję numer, ale coś tam coś tam i nie może do mnie napisać (a ja taka nieogarnięta w tych brylach, które muszę zdjąć, żeby widzieć telefon - w domu, na spokojnie, wklepuję jej numer, znajduję kontakt, piszę na WA, ale cisza - nic nie odpowiada, a w sumie sama już nie wiem, czy chce mi się czekać na odpowiedź). Dochodzi ósma - idę z pytaniem o wydruk zlecenia do laboratorium i... Nie, nie umie odpowiedzieć na pytania recepcjonistki, kiedy MW była u lekarza i u którego była. Ona też nie wie. Recepcjonistka pyta, dlaczego nie ma tych danych, MW nie wie, ja wiem tylko tyle, że zgubili skierowanie i synowa dzwoniła. Pani pełna dobrych chęci znajduje delikwentkę, drukuje skierowanie. Jest asertywna - skierowanie jest o dzień przeterminowane, o czym ja oczywiście nie wiedziałam. Ale OK, przyjmą MW. Dziękuję bardzo mocno i grzecznie. MW szponami jeździ po klawiaturze. Kurwa. 

Idziemy na krzesło bliżej laboratorium. W poczekalni tłum gęstnieje i nie - nie ma ludzi do lekarza. Wszyscy do laboratorium. I zaczyna się dyskusja. Że ci z glukozą mają pierwszeństwo. Tak też brzmi wywieszka na drzwiach labo. Wkracza Madka z wózeczkiem, w którym bombelek śpi słodko, roszczeniowa, też z glukozą, jedzie po towarzyszącym jej mężu jak po łysym psie. Kwestionuje torbę, którą zostawiła na krzesełku pani, która przepuściła nas w kolejce, a która poszła się zarejestrować do lekarza. Bo ona musi usiąść, koniecznie. I łypie na MW, siedzącą obok krzesełka z torbą. Nie widzi, że MW ma kulę, bo znów jej noga wysiada. MW się zrywa, MAdka z satysfakcją przerzuca na jej krzesełko torbę i klapie. Wstaje, zdejmuje płaszcz (myślałam, że może w ciąży kolejnej jest, ale nie). No to ja wstaję każę MW klapnąć i nie krępuję się, mówiąc: siądź, ja mam jeszcze zdrowe kolanka :) Madki bombelka to nie rusza, a bombelek śpi jak aniołek. Synowa pisze, że MW jej pisze, że jest w stresie. I co mam zrobić? Transparent, że mam wnuczkę ze spektrum autyzmu, zdenerwowaną, bo chodzi na oddział dla takich jak ona, mdlejących z nieznanych przyczyn, że uczy się w chmurze, że zdycha w hałasie (ja też, ale cóż, zahartowana jestem). 8.20, laborantki nie ma.

Synowa pisze, że MW jest na maksa zdenerwowana,  że mam zapytać o prolongowanie skierowania, że ona z nią jutro pójdzie do HCP. Idę do rejestracji, pytam, pani nie ma uprawnień. Dziękuję, bo co kobieta winna? Synowa psioczy, obraza boska, ale co może recepcjonistka, jak lekarza nie ma? 

I wtem, 8.30 wkracza na scenę dumnie laborantka, spóźniona o pół godziny,  jak ten jebany naćpan oczekująca oklasków i czerwonego dywanu. Triumfalnie oznajmia, że najpierw glukoza, a i glukoza leci, mało kopyt nie łamiąc. 

Staję jak Rejtan w drzwiach laboratorium i oznajmiam, że wbrew tabliczce na drzwiach jestem pierwsza - MW kuli się na krześle. Chce zniknąć. Laborantka i glukozy drą ryja, a ja na to: tracimy czas na kłótnię. W tym czasie pobrałaby pani krew od MW. A panie z glukozą i tak muszą 2 godziny siedzieć - 3 minuty na pobranie krwi ich nie zbawią, a dziecko się stresuje, że do szkoły nie zdąży. (Z rozkoszą spaliłabym je wszystkie, drące ryja, na stosie, ale uwaga, Achtung, wnimanije, attention, pozor  - może to mnie trzeba spalić?)  

Laborantka skinęła, MW weszła, a ja z politowaniem patrzyłam na staruchy (tak, kurwa, na staruchy, też nią jestem, ale jestem empatyczna, ustępuję miejsca madkom bombelków, w tramwaju też, przepuszczam ludzi w kasach, jak mają kilka artykułów, a ja pełny wózek, nawet żuli z piwkiem przepuszczam, kurwa, uśmiecham się i mówię dziękuję i inne takie tam). I nie wrzeszczę, że dziecko ze spektrum, nie dołuję dziecka. A te stare prukwy spaliłabym na stosie, choć żal mi ich, że mogą mieć cukrzycę, ale jak się ma osiemdziesiątkę, to i cóż - piękny wiek, a taka madka bombelka  - moja szwagierka z cukrzycą pociążową żyje już 42 lata i ma się lepiej niż ja, więc, kurwa...

MW wyleciała z laboratorium jak z procy i... nie odsapnęła, poleciała w deszcz tak szybko, że za nią nie nadążałam, z tym spojrzeniem, którego się do dziś boję... Doleciałam za nią na przystanek. Nie za bardzo kontaktowała (wciąż się uczę spektrum autyzmu), nie chciała, żebym z nią jechała, odepchnęła mnie od autobusu. Dojechała na oddział.

Dziękowali mi - jej rodzice. Kilka razy. Do wyrzygania. Czułam się źle. Że nie ogarnęłam może tak, jak powinnam?

MW się nie odezwała, choć wdarłam się na jej WA. 

I że tak zakpię - jestem złamana jak ta brzoza u Żeromskiego. 

