niedziela, 10 maja 2026

Działo się

jak w kalejdoskopie, Kochany Pamiętniczku. Koło 13, gdy myślałam, że już po ptokach, zaktywizował  się ten jebany drób i tak zeszło do 18. Dlatego nie chciałam pracować z Bossem, bo to tylko nerwy i popierdolenie. Kazał robić jedyną korektę na PDF i odsyłać je także do siebie.

No i poszły konie po betonie.  Wydruczki, zwłaszcza od A. były czerwone jak podpaska przy okresie, A. dostała uwagę, że nie korzysta z tych genialnych narzędzi, które on zlecił.

Cóż, może to i moja wina, że w sumie i redagowałam, i korekciłam teksty, ale nie miałam sumienia puszczać w I korekcie kiksów, które mogłam spokojnie poprawić. Nie wiem, jakie narzędzia Boss zaleca, ale z życia i wieloletniej praktyki wiem, że żadna AI nie zredaguje tekstu w języku polskim. Polska język trudna język. Druga ofiara drobiu ma lżejsze pióro,  ale ona też do końca nie ogarnia, a tabela to była masakra. Nie wiem, jak one to ogarną, ale trudno - business is business, Winnetou :)  Płacą mi za jedną korektę. I to nędznie. 8,75 za stronę 1800 znaków ze spacjami. I w dupie mam, że czytam to błyskawicznie. I że wiem. Za wiedzę i umiejętność też się płaci.

Nie gram tak jak te chuje, co wygrały przetarg po kosztach, a potem zwaliły dziury w budżecie na lokatorów bloku. Ja nie mam takiej opcji.

P. wleciał, ogarnął szybciorem mój zlew - nie cieknie. Znów dołożyłam, niech te biedne wnuki chociaż na lody mają. Bo diagnoza MW wciąż wisi, no ale skoro wszystko załatwia P., jednocześnie ogarniając wyjazdy w teren na kilka dni - co ja mogę? Skoro ona, robiąca zakupy w  Aldim nawet po niego nie wleciała do mnie. A i tak siedziałam jak na gwoździach, bo on chciał pogadać, a mnie się paliło pod dupą, bo stos wydruków do drobiu czekał. Galopady cd.  będzie juterko. Do zesrania, bo wciąż nie wiem, kiedy co jedzie do druku.

Ale spoko...

Mieć w dupie.

W sobotę polazłam na Manhattan i...

Normalne młode zmieniaczki już po 10 zł. Kupiłam, ale jeszcze nie skosztowałam, bo w lodówce były lulki z piątku. Ale młodą polską kapustkę kupiłam, w Lidlu super posiekany boczuś i... uczta bogów na gazie: odsmażone z cebulką lulki i młoda kapustka z boczusiem (i jeszcze pół główki zostało, i... no, grzesznam, szparagi). 

Zapomniałam, że w niedzielę mam obiad proszony :) 

No i biały bez był po 8 zyla za pęczek...


 A konwalie też po 8 :)


 

Korytarz umyłam, mieszkanie do końca ogarnęłam i... pachniało konwaliami   i bzem :) 

Popołudnie było relaksem, zasłużonym.

Niedziela rano - uświadomiłam sobie, że Mały T.  ma dziś urodziny. Pięciolatek. Prezent, zamówiony, wybrany (teraz dzieci wybierają, co chcą, ale Mały T. jest tak cichy, grzeczny, nieśmiały, że olaboga) ogarnęła Inżynierowa, bo ona jest dobra w te klocki, a to jest jej siostrzeniec, więc mój wkład to tylko przelanie kasy. 

I wiedziałam, że w mieście jest Wings for life, ale nie założyłam, że to sparaliżuje moją część miasta.

Oni wyjechali z włości dużo wcześniej, bo inaczej nie wyjechaliby do 17, okolice Koziołkowa też zablokowano.

A ja miałam opcję jechania z Dębca na pętlę na Sobieskiego i stamtąd autobusem na Ogrody.

Kurwa.

