piątek, 28 lutego 2020

Urlop

mam, Kochany Pamiętniczku.
We wtorek obleciałam Akademię Rolniczą i teatr. Mam więc złożone papiery tu i tam.
W środę nakarmiłam Pierworodnego po pępuszek, jak za dawnych czasów i pojechaliśmy do Posnanii, gdzie kupiłam kuchenkę gazową, którą mają zainstalować w przyszłą środę.
Następnie przeżyłam 9 godzin bez neta, bo nam światłowód ktoś uszkodził. No nie całkiem, bo uzależniona jestem  jeszcze bardziej niż od alkoholu i umiem zrobić hot spot. Tym pięknym sposobem zużyłam jakieś 3 giga z niezużywalnego neta z telefonu, co Inżyniera niezmiernie ucieszyło. Bo co roku w Orange przepada mi masa gigabajtów, jako że w mieście nie korzystam z internetu namiętnie, a gdzie nie wlezę, to mam wifi :) A tu tadam... I panów z neta mam całkiem OK, bo grzecznie mi emilkami tłumaczą jak krowie na rowie, dlaczego nie ma neta, choć reszta ma nagrane na pocztę, że nie ma, bo awaria. Wiem, bo dręczony Pierworodny dzwonił do nich...
Tak to już jest z nałogami :P
Czwartek upłynął mi na poszukiwaniu rzeczy nadającej się do oglądania i pod koniec dnia odkryłam



którego nie ma na żadnej platformie, a jest wart grzechu nie tylko ze względu na obsadę, ale i na mój ulubiony wątek - sprawy prawnicze :)
Kupiwszy w hebe ostatni żel antybakteryjny myślałam, że udało mi się jeszcze w CEFARMIE online coś kupić, ale nie.
Następnego dnia anulowano moje zamówienie. Trudno.

W piątek rano wstałam z mocnym postanowieniem ogarnięcia tej kuwety, ale nie wyszło. Wygrał serial.
Jakoś mnie to nie boli, choć niejaki wyprysk na sumieniu mam, że ja taka nieposprzątana.
Ale nic to, ogarnę to jutro, jak Scarlett :)
Grzecznie do G. się dopukałam, pytając o dodatek, ale wyśmiał mnie. Mam urlopować spokojnie dalej i się nie nudzić.
Potem poszłam do banku i tadam: wyrównali i zapłacili, czyli dalej orka na ugorze za te same pieniądze, ale nie narzekam.
Zawsze to nie jest mniej, niż było, a przede mną wolne (w zasadzie) do 11 marca :)
A jutro na Manhattanie Pan od Pomidorków ląduje z bratkami i stokrotkami...
Kocham fejsa za takie nowiny...
Czyżby już naprawdę wiosna? :)

Mam urlop, Kochany Pamiętniczku, nieprawdaż? :P

niedziela, 23 lutego 2020

Pandora


Kochany Pamiętniczku.
I wszystko jasne.
Nieważne, kto rządzi, biednym zawsze w dupę.

Jedno wiem: ja swoje już przeżyłam i na pewno nie ruszę nigdy dupy. W żadnych okolicznościach przyrody.
Tylko młodych żal. Ludzi żal. I nie ma znaczenia, że to na razie fikcja.
Wiele rzeczy wydawało się fikcją, a życie je zweryfikowało.