Niełatwo być babcią dziecka ze spektrum autyzmu, nawet wysoko funkcjonującego i całą masą innych  schorzeń. 

Niezdiagnozowanych - a i ja, i babcia J. mówimy, że zapłacimy za prywatne badania.

Jest jak jest.

Niełatwo. 

 I dlatego wciąż pracuję, choć...

Cóż.

Miałam i mam piękne życie.

Umrę bez żalu, ale...

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

Cieszę się, że mam taką niewyparzoną  mordę, niekiedy to pomaga. 

I tak, to nie był dla mnie łatwy dzień.

Z nadzieją, że jutro będzie lepszy - spanie do wypęku, może jednak Manhattan (lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło, a szparagi, no i młode zmieniaczki, choć daleko im do smaku z mojej młodości...

Ostatnio fascynują mnie rolki o świeckich pogrzebach.

Cóż, temat na czasie. :)

I tak niewielu za mną zatęskni, wszystko mija, nawet najdłuższa żmija :P 

niedziela, 10 maja 2026

Działo się

jak w kalejdoskopie, Kochany Pamiętniczku. Koło 13, gdy myślałam, że już po ptokach, zaktywizował  się ten jebany drób i tak zeszło do 18. Dlatego nie chciałam pracować z Bossem, bo to tylko nerwy i popierdolenie. Kazał robić jedyną korektę na PDF i odsyłać je także do siebie.

No i poszły konie po betonie.  Wydruczki, zwłaszcza od A. były czerwone jak podpaska przy okresie, A. dostała uwagę, że nie korzysta z tych genialnych narzędzi, które on zlecił.

Cóż, może to i moja wina, że w sumie i redagowałam, i korekciłam teksty, ale nie miałam sumienia puszczać w I korekcie kiksów, które mogłam spokojnie poprawić. Nie wiem, jakie narzędzia Boss zaleca, ale z życia i wieloletniej praktyki wiem, że żadna AI nie zredaguje tekstu w języku polskim. Polska język trudna język. Druga ofiara drobiu ma lżejsze pióro,  ale ona też do końca nie ogarnia, a tabela to była masakra. Nie wiem, jak one to ogarną, ale trudno - business is business, Winnetou :)  Płacą mi za jedną korektę. I to nędznie. 8,75 za stronę 1800 znaków ze spacjami. I w dupie mam, że czytam to błyskawicznie. I że wiem. Za wiedzę i umiejętność też się płaci.

Nie gram tak jak te chuje, co wygrały przetarg po kosztach, a potem zwaliły dziury w budżecie na lokatorów bloku. Ja nie mam takiej opcji.

P. wleciał, ogarnął szybciorem mój zlew - nie cieknie. Znów dołożyłam, niech te biedne wnuki chociaż na lody mają. Bo diagnoza MW wciąż wisi, no ale skoro wszystko załatwia P., jednocześnie ogarniając wyjazdy w teren na kilka dni - co ja mogę? Skoro ona, robiąca zakupy w  Aldim nawet po niego nie wleciała do mnie. A i tak siedziałam jak na gwoździach, bo on chciał pogadać, a mnie się paliło pod dupą, bo stos wydruków do drobiu czekał. Galopady cd.  będzie juterko. Do zesrania, bo wciąż nie wiem, kiedy co jedzie do druku.

Ale spoko...

Mieć w dupie.

W sobotę polazłam na Manhattan i...

Normalne młode zmieniaczki już po 10 zł. Kupiłam, ale jeszcze nie skosztowałam, bo w lodówce były lulki z piątku. Ale młodą polską kapustkę kupiłam, w Lidlu super posiekany boczuś i... uczta bogów na gazie: odsmażone z cebulką lulki i młoda kapustka z boczusiem (i jeszcze pół główki zostało, i... no, grzesznam, szparagi). 

Zapomniałam, że w niedzielę mam obiad proszony :) 

No i biały bez był po 8 zyla za pęczek...


 A konwalie też po 8 :)


 

Korytarz umyłam, mieszkanie do końca ogarnęłam i... pachniało konwaliami   i bzem :) 

Popołudnie było relaksem, zasłużonym.

Niedziela rano - uświadomiłam sobie, że Mały T.  ma dziś urodziny. Pięciolatek. Prezent, zamówiony, wybrany (teraz dzieci wybierają, co chcą, ale Mały T. jest tak cichy, grzeczny, nieśmiały, że olaboga) ogarnęła Inżynierowa, bo ona jest dobra w te klocki, a to jest jej siostrzeniec, więc mój wkład to tylko przelanie kasy. 

I wiedziałam, że w mieście jest Wings for life, ale nie założyłam, że to sparaliżuje moją część miasta.

Oni wyjechali z włości dużo wcześniej, bo inaczej nie wyjechaliby do 17, okolice Koziołkowa też zablokowano.

A ja miałam opcję jechania z Dębca na pętlę na Sobieskiego i stamtąd autobusem na Ogrody.

Kurwa.

Kombinując, kontemplując, pojechałam, ale wysiadłam na Kaponierze. Wielce zdziwiona, gdy bimba nie jechała koło Dworca Zachodniego (no ja głupia cipa nie wychodzę z nory od lat), a wjeżdża w imitację metra przed nim. Wysiadłam, przekonana, że to Teatralka, ale okazało się, że to jednak Kaponiera. Przebudowana. I przeklinając, bo ginę w nieznanym terenie - olaboga - znalazłam wyjście. Na samą Kaponierę. A stamtąd już drogę znałam (bo założyłam, że pójdę Dąbrowskiego w stronę słońca (po zacienionej stronie), a nie pojadę na Piątkowo.

