tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku, przeleciał nie wiadomo kiedy i jak.
Ale nie było źle.
Najpierw się drób - o dziwo, wbrew moim obawom, zamknął szybko, aczkolwiek na niektóre emilki nie dostałam odpowiedzi. Teraz ciekawe, czy honorarium też będzie na koncie tak bezboleśnie, bez upominania się o nie. Ale za tę cenę jedna korekta i manie w dupie - może być. Choć Boss sobie pozwolił na dwie, albowiem ponoć autoryzacja mu namieszała. No, żeby autoryzacja była na tekście już po korekcie, nie byłoby źle, ale na surowym to już mnie kurwica bierze.
No nic.
Już po drobiu, następnych ekstrasów (zarzekam się jak ta żaba błota) nie robię, oprócz robotów, które miały iść w połowie maja, ale nie pójdą, bo połowa maja już jest, a od poniedziałku gazetka się wali i pali.
Zresztą wkurwili mnie dziś i to maksymalnie, bo do połowy dnia, nie licząc ranka, o którym będę osobno pisała, leżałam i pachniałam, znaczy się, latałam i sprzątałam, żeby wkurw mnie nie przerósł, obiad ugotowałam, zjadłam i została mi tylko podłoga do ogarnięcia, ale że planowałam zakupy, a lało cały dzień, tom postanowiła ją zostawić na koniec, bo i tak bym błota naniosła.
I o 15.58 rozpruł się worek z emilkami. 15 emilków wpadło hurtem, poczta tylko pikała.
W niektórych emilkach po dwa PDF, niektóre pierwszokorektowe. A na końcu emilek wice. Po którym jeżdżę jak po łysym psie, tom pojechała.
Bo oni kończą pracę o 16, to sobie poszli popiątkować. A ja chciałam o 16 wyjść, nie mając nic do roboty. Do Lidla.
I cały pogrzeb na nic.
Opierdalantus dostali wszyscy, ale...
17.08 odsyłałam ostatniego emilka, choć objechany wice pisał, że spoko, na poniedziałek.
Tak, kurwa, będę sobie w weekend dupę zawracała pracą, kiedy chcę nic nie robić.
Więc 17.08 to było moje zwycięstwo :)
Dobra jestem, a jakże :P
A com napyskowała, to moje :)
A potem poleciałam do Lidla. Kocham Lidla, aczkolwiek mnie rujnuje :)
No ale kwiaty w tym roku drogie są, a 21 zyla za 5 piwonii to nie majątek. Piwo 8,99, ale po tym tygodniu należy się jak psu zupa.
Może jutro na targu też będą piwonie, ale jak znam życie, będą po więcej niż 5 zyla za sztukę, więc jestem rozgrzeszona.
A na drodze do Lidla
kaczuszka mi się włączyła, bo wiesz, SJ, maki są tak duże, duże, a ty masz krótkie nóżki, jak zwykle u kaczuszki i chociaż czasem coś w sercu ci załka, że takie tam, że... dajesz sobie w łeb i idziesz dalej. Jest cudnie.
Nawet jak Twoje dziecko bierze kolejny kredyt, rozsądnie, na podjazd.
Bo życie nie trwa wiecznie, szybko mija.
Bo ono ma bardziej pod górkę niż ty (oba mają), bo jedyne co może ich trochę podkopać do góry to...
Bo ty doszłaś do celu - do spokoju, wcześniej niż oni, właśnie dlatego, że miałaś ich po swojej stronie. Więc dalej jesteś po ich stronie na tyle, na ile możesz i na ile ci jeszcze starcza sił.
Bo życie to niejebajka.
Ale ja dziś nie, żeby narzekać.
Bo pod wieczór na włościach się pojawiła
taka piękna.
Pozazdrościłam, bo u mnie za oknem było
(ani tam, ani u mnie nie było burzy, a brakuje mi bardzo aparatu, chyba się załamię i kupię, telefon to nie je to).
