piątek, 31 sierpnia 2018

Najbardziej

wkurwiająca jest niekompetencja i debilizm, Kochany Pamiętniczku. I nieszanowanie cudzego czasu.
Siedziałam wczoraj kołkiem te cztery godziny i pies z kulawą nogą się nie pojawił.
Wkurwiona na maksa napisałam do spółdzielni emilka. Wkurwiona, bo na bolące uszy musiałam założyć aparaty, co dodatkowo mi wszystko podrażniło. O 21 wysłałam emilka i przysięgłam, że nie otworzę minutę po 21. Cztery godziny w aparatach, w cyckonosie,  z dzwonkiem bezprzewodowym do kibla (bo mam dwa dzwonki, jeden normalny, podłączony do lampki nocnej, drugi bezprzewodowy), co jeszcze kurwa mogłam zrobić.
Dzwonię do sąsiadów - byli.
W południe żadnej odpowiedzi ze spółdzielni, więc aparaty w uszy i wio koniku.
Kazali mi iść do prezesa.
Okazało się, że fachury dzwoniły domofonami po liście i odhaczali mieszkania, gdzie nikt nie odebrał domofonu i tam nie dzwonili! Skoro kontrola miała być od 17-21, to powinni latać w tych godzinach i sprawdzać do skutku, kurwa. Ja na przykład pracuję do 17 i nie ma chuja we wsi, jak jest dzień, że coś się wali i pali, żebym o 17 była w domu! A widełki czasowe są takie, że nawet jakbym wyszła o 19, zdążyłabym, żeby ktoś raczył tylko do mnie zadzwonić. Nie wiem, dlaczego nie słyszałam domofonu, czasem słyszę, czasem nie, zależy w którym miejscu mieszkania jestem. Może na kiblu siedziałam, bo pijąc 3 litry wg zaleceń lekarki sikam namiętnie. 
A prezes, dureń jeden, przecież nie pierwszy raz się ze mną ściera, zaczął mnie traktować jak dziecko specjalnej troski, w którymś momencie zagalopował się i mówi do mnie "Kali mieć krowa". Pewno dlatego, że głosu z siebie wydobyć nie mogę nadal i mówię jak idiotka. Wkurwiło mnie to tak bardzo, że poprosiłam o traktowanie mnie jak osoby normalnej, mówię jak mówię, bo jestem chora, ale rozumiem wszystko, co się do mnie mówi. Podzwonił, potłumaczył i na kartce pisze, że przyjdą między 19 a 20. Słyszałam, że na tę godzinę mnie umawia, więc kurwa, ale OK.
Godzina. Godzina sterczenia.
Czekałam tylko 20 minut. Dzwonek na bezprzewodowy. Ładują się dwa Michały, jeden duży, drugi mały. Jeden stary, drugi młody. O, jak głośno dzwoni pani dzwonek. Naciskam stały: o, lampka się pali...
Dzwonili panowie wczoraj? Oczywiście, że dzwonili. Serio? W trzy dupy pijana widziałabym i słyszałabym te dzwonki.
Zamknęli się.
No bo co można rzec?
Cała zabawa trwała 5 minut może. Dwa kontakty w kuchni piszczą. To dobrze. W łazience też. Znakomicie. Gdzie jest skrzynka? Pokazuję. Super. Najwięcej czasu zajęło starszemu od papierków zapisanie mojego nazwiska. Literować musiałam. Na drugim papierku już kazał mi własnoręcznie zapisać. No, kurwa, znam z dziesięć wariantów zapisywania mojego nazwiska, ale nie dałam im satysfakcji. Nie podałam tylko mężowskiego, prostego jak drut sprężynowy. Mieszkanie mam na dwa.
Kurwa, moja wina, że ktoś prostego nazwiska nie umie zapisać?
Poszli.
W sumie spółdzielnia wyrwała mi z życiorysu kolejne 4 godziny 20 minut, nie licząc tego czasu, jak rury wymieniali i po mieszkaniu snuły mi się tabuny "fachowców". Pojebańców. Kafelki do dziś mam niezrobione, ale już się przyzwyczaiłam. Kurwa.
W międzyczasie Baran się odezwał, namawiając mnie do grzechu. Znaczy się na popieranie Jurka. Nie byłam w nastroju do żartów.
Oberwał za całokształt, bo przedtem byłam w banku i okazało się, że nie zapłacił mi, jebaniec jeden ani złotówki, serio mówił o pracy nad nowym czasopismem w ramach pensji, aczkolwiek to nie jest moje firmowe czasopismo.
Będzie jazda, chyba nawet zaryzykuję wylanie z pracy (odpukać), jak będę mu to za darmo robiła.
Sorry, Winnetou.
Baran był wyrozumiały i stanęło na tym, że pozdrowi Ziębę. Ciekawe, kiedy Jurek mnie osobiście odpozdrowi, ale nevermind.
W międzyczasie (ostatnio międzyczas występuje u mnie równie często, jak niegdyś zwłaszcza, doprowadzająca mnie i dzieci do szewskiej pasji, ale kochana i hołubiono, bo tak pięknie brzmi) wleciałam do galerii (znów przez te cholerne Słodziaki, bo potrzebowałam masła klarowanego, a ono to już 19,99) i od proga

widzę, jak kotecka wieszają. Znaczy się, gość wiesza, a nadzór z aparatem na zębach nie za bardzo kontaktuje.  Pytam aparatową, czy to ona jest głównodowodząca. Dumna panienka, patrząc z pogarda na łysą, kwadratową staruchę, potwierdza.
A ja na to: byka macie.
Nie rozumie. Pokazuję grubym, ale czystym pazurem. Wieszający rechoce, a aparatowa zaprzecza. Jaki byk, jaki? Jak wół: jest literówka - mówię. Skąd pani wie? Wiem, bo za to mi płacą. Niektórzy skąpią i potem mają.
Kurtyna.
Masła nie było. Kupiłam płyn do prania i wino.
Dawno nie piłam, ale dziś muszę.
Muszę, się, kurwa, napić, bo życie mnie przerasta.
Doczytałam się, ja, głupia idiotka, zgłupiała na starość, że... mam zapisane leki wzajemnie się wykluczające i dlatego nie śpię po nocach.
Bo co jedno mi rozrzedzi, to drugie mi zagęści i nawet te trzy litry wody ganiające mnie do kibla i powodujące nietrzymanie moczu ni chuja nie pomogą.
Podczas zakupów w aptece dostałam takiego ataku kaszlu, że panienka chciała mi pół apteki sprzedać. Podziękowałam uprzejmie. Dość już na wszystko wydałam.
Teraz ja tu rządzę i wymiatam
Dziś spokojnie zasnę, bo wypierdoliłam wszystkie piguły.
Lepiej stracić kasę, jak zdrowie, co nie?
I nie, nie zażyję lewoskrętnej witaminy C, leczącej nawet raka.
Obudzę się jutro cała i zdrowa.
Mieszkanie sprzątnięte na błysk. Zakupy zrobione. Obiad prawie gotowy.
Dzisiejsze placki z dyni, cukinii i pyrków, z cebulką i czosnkiem wyszły mlask :) Aczkolwiek zostało trochę na jutro. Dołoży się surówki i cyca kurzęcego  i będzie git majonez.
Może uda się Alienka zobaczyć po wyrzuceniu wszystkich LEKÓW.
Kurwa, kto tych konowałów kształci?
I kto zabił we mnie instynkt samozachowawczy?
Bo młodą kobietą będąc wyrwałam kostusze spod łopaty przyszywanego wujka, któremu konowały zapisywały podobny misz-masz.
Porównując i czytając, choć miałam tylko Leksykon leków współczesnej terapii, nie cały Internet do dyspozycji.
Nawet jego osobisty zięć nie mógł wyjść z podziwu, chociaż sam lekarzem był. Nieważne, że psychiatrą. Powtarzał w kółko: dlaczego mi pan (był z teściem i teściową na pan, pani, jak to rasowy psychiatra) nie powiedział, że takie leki bierze? :)

Stara Jędzo, bierz się w garść, musisz jeszcze przeżyć co najmniej 231 miesięcy. Bo właśnie ZUS mi wyliczył, że za to co dotychczas zarobiłam mam tę nędzną emeryturkę na 229,7 miesięcy. Niech mi, kurwa, chociaż dwa miesiące dokładają do interesu.
Podniósł mi emeryturę za cały rok ciężkiej pracy o niecałe 20 zł.
A miałam rekordowe zarobki. I to od listopada, choć wniosek składałam w sierpniu. Przepisowo, bo w sierpniu przeszłam na emeryturę. Nie mają już skąd, kurwa, kraść, żeby dokładać tym, których okradli?
I nie mówię tu konkretnie o PiS.
Okradają nas wszystkie rządy.