I tak szłam, i okazało się, że Teatralka jest obstawiona siłami...

Zdjęcie, cóż nie oddaje powagi sytuacji :) 


 

 Ale lubię Dąbrowskiego, to fajna ulica, więc szłam dalej, kontemplując, jak bardzo się zmieniła i trafiając na takie cudo z Peaky Blinders


 I inne też. Zmęczona, bo gorąco było (21 stopni), wodę miałam, ale nie piłam, bo sik...

Do spalonego Rynku Jeżyckiego doszłam, a tam w kąciku kobieta z pięknymi bukietami. Tanie nie były, ale...

To, że wyszłam z przystanku nie gubiąc się i dotarłam do Rynku bez szwanku, a pani była z tych dokładających do życia...

Kupiłam - jako nagrodę dla siebie za waleczność i hart ducha :) 

Piękny, nieprawdaż?

I tak doszłam do miejsca imprezy, tłumacząc biednemu Małemu T., że to nie prezent dla niego, życząc mu naj, naj, naj, mówiąc, że nie wiem gdzie jest prezent dla niego, opędzając się od dwóch mopsów - ten starszy witał mnie, jak znajomą stację dokującą, ten młodszy dopraszał się o uznanie go za domownika i prosząc o pozwolenie na dokowanie, Alienek wiszący mi na szyi, a ja sama padnięta po marszu i wlezieniu na pierwsze piętro, w popłochu odłączająca słuchawki i szukająca aparatów, łapiąca podrzucany mi prezent dla Małego T., szczęśliwego na jego widok jak świnia w błocie...

Przeżyłam.   

I nie, nie udało mi się pogadać ani z Inżynierem, ani z Alienkiem, ani tak na serio z nikim.

Nie mówię, że było źle.

Jedzenie było przepyszne, aczkolwiek z cateringu.

Słodkiego po kokardę i kucyki.


 

Nielaty były zabarykadowane, nawet tak nie próbowałam wejść, nie mam takiej kasy.


 Starszy z kundli kręcił się wszędzie, żebrząc i wzdychając, że mu nic nie dają, potem dokował zwyczajowo na moich kopytkach.

Młodszy gdzieś padł, nie upolowałam :) 


 Kalafiorkówna, upolowawszy tablet Małego T. (oni nie mają dostępu do żadnych takich urządzeń, no chyba że - za co zostałam zrugana u babci do iPada) wlazła sama na OLX (u mnie nie włazi, bo ja nie mam takich aplikacji) i koniecznie chciała kupić tam - za darmo, jak podkreślała - kolejnego psa, co spotykało się ze stanowczym oporem jej rodziców...

Lody, słodkie, tort...

Zmęczona byłam hałasem - bo


 tym bardziej, że no dałam plamę. Bośmy się z Inżynierem socjalizowali. Mówię, że chcę być ich kotkiem albo pieskiem (to naprawdę klawe życie), a ten mi jedzie, że nawet Matka Teresa na to nie zasłużyła. A ja na to: a co ty mnie do tej kanalii porównujesz... A słuchaczami był brat Inżynierowej i jego żona - zagorzali katolicy do bólu dupy. Moje dziecko na to: są różne wersje (nie mam mu za złe - nie chce wojny w rodzinie, z drugiej strony - on apostata, ja apostatka, dlaczego nie mam prawa mówić o pojebaństwie w Kościele?)... Tak więc nawet ja rozmowa schodziła na zwycięstwo partii Farage'a w UK, to nie można było jechać na maksa, bo zaraz by się pisorków obrażało...

Kurwa.

Nie moja bajka.

A teść I. na moje, że przez tę jebaną firmę od gazu przepadł mi porządny aparat fotograficzny, powiedział: na co ci aparat, masz telefon. I na co ci ajfon, są tańsze i lepsze smartfony. a na moje pytanie, po co kupił nowy samochód, odpowiedział, że miał wypadek,a  samochód miał 30 lat. No i co, kurwa? 

Taka tam jest rozmowa z nimi.

To, że jestem fanką ajfona, za który płacę własną kasą, nie ma żadnego znaczenia w styku z tym, że 74-letni gość na lekach uspokajających musi mieć samochód, choć ma bezpłatny zbiorkom. Bo on lubi jeździć. A ja lubię fotografować. 

Tak więc przelało mi się i po torcie chciałam kulturalnie zniknąć, z uśmiechem na ustach, choć w sercu ból (to najtrudniejsza  z życiowych ról). No i miziając się z wnukami, odłączając aparaty, naprawdę zmęczona hałasem, poleciałam...

(A teraz moje czarne serce pisze scenariusze, że w sumie I. mógł się poczuwać, żeby mnie do chaty odwieźć, ale widząc jak ledwo dycha, bo wczoraj 17 tys, kroków zrobił, sprzątając obejście i inne takie tam, choć nie mówię, że mnie nie zakłuło w sercu, ale cóż  - matką się jest do końca), poszłam na przystanek. Nie ujechałam połowy, gdy uświadomiłam sobie z rozpaczą w sercu, że bukietu nie zabrałam. Napisałam do niego, a już wychodził z imprezy, wysiadłam, poczekałam na bimbę i...

Tak dowlokłam się z powrotem, odebrałam mój bukiet...

Lubię bukiety z Jeżyc.

Zwłaszcza te z nielegalnej sprzedaży.

I w ten piękny sposób jutro, startując do tej jebanej pracy, będę miała 


 W wazonie, który moja mama dostała kiedyś tam na zakończenie roku do swojej ulubionej klasy.

Której uczniowie (a mam ich w znajomych do dziś) wciąż pamiętają Dorotkę, siedzącą jak mysz pod miotłą na ich lekcjach. Dorotkę ze zdjęcia...  Siedzącą na kolanach u mamy...