A kilka minut później - tadam
mam i ja :)
Niech to będzie dobry znak na nadchodzące dni.
A z innej beczki. Przedwczoraj, z należytą czcią i szacunkiem (tak pisałam w swoim testamencie z lat studenckich, nasunęło mi się) odezwał się do mnie Pierworodny (pewno po tej ostatnim fochu, że co za brak szacunku do mojego czasu), czy mógłby mnie o coś prosić.
Oczywiście, że dla mnie to żaden problem - laboratorium jest na moim osiedlu, czynne od 8, zaczynam pracę o 9, więc nic nie koliduje. Wczoraj piszę na MSG do MW, bo z nią się miałam ogarnąć, ale nic, cisza w eterze. Jako że wiem, że jego znów wywiało, piszę do jego żony. Już nie wysyłała "mojego syna do kontaktu". Nosz, zamiast: hej, Dorota, pójdziesz z MW do laboratorium? Bo tak by było, jakby zakopała ze mną topór wojenny i uznała, że nie jestem jej wrogiem i warto mnie czasem zaprosić na szklankę wody, nie traktując mnie jak sanepidu na kontroli - w sumie - nevermind. Odpisuje, że MW MSG nie działa. Serio?
Ale OK, MW ma wyjechać z domu o 7.20. Laboratorium jest czynne od 8. Okazuje się, że przychodnię otwierają o 7.30 (ja pamiętam kolejki od 6 rano, ale OK). Przypominam, że MW ma zabrać skierowanie, bo ostatnio wracała po nie do domu, bo zapomniała. Okazuje się, że skierowanie zgubili, ale dzwoniła do przychodni i łaskawie jej wydrukują.
Inne cuda wyjdą w praniu.
Budzę się o 5, oczywiście FB, pasjans w łóżeczku (a tak chętnie bym jeszcze pospała, ale cóż), o 5.20 po zakropleniu oczątek, raźno staję na kopytka i zmieniam pościel. Bo to ten tydzień. Wykąpana, nakarmiona, zatabletkowana, na pocztę lecę, korekcę wywiad, bo pójdzie do autoryzacji, ogarniam człowieka mojego, kuchnię, no i silna, zwarta, gotowa, o 7.20 idę do przychodni w ulewnym deszczu, ale jak wiadomo - majowy deszcz, parasolki nie trzeba (oj, trzeba, aparaty nie lubią wody), zieleń szaleje z radości, że leje... 7.30 jestem w przychodni, melduję się w recepcji z prośbą o skierowanie, ale... pani dopiero uruchomiła system i mam poczekać. Zaklepuję kolejkę do laboratorium, jestem druga, ale pani, która jest pierwsza, na wieść, że na badanie idzie wnuczka, mówi, że ją przepuści, bo ona ma dużo badań. Zadowolona jestem, pięknie dziękuję pani, której się nie spieszy... Dochodzą nowi kandydaci na badania do laboratorium. 7. 45 zjawia się MW, a mnie... zatyka. Nie widziałam jej chyba ze 2 miesiące, przede mną - tak, wiem, taki trend, taka moda, takie czasy - dziewczyna z oczami podkrążonymi jak ja nigdy nie miałam - cóż, tusz... Paznokcie jak szpony, ale leci nimi po klawiaturze na telefonie w tempie, którego ja nawet na klawiaturze kompa po wieeeelu latach nie osiągam :) Szpony takie, że ja zawsze się zastanawiam, jak one sobie sempiternę podcierają, nie raniąc się. Śliczna jak malowanie, ubiór z mangi, styl z mangi. I ten nieodłączny telefon, migają mi rozmowy coraz to z innymi kontaktami, nie, żebym coś czytała, bo ślepa jestem. Na moje pytanie, czy ma WhatsAppa, ma, ale nie ma mojego telefonu. Podaję numer, ale coś tam coś tam i nie może do mnie napisać (a ja taka nieogarnięta w tych brylach, które muszę zdjąć, żeby widzieć telefon - w domu, na spokojnie, wklepuję jej numer, znajduję kontakt, piszę na WA, ale cisza - nic nie odpowiada, a w sumie sama już nie wiem, czy chce mi się czekać na odpowiedź). Dochodzi ósma - idę z pytaniem o wydruk zlecenia do laboratorium i... Nie, nie umie odpowiedzieć na pytania recepcjonistki, kiedy MW była u lekarza i u którego była. Ona też nie wie. Recepcjonistka pyta, dlaczego nie ma tych danych, MW nie wie, ja wiem tylko tyle, że zgubili skierowanie i synowa dzwoniła. Pani pełna dobrych chęci znajduje delikwentkę, drukuje skierowanie. Jest asertywna - skierowanie jest o dzień przeterminowane, o czym ja oczywiście nie wiedziałam. Ale OK, przyjmą MW. Dziękuję bardzo mocno i grzecznie. MW szponami jeździ po klawiaturze. Kurwa.
