Kochany Pamiętniczku :)
P. jeszcze ni z gruszki, ni z pietruszki wleciał w sobotę, żeby potwierdzić, że z nim pojadę. Wpadł z P., który poza cześć babcia nie miał nic do powiedzenia, bo zaraz siadł na telefon, a na moje pytanie, czy mama bije tatę, bo P. miał rozwaloną rękę, bo się gdzieś przewrócił nie wiedział, co odpowiedzieć, bo jak się oderwał od telefonu, to zgłupiał.
Mniejsza z większym.
Niedzielę miała spisaną na straty, bo wiadomo, jak jesteś umówiony na 13 to nie ma co z dniem zrobić.
Dali znać, jak już stali pod blokiem, więc wyleciałam jak z procy, aż telefonu zapomniałam i musiałam się wrócić.
Miejsce honorowe, jakie należy się z urzędu teściowej - cześć i chwała. Sama też zawsze teściową na nie wpuszczałam, inna bajka, że ona nie zmieściłaby się z tyłu malucha (ja teraz z tyłu mam kłopoty z wyjściem, choć maluchów już nie ma, cóż, swoje ważę).
Ruszamy, P. skręca w prawo zamiast w lewo. Pytam, gdzie go niesie, a on, że jedzie przez Ławicę, bo tak lepiej. WTF? Skręcasz koło mnie w lewo i prosto obwodnicą do włości. Ale nie, on woli przez Ławicę. Napisałam do I., mówił potem, że zdziwiony był.
Jako i ja.
Bo dojazd na Ławicę to pół miasta, co kawałek światła, P. klnie i krytykuje wszystkich przed nim i za nim, wszyscy jadą źle, tylko on dobrze.
Ja mordę w kubeł, bo nie denerwuje się kierowcy, ale wiem, że łatwiej jeździło mi się z Eksem, który na znaki drogowe nie patrzył. Znaki drogowe czytałam ja. Mogłabym zrobić prawo jazdy z zamkniętymi oczami, sęk, że nie czuję kierownicy absolutnie, a i na elektrycznej maszynie do szycia nie umiałam szyć - nie miałam czucia w pedale :)
Tak, Eks był bardzo marnym kierowcą i odetchnęłam z ulgą, gdy malucha sprzedaliśmy i już nie mieliśmy na nowy samochód, a on wkrótce wyniósł się z naszego życia.
I latami cieszyłam się, że P. nie ma prawka, perypetii opisywała nie będę, bo po co?
I dzień, kiedy oddawałam mu kartkę z gratulacjami, nie był dniem szczęścia w moim życiu.
Najgorsze jest to, że jeździ samochodem służbowym, z taką nonszalancją, jakby to był jego osobisty samochód, a nie służbowy, który zresztą (nie wnikam w politykę firmy, nie moja bajka to) szef z niechęcią mu dał.
Przedarliśmy się przez miejską dżunglę, tereny podmiejskie już lżej (a szarpie pedałami, cóż, nie zrobię z niego mistrza kierownicy, lata jeżdżenia z różnymi kierowcami, bo ja zawsze na łasce, wyrobiły we mnie moje typy, są kierowcy, z którymi lubię jeździć i tacy, których unikam jak diabeł święconej wody).
Dojeżdżamy pod same włości, na tę nieszczęsną, bardzo wąską aleję lipową, jak wiadomo, drzewa rosną przy tych wiejskich drogach, żeby atakować kierowców. A jeszcze przed nią widzieliśmy samochód, który dosłownie nadział się na barierki na poboczu i z ust P. spłynęła prawda objawiona, że źle jechał, że sranie w banie.
Na alejce akurat ruch jak w ulu, ale jedzie, pewny siebie, szybko. I. jedzie tamtędy w żółwim tempie, ustępuje drogi nawet wtedy, gdy nie musi. Ma swój samochód i zna ceny. P. zaś jedzie jak ułan i z przeciwka też ułan jedzie. P. w ostatniej chwili zjeżdża na pobocze i huk. Mnie o mało proteza nie wyleciała. Nie, nie zderzyliśmy się, ale zjechał na pobocze aż jebło.
Chwilę dalej mówi, że ma chyba kapcia.
Wysiada, zjeżdżamy prawie do rowu. Ma dwa kapcie. Mówi, że dojedzie do włości, ale studzę go: rozwalisz felgę (czy jak to się tam zwie). Zostajemy spieszeni, do włości nie tak znów daleko. W sumie jakieś 3 tys. kroków wyszło, ale pobocze takie, że mało że droga wąska, to co rusz spadam z sandałków i zastanawiam się, czy skręcę kostkę, czy nie. P. zostaje, czeka na pomoc drogową. I. nie podjedzie, bo ma foteliki, musiałby je demontować, oczyścić siedzenie i właśnie rozpala grilla. Idę zła, mało, wściekła na wszystko, okazuje się bowiem, że ani żona P. ani MW nie mają nr do I. Szukam w swoim iPhonie, ręce mi się trzęsą, nie znajduję, nie ogarniam, MW też nie, bo ona Androidowa, nie Ajfonowa.