A ja, słuchając O sole mio...

Po raz tysięczny, bo to też melodia z moich młodych lat, nucił ją mój ojciec, gdy jeszcze dobrze słyszłam...

Cieszę się, że na razie nie mam w planie żadnych imprez.

A wizyta w Medicorze 25 maja o 8.50.

Idealnie.

I namawiali na badanie krwi (wymagane przez ustawę), ale mogę z niego zrezygnować.

Zrezygnowałam bez żalu.

Na coś niewykrytego trzeba umrzeć :) 

I tego się trzymam :)  

 

 

czwartek, 7 maja 2026

Szalonych

 dni ciąg dalszy, Kochany Pamiętniczku.

Wczoraj znaleźć sobie miejsca nie mogłam, więc... posprzątałam, a co. I lodówkę wreszcie umyłam, bo przez ten miesiąc bez gazu nawet nie miałam gdzie szyb położyć, żeby je wytrzeć, a nie chciałam stłuc. 

Wice na mojego maila odpisał tak obraźliwie, że olaboga. A biuro na pytanie o to, do kogo pisać w sprawie finansów, tzn. odliczenia kasy za gaz za ten miesiąc tez zamilkło. A wice mi dziecko w  brzuch, że po rocznym rozliczeniu się okaże. Jak, kurwa, może się okazać, skoro gazu nie było cały miesiąc, a płacimy ryczałt miesięcznie. Kolejny wałek. 

I... wieczorem piję herbatkę Lipton z melatoniną i od jakiegoś czasu (odpukać) lepiej sypiam, bez dodatkowych piguł.

Niech trwa.

Dziś rano postanowiłam polecieć na Manhattan, bo lodówka po umyciu i wywaleniu tony przeterminowanego żarcia (bo kupowałam, a gotować nie było gdzie, bo co to są dwa grzejniki) i to na dokładkę wiszące prawie w powietrzu. No i poleciałam, z duszą na ramieniu, jakbym coś przeczuwała :)

Szybkie zakupy, a gość od komarzyc wreszcie miał te, których szukam. Ale uprzedził mnie dziadek, kontemplujący i niemogący się zdecydować przez pięć minut, jaką chce. Najgorsze są takie dziadki, które mają dużo czasu i nie mają z kim pogadać. Więc błagalnie do sprzedawcy rzekłam (a znamy się od wieków): panie, z pracy się urwałam - zostawił dziadka, obsłużył, a że z 50 zł zostało mi 20, a obok na stoisku bez pachniał jak bez...

To i za 15 zł dotargałam do domu


 i pachnie mi bzem. Szkoda, że długo nie postoi, bez tak ma.

Lilak. 

A na poboczach już się zbóje pojawili.


 I koszą trawę, chujwipoco...

Jeszcze zamieniłam dwa zdania z sąsiadką, bo gaz...

I kurcgalopkiem (o dziwo, bez padającego kolanka i zadyszki, co za dzień, bo normalnie sunę jak staruszka, którą de facto jestem) do domku...

I od razu do kompika, a była 9.12.

Moment, działa, poczta i TADAM.

Chuj bombki strzelił, o 8.37 Boss już wysłał emilka z wywiadem do drobiu. Kurwa, jak całymi dniami siedzę bezczynnie godzinami, to jak raz się urwę, to właśnie on musi pisać. I wiedziałam, że ten drób to będzie wrzód na mojej dupie. Zaznaczył, że jedna korekta, więc czytałam bardzo dokładnie i sprawdziłam potem w AI - ale ja to umiem robić, bo wiem, kiedy ona się myli. A błędów było od metra, bo spisywał tak (a może sekretarka), jak gość gadał. A w sumie plótł jak Piekarski na mękach.  Już mi się nie chciało bawić w sprawdzanie surowego tekstu z AI. Ale końcówkę sprawdziłam, surową. I AI bez mrugnięcia zaakceptowała ewidentnego kiksa. 

Gość zamiast NGO użył skrótu NGS.

No i wyszedł absurd.

Albowiem NGS to skrót związany z badaniami DNA w skrócie. Zaś NGO to kolokwialnie mówiąc - organizacje pozarządowe, tu chodziło o ekoterrorystów, znaczy się ekologów :) 

No i emilkuję, żeby nie było, niech se kombinuje jak chce. Odpisuje: Dokładnie, ma pani rację. Ani dziękuję, ani be, ani me, ani kukuryku. Bo ja kurwa, nie muszę być taka bystra i ogarniać wszystko, i sprawdzać na wujku.  To robota redaktora (tu redaktor jest autorem), a nie korekty. Korekta jest od kropek, przecinków i spacji.

Inżynierowi powiedziałam, zarechotał, bo on też ogarnia te skróty.

Korciło mnie donieść pani M., ale nic tak nie plami jak atrament, więc zdjęłam pazury z klawiatury.

Zawsze na tym dobrze wychodziłam.

I tak znów czekając na prackę, wreszcie ugotowałam sobie porządny obiadek - rosołek wstawiłam i


 lulki. Pierwsze w tym roku. Młode zmieniaczki były po 15 zł, więc się nie skusiłam. Nasze, bo niepłukane, ze świeżą jeszcze ziemią. Na moim straganie zawsze mają ze swojej hodowli, bo hodują. Lulki były po 10. Zjadłam ze skórką, zakąszając serkiem białym, nawet gziki nie robiłam, bo mi się nie chciało.