czwartek, 20 lutego 2020

Trzeci

numer zamknęłam, Kochany Pamiętniczku.
I warzywka po drodze, czekając do 22.20  na ostatnie materiały, w domu, ale w sumie  mam juz na wszystko wyjebane.
Rozmowa z Bossem, że ojapierdolę. OK, chciał mnie na cały etat, podnosząc półetatową pensję o... 200 zł brutto.
No, chyba kogoś pojebało.
Odpowiedziałam spokojnie, że chcę mieć kasę, którą miałam, skoro nie ma podwyżek (a ponoć nam się leci w dół) nie interesuje mnie zwiększenie etatu... 200 zł brutto więcej za pracę przez cały miesiąc...
Bo księgowość... Bo księgowość nie wie, skąd się te kwoty biorą i czy może mi je dać.
Stare pierdolenie, bo nawet już nie śpiewka.
Jeżeli Boss napisze, że księgowość ma mi zapłacić milion, to księgowość okiem nie mrugnie i zapłaci.
Bo to nie jest kasa księgowości, tylko Bossa. Nie rozumiem jak on, znając mnie, może mysleć, że jestem taką głupią cipą. I że mi się wydaje, że skoro przejął cztery (nie dwa, jak myślała) interesy to robi to za piękne oczy?
A w chuj.
Może będę miała mniej kasy, ale przecież i tak jej do grobu nie zabiorę, co nie?
Zaległe 8 dni urlopu za ubiegły rok podpisał i... A powinno być 16 po 4 godziny. O to już nie walczę,nadgodziny od lat odbieram olewając siedzenie, gdy nie ma pracy, a i tak wciąż jestem na OGROMNYM plusie :)
Jest dodatek do zrobienia w tym czasie, gdy mam urlop.
Gazetę zrobię w 6 dni, mając wyjebane na autoryzacje i stanie w kolejce.
Dodatek zrobię w ramach urlopu, ale się nie skrzywdzę, nie ma takiej opcji.
A że koledzy się napracują?
Trudno.

Z teatru dziś dostałam kolejną dawkę.
Na mojego emilka, że nie są naniesione poprawki oraz że teatr wie, że w tym okresie nie ma opcji, że dla niego pracuję, że ma błędy poza moją jurysdykcją, pani odpisała, że...musi dziś dać do drukarni, koledzy się pomęczą, ona jutro ma wolne i...

No, kurwa.

W sumie co mnie to?

Wszyscy mają wyjebane. Mam i ja...

Odbieram polecony dla Synowej...

Babcia awansowała na jej matkę.
 Kontrola z MOPR była u mnie w poniedziałek...Halo, halo, kontrolo, babcia mojej synowej to nie moja bajka... W życiu nie była u mnie w mieszkaniu...
Ponieważ nie zastano mojej synowej w moim mieszkaniu, powtórna kontrola będzie w poniedziałek.
Tak się składa, że w poniedziałek nie pracuję, jednak nie mam zamiaru pilnować dzwonka, jak trafią, to opierdolę,...
A jutro emilka wyślę ze skargą do MOPR, Bo niewinna na 200% obsługuję sprawę, która mnie nijak nie dotyczy, tracąc czas.

Czas jest tym dobrem w życiu, którego nie należy trwonić.

Jest ograniczony co do ostatniej minuty.

środa, 19 lutego 2020

Ku pamięci

Kochany Pamiętniczku.
Dwa dni, kiedy na życie zostały mi tylko dziennie 2 (słownie: dwie) godziny. Tradycyjnie nikt nie widzi w tym nic dziwnego, "bo ja też siedzę". Opcja, że siedzi na własne życzenie nikogo, kurwa, nie wzrusza.
Moja sąsiadka, widząc mnie mocującą się z zamkiem, z ironicznym uśmiechem rzecze: co tak późno wracamy?
Bo, kurwa, pracujemy.
Po pijaku łatwiej otworzyć zamek, powinna o tym wiedzieć, ale ona chyba w życiu pijana nie była, taki model :)
Alienek na prośbę Synowej (bo ja prosiłam, żeby tak powiedziała, jako że ma fazę na nierobienie mu zdjęć: Alienek, uśmiechnij się dla babci, odrzekł stanowczo: No, thank you.
Zapisałam w kajeciku. Nie wybaczę, a może u wybaczę.
Cholera wie.
A dziś nieco krócej, ale się działo.
Znaczy się, do 14 nic. Ale siedziałam cicho na dupie, nie denerwując ludzi.
O 14 emilek od Bossa, że dupa w troki, bo drukarnia czeka, więc silni, zwarci gotowi, pracujemy...
Ano, pracowali, co polegało na tym, że co chwilę drzwi się uchylały i banda sępów sępiła, czy pracuję, czy gram i dlaczego ich tekst tak długo lezy odłogiem.
Pomijając, że to nawet merytorycznie nie było dopracowane, bo nazwy związków chemicznych, których ja, kurwa, nie mam prawa znać, marki, preparaty, daty były w chuj w Kosmos...
Tak, wiem, Inżynier zwrócił uwagę, żeby nie kurwować, bo dzieci powtarzają. Mniejsza z większym, nauczą się, jak nie ode mnie to gdzieś tam :)
Ogarniałam zatem, sypiąc w końcu kurwami bez krępacji, jako że co poniektórzy dziś na ciężkim kacu pracowali.
Ja nawet nie miałam gdzie piwa kupić, bo do Żabki się nie zniżę, a na stację benzynową nie dowlokę, choć to rzut beretem niby jest. 
A na dokładkę Boss znalazł dwie literówki, tragedia. Dramat. Szekspirowski.
Znalazł PRZED wysłaniem do druku, więc?
Mówię, że nadaje się do korekty i jak go zwolnią z szefowania, ma posadę jak znalazł :)
Myślałam, że jebną wszyscy ze śmiechu.
Coś tam jeszcze, idę do niego do gabinetu i... ma kolejną literówkę.
Cud, że wylewu nie dostałam, już wypowiedzenie chcę składać, ale idę, sprawdzam i...
Co ja paczę?
Sprawdza teksty złamane "na ślepo", przed jakąkolwiek korektą.
KURWA MAĆ.
A ja już jedną nogą na OIOM...