KURWA MAĆ :)

I tymi pięknymi słowami żegnam się z Tobą na dziś, Kochany Pamiętniczku.
Z nadzieją na lepsze jutro.
Od godziny nie kaszlnęłam.
Cud? Czy mój zdrowy rozsądek i rozum, który mi powoli wraca?

czwartek, 30 sierpnia 2018

Polecieli

Kochany Pamiętniczku, zostawiając mi, znaczy się, Inżynier w spadku zostawił, wirusa, pieczołowicie wypasionego na paracetamolu.  Pił z jednej butelki ze mną w mieście, ale zlekceważyłam to i już w piątek wirus się zemścił.
W pracy (bo warzywkowałam) nagle zrobiło mi się przeraźliwie zimno od środka i od razu wiedziałam, że koniec bliski.
Pobieżyłam więc w te pędy w domowe pielesza i naszpikowałam się tym, co znalazłam.
Ale wirus miał to w dupie i w sobotę potarabaniłam się do apteki.
Na widok takiej kupki nieszczęścia, pani dała mi nawet syrop z kodeiną, nie bacząc, że wpędzi SJ w nałóg.

Niestety, mimo szpikowania się tym tu, powiedziałam Synowej, że nie przyjdę na randkę z Alienkiem do starego ZOO. Alienek dopiero co chorował, ona w ciąży i też pokasływała, a ja grałam taki koncert płucny, że nieboszczyk Chopin z zazdrości w grobie się przewracał...
W poniedziałek nawet nadziei nie było.
Więc we wtorek ruszyłam do przychodni, no i tradycyjnie, cały dzień w plecy, bo pani doktor przyjmie dopiero po południu, a i to łaskawie, bo komplet ma.
Po południu w przychodni ani śladu tego kompletu. Pani doktor, nic jej nie ujmując, siksa po studiach. Osłuchała i sruuu do telefonika, jakąś apkę tam miała. Nawet nie wiem, co mi dolega, usłyszałam tylko, że płuca czyste. W uszach drapie mnie tak, że zrezygnowałam ze słuchawek. A gardło napierdala, jakby cała bandaa krasnoludków szorowała je papierem ściernym, żeby je wygładzić.
Z apteki wyszłam biedniejsza o prawie 200 zł, nie licząc kolekcji z górnego zdjęcia, ale za to bogatsza o

zestaw ratunkowy. Pomyślałam, że szlag trafi wirusy od razu i w krotkich abcugach wykitują, nie wiedząc nawet, jak bardzo się myliłam.
To nie są lekarstwa. Dopiero w domu ogarnęłam tę kuwetę. To są, kurwa, suplementy diety i pomagają tak, jak umarłemu kadzidło. Nie ma żadnej poprawy, a w dziś w nocy, o trzeciej, zdesperowana wypluwaniem kolejnej tony z płuc, poszłam do kuchni i przeprosiłam się z polopiryną i pectosolem. Zasnęłam po tym i spałam do rana, aczkolwiek po przebudzeniu nie tylko Chopin był na mnie wkurwiony, ale i Ludwik Waryński, który jak wiadomo na płuca w więzieniu zszedł.
Kurwa.
W przychodni co idę, a chodzę rzadko, ale recepty odnawiam, za każdym razem jest inny lekarz.
Młode toto, ja też młoda, ogarniam wszystkie wynalazki na tip-top, ale jeżeli lekarz ma w telefonie apkę do leków, to na chuja mi lekarz? Też sobie apkę zainstaluję, tyle że recept nie mogę wypisywać.
Nie chorowałam od tak dawna, że nie mam żadnej orientacji w świecie lekarskim ani na NFZ, ani prywatnie. Poszłabym prywatnie, może by mnie ktoś poważnie potraktował. Na razie kaszlę, cyrk był i strasznie było mi głupio, jak w galeryjnym barze kupowałam obiad na wynos, a de volaille dochodziły i dostałam w tym czasie ataku dławiącego kaszlu, a woda mineralna była na dnie wózka, przysypana toną zakupów, bo UWAGA! POZOR! ACHTUNG! WNIMANIJE! moja Synowa oszalała i zbieramy naklejki na Słodziaki. Bo to zwierzątka są. I nie dociera do niej, że lepiej kupić to gówno za 50 zł, jak zbierać naklejki. Zbiera dziadek, więc zbieram i ja. Zjadłam cukierka, bo to na wierzchu było i o mało do rygi nie pojechałam. KURWA.
A w Biedronie koło kas stada zombie. Zombie żebrzących o naklejki. Bierze pani naklejki? Biorę, nawet kartę sobie wyrobiłam Biedronki, bo za to jest jedna naklejka. I dokupiłam przy kasie słodyczy, czego nigdy nie robię, bo dzięki tym pięciu złotym miałam dodatkowe trzy naklejki. Zwariowałam na stare lata.
Po wyjściu z domu okazało się, że straciłam głos. Nie wiedziałam tego, bo tylko w niedzielę rano rozmawiałam z Inżynierem, a potem u lekarza PRZED zażyciem leków jeszcze głos miałam.
Teraz już tylko na migi, zakupy robiłam na migi, ale że znana jestem jako stara wariatka, to się niczemu nie dziwili.
Listowy był, jeżu kolczasty, jaki nieprzyjemny typ teraz nas obsługuje, że ojapierdolę. Znów polecony za potwierdzeniem, wreszcie wyliczyli mi ten podatek, o który się tak martwiłam, całe 25 zł. Więc sprawy mieszkaniowe wyprostowane, a o to chodziło.
Do banku poszłam w niedzielę przypadkowo i od razu z niego wyskoczyłam. Myślałam, że włamałam się do cudzego banku, a tam niespodziewajka. Już od czwartku leżała tam kasa i z banku, i z książeczki. A mówili, że z miesiąc potrwa.
Zaraz porozsyłałam wg dyspozycji i właściwie sprawy spadkowe zapięte na ostatni guzik, taką mam nadzieję, że nic nie wyskoczy.
Pisałam z informacją do szwagierki, która wyniosła się z córką w Bieszczady czy w inne Beskidy, nie wiem, to na B i to na B :) Odpisała, że szwagier już i tak stracił szacunek u wszystkich, więc dobrze, że się nie pieniaczymy, bo szkoda i zdrowia, i pieniędzy. Zaś jej mąż od lat miał jakiegoś guza na mózgu i teraz traci kontakt z rzeczywistością, rozmawia z widmami i z umarlakami. Smutne, ale co poradzić. Każdy ma swoje piekło.
A ja w ramach dopieszczania wzbogaciłam się dziś o

Dlatego wyszłam z domu, bo musiałam to odebrać, a i w aptece czekała druga porcja leku, zamówiona, więc... Głupia ja, wiem, ale cóż :)

Dobrze, że jeszcze mam wolne, może się wykuruję. Może chociaż bez przytulasków zobaczę się z Alienkiem.
Alienek na bank będzie miał siostrzyczkę. Kalafiorkówna nam rośnie powoli :)

Bo inaczej i Słowacki dołączy do grona wkurwionej konkurencji, a to już będzie nieciekawe :D

A teraz na fachowców od prądu czekam, Będą badać komisyjnie, czy jak wsadzę drut albo widelec w kontakt, to mnie tylko popieści, czy od razu do Abrahama na piwo pośle. Trzymajcie kciuki mocno :) 

I do Barana dzwoniłam, że chuj bombki strzelił i świąt nie będzie, w sensie, że jak nic nie trzaśnie, to będą. Powinien się zmartwić, włosy z głowy rwać, ale gdzie tam. Olał to. Taki skunks.  Bo ten chuj jednak strzelił, a teraz może odstrzelić i nic nie wiadomo, a wszystko zależy od Kalafiorkówny skubanej :)

czwartek, 23 sierpnia 2018

Nawet

chwili nie miałam, żeby na chwilę usiąść i coś zanotować.
To był zwariowany czas.
Samolot w miarę punktualnie wylądował i tylko Alienka wyściskałam, dopiaskowe imieninowe graty mu dałam i polecieliśmy na Libelta, gdzie poszło, o dziwo, migusiem.
Okazało się, że oni też się cieszą, że są ze mną. Właśnie ze mną, bez swoich rodzin.
I potem już szło to wolnym walcem, z górki, o tak


Bo znów, jak zawsze, nadawaliśmy na tych falach.
Bezustannie. Do dziś boli mnie szczęka. I nie, nie przyłożyli mi w nią, ale te teksty. Monty Python by się nie powstydził.
W PKO spędziliśmy bite kilka godzin. Bo to najpierw musieli się zrzec książeczki na moją korzyść, a system ni chujenki nie chciał wpuścić ani pana obsługującego, ani jego koleżanki. Jak zwykle: trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka i prababci, ale po wielu - mimo wszystko przesympatycznych chwilach - wyszliśmy z PKO i jak nic nie rąbnie, we wrześniu książeczka powinna być zlikwidowana.
Jako że chłopcy wstawali o trzeciej w nocy, a już było późne popołudnie, pojechaliśmy do The Mexican, bo ja chciałam...

