czwartek, 7 maja 2026

Szalonych

 dni ciąg dalszy, Kochany Pamiętniczku.

Wczoraj znaleźć sobie miejsca nie mogłam, więc... posprzątałam, a co. I lodówkę wreszcie umyłam, bo przez ten miesiąc bez gazu nawet nie miałam gdzie szyb położyć, żeby je wytrzeć, a nie chciałam stłuc. 

Wice na mojego maila odpisał tak obraźliwie, że olaboga. A biuro na pytanie o to, do kogo pisać w sprawie finansów, tzn. odliczenia kasy za gaz za ten miesiąc tez zamilkło. A wice mi dziecko w  brzuch, że po rocznym rozliczeniu się okaże. Jak, kurwa, może się okazać, skoro gazu nie było cały miesiąc, a płacimy ryczałt miesięcznie. Kolejny wałek. 

I... wieczorem piję herbatkę Lipton z melatoniną i od jakiegoś czasu (odpukać) lepiej sypiam, bez dodatkowych piguł.

Niech trwa.

Dziś rano postanowiłam polecieć na Manhattan, bo lodówka po umyciu i wywaleniu tony przeterminowanego żarcia (bo kupowałam, a gotować nie było gdzie, bo co to są dwa grzejniki) i to na dokładkę wiszące prawie w powietrzu. No i poleciałam, z duszą na ramieniu, jakbym coś przeczuwała :)

Szybkie zakupy, a gość od komarzyc wreszcie miał te, których szukam. Ale uprzedził mnie dziadek, kontemplujący i niemogący się zdecydować przez pięć minut, jaką chce. Najgorsze są takie dziadki, które mają dużo czasu i nie mają z kim pogadać. Więc błagalnie do sprzedawcy rzekłam (a znamy się od wieków): panie, z pracy się urwałam - zostawił dziadka, obsłużył, a że z 50 zł zostało mi 20, a obok na stoisku bez pachniał jak bez...

To i za 15 zł dotargałam do domu


 i pachnie mi bzem. Szkoda, że długo nie postoi, bez tak ma.

Lilak. 

A na poboczach już się zbóje pojawili.


 I koszą trawę, chujwipoco...

Jeszcze zamieniłam dwa zdania z sąsiadką, bo gaz...

I kurcgalopkiem (o dziwo, bez padającego kolanka i zadyszki, co za dzień, bo normalnie sunę jak staruszka, którą de facto jestem) do domku...

I od razu do kompika, a była 9.12.

Moment, działa, poczta i TADAM.

Chuj bombki strzelił, o 8.37 Boss już wysłał emilka z wywiadem do drobiu. Kurwa, jak całymi dniami siedzę bezczynnie godzinami, to jak raz się urwę, to właśnie on musi pisać. I wiedziałam, że ten drób to będzie wrzód na mojej dupie. Zaznaczył, że jedna korekta, więc czytałam bardzo dokładnie i sprawdziłam potem w AI - ale ja to umiem robić, bo wiem, kiedy ona się myli. A błędów było od metra, bo spisywał tak (a może sekretarka), jak gość gadał. A w sumie plótł jak Piekarski na mękach.  Już mi się nie chciało bawić w sprawdzanie surowego tekstu z AI. Ale końcówkę sprawdziłam, surową. I AI bez mrugnięcia zaakceptowała ewidentnego kiksa. 

Gość zamiast NGO użył skrótu NGS.

No i wyszedł absurd.

Albowiem NGS to skrót związany z badaniami DNA w skrócie. Zaś NGO to kolokwialnie mówiąc - organizacje pozarządowe, tu chodziło o ekoterrorystów, znaczy się ekologów :) 

No i emilkuję, żeby nie było, niech se kombinuje jak chce. Odpisuje: Dokładnie, ma pani rację. Ani dziękuję, ani be, ani me, ani kukuryku. Bo ja kurwa, nie muszę być taka bystra i ogarniać wszystko, i sprawdzać na wujku.  To robota redaktora (tu redaktor jest autorem), a nie korekty. Korekta jest od kropek, przecinków i spacji.

Inżynierowi powiedziałam, zarechotał, bo on też ogarnia te skróty.

Korciło mnie donieść pani M., ale nic tak nie plami jak atrament, więc zdjęłam pazury z klawiatury.

