dziś rano zziębnięta z leksza, Kochany Pamiętniczku :)
Ale jak ktoś sypia saute, to ma :)
Nagle się w nocy ochłodziło, a u mnie wszystko otwarte jak szeroko. No ale poczułam się, jakbym była w siódmym niebie.
I poooooszło wszytko piorunem, z pieśnią na ustach i w podskokach i z przytupem oraz półobrotem. Jakby mi te trzydzieści, co tam trzydzieści, czterdzieści pięć lat ubyło :)
Postanowiłam, że skoro nikt mnie nie rozpieszcza, rozpieszczę się sama i zrobiłam sobie tylko domowe śniadanie, pracowe kupiłam już w sklepie. Wiem, rozrzutność, ale pierdolę, nie robię. Jak kupie sałatę, to zanim ją na kanapki zużyję, zdąży mi zwiędnąć albo i zgnić.
W piątek kupiłam na "moim" (!) straganie kalafiora. Przy stoisku woniało mi nieświeżym nieboszczykiem, ale zwaliłam to na panujące upały i pobliskie śmietniki. Kupiłam kalafiora i wsadziłam do lodówki. Wieczorem wydawało mi się, że czuję nieświeżego nieboszczyka z lodówki, ale sobie mówię, że jednak tego guza na mózgu mam, skoro znów głupie zapachy czuję. Rano w sobotę z lodówki smród buchnął, więc stwierdziłam, że tak szybko ten guz mi się nie rozwija i zaczęłam myć lodówkę, nijak nie mogąc dojść źródła nieboszczyka.
Szufladki na końcu, coś mnie tknęło, leżały w nich ogórki, a na nich kalafiorek. No i sru, poślizgnął mi się w dłoni, a pod łodygą masakra...
Nie, to nie od Pana Pomidorkowego. Stragan ten przez laty prowadził jeden gość. Od dwóch lat widzę go z doskoku, sprzedaje teraz jego żona i parę innych osób, mało rozgarniętych. Mają w miarę tanio, ale ostatnio coraz gorszy towar. Przejechałam się już na kilku produktach, ale ten kalafior był gwoździem do trumny. Nie, nie pójdę reklamować, bo po co? Nie zbawi mnie te 5 zł. Po prostu przestanę u nich kupować. Musieli wiedzieć, że coś im padło, bo śmierdziało. No nic :)
I tak za około 5 zł mam co dzień inną kanapkę i nic się nie marnuje, więc przynajmniej w dni pracujące przy tych upałach zaszaleję.
I podopieszczam trochę siebie, bo na serio znudziło mi się robienie kanapek. Nie mam komu wysłać SMS z zamówieniem na śniadanie :P
W pracy bezhołowie, bo Boss ma urlop. Połowa ludzi też ma urlop. Nowa gazetka, co miała być gotowa raz-dwa, gotowa nie jest, miałam robić ją w 3-4 dni, a robię już drugi tydzień. I kotecki, że ojapierdolę. Jest nowy redaktor, doktor, a jakże. W sumie jest trzech redaktorów. I czytają swoje teksty po sobie, zanim je do mnie wyślą. Dwóch z nich jest doktorami. Nieważne, jakich nauk, wszystko podpisują dr. A ja, jak wiadomo, tylko kropki, przecinki, takie tam pierdoły.
No bo korekta to sobie dla przyjemności czyta, a jeszcze duże pieniądze za to chce.
Trafia dziś do mnie tekścik od pana doktora, zaczynający się od słów: Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie jako smakujesz nim się zepsujesz - parafrazując inwokację Adama Mickiewicza można te słowa odnieść do... (cytat oryginalny, print screena zapomniałam wysłać). Korekta podrapała się po łysej główce, westchnęła i zamyśliła się: pracować, czy olać. Znaczy się: powstawiać przecinki i olać, czy poprawić. No ale korekta nie ma ingerować w tekst, bo to twórczość. Podreptała więc na kaczych nóżkach do pana doktora i pyta z głupia frant, co z tym fantem zrobić? Pan doktor nie zrozumiał.
Ojaciepierdolę.
Nie zrozumiał, dlaczego chcę zmieniać autora albo cytat.
Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?
Jestem ciekawa, co by mi zrobili, gdybym taki tekst w leadzie (bo to w leadzie było), puściła?
Ja rozumiem, że pan doktor z inżynierów, ale na litość boską maturę z polskiego musiał jakoś zdać :)
A Kierownik Budowy, który od dwóch tygodni odbiera ode mnie grabie zdziwiony był, że jestem tylko do 13.
A od lat wie, jaki mam cykl pracy.
Ale pierdolę, nie czekam na kogoś, kto się nie wyrabia na umówioną godzinę. On i Kierownikowa zawsze spóźniają się co najmniej o godzinę, co mnie do białej gorączki doprowadza. Teraz będę czekała tylko do niej, a potem do widzenia ślepa Genia i pisz do mnie na Berdyczów. Nawet czekanie w domu na kogoś, kto się spóźnia jest męczarnią, a co dopiero kiblowanie bez pracy w pracy.
Punktualność jest grzecznością królów i wali mnie to, że ktoś nie umie sobie czasu zorganizować.
Ja umiem :)
Tak więc o 13 pomaszerowałam w siną dal, w siną dal, bez podwiązek pod ta suknią, rozkoszując się latem, letnią temperaturą, aczkolwiek wysoką, ale znośną w porównaniu z poprzednim tygodniem.
I dopieszczałam się na chama,
No bo autobus klimatyzowany, full wypas :)
Lody sobie kupiłam, ż myślą o Zmorce, ale sama zeżrę, Zmorka raz, że nie przyjedzie, dwa, że nosem pokręciła, że nie lubi. Będzie więcej dla mnie :)
I jesień zaczęłam przyzywać. Wieczorem już coraz wcześniej ciemno, co mnie cieszy, bo za niedługo zacznie się znów światełkowanie, a światełek ci u mnie po kokardkę i kucyki i będzie bajecznie :) Zaprosiłam więc jesiennego już gościa do domu :)
Tęsknię za tobą, Jesieni!
Z całego serca.
Za deszczem, smutkiem, nostalgią.
Za myślami o doczekaniu kolejnej wiosny (lub nie).
Za twym spokojem i zadumą.
Bo nawet jeśli jesteś gorąca, jak ostatnia miłość, to chłodniesz rano i wieczorem.
I daje się żyć.
już Ci mówiłam że teraz wypadałoby żebyś to Ty wpadła na czwarte piętro bez windy , przyjadę do Ciebie jedenastego listopada na rogale i znowu poszwędamy się po mieście , poświętujemy Marcina imieniny i przyspieszymy Twoje urodziny :D a lodziksy ostatnio nie koniecznie jem , popsułam się , zajadam się borówkami zalanymi naturalnym jogurtem :D a i ostatnio Paskud kupił brokuła co też dziwnie smakował , kupił go w polo
OdpowiedzUsuńWiem, wiem, ale ja stara i niedołężna jestem, co też wiesz :) O, lody, kolacji nie jadłam :)
UsuńBez laktozy niedobre. Kocham laktozę :)
UsuńTak... Poranek byl piękny ...
OdpowiedzUsuńI wrócą takie, mam nadzieję :D
UsuńJa pierdziu, coś tam dzwoniło u pana dr.przed nazwiskiem, to sobie tak zacytował, a co, wolno mu!
OdpowiedzUsuńNo właśnie, czasami dzwoni tak, że bez aparatów słyszę :D
Usuń