Moje dzieciaczki kochane :)

Posiłek też zacny, posileni wróciliśmy w domowe pielesze, ale przedtem wlecieliśmy jeszcze do Brovarii na piwko, tradycyjnie.
Wieczór przegadany, prześmiany i...
Spać poszliśmy tylko dlatego, że trzeba było nazajutrz wstać.
Rano dostali wypasione śniadanie, żeby nie było, że matka o nich nie dba, tylko po knajpach przegania i pojechaliśmy likwidować konto Eksa. Okazało się, że najprościej będzie zrzec się na moją korzyść, co też uczynili, ale w tym banku system był przyjaźniejszy. Trafiła nam się przesympatyczna panienka. Powiedziała nam też, czego nie musiała robić, że ktoś reklamował w marcu konto, a to już było dawno po przejęciu przez nas spadku. Gdybyśmy chcieli wgląd do konta, to każdy miesiąc kosztowałby nas 10 zł. Powiedziała, czego nie musiała, że nie warto, bo nigdy nie było tam dużych kwot. Domyślamy się zatem, że było to konto do renty Eksa, a pieniądze za willę wsadzili gdzie indziej. I OK. Zrezygnowaliśmy ze sprawdzania konta, bo w sumie szkoda kasy na nic.
Teraz wiadomo, dlaczego szwagier nie odpowiadał na pisma adwokata, zajęty wyprowadzaniem majątku.
I OK.
Nie ma problemu.
Pojechaliśmy do PZU, Pierworodny odebrał swoją część ubezpieczenia, a jako że nie ma konta w złotówkach, zrzekł się tego na mnie. Już wczoraj wieczorem miałam tę kasę na koncie.
Pojechaliśmy na Stary Rynek, znów do Brovarii, czekaliśmy na Synową i Alienka. Poszliśmy na obiad do knajpy wybranej przez nią.

Osy. Osy. Osy wszędzie. Inżynier mówił, że to do kompotu Pierworodnego tak zapieprzały, ale nie sądzę. Wszyscy walczyli z osami, więc ze względu na bezpieczeństwo Alienka poszliśmy do środka. I... Inżynierowi szóstka poszła. Na pierogu. A nie mówiłam? Od trzech lat proszę, błagam, namawiam, że zamówię mu wizytę u dentysty, ale nie, nie ma czasu i zęby ma OK. Moja dentystka nie odbierała telefonu, więc pojechaliśmy do HELPu, ale okazało się, że nie można ot tak, zaklajstrować. Więc opatrunek i na kawę do Avenidy, jeszcze z Synową i Alienkiem się zobaczyć. Dentystka oddzwoniła i wcisnęła Inżyniera na jutro, ale cudem.
Po kawce do domu i kolejny wieczór z bajki.
Pospaliśmy troszkę dłużej, po czym pojechałam z Pierworodnym na grób Eksa do M. Pomnik był świeżo postawiony, co widać było po nieruszanych od mojej ostatniej wizyty wieńcach, które kamieniarz z boku położył. Nowy wieniec, świeczuszka, paciorek i do domu. Inżynier nie pojechał ze względu na ząb. Okazało się, że w HELPie założyli mu opatrunek byle jak. Pani poprawiła, co dalej, nie wiadomo. Wstępnie wizyta pod koniec września, bo jak będzie konieczne (oby nie było!), leczenie kanałowe, to w UK zbankrutuje...
Życie.
W międzyczasie poleciałam na pocztę, bo...
Mama Klary zrobiła mi superniespodziewajkę i z Bieszczad wysłała do mnie naparstek.
Naparstek doszedł, za co bardzo dziękuję, ale... Przykro mi, strasznie...


 Tyle wyciągnęłam ze szpary unijnej. Jak wyciągałam, chłopcy śmiali się, że wąglika dostałam, zanim jeszcze kopertę otworzyłam. Wykrakali. Powiedziałam, że płazem nie popuszczę.
Na poczcie kazali mi iść rzut beretem dalej, do listonoszy.
Poszłam, poprosiłam kierownika.
I sruuu... Że awizo w drzwiach, że reklamowałam i pewno ten naparstek to zemsta listowego. A pani na to, że awiza sądowe mogą nawet nakleić na drzwiach, takie są przepisy. Nie uwierzyłam, powiedziałam, że złożę skargę. Pani spokojnie, że to samo mi odpiszą, podając paragrafy. No cóż. A zmiażdżony naparstek nie musi być winą listowego, mógł się zmiażdżyć gdzieś po drodze, jak rzucali worki. Jako że oba argumenty brzmiały logicznie i rzeczowo, tośmy sobie jeszcze pogawędziły o wyższości starych skrzynek nad szparami unijnymi i po mojej deklaracji, że będę sądy omijała kołem, żeby nie mieć więcej awiz w drzwiach, rozstałyśmy się w pokoju :)

A naparstek spróbuję skleić, tylko muszę klej kupić.

Spakowali się, łupy zabrali i dary i pojechaliśmy. Inżynier do żony i Alienka, zobaczyć się z rodziną teścia, a ja z Pierworodnym na obiad. Inżynier wciągnął zapiekankę na Teatralce, ale my nie mieliśmy na to ochoty.  Poszliśmy więc w Jeżyce i mieliśmy pecha. Trafiliśmy na Dąbrowskiego 42, od lat kusił mnie ten szachulcowy budynek. No i Pierworodnemu odpowiadał polski jadłospis, bo indyjskie i inne bajki to ono mają w UK.
Najpierw nagrzało mnie, dosłownie czekanie na obsługę. Kiedy wreszcie kelner się przywlókł, a już mieliśmy wychodzić, obiecał, że kurcgalopkiem. Gówno prawda. Piwo donosił kolejne 20 minut. A ja umierałam z pragnienia. I tylko moja uczciwość nie pozwoliła mi wyjść po zamówieniu, bo ja porządna jestem. Drogo, bo sygnowane podpisem Makłowicza. Cena nieadekwatna do jakości. Pierworodny mówił, że żurek przepyszny. Ale gołąbki dupy nie urwały, co też powiedziałam wprost kelnerowi, jałowe były. I - co mi się nie zdarza - nie dałam złotówki napiwku. Trudno, na przyjemność trzeba sobie zasłużyć.
Mural był ładny tylko :P

Wolnym walcem potoczyliśmy się na Ławicę, gdzie poczekałam na Inżyniera i pożegnałam ich w pośpiechu, bo na poczcie czekały na mnie hurtem warzywka.
Dolecieli.
Jak los pozwoli, będziemy się widzieć niedługo.
Dziś ogarniałam kuwetę, bo to i pościel, póki pogoda sprzyja, i tu plamka, tam plamka, no co :)
Nie jestem perfekcyjną panią domu, ale...
Porzundek (mój) zaś ale musi być.
Dziękuję, życie, za te darowane chwile.
I aż trudno mi uwierzyć, że oni też takich potrzebują :)
Akademia Rolnicza zrobiła mi piękny surprise. Ojapierdolę :0
A teraz


Ale to juterko. I napisali, że tak tęsknią, że jak mogę, to proszą, żebym przyszła wcześniej, niż zamierzałam :)

Co wszystkich tak na mnie pogięło? :)

A szwagierka z Niemiec, gdy posłałam jej zdjęcie grobu, napisała, że szwagier lecząc szwagierkę, robiącą za gońca między nami, o mało jej na drugi świat nie wyprawił. Jako że ona też lekarka, to sądzę, że wie, co mówi.
No nic. Dlatego trzymam się od nich z daleka. Nie mam parcia, ale... lubię życie :D

I tak sucho mam w mieszkaniu, że nowa (od remontu) szafa mi się rozsycha! A ma dopiero 5 lat. A szafa z domu, prawie taka stara jak ja, wciąż stoi i animrumra.
Ojapierdolę :)