I tak mi miło dzień zleciał, choć nabuzowana byłam, bo jeszcze gaz. I na końcu po godzinach emilek z firmy, że znów badanie okresowe. Kurwa. Dobrze, że z wyprzedzeniem, bo w sumie nie mam kiedy się umówić, taki gówniany harmonogram jest. Mogę (i powinnam to zrobić) w pracowy dzień iść do lekarza wg przepisów, ale te sobie, a życie sobie. No nic, wysłałam emilka, dostałam zwrotkę, jak mi wyznaczą termin nie mam zielonego pojęcia. Te badania okresowe to też wrzód na dupie - rozumiem, przy przyjmowaniu do pracy, ale co 3 lata? Po chuja? Płaci pracodawca, to dla niego koszt. No a mnie na razie nikt nie zwalnia, skoro dalej to finansują. Ale obligatoryjne są badania w laboratorium, od których zawsze się migam. Nie wiem, czy teraz się wymigam i to mnie wkurwia. I znów pół dnia w plecy, choć niby człowiek jest na godzinę umówiony. 

Pan miał przyjechać między 18-19. No czekam, gdy o 18.30 pisze, że kończy robotę na Winogradach i będzie u mnie z poślizgiem o 19.30. Szoknęłam się, ale i uspokoiłam. Potrafię takie sytuacje zrozumieć. 

19.15 dzwonek, lecę, a za drzwiami tato Pomidora, znaczy się kolegi chłopaków. Zbiera listę tych, co musieli wymieniać kuchenki - coś się kroi. Oczywiście, że podpisałam. Pani z RN się już nie odezwała, ale... bardzo chwaliła panią prezes, a sąsiadka mówi dziś, że prezesowa taka sama chamówa jak wice.  Wierzę sąsiadce, bo znam ją od lat, a nie ufam takiej pindzie z zarządu. Z jej FB (bo ma) można ciekawe wnioski wysunąć po wpisach. I nie, że tak jak ja, mam głupie zdjęcie. 

Przyjechał, obadał mi kuchenkę dokładnie urządzeniem, udzielił informacji, o które prosiłam. Dałam 100, nie chciał, bo mówił 50 zł, chciał wystawiać fakturę. Podziękowałam. Bo doceniłam chęć pomocy i to, że traktuje mnie normalnie. Że kontaktuje się ze mną na MSG, jest słowny.  

Potem jeszcze pogadaliśmy na MSG, sam się odezwał. To on dotychczas robił remont na osiedlu (z tych bloków odzywali się ludzie na grupie, że to była bułka z masłem), ale ostatni przetarg przegrał, bo nie dał się wciągnąć w lewiznę - w robotę po kosztach. I remont w tamtych blokach trwał (sic!) tydzień. Skoro ta firma zaniżyła kosztorys, to nic dziwnego, że chcą sobie zrekompensować kantem na kuchenkach. Trochę w swoim interesie namawia na donos do US, ale i ja sama o tym już myślałam. I do UOKiK. Skonsultuję z I. Poprosiłam o telefon - dał, może ktoś z sąsiadów będzie potrzebował. 

Odezwała się żona P., zadeklarował, że jutro wleci do tego nieszczęsnego zlewu.

Więc nad głową wisi mi jeszcze zlew, lekarz i znów korytarz...

Oby nic więcej, bo zwariuję wkrótce. 

Chociaż opcja spokoju w pokoju bez klamek zaczyna mi się powoli podobać :)  

 

Kuchnia też :) 


 

 

wtorek, 5 maja 2026

Mam

 wrażenie, że za chwilę łeb spadnie mi z karku razem z uszami, Kochany Pamiętniczku.

I tak znów wstałam, już nie takim bladym świtem i spokojnie sobie czekam na gościa od gazu - Jarka, zwanego przeze mnie w dalszych zapiskach J. Zmorko, zbieg okoliczności to imię :) 

Dzwonek - lecę, a tam sąsiadka z przeciwka, czy już byli. Nie, nie byli, a podskakuję na każdy pisk w telefonie i  ajpadzie, bo sąsiedzi dziś  kręcą się jak g... w przeręblu, a Ezviz rejestruje. Za każdym razem sprawdzam, czy to nie ci od gazu. I są nagle. Ale nie podłączą, bo podłącza J., a im nie wolno mu wchodzić w drogę. Mamy czekać, a podrzucam ich jeszcze do sąsiadów. W dwóch pzoostałych mieszkaniach mają kuchnie na prąd, ale dzwonią tam, chujwipoco. Do mieszkań z gazem nie dzwonią, a wczoraj mnie zapisywał ten gość, który przyszedł.

W międzyczasie piszę emilka do spółdzielni o treści: 

W bloku 6 za dwa dni minie dokładnie miesiąc, odkąd nie mamy gazu (wyłączony 7 kwietnia) i mimo karteczki na drzwiach wejściowych, że 5 maja podłączą nam kuchenki (wymienione na nowe prawie w całym bloku) - kuchenki dalej nie są podłączone, a dziś miał być włączony gaz po próbie szczelności.
Jak widać, rozpiski i harmonogramy swoje, a życie swoje. Jeszcze wczoraj pod blok podjeżdżały liczne samochody z marketów, juz po godzinach pracy panów od gazu. I kolejny dzień czekania na fachowców - za mój czas czekania nikt mi nie płaci.
Mam więc takie pytanie: czy w związku z tym, że cały miesiąc nie mam gazu, będe mogła sobie kwotę za gaz odliczyć od czynszu?
Z trudem, ale jednak akceptuję fakt, że nikt mi nie zrekompensuje o wiele wyższego rachunku za prąd - cóż, jeść i pić trzeba.
Logiczne jest chyba, że w tej sytuacji opłata za gaz dla całego bloku powinna być anulowana.
Będę wdzięczna za wyjaśnienie. 
 