Zawsze na tym dobrze wychodziłam.

I tak znów czekając na prackę, wreszcie ugotowałam sobie porządny obiadek - rosołek wstawiłam i


 lulki. Pierwsze w tym roku. Młode zmieniaczki były po 15 zł, więc się nie skusiłam. Nasze, bo niepłukane, ze świeżą jeszcze ziemią. Na moim straganie zawsze mają ze swojej hodowli, bo hodują. Lulki były po 10. Zjadłam ze skórką, zakąszając serkiem białym, nawet gziki nie robiłam, bo mi się nie chciało.

I tak mi miło dzień zleciał, choć nabuzowana byłam, bo jeszcze gaz. I na końcu po godzinach emilek z firmy, że znów badanie okresowe. Kurwa. Dobrze, że z wyprzedzeniem, bo w sumie nie mam kiedy się umówić, taki gówniany harmonogram jest. Mogę (i powinnam to zrobić) w pracowy dzień iść do lekarza wg przepisów, ale te sobie, a życie sobie. No nic, wysłałam emilka, dostałam zwrotkę, jak mi wyznaczą termin nie mam zielonego pojęcia. Te badania okresowe to też wrzód na dupie - rozumiem, przy przyjmowaniu do pracy, ale co 3 lata? Po chuja? Płaci pracodawca, to dla niego koszt. No a mnie na razie nikt nie zwalnia, skoro dalej to finansują. Ale obligatoryjne są badania w laboratorium, od których zawsze się migam. Nie wiem, czy teraz się wymigam i to mnie wkurwia. I znów pół dnia w plecy, choć niby człowiek jest na godzinę umówiony. 

Pan miał przyjechać między 18-19. No czekam, gdy o 18.30 pisze, że kończy robotę na Winogradach i będzie u mnie z poślizgiem o 19.30. Szoknęłam się, ale i uspokoiłam. Potrafię takie sytuacje zrozumieć. 

19.15 dzwonek, lecę, a za drzwiami tato Pomidora, znaczy się kolegi chłopaków. Zbiera listę tych, co musieli wymieniać kuchenki - coś się kroi. Oczywiście, że podpisałam. Pani z RN się już nie odezwała, ale... bardzo chwaliła panią prezes, a sąsiadka mówi dziś, że prezesowa taka sama chamówa jak wice.  Wierzę sąsiadce, bo znam ją od lat, a nie ufam takiej pindzie z zarządu. Z jej FB (bo ma) można ciekawe wnioski wysunąć po wpisach. I nie, że tak jak ja, mam głupie zdjęcie. 

Przyjechał, obadał mi kuchenkę dokładnie urządzeniem, udzielił informacji, o które prosiłam. Dałam 100, nie chciał, bo mówił 50 zł, chciał wystawiać fakturę. Podziękowałam. Bo doceniłam chęć pomocy i to, że traktuje mnie normalnie. Że kontaktuje się ze mną na MSG, jest słowny.  

Potem jeszcze pogadaliśmy na MSG, sam się odezwał. To on dotychczas robił remont na osiedlu (z tych bloków odzywali się ludzie na grupie, że to była bułka z masłem), ale ostatni przetarg przegrał, bo nie dał się wciągnąć w lewiznę - w robotę po kosztach. I remont w tamtych blokach trwał (sic!) tydzień. Skoro ta firma zaniżyła kosztorys, to nic dziwnego, że chcą sobie zrekompensować kantem na kuchenkach. Trochę w swoim interesie namawia na donos do US, ale i ja sama o tym już myślałam. I do UOKiK. Skonsultuję z I. Poprosiłam o telefon - dał, może ktoś z sąsiadów będzie potrzebował. 

Odezwała się żona P., zadeklarował, że jutro wleci do tego nieszczęsnego zlewu.

Więc nad głową wisi mi jeszcze zlew, lekarz i znów korytarz...

Oby nic więcej, bo zwariuję wkrótce. 