Dziś są urodziny Eksa. Miałby 68 lat. Młodo zmarł.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Jeżu

kolczasty, Kochany Pamiętniczku...
Wlokąc się z zakupów na uginających się nogach, w myślach już mościłam się w urence, wygodnie, na tym boczku, co lubię i żegnałam się ze światem.
Bo to i nóżki się pode mną uginały, wdzięcznie, raz jedno kolanko, raz drugie udko, półdupki napieprzały,jakby je niedźwiedź pokąsał, krzyż łupał,  błędnik wariował, nawet po kilku piwach tak krzywo nie chodzę, a wcale za gorąco nie było...
W domu przebieram się za panią domu, znaczy się w łacha, tego łacha wskakuję i tadam... Z kieszeni wylatuje mi pedometr.
Santa Madonna, wszyscy anieli i święci.
Tyle kroczków natrzaskałam, nie licząc porannej krzątaniny po chaupce, kiedy nie latam z pedometrem, no i już w tym łachu wieczorem...
Z tego 3/4 to latanie w pracy z wydrukami, bo w kuchni byłam tylko dwa razy i w kibelku trzy :)
Zatem jeszcze nie pora na wygodne leżenie w urence, ale za to jutro legnę plackiem, bom dwudniową normę wykonała śpiewająco.
Myślałam, że w starej pracy, gdzie z wydruczkami latałam po schodach więcej się nałaziłam, ale okazuje się, że nie. Tam jakieś 12 tys. góra natrzaskałam :) Fakt, że po schodach, ale oj tam, oj tam. Jestem już cztery lata starsza, więc spoko, liczy się :D
Inżynier był dziś w Londynie znów, a tam jakiś pojebaniec wjechał w barierki.
Chcę z powrotem mój świat, świat z dziecinnych lat.
Chociaż i on tak bezpieczny nie był, wciąż widzę, jak w 1968 roku stoję pod piecem kaflowym, wtulona w zimne wtedy kafelki i modlę się: i daj Boże, żeby nie było wojny. Te słowa zostały ze mną na lata, na długie lata, kiedy jeszcze się modliłam.
Dziś straciłam ten dar.
Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Pierworodny ochrzcił dzieci. Nie, że jest wierzący, bo niewiele z tego zostało, ale teściowie tak zarządzili.
U Inżyniera nikt nie śmie nalegać, zresztą mimo protestów ślub był tylko cywilny.
Nie wiem, nic nie jest proste.
Właśnie zameldował, że wrócił z Londynu. Ale kurs trwa jeszcze dwa dni.
No nic...
A jutro Matki Boskiej Zielnej, kiedyś moje ulubione święto, żegnałam wtedy lato, dziś nie mam nawet bukiecika w domu, a kwiaty padły i nie miałam kiedy nowych kupić.
Wszystko się zmienia.


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Mój ci

jest, prawnie już ten kawałek podłogi, Kochany Pamiętniczku, ale po kolei, bo działo się, oj działo :)

Poniedziałek, trzynastego.
http://78.media.tumblr.com/tumblr_mdds173HLO1r0y1o1o1_500.gif

I jak zwykle nie było prorocze :P
Ranek obudził mnie chłodem, bo Anka się wreszcie ocknęła i chłodne są noce i ranki.
Droga do pracy minęła migusiem.
Boss wrócony z  urlopu miał banana na twarzy i rączkę SJ uścisnął.
Westchnęłam rozdzierająco i rzekłam: a teraz bacikiem do roboty...
Zarechotał, ale dwie minuty później już chodził od pokoju do pokoju (bo u nas każdy ma swoją dziuplę) i sprawdzał, kto jest...
Na całe moje szczęście byłam dziś 15 minut wcześniej :P Grunt to zrobić dobre wrażenie.
A potem, gdy zapracowana po kokardkę i kucyki, świata nie widziałam, okazało się, że... do 30 września muszę wykorzystać urlop za ubiegły rok, a mam go hahahahaha - 13 dni. Ojapierdolę. Pytam - skąd, skoro brałam urlop. Pani liczy i liczy i okazuje się, że kurwa, nie umie odjąć od 13 czterech. Bo mam 13 dni po 8 godzin albo 26 po 8. Z 13 dni po odjęciu czterech zostało jej 10. Ojapierdolę. Wypisuję po 8 godz., bo Boss nie trybi, ale szczerze - krzywdy nie mam i specjalnie tego nie pilnuję.
Po długich targach stanęło, że wypiszę 9 dni na wrzesień, bo nie mam wyjścia, ale jestem potrzebna już po 5 dniach, zatem 4 przejdą na październik. I kadry zapiszą mi 18 dni po 4 godziny :) Nic, tylko PIP nasłać.
Ale nie będę wypisywała urlopu na dni, kiedy mam wolne, bo mam wyrobione godziny. Na tym polega urok pracy na etacie :)
W sumie chwalę to sobie, w dupie mając całą resztę. Ale załamuje mnie nieumiejętność odjęcia czterech od trzynastu :)
A mój ukochany redachtór znów sprawił mi frajdę, więc wleciałam do niego, od proga oznajmiając: kocham pana, panie Tomku. A on na to: co znów zmajstrowałem?
Ano, zmajstrował.
Kocham go :)

Inżynier, bawiący mimo choroby w Londynie, bo szkoda mu kursu, którego sam nie zafundowałby sobie, bo za droga zabawa, a papier się liczy, kaszlący jak suchotnik schodzący na galopujące suchoty, przysłał mi to, z dopiskiem, że coś dla mnie :) Ano, w punkt i dowodzi, że Ziemia jest płaska, co jest faktem niezbitym (proszę nie pytać, czy w to wierzę, bo żeby rzecz wyjaśnić wreszcie, tak czy owak, tak czy siak... Mówiąc tak skłamię po to, by nie skłamać mówiąc nie) :)

Uwielbiam to :)

Pracowałam jak ten łysy mrówek, ale o 17.17 biureczko było dziewicze, a i poczta nieskalana żadnym emilkiem, więc tradycyjnie w siną dal, w siną dal poszłam lewa, prawa i już za drzwiami ojapierdolę, jak jebnęło mokrym gorącem, tom ledwo się do domu dowlokła,  tym bardziej że MPK podstawiało mi nieklimatyzowane wehikuły.
A sąsiadka temu biedaku na balkonie szalik dorzuciła. Jeszcze gorsza sekutnica niż ja, co nie?


Dreszczów dostałam na sam widok :)
Jadę na swoje, a pod drzwiami mało trupem nie padłam. Tkwiło w nich AWIZO.
Ojapierdolę. Nienawidzę awiz, a dziś trzynastego. Jak nie przemarsz wojsk radzieckich, to sraczka, co nie?
Więc szybki sik, rączki, woda, bo już się zasuszyłam i sru na pocztę. Ostatkiem sił wsiada do łodzi, na wiosłach zaciska swą dłoń...
Na poczcie kolejka, że ojapierdolę i zaduch, że nawet ja już niepierdolę, tylko wyciągam kopertę wyjętą przed chwilą ze skrzynki i wachluję się, bo Murzyna przystojniaka z wachlarzem z liści palmowych w okolicy nie uświadczysz nawet za pieniądze.
Dotarłam do okienka i powitawszy panią, rzekę, że proszę o przekazanie panu listowemu, żeby mi awiza w drzwi nie tkał, ale do szpary unijnej wrzucał. Pani oburzona: ja za listowym nie chodzę. A ja cierpliwie: rozumiem, ale proszę o przekazanie, bo sezon urlopowy, a to wskazówka dla złodzieja... Pomruczała i mówi, że nie wyda mi listu, bo go nie ma.WTF?
I tu mnie szlag. Jest awizo? Jest. Jest 18.30. Jest. Mam odebrać list od 18. Tak, To co mnie cała reszta? Zamiast po ciężkiej pracy sączyć zimne piwko po obiedzie, bez obiadu zapierdalam w upale na śmierdzącą pocztę, by się dowiedzieć, że listu nie ma? O nie, to poproszę kierownika. Tabliczka na okienko i pani znika.
A ja, ociekając potem cykam


Ja pierdziu wszędzie półki i półeczki, księgarnia i skład mydło i powidło, a biografia Kaczora

to tomiszcze na górnej półce, ojapierdziu...
Wiem, panie w okienku nic nie są winne temu bajzlowi, ale czy to jakiś cyrk, kurwa, czy poczta?

Po jakichś 10 minutach pani wraca i mamrocząc, że nie może wejść do systemu podaje mi mój list (kilka osób z awizami przede mną odprawili z kwitkiem, każąc przyjść jutro). Ręka mi drży, jak podpisuję kwitki, bo widzę napis: Sąd Rejonowy, ale obok DzKW. Dział Ksiąg Wieczystych, więc nie trzeba lać po kostkach :)
I dziękuję grzecznie, spadam, a kolejka do okienek wije się już na zewnątrz, na oko 20 osób.
Rozszarpuję kopertę i tak, tak.
Mój jest ten kawałek podłogi.
Więc jednak nie taki bad day...
A century?
I don't know :)

Jutro do pracy, środa wolna. Trzeba jutro prowiant zorganizować. Znaczy się chleb, bo resztę mam. Zapobiegliwam :)

I do niekomentujących: nie bać się. Nie gryzę, połykam w całości. Szkoda mi sztucznej szczęki. A miło mi, jak ktoś komentuje. Tak mam przesrane w życiu, że wszyscy się mnie boją, bo będę poprawiała błędy. A ja mam zasadę, za darmo nie poprawiam, nie poprawiam ludzi nieparających się zawodowo piórem. Nie poprawiam też moich błędów (a robię je), bo mi się nie chce. Blog to blog. Więc zapraszam :)

niedziela, 12 sierpnia 2018

Nieswojo

zaczęłam się czuć we własnej chaupce, Kochany Pamiętniczku :)
Po ponad miesiącu siedzenia ze spuszczonymi roletami podniosłam je, gdy tylko lekko się ochłodziło i...
Gdzie ja jestem?
Naprawdę, w moim mieszkaniu jest tyle światła i taki piękny widok za oknem?
Niemożliwe :)