Więc drukuję tekst aktualny, niosę i mówię: konia z rzędem, jak pan znajdzie błąd...
No ja przecież żartowałem.

KURWA.
A ja ciśnienie mam chyba poza skalą.
Ale uśmiech na ustach, choć w sercu ból...
Będziemy JUTRO rozmawiali, bo ta kasa się nie zgadza.
Chce mi zwiększyć etat.
A ja w dupie mam zwiększenie etatu za 82 zł :)
Mi dobrze na tym co mam.
Zwiększy mi etat, kasy nie da oprócz tych 82 zł, a ja będę musiała w miesiącu więcej siedzieć, przynajmniej symulując pracę, a on będzie mnie wymagał na każde skinienie, a urlopu - już większego i tak nie będę miała jak odebrać.
W mordę jeża.
Trzymajcie kciuki jutro, bo nie dam się, a mogę wszystko stracić :)

On marzy, żeby wszyscy pracowali 24 godziny na dobę, bo to świadczy o zaangażowaniu.
A ja taka jakaś niepasująca.  No dobra, idealna, ale na moje, że trzeba mu w tekst powstawiać symbol "razy", a nie zwykłe x odburkuje, że się zawsze czepiam. Nie czepiam, kurwa, nie moja wina, że nie umie tego wstawić. A dla kogoś, kto dba o jakość - iks a razy robi naprawdę różnicę...
Wystarczyło dać w innym programie do poprawy, ale cóż...
Dobra, olewam.


W szparze unijnej kolejne awizo do Synowej.
Jej Tato był w MOPR, ale nie mieli czasu z nim rozmawiać. Tacy zawaleni robotą. I reszta rodzimy też dostaje nowe pisma.

Cóż rzec: kurwa mać. Machina urzędnicza wobec umieszczenia babci w domu opieki. Której nikt tam nie zamierza umieszczać.
I jak nie kurwować?

Polecony odbiorę, jak znajdę czas.
Czeka na mnie fryzjer, z dala mi się już kłania.
Kuchenka gazowa.
Akademia Rolnicza.
Teatr, nie wiem, czy mają jeszcze formularze.
Teatr nie dosłał PIT.
PIT do wypełnienia.
Co dzień mam problemy z routerem wracając z pracy, od lat tego nie miałam.
Poszłabym do kina.
Na kijki tylko z utęsknieniem patrzę.
Mam stos zaległych lektur, nie mówiąc już o serialach i filmach, aaaaa, a gazety?

No ale Arbeit macht frei.
Wiadomo od dawna. Nawet jak za tym kasa nie idzie...
Bo była literówka...