Chociaż opcja spokoju w pokoju bez klamek zaczyna mi się powoli podobać :)  

 

Kuchnia też :) 


 

 

9 komentarzy:

  1. Co to są lulki? Bo na zdjęciu wyglądają jak kartofle... 😁
    A kuchenka może się stykać ze zlewem? Kiedyś był chyba przepis, że nie powinna stać bezpośrednio przy oknie i zlewie właśnie. Coś się zmieniło w tej kwestii? 🤔

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lulki to takie maleńkie ziemniaczki. Na zdjęciu wyglądają jak normalne, ale to są małe kulki, takie małe, jak te pomidorki najmniejsze. Nigdy nie słyszałam o tym, żeby kuchenka nie mogła stykać się ze zlewem - mam taką kuchnię od początku i nikt nic nigdy nie reklamował ani nie zabraniał. Poczytałam - nie jest zabronione, ale nie jest zalecane, bo woda może zalać :) Zalać to może kipiąca zupa :) Teraz kuchenki mają zabezpieczenie przeciwwybuchowe, więc to żaden problem. Problemem byłoby inne ustawienie zlewu i kuchenki :)

      Usuń
    2. Aaa, to aż tak dokładnie nie wnikałam 🙂 Tak mi się coś kołatało z dawnych czasów kiedy rodzice przerabiali kuchnię i właśnie debatowali nad najlepszym miejscem dla kuchenki 😁😁

      Usuń
  2. 😃no masz ciekawy tydzien!W spóldzielniach takie kanty ? A ja wczoraj dostalam legitymację czlonka Spoldzielni Grunwald!Myslalam, ze trzeba się zapisac, a to z mocy prawa , po zakupie🙂.I pierwszy w zyciu czynsz zaplace- nie taki wysoki, bo 730 za 64 m. Na razie urzadzam w myślach te metry! Spokojniejszego weekendu i dobrych wyników MJ!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Basiu. To masz czynsz jak za darmo - raz, że masz o wiele większy metraż niż ja, dwa, że masz dwie osoby. Fajna ta Twoja spółdzielnia, ja żadnej legitymacji nie mam, a za członkostwo zapłaciłam 600 zł - teraz jest wszędzie bezpłatne, ja się dopisałam, bo tylko Eks miał członkostwo. Myślałam perspektywicznie, ale nie wszystko można przewidzieć naprzód. MW nie wiadomo kiedy będzie miała badania, nawet nie zaczęli umawiać i szukać. Jak to oni, ale co ja mogę?

      Usuń
  3. W tym całym galimatiasie to najważniejsze odświeżenie relacji z sąsiadką. Odpuść sobie tę walkę z system i cwaniactwem. Trudno jest z tym walczyć. Twój spokój ducha jest ważniejszy. Przeżyłaś i pomyśl o relaksie, zostaw to już za sobą. Mieczykowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieczykowa ma rację, olej to. Niech młodzi idą na front a Ty co najwyżej podpisuj im listy ;-)
      Te lulki też mnie zastanawiały ale już doczytałam, lubię te malusie pyrki tyle, że ja moczę je w wodzie i po takim moczeniu skórka odchodzi jak ze sparzonego pomidora ;-) Byłam dziś na targu przelotem więc nawet nie wiem czy są już u nas takie ziemnioki :D
      Dużo kwiatów mają ale ja jeszcze muszę wstrzymać konie bo dopóki nie będę miała chodnika to nie warto kupować bo w doniczkach mi nie przezimowały a gość od kwiatków mówił że spoko dadzą se radę, no nie dały ;-(
      Za ten bukiecik bzu zapłaciłaś 15 zika ? popatrz narwałabym Ci na skarpie liliaków naręcz całą ;-) a wczoraj w roletowni na inspekcji byłam a tam pole świeżych pokrzyw, pomyślałam o Tobie, może narwać ususzyć i podesłać ? Majowe zielone podobno najlepsze ;-) a i eko :D

      Usuń
    2. Masz rację, Mieczykowo :) Pogadałam z I. w przelocie, bo nie było jak i tak zrobię. Przespałam się też ze ślimakami, poczekam, jak się potoczą sprawy. Swoją działkę mam ogarniętą, a to najważniejsze. Nie będę wystawiała dupy za cały blok. I tak już przez grupę fejsbukową mam opinię wichrzycielki :)

      Usuń
  4. Sylwiu kochana :) Suszonej pokrzywy mam po kokardkę i kucyki, ale dziękuję, że o mnie pomyślałaś. Kręciłaby mnie surowa na sałatkę, ale przecież nie będziesz latała za pokrzywą :) Dziękuję pięknie :) :* Kocham Cię mocno :)

    OdpowiedzUsuń