Odezwała się do mnie znów Lucy z K. No i wreszcie powiedziała, o co jej chodzi, że tak nagle się zmieniła, że dba o groby i wciąż do mnie pisze. Chce opłacać dalej grób cioci i dziadków, bo jesteśmy rodziną. Niby tak, ale babcia nie jest jej babcią :) Jej babcią jest pierwsza żona mojego dziadka, a ta z dziadkiem nie leży. No, ale mniejsza z większym. Chce wykupić grób, bo chce być w nim pochowana. W pierwszym odruchu powiedziałam tak, no bo jasne, że popiołków na dwa dzielić nie będą, żeby pół Starej Jędzy wpieprzyć do rodziców, a pół do dziadków. W dwóch grobach dupy nie położę, nie ma opcji.
Potem zaczęłam myśleć. Poszperałam w necie,sprzedaż miejsca na cmentarzu jest nielegalna, no ale pomnik? To już na gotowe się idzie, co nie, tym bardziej, że pomnik solidny jest. No i jeżeli pierwsza umrę, to nie mam potem żadnej gwarancji, że mi rodziny nie wymażą. Ale to tylko takie gdybanie.
Będę dziś z Inżynierem o tym rozmawiać, ale jak na złość Alienek śpi i śpi, i wcale nie chce wstać :D
Wazon na grobie powinien być na takim bolcu, a nie jest, od lat z tym problem, nie mam jak się dobić do kamieniarza w K., a ten grabarz to taki lepszy agregat jest. I coś mi się wydaje, że za niedługo płyty będą wymagały przełożenia. U rodziców przekładałam niedawno. Lucy chwastami się też zajmie.
Więc jakby na to nie patrzyć, coś, co mnie od dawna martwiło będę miała z głowy. Pojadę i do ogarnięcia będzie tylko grób moich rodziców, co za ulga dla moich starych gnatów.
A jeśli poślę jej kasę, to i badyle wymieni na ich grobie, mniejsza z większym o szorowanie płyty.
Więc jak dla mnie to dobry deal. Zastanawiam się tylko, czy ciocia mi za to potem po papie nie natrzaska. Bo ciocia była i jej, i moją chrzestną, a wszystko zostawiła mi, chociaż z Lucy miała częściej kontakt. I to ona zajmowała się ciocią w chorobie, krótko, bo krótko, ale była na miejscu i ma znajomości, a ja nie mogłam co dzień dojeżdżać z PZ do K.
Zastanawiam się też, co Lucy tak przypiliło, bo ona chyba z 10 lat młodsza ode mnie jest. Może choruje?
Nie wiem, na komunikatorach trudny z nią kontakt, pisze jak potłuczona, ja po sześciu piwach tylu byków nie nasadzę, czasem jest to ciąg nieczytelnych liter. A ona za kołnierz nie wylewała nigdy.
No i tak się z tym męczę :)
Grobowe dylematy mam :P

Cieszę się z chwili, z chwilowego ochłodzenia. Nawet 28 stopni to chłodno w porównaniu z poprzednimi dniami :)
Odpoczywam, bo jutro się zacznie jazda. Mało, że wszystko w polu, to jeszcze Boss z urlopu wraca, będzie więc rozpierducha. Pozwalał swoją część roboty na ludzi, którzy nie mają o niej zielonego pojęcia. I kolejna redachtórka, niby na staż, ale zatrudniona na zasadzie młoda dupa ze sztucznymi rzęsami. Nie mam nic do wyglądu, ale oleju w głowie temu brakuje. Na prawdę, nie prawda, kto temu dał maturę?

Dobra, nie jojczymy, za to nam płacą, że wiemy, że naprawdę to nieprawda, że świat jest popierdolony :P



piątek, 10 sierpnia 2018

W pierwszych

słowach mego posta chwaliła się będę, Kochany Pamiętniczku.
Albowiem takiego emilka dostałam dziś  prawie w samo południe


i przesłałam sobie na prywatną pocztę, aby dowód rzeczowy mi nie zginął.
A odpisałam (ale sobie tego nie przesłałam), że dziękuję , ale  wszystko się da ocenić, ale często jest to nieDocenione.
Zobaczymy, ile będzie na koncie, bo jednak kiksy były i nie chwaląc się, przeciętna korektorka ich nie wychwyci. Nic nie ujmując przeciętnym korektorkom, bo ich praca jest bardzo niewdzięczna.
Ale to tak na marginesie.
Rano, gdy jechałam do pracy lunęło, ale udało mi się nie zmoknąć. Lunęło to na wyrost, bo lało jakieś 3 minuty, a potem tylko parowało.
Po południu idę na zakupy, a sąsiadka, która odkąd pamięcią sięgam w domu na dupie siedzi, rzecze: Jak dobrze, że przestało padać.
Ludzie to mają nasrane. Susza, która może tak wywindować ceny, że nie pozbieramy się finansowo, a głupia cieszy się, że już nie pada.
Bo może z pieskiem wyjść.
Bo nie pada.
Musiałam gumkę w majtkach ścisnąć, żeby nie odszczekać coś głupiego.
No i dudni w wiosce, bo jutro będzie Marsz Równości,
I nie, nie pójdę, padam, bo to był ciężki tydzień.
A stara jestem.
Ale oko me cieszył dziś widok


 tęczowych chorągiewek na tramwajach. Nie, nie jest to zasługa władz. Stonewall, środowisko LGTB w mojej wiosce, zapłaciło ZTM, no i bimby mają taką dekorację. Jestem za, wcale nie przeciw. LGTB mają o co walczyć, tak samo jak osoby niepełnosprawne. A i my, "prawidłowi" ludzie, seksący (seksączy, uprawiający seks) jak ustawa przewiduje, aczkolwiek nie zawsze jak KK nakazuje też. Bo nigdy nie wiadomo, jaką orientację będą miały nasze dzieci. I nieważne, z kim kto sypia, ważne, jakim jest człowiekiem. Mam przyjaciół LGTB. Sporo. To są ważni ludzie w moim życiu. Ważniejsi niż hetero. I - żadnego z nich nie widziałam - a szkoda, z różowym boa i na szpileczkach. To są stereotypy. A gdyby nawet mieli to boa, to komu to przeszkadza? Czy to, że ktoś nosi skarpetki do sandałów skreśla go jako człowieka? Jako mądrego, wrażliwego, o czułym sercu? Czy noszenie skarpetek do sandałów spływa na bezpieczeństwo narodowe? To wszystko są etykiety. Znaczki. Nalepki. Wartościowanie. Hetero skopie kota na śmierć. Gej wyda majątek na jego ratowanie. I vice versa. Jak oceniać? Wśród hetero też są zwolennicy sadomaso, pejczyków i innych zabawek. Przeciętny LGTB wiedzie nudniejsze życie niż niejeden hetero, częściej na przykład ściera kurze i ma większą szajbę na to, gdzie co ma leżeć.
W Auschwitz pracowałam z gościem co to "ą, ę, bułkę przez bibułkę i martini tylko wstrząśnięte, nie zmieszane". We Wprost pracował przedtem, wielki pan redachtór. Jakoś tak wyszło w rozmowie, że jestem za pedałami. Oburzył się święcie: pani Basiu (no w pracy jestem Basia, taki life), taka inteligentna kobieta jak pani przystaje ze zboczeńcami? Z pedałami? Na moje, że idę ramię w ramię z pokrzywdzonymi, bo i ja jestem pokrzywdzona ze względu na słuch, bo ocenia się mnie pod względem kalectwa, skreślając na starcie (oddzwonimy, gdy szukałam pracy, nikt, kurwa, nie oddzwonił nigdy, no bo wiadomo, głucha to głupia), odrzekł: To inna sprawa. Głuchota to głuchota, zresztą po pani nie widać, że jest pani głucha.
Ano, nie widać.
Po pedale też nie widać. A nawet jak widać, to co? Jak zakładam aparaty widać, że ze mną coś niehalo. Do tego bryle, biust gumowy, proteza ręki i nogi, i co? Do gazu? I jednocześnie podniecanie się Vujkovicem? I Ziębą, bo zbawca ludzkości, cudotwórca? I Chodakowska, bo ona zbawicielka narodu? I ojciec Rydzyk, bo bez niego nie da się żyć? I JAROSŁAW, JAROSŁAW?
STOP.
Jeszcze trochę i wyląduję w Dziekance albo innym Kocborowie.
Więc wdałam się w pyskówkę na FB, własnie na temat LGTB, co mi się rzadko zdarza, ale kto bogatemu zabroni?
Tym bardziej, że mam do obfocenia nowy mural :)

Piękny, prawda?
Jak nie zdechnę od upału do niedzieli, to po audiencji u Alienka polecę tam :D
Bo potem czeka mnie ciężki tydzień i kto wie, czy w święto nie będę leciała do pracki.
C'est la vie.
A potem zobaczę potomków sztuk dwie naraz (mam nadzieję), no i Alienka oraz Synową.

A potem nagle, ukradkiem i znienacka już wrzesień.
Serio?
Prognozy mówią o upałach w październiku.