Wprawdzie jak to ja - nie umiem krótko i węzłowato, ale... nie pytałam o rekompensatę za prąd, stwierdzałam fakt.  
Na to wice (niezła kanalia notabene) odpisuje mi późnym popołudniem już:
Dzień dobry,
Wydłużenie czasu remontu instalacji gazowych w budynku jest wynikiem poważnej awarii wykrytej przez PSG podczas odłączania budynku od sieci gazowej. PSG konserwując przyłącze do budynku, wykryło poważny wyciek na włączeniu do głównej magistrali gazowej w chodniku. Zmuszeni byli do wykonania głębokich wykopów i około dwutygodniowej naprawy sieci gazowej.
Dzisiaj odbyła się główna próba szczelności instalacji gazowej na podstawie, której, gazownia może napełnić instalację gazem.
W związku z tym, iż remont instalacji gazowej był zaplanowaną modernizacją, niezbędną do normalnego korzystania z paliwa gazowego, nie będzie możliwości rekompensaty za większe zużycie prądu w tym czasie. W rocznym rozliczeniu zużycia gazu, ilość gazu będzie niższa, a więc finalnie zapłacicie Państwo mniej.
Podłączanie nowych kuchenek do instalacji wewnętrznej, nie jest obowiązkiem SM Dębina.
z pozdrowieniami
 
Czyli: pocałuj mnie w dupę. I ciesz się, że możesz. Bo nie mogę sobie ani nikt inny tych 17 zł u mnie (razy liczba osób, która w danym lokalu mieszka, przy czwórce to już pieniądz, zresztą 17 zł też), a tę złotówkę, o którą BYĆ może za rok obniżą opłatę za gaz, mogą sobie w dupę wsadzić i podpalić.
 
A w międzyczasie z grupy na FB dowiaduję się, że J. śpiewa sobie już 250 zł podłączenie kuchenki. 
No i zagrała we mnie szlachecka krew mężowskich przodków.
Lecę do sąsiada - potwierdza. Ja nic o tym nie wiedziałam, wiedziałam, że w dwójce kosił 150 i tyle miałam uszykowane. 250 mnie przerosło, bo z marketu podłączyliby mi za góra 100 zł. I wypoziomowali. 
I tak męczę I. mówi, że mam zapłacić, a potem się zgłosi. Bo mogę zgłosić, jak nie da mi faktury, do UOKiK, do US. 
W dupie mam, zła jestem, że nie wołałam o drugą opinię. Sąsiadka z dwójki pisała, że dawał zbyt duże ciśnienie z manometru, u niej był ktoś, kto się na tym zna, ale facet w dupie miał protesty.
To co mam powiedzieć ja, w gorącej wodzie kąpana, głupia blondynka.
I nagle uświadamiam sobie, że nie mam żadnych namiarów na firmę, która to robi. Ze strony spółdzielni namiary zniknęły. Lecę na dół, na tablicy i między windami nie ma nic. Tlko na drzwiach ostatni karteluszek jest :)  

