poniedziałek, 4 maja 2026

Ciąg dalszy

 tu, bo pod gifem nie daje się pisać :) 

No co...

Aż się fochnęłam na Inżyniera, jak mnie wczoraj próbował ułagodzić głaszcząc. Co z  tego, że wirtualnie. Nienawidzę głaskania, a wirtualne wpieprzyło mnie na maksa.

Tom się zacięła w milczeniu.

Bo w sobotę wieczorkiem znienacka zatkał mi się zlew w kuchni. To znaczy się nie zatkał, ale działał tak, jakby się zatkał. Tom dwa razy sypnęła sody z płynem i octem, a potem doprawiłam kretem.

Pięknie się odetkało.

A w niedzielę rano co ja paczę?

Na lampie siedzi wielka mucha, którą widziałam w małym pokoju jak lata, gdym do kibelka leciała kurcgalopkiem. Chociaż zdawało mi się, że to złudzenie apteczne i fatamorgana, bo gdzie wieeeelka mucha teraz?

Ale na całe moje (nie)szczęście na lampie była w dużym pokoju za chwilę. Wizzja sralucha w domu to dla mnie jak płachta na byka, na całe szczęście pamiętałam, gdzie świchnęłam klapakę. Pobieżyłam zatem po nią chyżo, ale mucha zamach na jej życie przeżyła, śmiejąc się bezczelnie siadła na drzwiach balkonowych. Tam ją dopadłam i zlikwidowałam, ale na szybie została krwawa  plama. Więc sruuu do kuchni po płyn do okien, a płyn ma mokry spód... I tym cudnym sposobem jebana mucha ocaliła mnie od zalania sąsiadów. 

Miska pod zlewem, bo kolanko wciąż było niepewne była tak pełna wody, że jeszcze kilka kropel i leciałoby jak wodospad Niagara.

To była 7.30, bo jak wiadomo, w dni świąteczne spać nie mogę. Taki model.

No tom napisała do P. po bezowocnych próbach zreperowania rzeczonego kolanka. 

I cierpliwie czekałam, wiedząc, że w weekend posypia sobie. Ale też wiedziałam, że w poniedziałek wyjeżdża na tydzień znów. 

Odpisał, że wleci po południu. No OK, wszak święto, ma rodzinę tylko w weekendy. 

Wleciał przed południem jednak, ale opierdolił mnie, że sama grzebałam, bo ponoć kret rozpuścił uszczelkę i agrafka nie pomogła - znaczy się ta biała taśma. No cóż. Będę musiała czekać do weekendu aż wróci. I uszczelkę ogarnie, bo jak dupa jestem z tego. Ale poradziłam sobie, pod rurą stoi wiaderko, a ja oszczędnie zmywam (na plus - bo woda  droga).

I tu się wplątał I., że głaszcze. Bo pisał do mnie właśnie, tom się pożaliła. Że nie tylko zlew, ale i jutro znów Obcy w chałupie.

I nie okazał litości, tylko kazała się trzymać.

Hmmm. Moje synowe mogą mieć depresję, a ja mam się trzymać?

Foch był medalowy.

I trwał.

Poniedziałek przesrany, bo jak muszę się ogarnąć rano, to nie mam siły.  Ale już o 7.30 byłam silna, zwarta, gotowa i...

Po 10 byłam gotowa kogoś zamordować albo rozpierdolić coś. No bo w aparatach, co chwilę słyszałam jakieś kucie, coś spadało, psy szczekały jak głupie (trudno zamknąć balkon, już o 10 było 25 stopni na zewnątrz, a ja pociłam się w portkach i w cyckonoszu, bo nie będę w przykrótkiej letniej sukience dupą świeciła przy Obcych...

Na dokładkę z pracy nic, a mamy w tym tygodniu jechać do drukarni.

Kurwa.

O 11 zaczęłam wyciągać z szafy papiery. Niby już przesegregowane, ale... 

PITy i moje, i reszty rodziny tam były, zupełnie nieaktualne, a wszystkie moimi pracowitymi ręcami wypełniane,  PITy, które kosztowały mnie latanie i szukanie fachowca - Inżyniera po wyjeździe do UK, bo pól roku dorabiał w PL... To była masakryczna masakra... I pisma z ZUS, ze spółdzielni mieszkaniowej, kiedy jeszcze była i. Hipolita Cegielskiego. Moje paski wypłat, wszystko usiane i RODO, i PESELami i innym świństwem. Wprawdzie I. mnie wyśmiewa, że przecież imię i nazwisko jest w necie, ale strzyżonego panbucek strzyże.