Na pierdoły poszłam do warzywek i... im więcej wiem, tym mniej mi się chce.
Nie, nie mam źle, ale nie zmieniam zdania: niewolnik u dobrego pana miał lepiej niż pracownik w Polsce.
A ponoć kaczka wyzdrowiała. Więc będzie się działo i będzie nieciekawie.

Dobrze, że chociaż My Shadow idzie ze mną wiernie nawet tam, gdzie cień nie daje cienia...


środa, 8 sierpnia 2018

Koszmary

miałam w nocy, że ojapierdolę, Kochany Pamiętniczku.
A że moja teściowa nieboszczka była przesądna jak cholera i zaszczepiła mi tę wiedzę tajemną, przekonana byłam, że dzień zakończy się totalną klęską.
Bo czego można spodziewać się po zjeżdżaniu w zwałach błota, rozstępujących się z mlaskiem i z wysokości przyprawiającej o rzyg, z małym dzieckiem w ramionach.
A monitorek spuchł jak bania, więc ajfonika traktowałam jak zgniłe jajo, na zasadzie - wybuchnie - nie wybuchnie, ryzyk fizyk.
W pracy otworzyłam czat dla iCliniki i z kimś mile pogawędziłam, umawiając się na popołudnie.
Aliści, wbrew obietnicom, zaklęciom i jakboganoga nic nie było, stwierdziłam, że rzucam tę robotę. Co też wprawiło w zachwyt redachtorów, bo powiedziałam, że wrócę koło 12. Zaklinali się na swoje życie, że o 12 to tak, tak, będzie.
No to pojechałam do iCliniki. Jako, że w wiosce wszystko jeździ po trasie zmienionej, trasą zmienioną dotarłam na Ratajczaka od dupy strony, bo musiałam przedrzeć się przez skrzyżowanie ze Świętym Marcinem. A tam, olaboga, jakbym była na planie Mad Maxa i o mało nie rozjechała mnie wywrotka, sztuk jeden, furgony sztuk dwa, a i jakaś kopareczka się przymierzała, zresztą maszyny polowały na wszystkich przechodniów, na dociepkę siejąc tumany piaseczku.
iClinica znajduje się dokładnie naprzeciw mojej Alma Mater, czyli Biblioteki Uniwersyteckiej, gdziem lat cztery nauki tajemne pobierała.
Pan obadał ajfonika i zatroskany rzekł, że płytę główną też muszą przebadać, bo kiepsko to wygląda.  Zlekceważył natomiast przycisk home, mówiąc, że pewno wystarczy go oczyścić. A, i folijki nie radził zmieniać, a przed samym spaniem znalazłam wczoraj folijkę. Pogawędziliśmy o ajfoniku i rzekł, że jak będę chciała go sprzedać (bo wspomniałam, że wielkiego remontu nie chcę robić, bo chcę nowego ajfonika)... i tu mu przerwałam oburzona: sprzedać? Prędzej to podłe dziecko od ajfona bym sprzedała, jak mój telefonik. Już dawno nikt się tak ze mnie nie śmiał. I na serio, zupełnie nie rozumiem z czego, bo jak można ajfonika sprzedać? Takiego kochanego...
Wróciłam do pracy, a wyglądałam jak upiór dzienny, bo grzało i grzało, a cienia nie było.
Od tego upału pomerdało mi się wszystko, a potem zmarzłam w klimie i popierdoliło mnie do reszty. Wygło mi się, jak ten monitorek i po dwóch godzinach czekania i nicnierobienia powiedziałam basta i...  Zapomniałam, że w zakładzie powiedziałam, że pracuję do 15 i wyniosłam się z pracy o 13.
Ajfonik jeszcze był niezrobiony, powiedzieli, że po 16.
Postanowiłam pojechać do domu, ale przypomniało mi się, gdy czekałam na autobus, że w domu nie ma prądu, więc... Włazić w ten upał na moje piętro, masakryczne. A i bez kompika i wiatraczka palma mi odbije. Autobus nie nadjeżdżał, a poprzedni mi przed nosem uciekł. Ale nadjechał jadący do mojej pracy, więc weń wskoczyłam. I zaraz pożałowałam, bo okna gwoździami zabite, a klima nie działa. Ledwo żywa dojechałam do pracy, gdzie się na mój widok przeżegnali i zaczęli egzorcyzmy odprawiać. Włączyłam klimę, opiłam się wody, bo kibelek rzut beretem i znów byłam jak leluja.
A i okazało się, że jak poszłam, to rzucili się do pracy, więc dobrze, że wróciłam, ogarnęłam bajzel.
I po raz trzeci pojechałam do iCliniki. Bez ajfonika czułam się jak pijane dziecko we mgle - ani godziny, ani znaleźć słówko, które w podskokach spieprzyło z pamięci, ani wiadomości do Inżyniera wysłać.
Przejebane.
Bimba znów bez klimy, ale oj tam, oj tam.
Dojechałam.
15 minut w kolejce.
I jest, jest, żyje mój ajfonik. I śmiga, home działa :)
Dobra firma, nie zmienili mi home, nie dopisali do rachunku, a mogli, kto by im udowodnił, że to nie było konieczne?
Pół roku gwarancji i 139 zł. Warto było. Nie muszę nowego na gwałt kupować, nic nie powinno się dziać.
Na Aquanecie po 18 było 36,2. Po 18!
W domu 26, więc nieźle. Ale otworzyłam wszystko na przestrzał, wieje wiaterek.
Wyprałam wszystko, co miałam na sobie, nie ma innej opcji.

Na dziś propozycje kiszonek z ekosklepu, może komuś przypadnie do gustu.
Ja zabiorę się za nie  po zamknięciu, teraz nie mam czasu.
I dowiedziałam się dziś, że mam zjazd z okazji 45-lecia matury. Nie jadę. Sama balanga w knajpie 150 zł, plus dojazd, hotel i taksówka, bo knajpa za miastem, tam gdzie mieliśmy bal maturalny. W K.jest drogo, wiem, bo Inżynier był tam na weselu. A skoro z ludźmi - z nielicznymi wyjątkami, w sumie z jednym wyjątkiem nie mam żadnego kontaktu od 45 lat, to jaki to ma cel? Tym bardziej, że wyjątku nie będzie, bo pracuje w Reichu i nie ma urlopu.  Data też niefortunna, bo tydzień później musiałabym jechać na groby. A tak będę w samym środku pracowego piekiełka. Większość z moich ekskolegów to zwolennicy PiS. To w co ja mam się bawić i grubą kasę wydawać?
Dziękuję, postoję :P

wtorek, 7 sierpnia 2018

Ajfonkowi

się monitorek wygł, Kochany Pamiętniczku.
Inżynier ostrzegał, że bateria tak może zrobić i mówił od dawna o wymianie baterii, ale olałam, Chyba sama dobiłam Ajfonika, nosząc go w te upały w kieszeni spodni. Najpierw z leksza mu się wygło z jednej strony, a dziś z drugiej, że hohoho :)
Przestraszyłam się, no bo wiadomo, taka bateria to i wybuchnąć może. A nie chciałam wymieniać, bo we wrześniu chcę kupić nowy, a mam czekać do września, bo Apple daje wtedy nowe rzeczy. Nie chcę tych nowych cudów wianków, chcę SE, ale za to z dużą pamięcią.
Nie jest taki drogi.
W sumie telefon nie jest mi do niczego potrzebny, no ale kwestia nałogu już :)
Sprawdziłam, wymiana baterii stówa, ale to niedużo w sumie, może jeszcze home wymienię, zobaczę.
No ale jest ryzyko, że wszystko pójdzie w pizdu. Więc backoup, którego nigdy nie robię. Nigdzie (niedobrze).
Męczę się i męczę, a cholerstwo nie chce się zbackoupować. Miałam to zrobić na nowym kompie, ale dupa. Grzebię w bebechach i... Ajfonik zapisany na starym kompie jest. Więc sruu do starego, a ten wieki nieruszany, więc się - ojapierdolę - aktualizuje.
Potem pełznie jak żółw.
Potem się wiesza,
Potem mu coś nie pasuje.
Potem, nosz, ruszyło, ale się wlecze.
Ponoć ten backoup jest, ale ja go nie widzę, W ogóle nic nie widzę, bo na iTunes nic nie ma, zresztą tę szczątkową muzę, co mam na nim to psim swędem zgrałam, bo tak, bo ustrojstwa ze sobą nie pracują za Chiny Ludowe.
Inżynier twierdzi, że jak coś to ściągnie tego backoupa, a że będzie za niedługo to zaryzykuję i jak się jutro uda zamknąć tę nową fuchę, to polecę po nową baterię :)
Jak się będzie dobrze sprawować, to może zrezygnuje z nowego, bo w sumie na co mi? Przez 5 lat chodzi toto jak złoto, tylko raz mi upadł.
Ale do brzegu. Stwierdziłam, że może folijkę nową mi nakleją. Folijkę mam, bo od Barana wycyganiłam.
Ale gdzie jest folijka?
Tego nawet Miśki nie wiedzą. Wiem, że przywiozłam ją z powrotem z UK, bo Inżynier nie chciał jej założyć, bo sierść kotów, a tu nie było czasu, no ale GDZIE jest folijka?
Tym sposobem mam stertę pierdalników przebraną.
Torba papierów do spalenia (może ktoś w pracy ma piec i dam, choć z duszą na ramieniu, że wywali po drodze, a nie spali), karton od wentylatora pełen ubitej makulatury, papier od emerytury gotowy na styczeń do AR, ale folijki ni chuja nie ma.
Za to znalazły się baterie, których szukałam przedwczoraj.