Oddycham głęboko i... Podaję numer. Oprócz stacjonarnego numeru, którego nie mamy już od ponad 20 lat, komórka I. to jedyny numer, oprócz mojego, który pamiętam. Jak się nie stresuję. Numer komórki P. sprzed lat też pamiętam, ale tego numeru już nie mamy.
A mam słabą pamięć do cyfr, jak pojechaliśmy do Wrocławia, zapomniałam nr do konta, dobrze, że nie musiałam nic płacić, a karta działała. Po powrocie do domu numer wyskoczył mi z pamięci.
Nowego nr P. nie znam.
I tak, gawędząc przemile (w ogóle cały dzień było przemile, nawet przyszła sama i nieproszona, żeby się przytulić) z moją MW, która jest tylko moja (no może trochę babci J., ale babcia J. nie ma u niej takich forów z różnych względów, chociaż więcej czasu w życiu MW z nią spędziła, niż ze mną, ale nie, żebym się przechwalała), z Papryczkiem, który stanowczo zakazał wizerunku swego w mediach, z synową, klepiącą coś na telefonie, ale nie z mężem, dotarliśmy do włości. Jak wyleźliśmy koło Biedronki, okazało się, że tylko ja znam okolicę.
Moja Mała W. Z nowym image po ostatnim spotkaniu, inny make-up, inne włoski, inne oczka i inne paznokietki - były długie i jasnofioletowe ostatnio, dziś były krótkie i czarne. To już kobieta, nie dziecko. Wyjaśniła mi, jak się podcierać mając takie szpony (co zawsze mnie nurtowało), była też gadka o tatuażach i kolczykach w brwi (tu głos zabrał I., który też sobie kiedyś bez mojej jurysdykcji jako pełnoletni obywatel taki zafundował), a ja, szczerze, nie krygując się i nie krępując, ale przepraszając, że pojadę tekstem, którego nigdy nie musiał stosować wobec synów, powiedziałam wprost: na dupie se zrób, motylka albo pająka. jej rodzice są na nie, co rozumiem. Ale jak wytłumaczyć szesnastolatce, że są szaleństwa młodości i jest nieodwracalna głupota?A po drodze przyroda szalała.
Wpadłszy do chaty objechałam I. za niepodjechanie po starą matkę, co zlekceważył (przeprosiłam potem, te kilka tysięcy kroków mnie nie zabiło, ale co mordę wydarłam, to moje). Potem siadłam na ogródku i podczas gdy I. grilla rozpalał, pogadaliśmy jak czekista z czekistą. Alienek wcześniej się wymiział nieprzyzwoicie ze mną, zaś Kalafiorkówna ograniczyła się do żółwika. Cóż, bywa :)
Wspólny język znalazłam z I. na temat jazdy P. Powiedział, że zaskoczony był, że odwołuję podwózkę, że mówił bratu (ale mnie o tym nie poinformował), że ma mi odpuścić, że ma mnie zabrać, jak już będzie miał doświadczenie (czyżby się o mnie AŻ tak bał? - kurdemol). Wysłuchał, co mówiłam o jeździe i stwierdził: on zawsze wie wszystko lepiej. No i miał rację. Tak jest i nic się nie zmieniło. Tak samo ocenia to Baran. Też się o mnie bał.
I. mówił, że mogło pójść cale zawieszenie. Spanikowałam, bo wiem, że P. tego finansowo nie ogarnie.
A szczerze mówiąc - mam dość łatania wszystkich dziur.
Chciałabym pożyć bez poczucia, że odpowiadam za wszystko i "nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze".
Tak, to są moje dzieci, kocham je miłością wielką jak cały świat.
Ale chcę też mieć trochę tego świata dla siebie. Bo mam już mało czasu, mniej niż więcej.
Pytam żonę P., czy nie martwi się jazdą męża.
Nie, jest OK.
KURWA.
On się chwali, że na autostradzie jechał 180.
I. kiwa głową i mówi: obowiązuje 140 (akurat tego nie wiem).
Jak go dorwą, straci prawo jazdy.
Nic dziwnego, że włosy wypadają mi garściami z tego głupiego łba.
Wulkanizator podjechał, naprawili. Ponoć 400 zł. Byłam gotowa lecieć z kasą, ale I. mnie ostudził.
Że to, kurwa, nie jest moja wina, absolutnie.
I że odwiezie mnie do domu.
Na co zgodziłam się z ochotą.
P. stroił fochy, ale powiedziałam, że nie.
Bo mam dość wrażeń na dziś.
Że jak nabędzie wprawy, pojeżdżę.
Bo jestem nerwowa. I mam dość wrażeń na dziś.
Nawet przepraszałam, chociaż w sumie za co? Że nie wyzywałam za każdym razem, jak szarpał w mieście i klął na kierowców przed nim i obok, którzy jechali w sumie prawidłowo, ale też nie do końca idealnie?