 Ajwajwaj... Jak groźnie. 
I kątem oka widzę J. jak stoi w wejściu do piwnicy i sobie miło gawędzi z kimś przez telefon. Idę i tonem nieznoszącym sprzeciwu mówię, że ma mi podłączyć kuchenkę teraz, zaraz, już,a nagrzana byłam jak cholera, ten ton znają chłopcy.
Cóż, musi być przerażający, bo mamrocąc, polazł za mną do chałupy. 
I łup swoje jebane wiaderko o moją podłogę, na której ja wszystko stawiam delikatnie, z należytą czcią i szacunkiem. Tę z markami win.
Kurwa.
I kręci się jak dwa gówna w przerębli po mojej kuchni. Pytam, czy to będzie kosztowało i ile, i dlaczego tak drogo? No przecież mówił, nie słyszałam? Nie, nie słyszałam, nie mówił. Dowiedziałam się dziś od sąsiada, była mowa o 150 zł. Jeżu kolczasty, zaczęła się pyskówka. Jakbym miała nóż w ręce, zabiłabym dziada i każdy sąd by mnie uniewinnił.  Od razu powiedziałam, że zapłacę, jak wystawi mi fakturę. On nie wystawia faktur. Na to ja, że nie zapłacę. To go oszukuję, nie podpisze książeczki gwarancyjnej. To wezmę kogoś z uprawnieniami do podłączenia. To on nie podłączy pionu. He? Przez cały blok idzie główna rura przez piętra wszystkie. Jak zablokuje u mnie? Nie mają zablokowane ludzie od lat niepłacący czynszu, więc niepłacący za media, a jak on chce zablokować mi, płacącej czynsz regularnie? Spokojnie pytam, dlaczego blok 2 płacił 150, a my miesiąc później mamy płacić  250? Aż takiej inflacji nie ma. W moim bloku zakwestionował co najmniej 80% kuchenek. Które przechodziły co roku dwa przeglądy szczelności i nagle taka piękna katastrofa? Jeszcze dziś po południu dowozili nowe kuchenki, jak J. już się ulotnił, a niedobitki mówiły, że nie wiedzą, kiedy wrócą. 
Darł się na mnie, że w poprzednim bloku byli jacyś lepsi ludzie, że tu go wyzywają od oszustów i kanalii. A nie jest nim? Spokojnie odrzekłam, że takie słowa przez moje usta nie przeszły, bo nic takiego nie mówiłam - tylko: faktura - płacę. Nie ma faktury, nie ma kasy. No tak, ja nie mówiłam, ale inni mówią. Zamknęłam mordę na kłódkę. On kasy nie bierze, już nie bierze, jutro ktoś przyjdzie z fakturą, bo on jej nie może wystawić. Zapraszam. Nie będzie mnie w domu, w  dupie mam.  On ode mnie pieniędzy nie chce, już żadnych nie chce, on już nic nie chce, szef go oszukuje, ja go oszukałam i tak dookoła wojtek. Podłączył. Na moim wężu, a chciał mi wmelić swój, znacznie krótszy. A ja mój kupowałam specjalnie z podaniem parametrów. Zapytałam, ile mi policzy za swój wąż. Nic. nagle dobroczyńca z własnej kieszeni? W międzyczasie skoczyłam na jednej nodze do sąsiadki i jej na ucho (bo mąż nie dosłyszy) mówię, że ja nic nie zapłacę. Wracam, a ten dalej się pierdoli i lamentuje, Mówię, że maszynka się chwieje, w usłudze z marketu (której mi zabronił) było poziomowanie w cenie, więc chcę mieć maszynkę wypoziomowaną, Wypoziomował. I już żadnych mierników, nic, szczelność sprawdzał jakimś sprajem. I dalej w lament, że go oszukałam. Nie podbije mi gwarancji kuchenki, bo nie zapłaciłam.
I tu sobie pomyślałam: chuj ci w oko, bo w dupę byś miał przyjemność, i kotwica w plecy i trochę gruzu, by nie było luzu. 
Już byłam tak nagrzana, że gotowa byłam sobie kupić nową maszynkę, żeby palantowi grosza nie dać.
Chyłkiem chciał zmykać, ale zadzwoniłam migusiem do sąsiadów, wrzeszcząc do niego, że też tu na niego czekają (sąsiadka była też tak nagrzana jak ja). Wlazł, podłączył im, nic nie mrumrał o kasie. Widziałam, że wychodzi na Ezvizie, więc hyc, do sąsiadów po nowiny. A ten kwitnie pod mieszkaniem, gdzie nie mają gazu, co jest, kurwa, odnotowane chyba w ich jebanych papierach? Informuję, dziękuje, lezie do kolejnego - tam też nie ma gazu.
Kurwa mać.
Sąsiadka już kawę parzy i zaprasza, cóż, nie piłyśmy kawy nigdy, a mieszkamy drzwi w drzwi od  40 lat, tylko kwiatki sobie podlewałyśmy :) I tak po raz pierwszy od 40 lat wypiłam kawę po turecku :) Nie wspomniałam o tym. Z godzinę gadaliśmy, ale myślę, że po tylu latach dobrze mieć kogoś, do kogo można zapukać. Rozpływała się nad I., że takie grzeczne dziecko było, że jej pomógł gotować, jak złamała rękę (w szoku jestem, nic o tym nie wiedziałam). A ręce mi się tak trzęsły, że mleka do kawy nie mogłam nalać.
No i teraz łeb mnie napierdala, raz, z wrażeń, dwa od kawy.
Zaś na grupie się rozkręcało, wreszcie odczytałam emilka od wice - debila. I odpisałam, jednocześnie korekcąc zaległe teksty.  
W dupie mam, że mam opinię starej wariatki. 
 
Panie wiceprezesie - nie pytałam o rekompensatę za prąd, pytałam o możliwość odliczenia opłaty za gaz za jeden miesiąc, co jest logiczne. Uprzejmie więc proszę o odpowiadanie na zadane pytanie, a nie o snucie innych teorii. Obniżenie opłaty za gaz za rok (o ile, o złotówkę?) - brzmi nieco dziwnie.
I to, że spółdzielnia nie jest odpowiedzialna za podłączenie kuchenek, o czym nas też nikt nie uprzedził (sic!) nie upoważniało wykonawcy robót do stanowczego zabraniania podłączenia przez zewnętrznego instalatora - do czego się zastosowałam. Dla Pana wiadomości - tajemnica poliszynela - ponoć w bloku 2 płacono 150 zł, u nas cena wzrosła do 250. U mnie podłączył ją pan Jarek z tej firmy, pomijam już fakt, że czekałam na niego 2 dni, a i tak podłączył ją "z łapanki",  ale nie podbił mi gwarancji, bo nie dostał pieniędzy za podłączenie. Nie uprzedzał mnie o konieczności płacenia za podłączenie, zakazując stanowczo i bezapelacyjnie podłączania  przez innych fachowców z uprawnieniami - podłączył kuchenki, które podłączali instalatorzy z marketów  - bez żadnego problemu, jak się okazało później. Jak mam zatem ocenić takie postawienie sprawy? Nie dość, że zapłaciłam za nową kuchenkę, bo nie miałam wyjścia, to jeszcze mam przepłacać za podłączenie jej, skoro market oferował to znacznie taniej? Jeżeli firma działa legalnie - powinna wystawić mi fakturę za taką usługę. Pomijając fakt, że pan Jarek obiecał mi fakturę jutro - zapłacę, jak ją dostanę. Bo ja płacę rachunki. Poza tym - skoro mnie tak szantażowano, że nie wolno mi podłączać kuchenki przez sprzedawcę - cóż - trudno nazwać to inaczej niż szantażem... I tak, będę o tym dyskutowała na forum osiedlowym - bo mam takie prawo. 
 