I

 taki świstek. To ogłoszenie znalazłam w Dzienniku Poznańskim i poszłam na rozmowę, wkurwiona gadaniem teściowej, że co tam moje wykształcenie, że w domu siedzę i nic nie robię, że do niczego się nie nadaję. To był 1992 rok, Ten kawałek papieru zmienił moje życie. Takie pierdoły mam :)
 A w torebce z rachunkami sprzed roku w jednym z nich leżały dwie dychy :) Jeszcze ważne, bo kasy sprzed denominacji też trochę mam na stanie :)

Powoli zaczynam ogarnianie tej kuwety, znudziły mi się seriale, potrzebuję odskoczni.
Zatem będą nowe znaleziska, już są, ale nie chciało mi się focić, bo za ciemno było, a nie chcę włączać światła, bo komary wlecą...

A teraz trzy dni afrykańskich upałów.
A żyć trzeba :)

A, Kierownik Budowy dziś po te grabie wleciała, coraz  z nim gorzej.  Pieprzył jak potłuczony o technikach relaksacji. Ojapierdolę. Coraz ciężej i ciężej. Już zwykłe piwo czy inna wyskokówka nie wystarcza do relaksu, trzeba mózg wałkować. Masakra :)

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Obudziłam się

dziś rano zziębnięta z leksza, Kochany Pamiętniczku :)
Ale jak ktoś sypia saute, to ma :)
Nagle się w nocy ochłodziło, a u mnie wszystko otwarte jak szeroko. No ale poczułam się, jakbym była w siódmym niebie.
I poooooszło wszytko piorunem,  z pieśnią na ustach i w podskokach i z przytupem oraz półobrotem. Jakby mi te trzydzieści, co tam trzydzieści, czterdzieści pięć lat ubyło :)
Postanowiłam, że skoro nikt mnie nie rozpieszcza, rozpieszczę się sama i zrobiłam sobie tylko domowe śniadanie, pracowe kupiłam już w sklepie. Wiem, rozrzutność, ale pierdolę, nie robię. Jak kupie sałatę, to zanim ją na kanapki zużyję, zdąży mi zwiędnąć albo i zgnić.
W piątek kupiłam na "moim" (!) straganie kalafiora. Przy stoisku woniało mi nieświeżym nieboszczykiem, ale zwaliłam to na panujące upały i pobliskie śmietniki. Kupiłam kalafiora i wsadziłam do lodówki. Wieczorem wydawało mi się, że czuję nieświeżego nieboszczyka z lodówki, ale sobie mówię, że jednak tego guza na mózgu mam, skoro znów głupie zapachy czuję. Rano w sobotę z lodówki smród buchnął, więc stwierdziłam, że tak szybko ten guz mi się nie rozwija i zaczęłam myć lodówkę, nijak nie mogąc dojść źródła nieboszczyka.
Szufladki na końcu, coś mnie tknęło, leżały w nich ogórki, a na nich kalafiorek. No i sru,  poślizgnął mi się w dłoni, a pod łodygą masakra...
Nie, to nie od Pana Pomidorkowego. Stragan ten przez laty prowadził jeden gość. Od dwóch lat widzę go z doskoku, sprzedaje teraz jego żona i  parę innych osób, mało rozgarniętych. Mają w miarę tanio, ale ostatnio coraz gorszy towar. Przejechałam się już na kilku produktach, ale ten kalafior był gwoździem do trumny. Nie, nie pójdę reklamować, bo po co? Nie zbawi mnie te 5 zł. Po prostu przestanę u nich kupować. Musieli wiedzieć, że coś im padło, bo śmierdziało. No nic :)
I tak za około 5 zł mam co dzień inną kanapkę i nic się nie marnuje, więc przynajmniej w dni pracujące przy tych upałach zaszaleję.
I podopieszczam trochę siebie, bo na serio znudziło mi się robienie kanapek. Nie mam komu wysłać SMS z zamówieniem na śniadanie :P
W pracy bezhołowie, bo Boss ma urlop. Połowa ludzi też ma urlop. Nowa gazetka, co miała być gotowa raz-dwa, gotowa nie jest, miałam robić ją w 3-4 dni, a robię już drugi tydzień. I kotecki, że ojapierdolę. Jest nowy redaktor, doktor, a jakże. W sumie jest trzech redaktorów. I czytają swoje teksty po sobie, zanim je do mnie wyślą. Dwóch z nich jest doktorami. Nieważne, jakich nauk, wszystko podpisują dr. A ja, jak wiadomo, tylko kropki, przecinki, takie tam pierdoły.
No bo korekta to sobie dla przyjemności czyta, a jeszcze duże pieniądze za to chce.
Trafia dziś do mnie tekścik od pana doktora, zaczynający się od słów: Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie jako smakujesz nim się zepsujesz - parafrazując inwokację Adama Mickiewicza można te słowa odnieść do... (cytat oryginalny, print screena zapomniałam wysłać). Korekta podrapała się po łysej główce, westchnęła i zamyśliła się: pracować, czy olać. Znaczy się: powstawiać przecinki i olać, czy poprawić. No ale korekta nie ma ingerować w tekst, bo to twórczość. Podreptała więc na kaczych nóżkach do pana doktora i pyta z głupia frant, co z tym fantem zrobić? Pan doktor nie zrozumiał.
Ojaciepierdolę.
Nie zrozumiał, dlaczego chcę zmieniać autora albo cytat.
Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
Jestem ciekawa, co by mi zrobili, gdybym taki tekst w leadzie (bo to w leadzie było), puściła?
Ja rozumiem, że pan doktor z inżynierów, ale na litość boską maturę z polskiego musiał jakoś zdać :)
A Kierownik Budowy, który od dwóch tygodni odbiera ode mnie grabie zdziwiony był, że jestem tylko do 13.
A od lat wie, jaki mam cykl pracy.
Ale pierdolę, nie czekam na kogoś, kto się nie wyrabia na umówioną godzinę. On i Kierownikowa zawsze spóźniają się co najmniej o godzinę, co mnie do białej gorączki doprowadza. Teraz będę czekała tylko do niej, a potem do widzenia ślepa Genia i pisz do mnie na Berdyczów. Nawet czekanie w domu na kogoś, kto się spóźnia jest męczarnią, a co dopiero kiblowanie bez pracy w pracy.
Punktualność jest grzecznością królów i wali mnie to, że ktoś nie umie sobie czasu zorganizować.
Ja umiem :)
Tak więc o 13 pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, bez podwiązek pod ta suknią, rozkoszując się latem, letnią temperaturą, aczkolwiek wysoką, ale znośną w porównaniu z poprzednim tygodniem.
I dopieszczałam się na chama,
No bo autobus klimatyzowany, full wypas :)
Lody sobie kupiłam, ż myślą o Zmorce, ale sama zeżrę, Zmorka raz, że nie przyjedzie, dwa, że nosem pokręciła, że nie lubi. Będzie więcej dla mnie :)


 I jesień zaczęłam przyzywać. Wieczorem już coraz wcześniej ciemno, co mnie cieszy, bo za niedługo zacznie się znów światełkowanie, a światełek ci u mnie po kokardkę i kucyki i będzie bajecznie :) Zaprosiłam więc jesiennego już gościa do domu :)


 Tęsknię za tobą, Jesieni!
Z całego serca.
Za deszczem, smutkiem, nostalgią.
Za myślami o doczekaniu kolejnej wiosny (lub nie).
Za twym spokojem i zadumą.
Bo nawet jeśli jesteś gorąca, jak ostatnia miłość, to chłodniesz rano i wieczorem.
I daje się żyć.