I tym optymistycznym akcentem się żegnam z tobą, Kochany Pamiętniczku :) 

Odpalam i od razu wyskakuje Inżynier...
Skype...
Bo ledwo dycha, bo to mieszkanie, bo chce wyjechać już, bo...

Mimochodem mówię, że brać na wstrzymanie. Że tego też się trzeba nauczyć. Bo spierdalał do UK tak, że w niedzielę odebrał dyplom, a w poniedziałek już był w UK.
Nie polemizowałam, nie zatrzymywałam, była swoboda.

Wiem, że mnie kocha, chociaż słowa, że wraca m.in. bo ja się starzeję wrzucam na luz i nie pękam...

Każdy jest kowalem swojego losu, nic nie żałuję.
Ale czasem wystarczyło posłuchać matki.
Nie zawsze dobrze się wychodzi na niesłuchaniu rodziców.

Ja wyszłam dobrze na słuchaniu matki, która umierając młodo, tłukąc się latami z mężem alkoholikiem, mówiła mi: ty się, dziecko, ucz, bo tego co masz w głowie, nikt ci nie zabierze. I zawsze bądź niezależna od mężczyzny. Ona zarabiała jako nauczycielka 920 zł, do dziś pamiętam, a ojciec jako kierownik w spółdzielni 2500 zł.Utrzymywała za tę kasę dom. On swoją pensję przepijał, bywało, że po wypłacie wracał do domu bez niczego. A ja nie dostałam ani akademika, ani stypendium, bo ojciec za dużo zarabiał, nie muszę chyba mówić, że nie dostawałam od niego ani grosza, bo miał już drugą żonę, która stwierdziła, że skoro jej córka poszła po maturze do pracy, to dlaczego mają mnie na studiach utrzymywać, też mogę pracować :)

A, long story.
Moje dzieci znają tę bajkę, przeżywały ją razem ze mną latami, gdy utrzymywałam nas z mojej pensji, bez grosza alimentów, bo szkoda mi było zdrowia i kasy na szarpanie się. Gdybym wystąpiła o alimenty, rodzina Eksa zadziałaby tak, że to my jemu musielibyśmy płacić alimenty :P Mieli w kieszeni całą masę prawników :)
Pierworodny był dzielny, pomagał, studiował zaocznie i pracował.
Wyjeżdżając, a właściwie wiejąc na skutek swojej głupoty przed wojskiem obiecywał: pomogę mamie dociągnąć Inżyniera.
Potem pojawiła się jak diabeł z pudełka Synowa i wszystko poszło się jebać, ale co tam :)
Inżynier też pożył po swojemu, może mądrzej, ale po swojemu, był raj i hasta manana do czasu aż pojawiła się... kolejna Synowa. Sama w pewnym momencie - jak na złość dziś przyznała oficjalnie na FB, że umie o siebie zadbać. Cenię taką bezpośredniość, albowiem czasami myślę, jaka to ze mnie zimna suka.
The bitch.
Ano :)

Jest cudnie :) Niczego nie żałuję, mam wspaniała życie, cudną rodzinę, ale może i ja któregoś dnia...
... zapragnę żyć po swojemu...

... wsiąść do pociągu byle jakiego...

... nie martwiąc się, że komuś sprawię ból.

Kusi.




poniedziałek, 17 lutego 2020

Blogowi

się coś wygło, Kochany Pamiętniczku.
Mam wyzerowaną liczbę odwiedzin, ale komentarze są.
Mniejsza z większym, nie takie świat dramaty zna :D
Jakoś tak sobota się zaplątała i niedziela też.
Inżynier mnie przyłapał, gdym na zakupy bieżyła, a skoro dziecko o nietypowej porze prosi o audiencję, to wiem, że się coś dzieje.
Wzdech, zakupy poszły w kąt. Okazało się, że Alienek został wysłany do kina z matulą i w domu panowała błoga cisza.