Kombinując, kontemplując, pojechałam, ale wysiadłam na Kaponierze. Wielce zdziwiona, gdy bimba nie jechała koło Dworca Zachodniego (no ja głupia cipa nie wychodzę z nory od lat), a wjeżdża w imitację metra przed nim. Wysiadłam, przekonana, że to Teatralka, ale okazało się, że to jednak Kaponiera. Przebudowana. I przeklinając, bo ginę w nieznanym terenie - olaboga - znalazłam wyjście. Na samą Kaponierę. A stamtąd już drogę znałam (bo założyłam, że pójdę Dąbrowskiego w stronę słońca (po zacienionej stronie), a nie pojadę na Piątkowo.

I tak szłam, i okazało się, że Teatralka jest obstawiona siłami...

Zdjęcie, cóż nie oddaje powagi sytuacji :) 


 

 Ale lubię Dąbrowskiego, to fajna ulica, więc szłam dalej, kontemplując, jak bardzo się zmieniła i trafiając na takie cudo z Peaky Blinders


 I inne też. Zmęczona, bo gorąco było (21 stopni), wodę miałam, ale nie piłam, bo sik...

Do spalonego Rynku Jeżyckiego doszłam, a tam w kąciku kobieta z pięknymi bukietami. Tanie nie były, ale...

To, że wyszłam z przystanku nie gubiąc się i dotarłam do Rynku bez szwanku, a pani była z tych dokładających do życia...

Kupiłam - jako nagrodę dla siebie za waleczność i hart ducha :) 

Piękny, nieprawdaż?

I tak doszłam do miejsca imprezy, tłumacząc biednemu Małemu T., że to nie prezent dla niego, życząc mu naj, naj, naj, mówiąc, że nie wiem gdzie jest prezent dla niego, opędzając się od dwóch mopsów - ten starszy witał mnie, jak znajomą stację dokującą, ten młodszy dopraszał się o uznanie go za domownika i prosząc o pozwolenie na dokowanie, Alienek wiszący mi na szyi, a ja sama padnięta po marszu i wlezieniu na pierwsze piętro, w popłochu odłączająca słuchawki i szukająca aparatów, łapiąca podrzucany mi prezent dla Małego T., szczęśliwego na jego widok jak świnia w błocie...

Przeżyłam.   

I nie, nie udało mi się pogadać ani z Inżynierem, ani z Alienkiem, ani tak na serio z nikim.

Nie mówię, że było źle.

Jedzenie było przepyszne, aczkolwiek z cateringu.

Słodkiego po kokardę i kucyki.


 

Nielaty były zabarykadowane, nawet tak nie próbowałam wejść, nie mam takiej kasy.


 Starszy z kundli kręcił się wszędzie, żebrząc i wzdychając, że mu nic nie dają, potem dokował zwyczajowo na moich kopytkach.

Młodszy gdzieś padł, nie upolowałam :) 


 Kalafiorkówna, upolowawszy tablet Małego T. (oni nie mają dostępu do żadnych takich urządzeń, no chyba że - za co zostałam zrugana u babci do iPada) wlazła sama na OLX (u mnie nie włazi, bo ja nie mam takich aplikacji) i koniecznie chciała kupić tam - za darmo, jak podkreślała - kolejnego psa, co spotykało się ze stanowczym oporem jej rodziców...

Lody, słodkie, tort...

Zmęczona byłam hałasem - bo


 tym bardziej, że no dałam plamę. Bośmy się z Inżynierem socjalizowali. Mówię, że chcę być ich kotkiem albo pieskiem (to naprawdę klawe życie), a ten mi jedzie, że nawet Matka Teresa na to nie zasłużyła. A ja na to: a co ty mnie do tej kanalii porównujesz... A słuchaczami był brat Inżynierowej i jego żona - zagorzali katolicy do bólu dupy. Moje dziecko na to: są różne wersje (nie mam mu za złe - nie chce wojny w rodzinie, z drugiej strony - on apostata, ja apostatka, dlaczego nie mam prawa mówić o pojebaństwie w Kościele?)... Tak więc nawet ja rozmowa schodziła na zwycięstwo partii Farage'a w UK, to nie można było jechać na maksa, bo zaraz by się pisorków obrażało...