piątek, 3 sierpnia 2018

Staram się

Kochany Pamiętniczku, ze wszystkich sił się staram.
Trzymać fason. Nie dać się. Nie zwracać uwagi na pojebańców.
Ale tak się nie da.
Dziś w redakcji zaatakował mnie, no może nie dosłownie, ale majestatycznie i z wielką emfazą zwrócił mi uwagę na literówkę w JEGO artykule szef działu internetowego.
Podkreślił, że ja się czepiam, jak na stronie internetowej są błędy, a tu sama puściłam.
Ojapierdolę.
Nie czepiałam się, po prostu powiedziałam, że jest brzydki błąd na stronie i trzeba go poprawić, że nie mam dojścia do panelu administracyjnego. W tytule był.
Czyli dobry uczynek został ukarany.
Gdybym chciała poprawiać wszystkie błędy na stronie internetowej, miałabym dodatkowy etat. Facet w papierowej gazecie pisze raz na ruski rok, w ostatniej chwili.
Nie ma wydruku, nie wiadomo, czy to moja wina. Ale niech mi będzie.
A zresztą lata mi to wkoło dupy. Tyle że nie kalafiorem, a dlaczego, wyjaśnię później.
Mam nauczkę, nie pomagać.
Strony internetowej nie mam w zakresie pracy.
Jak i dodatku budowlanego, który odkryłam przypadkowo. Około 50 stron, znaczy się, dla mnie dodatkowe 100.
Minął tydzień mojej pracy, a ja mam może z 10 stron z ponad 200. I to po pierwszej, nie po drugiej korekcie.
W pracy pustki.
Wszyscy na urlopach.
Więc ja będę silna, zwarta gotowa, na zrobienie 400 stron w cztery dni :P
No i literówka, skaranie boskie i jak tak można.
Kocham swój zawód i jednocześnie go nienawidzę. Po tylu latach powinnam mieć wyjebane.
I mam.
Ale i tak przeżywam, jak mrówka okres za każdym razem.
Jedyne, co mnie trzyma przy życiu to fakt, że nie puściłam nigdy błędu ortograficznego :)
Szczęściara ze mnie, co nie?
Bo koleżance w tytule poszła "sfastyka". I nikt kurde, nie zauważył, oprócz mnie, ale ja nie z tych, co latają kablować. Obśmiałam się wtedy jak norka. Moja była szefowa, włascicielka firmy, polonistka nota bene (nota bene piszemy po łacinie jako dwa słowa, wersja polska jest notabene, tak, tak zwykły zjadacz chleba tego nie wie) odesłała mi kiedyś tekst na wydruku, zakreślony i z napisem "inną trzcionką". Zaś kierownik z Auschwitz w ramach rozgrywek personalnych też podesłał mi tekst z napisem: proszę jeszcze raz przeczytać artykół. Chyba gdzieś mam nawet ten karteluszek :) Nie było wtedy telefonów, bo sfociłabym.
Ale atmosfera nieciekawa, bo wszyscy nabuntowani, że jak niewolnicy.... A spuszczę zasłonę milczenia, bo chuj wie, kto to czyta.
Ale polemizowałabym z tym niewolnictwem.
Perspektywa niewolnictwa przez "Chatę wuja Toma" jest nieco wypaczona.
Bo... Niewolnik kosztował pana duże pieniądze, więc poza przypadkami, kiedy panu szajba odbiła, niewolnik miał gdzie mieszkać, co jeść, opiekę lekarską miał, rachunkami nie musiał sobie głowy zawracać.
Wiem, wiem, obrazoburcze to, co piszę. Nie miał wolności.
Ale życie nauczyło mnie, że nie ma wolności od, jest tylko wolność do.
Wolność wyboru.
Mogę więc wybrać, czy mam wyjebane i nie będzie mi dane, wyląduję, nie płacąc rachunków, zbierając puszki na śmietnikach, czy mam dalej zapierdalać w tym kółku.
Też mi wolność.
Z rzeczy przyjemniejszych. Chyba będę miała drugą wnuczkę. Kalafiorek (bo tym razem mamy Kalafiorka, nie Alienka) jeżeli ma siusiaka, skrzętnie go ukrywa, więc wstępna diagnoza: Kalafiorkówna nam rośnie. I oby zdrowa była i oby jej jakiegoś głupiego imienia nie dali, bo że mnie nawet nie zapytają, to mam jak w banku :P  Chociaż do Alienka się przyzwyczaiłam i nawet gdyby mu zmienili imię, pozostałby Alienkiem. Bo Alienek jest tylko jeden, tak jak Papryczek i Mała Wiedźminka najukochańsza.  Next skan za jakieś dwa tygodnie w PL. Może coś wykaże.

Rozleniwiona upałem olałam dzień gospodarczy. Będzie jutro. A ja mam wieczór z My Shadow, Radiem Pogoda i...
Nevermind :P
Coraz częściej wszystko jest nevermind (uwielbiam to słówko).
Nawet ja dla mnie.

C'est la vie :)


czwartek, 2 sierpnia 2018

Broniłam

się przed nim lata całe, Kochany Pamiętniczku.
Dziś mu uległam.
Ojapierdolę, 31 stopni w nocy w mieszkaniu mimo szeroko otwartych okien to jakaś masakryczna masakra. Trudno. Niech będzie ze mną.
Pojechałam rano po te akty urodzenia i tylko w autobusie, siedząc na moim ulubionym miejscu czułam, że żyję.
Po wyjściu z wozu znów byłam w piekle.
Nawet w cieniu nie było odrobiny ulgi.
W urzędzie klimatyzacja, ale nie zagościłam tam długo, więc znów upal i wleczenie się na tramwaj.
Na szczęście z klimą, ale siedział pod nią jakiś gość, co jarał na przystanku i w nos walił smród ćmików.
Dojechałam do pracy, a tam raj :) Klima i...
Niespodziewajka. Emilek od Bossa. Już? Jeszcze nikt nic nie zrobił i jechałam w sumie listę podpisać.
Ale najpierw polazłam do warzywek i godzinkę na pierdołach posiedziałam. Pani była zachwycona Panem Pomidorkowym z Manhattanu, u którego wywiad zrobiła wczoraj. Mam mu jeszcze fotkę na Manhattanie pstryknąć, co zamierzam uczynić jutro. A Pan się tak bał tego wywiadu. Mam nadzieję, że jest zadowolony, że się zgodził :)
No i przeprosiny od prezesa, że kasy nie było, bo jego nie było (moim zdaniem wątłe wytłumaczenia). Po południu kasa już była na koncie. OK, dobrze, że tak się skończyło.
Szybki kurs do mojego pokoiku, wyziębionego przez klimę do 18 stopni i tadam, tyle się szlajałam po pracce, że nawet mnie zauważyli i dosłali trochę robótki, i dobrze.
Ogarnęłam i dojrzewałam w chłodzie.
Sprawdziłam w necie, sugerował, że znajdę go wszędzie.
Pojechałam zatem do Saturna, bo najbliżej, a tam zonk. Puściuteńko, stoją tylko nawilżacze od najtańszych do najdroższych, ale akurat nawilżacza nie chciałam.
Klimatyzator jeden jedyny wiał aż miło, ale cena powalała. 700 zł? Nie.
I żadnego wentylatora, bo psiakrew, do wentylatora dojrzałam, jak śliwka na kompot.
No nic. Podjeżdża autobus i... już nie rusza. Spsuły się drzwi. Po 10 minutach walki kierowca oznajmił, że nie jedziemy.
Chwile później nadjeżdża drugi, okna zabetonowane, a klima nie działa.
Jeszcze bardziej dojrzewam do wentylatora, ale...
Wysiadam dwa przystanki wcześniej i pruje do AGD w Heimacie. Pan na moje pytanie, czy dobrze mi się wydaje, że miał wentylatory odrzekł, że dobrze mi się wydaje, bo ostatni dziś rano sprzedał, kiedy będą nowe nie wiadomo, taki mamy klimat. Jako że na przystanku przetrzepałam neta, wiedziałam, że nie mam co latać, bo w marketach nie ma, są w magazynie. Dostawa za 4 dni. Myślę, że nie mają żyłki do handlowania, bo w taki upał powinni  z wozów sprzedawać, w Saturnie kilka osób pytało o wentylatory.
No nic. Jeszcze stary sklep z AGD. Wchodzę, stoi duży wentylator. Pytam, czy atrapa sklepowa, czy na sprzedaż. Są na sprzedaż. Małe i duże. Niedrogie. Ale... Trzeba je samemu złożyć. Ojapierdolę, z moim talentem?
Ale kupiłam, bo raz kozie śmierć.
Jak spojrzałam post factum w lustro, to o mało na zawał nie zeszłam.
Na Halloween bym się nie musiała przebierać.
Działa.
Zostały trzy śrubki, trzy podkładki i zginęła po spadnięciu na podłogę jedna długa śrubka. I logo na przodzie nie założyłam, bo mi co rusz śrubka spieprzała, a w instrukcji nic o logo nie było, więc chuj z tym.
Działa.
Śrubki poszły do przydasiów.
Tam ich miejsce. i dobrze, że nie wzięłam stojącego, bo chyba wykorkowałabym montując.
I tak mam

Czarny, bo białych nie było, ale nieważne, jaki czort, ważne, że chłodzi. A mi chłodniej od razu na myśl o rachunku za prąd. Będzie w tym miesiącu.
I jak otworzyłam znów wszystko na przestrzał, zaczął wiaterek wiać i jest przeciąg. Pewno dlatego, że kupiłam ten pieprzony wentylator :)
Jak zawsze.
A na balkonie sierotka urosła


Rodzynek.

Na mapę patrze i żadna burza się do mnie nie wybiera.
Nosz, fuck you!