A na osiedlowym forum (niech będzie błogosławione) właśnie ludzie z innych bloków, w których instalację wymieniała inna firma, piszą, że  im nikt kuchenek nie zakwestionował. Tylko rury wymienili.
Więc na mój głupi łeb: skoro to nie było zlecone, co jasno opisał wice w emilku do mnie - to jakim prawem zakwestionowano moją nienagannie grzejącą kuchenkę?
I wmawiano mi, że może to podłączyć tylko J.?
Czyli jak odbije mi na maksa, a może i kupię  nową kuchenkę teraz albo za rok, to tylko J. może mi ją podłączyć?
Tak się teraz z nowym zarządem robi wałki.
Co podejrzewałam i ja, i Inżynier. Bo jakim cudem, skoro instalacja była w tak fatalnym stanie, jak pisze wice (a co przeszkadzało zakładać przez te dwa tygodnie rury, skoro gazu i tak nie było?), a J. zakwestionował  na niektórych piętrach wszystkie kuchenki - nie wylecieliśmy z hukiem w powietrze?
Na osiedlowej grupie trwa wrzenie, a ja je podsycam, bo mogę, jak napisałam wice. 
A potem, wzdech, przypomniałam sobie o przemiłym panu od gazu, który wleciał do mnie, jak przedłużacz za maszynką padł i myślałam, że pozostały mi tylko zapałki, bo zapalacz nie działał. A ja bałam się, że zepsuty przedłużacz może zrobić zwarcie. Pan nie tylko mnie nie obśmiał, ale pokazał, jak łątwo można odsunąć maszynkę. I dostał tylko na piwo, bo miała uszykowane banknoty stuzłotowe, a nie chciał stówy za to, co zrobił. Dobrze, że mieszka na osiedlu i nie musiał dojeżdżać.  W telefonach go nie było, nie pamiętałam nazwiska. Ale znalazłam na MSG. Bo wie, że niedosłyszę, był bardzo miły, elastyczny i delikatny.
Więc piszę, zna sytuację na osiedlu, ale nie jest na naszej grupie, bo go zbanowała adminka, nie wiem, dlaczego.   
Jest zdziwiony i sytuacją, i ceną, pyta, czy to wiadoma firma. 
Bo słuchy go doszły o cudach wiankach. 
Pytam, czy podbije mi kartę gwarancyjną, zapłacę.
Tak, sprawdzi, podbije, da fakturę, ma uprawnienia i... weźmie 50 zł.
Kurwa.
Dam 100.
50 bez faktury. I tak dałabym w łapę J., żeby był uczciwy.
Chodzę już jak nakręcona pozytywka, w głowie mi się kręci. A fakt, obiadu nie jadłam. Odgrzewam na gazie (hip-hip, hurrrra) ostatniego gotowca z Aldi.
I nawet jak ktoś jutro przyjdzie z fakturą, wypierdolę.
Mam gaz, niech mi wyłączają.
Wrócę do komórki po maszynkę, kupię nową kuchenkę, ale chujom nic nie dam.
Takie to są spółdzielcze przewały i chamy na stołkach.
W dupie mam.
W międzyczasie na poczcie emilek od Bossa, że i owszem, da mi 900 zł brutto za drób. Kurwa, zaciskam zęby, ale nic nie mówi o kolejnym ekstrasie, a na kolejny się nie zgodzę. Ale tylko jedna korekta, bo on widzi nowe perspektywy i narzędzia, z którymi będą pracowali redaktorzy. Tak, z panią Twarożkarską. Pani M. jest w akurat w samochodzie, wraca z W-wy. Więc piszę, że jutro, bo chciała już zjeżdżać na parking, wystraszona.
A ja nie chcę jej mieć na sumieniu. 
T, napisał, że dostali inną/innego korektora i jest mogiła.
Miło, że mnie docenia, ale więcej nie będę za grosze pracowała, bo nie pokażę brudnym palcem, kto knoci (T. najwięcej).
Powoli więc pewno czas na odejście - bo za grosze nie będę pracować. Proponowałam 10 zł za stronę za dwie korekty. Obniżył do 8,75 za stronę i jedną korektę. 
W sumie - chyba mi się uda, jak śpiewała Dalida - Mourir sur scene. 
Moi je veux mourir sur scèneDevant les projecteursOui, je veux mourir sur scèneLe cœur ouvert tout en couleursMourir sans la moindre peineAu dernier rendez-vousMoi je veux mourir sur scèneEn chantant jusqu'au bout.
 
W międzyczasie tego szaleństwa polikwidowałam legitymacje ubezpieczeniowe moich Umarlaków i jeszcze inne papiórki.
Indeks Eksa I. nakazał zatrzymać.
Coś tam jednak w nim kołacze.
 
No nic, zobaczymy, co będzie jutro. Ale teraz już nawet z fakturą nie zapłacę nic J.
Bo nie lubię cwaniactwa, oszukiwania. I sama ciężko pracuję na sól do śledzia. Bardzo ciężko. Dla mnie przy tych stawkach 250 zł to kilka dni pracy, nie góra 20 minut.
I nie trafia do mnie argument, że było się nie uczyć.
Dlaczego uczciwemu gościowi opłaca się wystawić fakturę na 50 zł, a kombinator na 250 nie wystawi?
 
Cóż, dziwny to kraj, gdzie toleruje się lewe interesy. Ja płacę podatki od każdej pracy i nie okradam państwa. 
Amen :P 
A karma to suka - tak myślę, czy mnie zaatakuje za upór?
 
UPDATE
 
 Warto się buntować na wałki.   Odezwała się do mnie młoda z Rady Nadzorczej. Moja upierdliwość poruszyła lawinę.
Mam nie otwierać drzwi nieznajomym.
No cóż, dzięki mojemu kalectwu mój dom to jakby twierdza.
Warto nie dawać się robić w chuja.
A i dziecko... jest ze mnie dumne, że ma taką pojebaną matkę.
A i Smerf Maruda mnie podziwia...
Jestem tak szoknięta, że po butelce wina (dobrego), tanecznym krokiem zmierzam w objęcia Morfeusza.
Cóż, grzesznam, odreagowałam. 
Przepraszała za to nie będę :)