Idziemy na krzesło bliżej laboratorium. W poczekalni tłum gęstnieje i nie - nie ma ludzi do lekarza. Wszyscy do laboratorium. I zaczyna się dyskusja. Że ci z glukozą mają pierwszeństwo. Tak też brzmi wywieszka na drzwiach labo. Wkracza Madka z wózeczkiem, w którym bombelek śpi słodko, roszczeniowa, też z glukozą, jedzie po towarzyszącym jej mężu jak po łysym psie. Kwestionuje torbę, którą zostawiła na krzesełku pani, która przepuściła nas w kolejce, a która poszła się zarejestrować do lekarza. Bo ona musi usiąść, koniecznie. I łypie na MW, siedzącą obok krzesełka z torbą. Nie widzi, że MW ma kulę, bo znów jej noga wysiada. MW się zrywa, MAdka z satysfakcją przerzuca na jej krzesełko torbę i klapie. Wstaje, zdejmuje płaszcz (myślałam, że może w ciąży kolejnej jest, ale nie). No to ja wstaję każę MW klapnąć i nie krępuję się, mówiąc: siądź, ja mam jeszcze zdrowe kolanka :) Madki bombelka to nie rusza, a bombelek śpi jak aniołek. Synowa pisze, że MW jej pisze, że jest w stresie. I co mam zrobić? Transparent, że mam wnuczkę ze spektrum autyzmu, zdenerwowaną, bo chodzi na oddział dla takich jak ona, mdlejących z nieznanych przyczyn, że uczy się w chmurze, że zdycha w hałasie (ja też, ale cóż, zahartowana jestem). 8.20, laborantki nie ma.
Synowa pisze, że MW jest na maksa zdenerwowana, że mam zapytać o prolongowanie skierowania, że ona z nią jutro pójdzie do HCP. Idę do rejestracji, pytam, pani nie ma uprawnień. Dziękuję, bo co kobieta winna? Synowa psioczy, obraza boska, ale co może recepcjonistka, jak lekarza nie ma?
I wtem, 8.30 wkracza na scenę dumnie laborantka, spóźniona o pół godziny, jak ten jebany naćpan oczekująca oklasków i czerwonego dywanu. Triumfalnie oznajmia, że najpierw glukoza, a i glukoza leci, mało kopyt nie łamiąc.
Staję jak Rejtan w drzwiach laboratorium i oznajmiam, że wbrew tabliczce na drzwiach jestem pierwsza - MW kuli się na krześle. Chce zniknąć. Laborantka i glukozy drą ryja, a ja na to: tracimy czas na kłótnię. W tym czasie pobrałaby pani krew od MW. A panie z glukozą i tak muszą 2 godziny siedzieć - 3 minuty na pobranie krwi ich nie zbawią, a dziecko się stresuje, że do szkoły nie zdąży. (Z rozkoszą spaliłabym je wszystkie, drące ryja, na stosie, ale uwaga, Achtung, wnimanije, attention, pozor - może to mnie trzeba spalić?)