Kalafiorkówna, leżąca na Inżynierowskim ramieniu tylko mordkę zbananiała, westchnęła, oczki jej opadły i... zasnęła. Tak ją dźwigał, aż mu ręka omdlała, ale mówił, że jak odłoży, to się obudzi.
No musiał się wygadać, bo ta cała przeprowadzka to nim szarpie.
I ja to rozumiem.
Alienek wracał z kina i nie chciał do domu, ale jak zobaczył prze okno laptop z babcią na nim, to wprysnął i pogadał.
Cieszy mnie to, że do mnie ciągnie.
Aczkolwiek na propozycję zrobienia fotki dla mnie odparł krótko i zwięźle: no, thank you.
Trudno, ja na propozycję zrobienia mi zdjęcia reaguję brzydkim gestem, więc jesteśmy kwita :D

Moje geny.

A potem zaskoczył mnie Pierworodny, proponując inwazję na chałupkę.  No i pytam: o której, a ten: 13-14.
Nie zaprotestowałam, dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wmelili się na obiad.
Nigdy więcej.
Każę się anonsować z wyprzedzeniem.
Bo znów: to w ząbki wchodzi, to nie smakuje.
I chuj. Jestem z pokolenia, które jadło wszystko. No, prawie wszystko, bo mama nawet głodem nie zmusiła mnie do zjedzenia plędzy i kopytem.
Po wyjściu za mąż zostałam wielbicielką plędzy i kopytek.
Dziś jem wszystko, oprócz marcepanu. No, nawet marcepan zjem, ale nie jestem fanką.
Pierworodny nie lubił kalafiora i ryb. Po ożenku je wszystko, oprócz ryb.
Ich dzieci z kolei mają fantazję. To zjem, tego nie zjem, oni sami grzebią na talerzu i nie, że ja źle gotuję. Po prostu każdy z nich bebła i tyle. I zostaje masa rzeczy do wyrzucenia, co mnie wkurwia.
Bo nauczona jestem "zjadać wszystko z talerzyka, tańczyć kiedy gra muzyka".  O ile potrafię zrozumieć, choć mnie skręca, wydłubywanie pieprzu z moich zup (Zmorka wie, o czym mówię), bo uwielbiam ziarnka pieprzu sypać do zup garściami, potem wygotowane zjadam i NIC mi nie jest, a pieprz jest polecany, to odsuwanie a to tłuściejszego kawałka mięsa, a to kawałka kalafiora (kurwa, kalafior 9 zł, zielony, wypasiony, zimą, bo to łodyżka, a pani łodyżki nie tyka, tylko różyczki), to japierdolę.
I tak z talerza spora porcja .ląduje w kuble. A mięso to był schab, bez grama tłuszczu, bo się wytopił, pieczony 5 godzin w brytfannie, bez kropli wody.
Nie, sorry. Sorry, Synu, jak będziesz znów słomianym wdowcem, zapraszam na obiad, bo zjesz wszystko i animrumrasz.
A z rodziną: na kawę.
Ja np. nie piję nic do obiadu, a oni i owszem. Pytam: kawa, herbata?
Nie, muszą mieć wodę mineralną i soki.
Ja piję przegotowaną wodę z kranu i żyję i nie wiedzę powodu, dla którego mam kupować coś ekstra, zwłaszcza dla gości, którzy się sami wpraszają.
Nie mówię, było OK, ale takie drobiazgi nakręcają mnie i to zdrowo.
Pytam: następna niedziela jakieś plany?
Jadą do O.
WTF?
Przecież nogami się zapierali, że nie tam.
No ale musi wciąż przeglądać rzeczy z UK.
WTF?
Rzeczy przywieźli we wrześniu czy też październiku, prawie co tydzień są w O,
Ile oni tego nawieźli - śmiecia, bo rzeczy do segregowania po przeprowadzce to miałabym może na 2-4 dni.
MW ma 8 kurtek.Kupują jej 9. w lumpeksie, bo okazja.

Jednak nie ogarniam rzeczywistości już chyba.