Więc pracowicie oddzielając ziarno do plew spędziłam 6 (sic!) godzin. 


 Kolejna teczka P., grubaśna się zrobiła, a potem i druga, I. ma tylko jedną, chudą, ale znalazły się w niej perełki. 

 Taka - brudnopis i czystopis wypracowania Inżyniera, popłakałam się, bo jednak...





 W przeciwieństwie do mojego taty z mamą znajduję wspólne tematy, mamy podobne zainteresowania i więcej czasu z nią spędzam niż z moim ojcem [a ja pracowałam, on nie]. Moja mama wyróżnia się spośród naszej czwórki tym, iż ma błękitne oczy. Jest ona także głową rodziny: przygotowuje obiady, dysponuje finansami, i "planuje" każdy dzień.

I potem laurka dla brata.

I że czuje się znakomicie w tej rodzinie. 

Czytając takie karteluszki czuję, że jednak zostanie na dnie popiołu gwiaździsty dyjament, że tak maturalnie polecę :) 

 O 16 poleciałam do śmietnika i wpadłam na gościa od gazu. Nie na jebanego Jarka. Tego bym chyba zabiła wzrokiem. Powiedział, że oni już wychodzą.

No, a w karteluszku na drzwiach wejściowych, na czerwono podkreślone, że dziś wszyscy z nowymi kuchenkami mają siedzieć na dupie, bo podłączanie, a jutro albo się udało, albo lecimy w powietrze.

No i?

Remont miał trwać dwa tygodnie. Zaczął się 7 kwietnia. Więc miesiąc bez mała jesteśmy już bez gazu - i niby dlaczego mam płacić za gaz? Jutro wystosuję pismo do spółdzielni. A jak nie, odejmę sobie to sama od czynszu. I niech mnie do sądu podadzą. 

Wychodzę o 16, bo zamówiłam w aptece chusteczki na nużeńca. A w mieszkaniu mam 25 stopni i szlag mnie. Na dworze nie lepiej, a pod blok podjeżdża... kilka samochodów z marketów. Kurwa. Potem na grupie info, że jeszcze dziś przyjeżdżają kuchenki hurtem. A w papierach znalazłam rachunek za ostatnią kuchenkę i nie, nie miała 3 lat. Była z 2012 roku, ale działała jak złoto. No cóż, pamięci do dat nigdy nie miałam, a zdawało mi się, że to ledwo 3 lata minęły :) 

A świat taki cudny


 Wszystko zielone, jeszcze niezakurzone, świeże, tą cudną, majową, dziewiczą zielenią.

Tylko mniszki już odlatują

 


 Gość zapisał na karteluszku, że czekam na nich jutro o 10. Chciał o 8, ale nie, zaprotestowałam. To nie jest jebany Jarek, tylko robotnik (nic mu nie ujmując, bo i seksowny jest, z kolczykami i innymi takimi tam, i miły, i grzeczny). A ja nie mam zamiaru znów się zrywać o 6 rano. Żeby mi się zmarszczki wyprostować zdążyły :) Taki żart, żeby nie było, bo nie masz chłopów w naszej chacie, vivat semper, wolny stan :) 

Jedyny, którego bym zniosła, niestety, ma już męża i jest szczęśliwy :) Kiedyś chciał się ze mną ożenić, ale mam jedną wadę, zasadniczą, nie do pokonania. Mam tylko 20 palców :) 

A w międzyczasie gość od Pani Twarożkowej pisze mi emilka, że jest nowy ekstrasik. I że mam się kontaktować w sprawie kasy z Bossem. Bo on z nikim innym pracować nie będzie. termin: 2 czerwca. Czyli zanosi się na cały maj w podskokach. Odpisuję, że Boss o ptactwie się nie zająknął. Ale napiszę. No i napisałam - prosto z mostu, że OK, zrobię wszystko (o robotach już nie wspominałam, bo tu kasa w gestii Pani M.). Że chcę za to tyle, a tyle, biorąc pod uwagę, że stawki wzrosły, za 1800 zzs (znaków ze spacjami) śpiewają już i 15 zł (tego mu nie pisałam, bo wywaliłby mnie z pracy, ale faktem jest, że można tyle żądać, w szanujących się wydawnictwach, moje się do nich nie zalicza jednak - redaktorzy by mi tyle dali, ale góra nie), że zrobię za 10 zł NETTO (oczywiście za stronę). Mnie by to urządziło, 3 tys., zarobione kiedy i tak będę w okolicy piechotą nie chodzi...