Kurwa.

Nie moja bajka.

A teść I. na moje, że przez tę jebaną firmę od gazu przepadł mi porządny aparat fotograficzny, powiedział: na co ci aparat, masz telefon. I na co ci ajfon, są tańsze i lepsze smartfony. a na moje pytanie, po co kupił nowy samochód, odpowiedział, że miał wypadek,a  samochód miał 30 lat. No i co, kurwa? 

Taka tam jest rozmowa z nimi.

To, że jestem fanką ajfona, za który płacę własną kasą, nie ma żadnego znaczenia w styku z tym, że 74-letni gość na lekach uspokajających musi mieć samochód, choć ma bezpłatny zbiorkom. Bo on lubi jeździć. A ja lubię fotografować. 

Tak więc przelało mi się i po torcie chciałam kulturalnie zniknąć, z uśmiechem na ustach, choć w sercu ból (to najtrudniejsza  z życiowych ról). No i miziając się z wnukami, odłączając aparaty, naprawdę zmęczona hałasem, poleciałam...

(A teraz moje czarne serce pisze scenariusze, że w sumie I. mógł się poczuwać, żeby mnie do chaty odwieźć, ale widząc jak ledwo dycha, bo wczoraj 17 tys, kroków zrobił, sprzątając obejście i inne takie tam, choć nie mówię, że mnie nie zakłuło w sercu, ale cóż  - matką się jest do końca), poszłam na przystanek. Nie ujechałam połowy, gdy uświadomiłam sobie z rozpaczą w sercu, że bukietu nie zabrałam. Napisałam do niego, a już wychodził z imprezy, wysiadłam, poczekałam na bimbę i...

Tak dowlokłam się z powrotem, odebrałam mój bukiet...

Lubię bukiety z Jeżyc.

Zwłaszcza te z nielegalnej sprzedaży.

I w ten piękny sposób jutro, startując do tej jebanej pracy, będę miała 


 W wazonie, który moja mama dostała kiedyś tam na zakończenie roku do swojej ulubionej klasy.

Której uczniowie (a mam ich w znajomych do dziś) wciąż pamiętają Dorotkę, siedzącą jak mysz pod miotłą na ich lekcjach. Dorotkę ze zdjęcia...  Siedzącą na kolanach u mamy...

A ja, słuchając O sole mio...

Po raz tysięczny, bo to też melodia z moich młodych lat, nucił ją mój ojciec, gdy jeszcze dobrze słyszłam...

Cieszę się, że na razie nie mam w planie żadnych imprez.

A wizyta w Medicorze 25 maja o 8.50.

Idealnie.

I namawiali na badanie krwi (wymagane przez ustawę), ale mogę z niego zrezygnować.

Zrezygnowałam bez żalu.

Na coś niewykrytego trzeba umrzeć :) 

I tego się trzymam :)  

 

 

6 komentarzy:

  1. Uwielbiam bukieciki z jeżyckiego! Wysiadam z 164 i juz je widzę! A wazonik piękny! I zgadzam się- matką sie jest do konca, choć i mnie czasem serce zakłuje😀.Dobrego tygodnia!🥰

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, spełniło się, dobry był :) Może i ja znów się w niedzielę przejadę na Jeżycki znów? Po bukiecik? To ma sens :)

      Usuń
  2. Cudowne te bukieciki, kolorowe, czuc wiosnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, tak, są niedopodrobienia, każdy inny. Jak wygram w totka, będę miała 5 pokoi i w każdym inny taki bukiecik :)

      Usuń
  3. Piękny wazonik i bukiecik takoż, ja kilka lat temu dostałam od swojej Pani od geografii bukiecik zrobiony z liści klonu z wazonikiem właśnie, pięknym malutkim. Pani potem umarła a ja mam ten piękny wazonik od Pani od geografii z którą w jej domu przy jej stole piłam jej naleweczkę z wiśni. Co do baterii społecznej to też mam taki poziom naładowania ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i widzisz, jakie masz cudne wspomnienia, a takie niby nic: bukiecik z liści. Przytulam mocno, Zmoreczko :*

      Usuń