A dziś 10 godzin w pracy, pracowicie, ale...spokojnie.
Jeszcze 3 dni.
A potem piekła nie ma :)

piątek, 14 lutego 2020

Walentynkowe

i fuckowe szaleństwo ogarnęło cały świat, Kochany Pamiętniczku.
Taki czas.
Ale...  Posłanka, pokazująca fucka w geście triumfu, bo wygrała "ich"opcja, kosztem - no cóż - zwykłych ludzi, rząd dał kradzione na propagandę, żeby wygrać wybory, a zabrał no komu - hołocie, bo przecież ci na dole to hołota...
Moja D., moja paskudna, wredna, ale kochana D.jest właśnie na onkologii, po operacji. Są przerzuty. Na SMS nie odpisuje. Nie odbiera też telefonów od innych. Znam obie jej córki - jedna będzie na dniach rodzić. Tego się bała, idąc na operację, że nie pomoże córce. Niestety, jej dziewczyn nie ma na FB, szukałam.
Nie wiem, jak mogę pomóc.
D. jest (bo wciąż jest, kurwa mać) zwolenniczką PiS do szpiku kości. Na mój rechot z Macierewicza o mało nie dostała zawału, więc odpuściłam, bo co będę się kopać z dobrym człowiekiem, który mi bezinteresownie życie uratował, gdy z objawami zawału dotarłam lata temu do redakcji, po otrzymaniu pisma od komornika, że mam spłacać 8 tys. długu po moim zmarłym bracie. Zmarłym ponad 10 lat temu wtedy. Dzisiaj zapłaciłabym te 8 tys. nie mrugając okiem, trudno, to tylko pieniądze. Ale wtedy stówa na miesiąc była dla mnie kwestią życia i śmierci.
Więc odpuszczałam D.politycznie, bo co ja za to mogę, że dobry człowiek ma nie po kolei w głowie?
D. wtrącała się też w życie swoich bliźniaczek z kaloszami i mnie wyzywała, że olewam dyrygowanie chłopcami, bo powinni słuchać matki.
Powinni, jak nie słuchali, trudno. Sami płacą własne rachunki. Życie.
Opierdal zbierałam też za to, że tyję. Bo ona chudnie. Że nie chodzę do lekarza bez pistoletu przy głowie.
Bo ona kolędowała za nas obie.
Że nie kupuję złota, tylko elektronikę. Bo na co komu potrzebny ajfonik, jak pierścionek na palcu z przeceny jest zajebisty? :P Bo złoty... Złoto jest w życiu ważne.
Jesteśmy naprawdę z innych planet.
I nic, teraz, kurwa nie mogę zrobić. Wszystko jest niczym.
A ukochany PiS D. właśnie przekazał 2 miliardy złotych na telewizję, zamiast na onkologię.
Kurwa, co choremu onkologicznie z pisowskiej TV?
Może i ja jakieś raczysko mam, o którym nie wiem (odpukać, profilaktykę i badania przesiewowe mam gdzieś, nie robię mammografii, innych chujów mujów, bo nie). Może i ja, mówiąca, że nie będę walczyć, jak coś spróbuję?
Nie wiem.
Mam nadzieję, że nie będę musiała decydować, że pewnego pięknego dnia po prostu pójdę w stronę słońca, w stronę słońca aż  po horyzontu kres... i wiem, bez fałszywej skromności, że paru osobom mnie zabraknie, ale cóż, każdy idzie w stronę słońca aż po horyzontu kres, zostawiając za sobą takie drobiazgi, jak nikomu niepotrzebne przydasie, które gdy na nie patrzy właściciel, zapierają w sercu dech... Marzenia, niedokończone robótki i inne takie tam... Nieprzeczytane książki, nieprzeżyte miłości.
Czasem nawet oberwanie pełną puszką piwa w łeb może być lepszym wyjściem z sytuacji, aczkolwiek, halo, halo, chcę jeszcze do memłona na chwilę przytulić tę Łajzę Alienka i tę idealną Kalafiorkównę, i usłyszeć Małowiedźmowe: nie wiem, i Papryczkowe: ja nie chcem...
Ale na to już nie mam wpływu.
Ale D., gdybyś nie była taka uparta, byłoby te 2 mld (a to fajna kwota, co nie) więcej na ratowanie Ciebie.
I ta pojebana posłanka, posyłająca fucka wszystkim chorym...

A to ja.