Laborantka skinęła, MW weszła, a ja z politowaniem patrzyłam na staruchy (tak, kurwa, na staruchy, też nią jestem, ale jestem empatyczna, ustępuję miejsca madkom bombelków, w tramwaju też, przepuszczam ludzi w kasach, jak mają kilka artykułów, a ja pełny wózek, nawet żuli z piwkiem przepuszczam, kurwa, uśmiecham się i mówię dziękuję i inne takie tam). I nie wrzeszczę, że dziecko ze spektrum, nie dołuję dziecka. A te stare prukwy spaliłabym na stosie, choć żal mi ich, że mogą mieć cukrzycę, ale jak się ma osiemdziesiątkę, to i cóż - piękny wiek, a taka madka bombelka - moja szwagierka z cukrzycą pociążową żyje już 42 lata i ma się lepiej niż ja, więc, kurwa...
MW wyleciała z laboratorium jak z procy i... nie odsapnęła, poleciała w deszcz tak szybko, że za nią nie nadążałam, z tym spojrzeniem, którego się do dziś boję... Doleciałam za nią na przystanek. Nie za bardzo kontaktowała (wciąż się uczę spektrum autyzmu), nie chciała, żebym z nią jechała, odepchnęła mnie od autobusu. Dojechała na oddział.
Dziękowali mi - jej rodzice. Kilka razy. Do wyrzygania. Czułam się źle. Że nie ogarnęłam może tak, jak powinnam?
MW się nie odezwała, choć wdarłam się na jej WA.
I że tak zakpię - jestem złamana jak ta brzoza u Żeromskiego.
Niełatwo być babcią dziecka ze spektrum autyzmu, nawet wysoko funkcjonującego i całą masą innych schorzeń.
Niezdiagnozowanych - a i ja, i babcia J. mówimy, że zapłacimy za prywatne badania.
Jest jak jest.
Niełatwo.
I dlatego wciąż pracuję, choć...
Cóż.
Miałam i mam piękne życie.
Umrę bez żalu, ale...
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
Cieszę się, że mam taką niewyparzoną mordę, niekiedy to pomaga.
I tak, to nie był dla mnie łatwy dzień.
Z nadzieją, że jutro będzie lepszy - spanie do wypęku, może jednak Manhattan (lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło, a szparagi, no i młode zmieniaczki, choć daleko im do smaku z mojej młodości...
Ostatnio fascynują mnie rolki o świeckich pogrzebach.
Cóż, temat na czasie. :)
I tak niewielu za mną zatęskni, wszystko mija, nawet najdłuższa żmija :P






Dobrze,że byłaś z Młodą, przecież by ją zakrakali i wykolegowali z kolejki. Stres byłby jeszcze większy. Podobna jestem do Ciebie. Czekałam w kolejce do lekarza a pan doktor nadawał przez telefon, a potem pani z rejestracji przyprowadziła jednego delikwenta bez kolejki, za chwilę drugiego i tu mi nerwy puściły. Dobrze, że nie byłam sama w
OdpowiedzUsuńtym. Widzę, że wszędzie to samo. Laborantka może się spóźnić, doktor pogaduszki przez telefon a pacjent na szarym końcu. Po tej wizycie boję się co będzie jak mnie naprawdę coś chwyci.
Co tam na rolkach, ja uczestniczyłam w dwóch takich i bardzo mi się
podobały. To już się nie martwię. Mieczykowa.