Kiedy oduczę się przepraszania za to, że żyję?
Sam grill był idealny, aczkolwiek Kundle
w tym ten najgorszy żebrak przywlokły ze spaceru z teściem I. tyle kleszczy, że olaboga. I tu po raz pierwszy w życiu widziałam na żywo kleszcza. I. znalazł już jednego na brzuchu, ale ponoć nie miał rumienia. Chyba sobie kupię łapkę do wyciągania kleszczy. Sęk w tym, że jak mi wlezie gdzieś, gdzie wzrok mój nie sięga (a wiele miejsc nie sięga), to mogiła. Dlatego unikam trawy i krzewów jak ognia. Kleszczofobię mam.
Umówiłam się na przyszły weekend z I. na nocowankę. Alienek ochoczo się podpiął, Kalafiorkówna nie jest jeszcze zdecydowana.
I. idzie na lumpkę. Alienek poznał nowe słowo: lumpka.
Więc kolejny weekend mam z głowy.
Przede mną pracowity, standardowy tydzień na urlopie, ale w dupie mam. Jak będę, to zrobię. Mam urlop.
I to by było na tyle, Kochany Pamiętniczku :)
Moje pomidorki koktajlowe dziś rankiem...
U I. tak :)
A na jego pyry to sama się zasadzam :P








Mój szef dawno temu mawiał, że pierwsze 10 tys.km jest się złym kierowcą, bo bez doświadczenia. Drugie 10 tys. jest się głupim kierowcą, bo człowiekowi się wydaje, że już bardzo dobrze jeździ i wpada w pewność siebie i zaczyna rumakować 😉 Dopiero po 20 tys. jest się na etapie, kiedy można stwierdzić, że opanowało się umiejętność jeżdżenia 😉 Nie wiem czy dobrze kojarzę, że Twój syn na etapie bycia złym kierowcą, bo chyba od niedawna na prawko? Więc jeszcze etap głupoty przed nim 😉
OdpowiedzUsuńZ tym ograniczeniem prędkości to nie żarty, utrata papierów i jakaś bolesna kara finansowa to nie przelewki 🫣
Ziemniaki syna piękne. U mnie też rosły w donicach i torbach. Nie powinien ich jeszcze bardziej podsypać? Wręcz zasypać łodygi i liście? 🤔
Zasypywanie pyrów przekazałam dziecku. Ponoć wie, ale mu się ziemia skończyła. Zawsze byłam szczęśliwa, że P. nie ma prawa jazdy. Patrząc na wszystkie bolączki w ostatnim czasie, to już nawet palenie goździków nie pomoże. Coś jest na rzeczy :( Cóż, życie nie składa się z oddychania...
UsuńAż mi skóra cierpnie! Są ludzie z którymi nie mogę jeździć strachu!
OdpowiedzUsuńMam parę takich egzemplarzy w życiu, i niestety, jeden z nich to mój syn... Long story. Jego brat mnie pociesza, ale cóż, ja wciąż piszę scenariusze. Takie same pisałam przy Eksie...
Usuńo tototo mój brat jak jedzie to też w około same jełopy jadą a on jeden ideolo ;-) na początku choć uważam za bezsens klepałam zdrowaśki, jakoś mnie uspakajało ;-) teraz wchodzę i mam wyrąbane, zabije mnie to luzik ale jak zrobi ze mnie warzywo to go zabiję :D
OdpowiedzUsuńpopatrz nie wpadłam na pomysł sadzenia ziemniaków w wiaderkach hmmm, myślisz że jeszcze mi wyrosną ? mam dużo wiaderek ;-)
MW już nie taka mała, piękna kobieta ! opowiesz jak się podciera dupsko z długimi pazurami ?hihi
No właśnie, tego wózka się boję. Bo kto go będzie pchał? I odpowiedzialności. W skali 1 do 10 pojebana jestem na 20. Bywa... Dupsko ponoć podciera się bokiem palców, a nie pazurami. Cóż, na pocieram koniuszkami palców, jakoś mi nie przyszło do głowy podcieranie bokiem. Może o pielęgnacji paznokci kiedyś napiszę, jak nie zapomnę :)
UsuńA propos kleszczy. Ostatnio po powrocie z lasu wyczułam coś o zgrozo na pośladku. Pierwsza myśl kleszcz, druga , kogoż to poproszę o pomoc, w tak delikatnej kwestii, to jest jeden z minusów bycia samej 🙂 W końcu po użyciu różnych lusterek, odetchnęlam z ulgą.
OdpowiedzUsuńPrzeważnie poważnie
Łączę się w bólu i kleszczofobii. Z moim wzrokiem i lusterka nie pomogą. Wciąż pamiętam to lusterko na srebrnej rączce, w które gapiłam się godzinami w lustrze w nieodżałowanej, wyrzuconej na śmietnik toaletce, zastanawiając się, jak bardzo obrzydliwy i krzywy mam nos... Cieszę się, że to nie był u Ciebie kleszcz :)
Usuń