Cóż. Odpowiedzi wciąż nie ma. Redachtóry siedzą  jak na szpilkach, tak jak ja, czekając na gaz...

I na tym polega nieszczęście tego kraju - nikomu się tak naprawdę nie spieszy, zwłaszcza tym na górze.

I tak samo ci na dole ogarniają, bo muszą.

Zaś ci, którzy łapią "po znajomości" i im się nie pali z robotą - wykorzystują ludzi, nie szanują ich czasu. W sumie, mnie wkurwia samo czekanie, aparaty,  mam tak, że na pójście do kibla potrzebuję spokoju, nie polecę na dzwonek z opuszczonymi gaciami. Bo tak mnie wychowano, że nie pierdnę w towarzystwie, choćbym miała pęknąć. Bo jestem damą, a damy nie mają pierdów. A jak wiadomo, niepuszczone bąki unoszą się do góry i tak się rodzą posrane pomysły :) 

Tak, to jest dla mnie trauma. Niepunktualność.

I współczuję ludziom pracującym na etacie, którzy nie mają opcji poproszenia kogoś o siedzenie w chacie w oczekiwaniu na...

No właśnie, na co?

W sumie mogę nie siedzieć - nie uruchomią całej instalacji, nie wchodząc do mnie. Musieliby mi przedtem zablokować główną rurę, a tego nie zrobili dotąd.

Ale co ja będę na złość robiła - nie, nie firmie remontującej, dla nich kolejny dzień to pewno jakaś forsa, skoro się tak grzebią. Sąsiadom. Czekającym na gaz z taką samą tęsknotą, jak ja.  

Cóż, to życie mija, nie ja...


 Obym miała jutro jeszcze odrobinę cierpliwości.

Zanim komuś (biedny, kto się nawinie) przypierdolę.

Bad days... 

 

 

 

 

 

4 komentarze:

  1. przeczytałam całe wypracowanie z oryginału ! cudne <3
    generalnie poleciałam hurtem wszystko co nie było wytłuszczone znaczy nieprzeczytane ;-) mimo, że wszystko długie ja w przeciwieństwie do Żaby czytam z przyjemnością te długie teksty.
    Współczuję tego braku gazu, ja teraz mam wszystko na prąd i jak pierdolnie to nawet se kawy nie zrobię, dlatego przestałam ją pić żeby potem kłopotu nie było hihihi a wina podgrzewanego nie lubię, a mam fazę na takie jedno " maryjka" w niebieskiej butelce za całe 12 zika hahahah
    to, że kret rozpuszcza uszczelki nie wiedziałam, stosuję go często, pochylę się dziś pod zlewem ;-) no ale tu mam dwuletnie, bo wszystko robiliśmy nowe ;-)
    powiem Ci że tęsknię za Tobą, za naszym włóczeniem się po mieście, kurde dawno nie miałam zdjęcia z panienką bez butów ;-) ale niestety, na wędrówki piesze jestem za słaba a na wózkowe za zdrowa ;-)
    no nic, nie ma co smęcić mam podwórek na którym w razie braku prądu zrobię se grila i mogę pić wino bo wolość burku na swoim podwórku hihihi
    Aloha !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zapraszam do lektury nowego postu, zaraz będę go pisała. To był dom wariatów. Mnie też brakuje bezpośredniego kontaktu z ludźmi takimi, jak Ty, ale cóż - też nie mam już sił na samotne długie dojazdy z przesiadkami gdzieś daleko. Dobrze, że Ty masz swoje podwórko i te dwie gwiazdeczki pod nosem :) Przytulam mocno :) Cóż, dobrze, że jeszcze mamy chociaż taki kontakt.

      Usuń
  2. U mnie aktualnie od południa lata taka mini muszka i za cholerę nie mogę jej zamordować kapciem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie coś też lata, ale nie trafiłam, jestem zbyt zmęczona, żeby mieć refleks do zabijania. Jak nie gryzie, niech lata. Jak ugryzie, zatłukę bez litości :)

      Usuń