Jeszcze potem byłam w tym przybytku, napiszę w kolejnej notce. Gacie opadywają, łącznie z tym, co ja sama przeżyłam :)
UsuńDorota! Jakie to trudne zrozumieć drugiego ( kochanego!)czlowieka z autyzmem, Aspergerem czy kcją i nie wybuchnąć, nie walnąć.Czy nie za duzo spada na jedną małąM.W.?A kolejny kredyt- pewnie potrzebny, ale ja z pokolenia gdzie to rzadkość:) Wzięliśmy Kredyt dla Mlodych Malzeństw, bo tylko na niego mozna bylo kupic meble do pokoju Julki:)I szafke na buty ( stoi do dzis- piekna i solidna😀, bo segmencik już w garażu).Teraz bałabym się bezwzględnych bankówi kredytow:)no ale ja z ubieglego wieku! Tak samo przepuszczam do kasy panów z jedną buteleczką albo i szesciopakiem- odwdzięczzaja sie pieknymi podziękowaniami😀.A na piwoniach zbilabym majątek!Pìęknych weekendowych chwil! Ja do rosolku się zabieram, bo jutro wpadną urodzinowo do L.( chlop mi się starzeje!) ⚘️
OdpowiedzUsuńSpóźnione, ale najlepszego dla L. Kredyt dla młodych małżeństw też mieliśmy. I przeboje z nim, bo Eks, geniusz za prawie cały kupił... szafę i łóżko jednoosobowe, które się na naszym poddaszu nie mieściło absolutnie. Cudem udało mi się to anulować. I kupiłam za to kuchenkę gazową (niezapomniana i nieodżałowana Ewa), meblościankę dla chłopaków, odkurzacz, automat (pralkę) i już nawet nie pamiętam co :) W każdym razie ogarnęłam nasze M3, które w tym czasie dostaliśmy :) A, long story. Zwłaszcza ze spłatą, bo zakład miał spłacić połowę, a że właśnie przeszłam na rentę, założyłam, że nici z tego. I spłaciłam drugą połowę. Mieliśmy marki, które Eks zarobił w DE, a była już ta galopująca inflacja. I co? Bank odesłał nam kasę, bo zakład musiał spłacać. I jak tu nie tęsknić za tamtymi laty?
UsuńAneta Dobroch, to moja faworytka jako mistrzyni ceremonii, chcę ją ale nie wiem czy starego będzie stać ;-) poza tym mają mi zagrać "Różową Panterę " Ale ostatnio też myślę o donacji, mam ciekawy przypadek człowieka, dużo by mogli się nauczyć ;-)
OdpowiedzUsuńPowiedz mi gdzie MW pojechała ? na oddział ? co do autyzmu lub adhd coraz więcej dzieci. Generalnie coraz słabsze pokolenia rosną i coraz bardziej niesamodzielni, nie nauczeni samodzielnego myślenia, mamy 26 letniego mgr inż w roletowni to czasem nie wiem śmiać się czy płakać.
Unas w lidli nigdy nie widziałam innych kwiatów prócz goździków, tulipanów i róż, no cóż ;-)
Nie pytaj mnie o oddział, bo niewiele o nim wiem, może się dowiem. Wyciągnąć z nich jakąś rzeczową informację, to jak psu z gardła kiełbasę wyciągnąć. Tak, pokolenie Twojego syna to ostatnie jako-tako ogarniające rzeczywistość. Sama, kierując się internetami zdiagnozowałam u siebie wszystko, łącznie z obłędem :) Też myślałam o donacji, ale muszę jeszcze to obgadać z chłopakami - nie wiem, jak oni się na to zapatrują. Ale tego nie da się przegadać na grillu, musiałabym mieć randkę na osobności z nimi w kupie, a to mission impossible. W każdym razie wszystko inne zaklepane i mają przykazane zmieścić się w budżecie ZUS + moja polisa. Mizerna, ale zawsze :)
UsuńKocham Cie Stara Jedzo ciagle za caloksztalt bez podtekstow seksualnych, przepraszam
OdpowiedzUsuńJest mi niezmiernie miło, ale dlaczego wypierasz się podtekstów seksualnych? :) No dobra, stara jestem i to już nie czas na seks, nie wnikajmy głębiej :) Nie masz za co przepraszać, miło mi naprawdę :) Nawet bez podtekstów :)
Usuń