Stara Jędza we własnej osobie. Też wykonuję ten niecenzuralny gest. Dziś wieczorem sobie to uświadomiłam.
Mam tę fotkę na tle na FB, od lat.
Obrywałam za nią od ludzi, którzy mnie nie znają, a gdzieś tam się na nią natknęli, jak ripostowałam.
Że stara, a niekulturalna.
Że się stawia, a głupia jak but.
Nie odpowiadałam, bo po co?
Nawet Inżynierowa dziś powiedziała, że myślała, że pokazuję fuck you, bo wlazłam tam, gdzie nie wolno.
A ja po prostu wlazłam na wieżę Merlina, ponad 380 stopni, po schodach tak wąskich, że mi się dupa na zakręcie nie mieściła, zdechłam na szczycie, czołgając się i czując, że zaraz zlecę i nawet krajobraz mnie nie zachwycał, bo miałam wrażenie, że lecę w przepaść, a potem zlazłam. Przede mną lazł Baran, szparag, trzech Baranów mieściłoby się na tych schodach lekko i cykał fotki... Na chama je cykał, a miał dobry aparat, więc gdy wylazłam z tej pułapki pokazałam mu to, na co uczciwie zapracował :) Wiedział, Skubany, że nienawidzę fotek, a co dopiero po takiej łazędze.
Przeżył, i nawet mi manta nie spuścił :P
I się nie fochnął za obrazę Baraniego majestatu...

Czasami myślę, o ile prostsze byłoby życie, gdyby ludzie uświadomili sobie, że na tamten świat - jaki by on nie był - pójdą z gołą dupą.

Nie wiem, czy ktoś nas tam oceni, czy nie, ale sądzę, że warto nie pluć rano na lusterko, myjąc zęby czy goląc się.
Może jestem megalomanką, ale mój fuck jest słodki i fajny. Dlatego nie zmienię zdjęcia w tle, bo jestem na nim  młoda, piękna i szczęśliwa, mimo że na pozór niezbyt dobrze wychowana :D Ale to jak pisałam - inna bajka :)






środa, 12 lutego 2020

Nie do wiary

Kochany Pamiętniczku, jaki dziś spokojny dzień.
A wczoraj, ojapierdolę.
Po wyjściu z pracy złapałam piątkę, a że piździło tak, że w zimowym płaszczu mnie podwiewało postanowiłam, że pojade prosto do domu.
Przesiadam się na skrzyżowaniu, wysiadam z tramwaju, idę spokojnie, a tu nagle koło głowy przelatuje mi puszka z piwem (pełna, jak się później okazało), ledwo zdążyłam się uchylić, puszka walnęła w tył tramwaju i rozprysła się na torach. A kretyn, rzucający tą puszką miał jeszcze w ręku dwie kolejne.
Wprawdzie był to VIP, no ale osobiście byłoby mi szkoda każdego piwa, na które byłoby mnie stać.
Rzucał, bo mu tramwaj sprzed nosa uciekł.
Aniele Stróżu, mój piękny, thank you, że znowu kręciłeś się w okolicy. Do domu dojechałam roztrzęsiona, oczami duszy wizualizując sobie trafienie puszką w mój stary, siwy, na pół łysy głupi łeb :)
Wchodzę do bloku, otwieram szparę unijną, a tam awizo siedzi. Nie na mnie, ale...
Jaja jak brylanty.
Awizo na imię i nazwisko - no właśnie - kogo?
Bo mamy na stanie w rodzinie dwie takie panie - Małą Wiedźmę i żonę Inżyniera. Obie mają to samo imię, no i nazwisko.
Ale borze liściasty - nigdy u mnie nie mieszkały, nigdy nie były tu meldowane i nikomu nie podawaliśmy tego adresu, więc WTF?
Inżynierowa jest z Pyrkowa, jej ojciec ma tu mieszkanie, nie wiem, czy jeszcze jest u niego zameldowana. Bo ja Inżyniera nie wymeldowałam nigdy, bo nie miałam jeszcze mieszkania własnościowego i meldunek był jedynym sposobem, żeby mieszkanie dla nich zatrzymać, gdybym poszła do Abrahama na piwo. Pierworodnego wymeldowałam lata temu, jak mieliśmy policyjne naloty, żeby mogli sobie sprawdzić, że rzeczony obywatel tu nie mieszka.
Skąd więc to awizo?
Piszę do Inżynierowej, a ta, że nie ma opcji i mi nie wierzy.
Piszę do Pierworodnego i Synowej i też oczy kwadratowe robią i idą w zaparte, że to nie do MW.  Zresztą MW meldowana u dziadków w O., i o ile dobrze pamiętam akt urodzenia też stamtąd ma. Więc WTF?
No ale Pierworodny pisze, że przyjedzie z MW i pójdzie ze mną na pocztę.
Zatem o 18 popylamy na pocztę, po drodze o mało nie rozjeżdżają nas na osiedlowej drodze małolaty. Wdają się jeszcze w pyskówkę, obrzucając nas obelgami (przechodziliśmy jak najbardziej prawidłowo, oni skręcali, gdy my byliśmy już w połowie jezdni i o mało nas nie rozjechali, nieważne, w razie W byłaby ich wina, ale mi jeszcze życie miłe, więc i Pierworodnego odciągnęłam, bo się rwał, idiota, czwórka małolatów napakowanych)>
Poczta.
Oddaję awizo i grzecznie, że nie wiem, czy do synowej, czy do wnuczki, bo jakoś się nie wyróżniają niczym :) Pani tylko pyta, czy mieszkają ze mną. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, bo i tak nie sprawdzi, a ja list chcę odebrać, bo polecony to nic dobrego. Pytam tylko skąd. MOPR. No, myślę sobie, MW. Może o coś składali, może ktoś nakablował, że dziecko poniewierają (joke, nie ma opcji), odbieram.
Daję Pierworodnemu, otwiera, i zatapia się w lekturze, a mnie skręca.
Więc odbieram mu list i widzę, że zaczął studiować pierdyliard linijek z paragrafami, datami, odwołaniami itede, itepe. Noja jestem cwana gapa, rzut oka na całość i już wiem o co biega. Ale nic nie rozumiem... (rzut oka, bo ja jestem korektorką i czytam błyskawicznie).
Otóż z pisma wynika, że wnuczka będzie musiała być może łożyć na utrzymanie babci Czesławy K., przebywającej w domu opieki społecznej, blabla, bla. Utrzymanie babci kosztuje prawie 5 tys. miesięcznie i brakuje po odciągnięciu jej emerytury prawie 4 tysięcy.
I pierdyliard kwot dochodowych, paragrafów, trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Kurwa.
Kim jest Czesława K.
Bo moja wnuczka, szanowna Mała Wiedźma jako żywo nie posiada na stanie żadnej babci Czesławy K.  Babcia z O. ma na imię Justyna i nazwisko na W. Ja odpadam, bo jedyna Czesława, jaką znam, to moja macocha, ale ona miała moje nazwisku (tfuj), a poza tym nie żyje, więc jako żywo, nawet gdyby wyszła za mąż kolejny raz, to i tak MW nie miałaby z nią nic wspólnego. No i jak dziewięcioletnia dziewczyna ma płacić za dom opieki...
I nagle - olśniło mnie.
Pismo jest do żony Inżyniera. Rzeczona Czesława K. jest jej babcią, którą ja znam, a którą widziałam kilka razy w życiu. Ale do niej nikt nie mówił Czesiu, nawet jej zięć, a ojciec Inżynierowej mówi o niej zawsze babcia.
Jej nazwiska nie znałam, bo to matka matki Inżynierowej.
Ale olaboga, babcia, aczkolwiek leciwa, w latach posunięta, już po dziewięćdziesiątce, po wylewie leży w domu u zięcia i jak ją ostatnio widziałam była zachwycona, bo wnuki jej kupiły odbiornik TV, żeby mogła z łóżka oglądać TV, bo już nie daje rady popylać z balkonikiem...
No to lecę do domu i zapraszam na Skype.
I mało mnie szlag nie trafił, bo tak ze mną rozmawiali, jakby byli oburzeni, że to do mnie przyszło :P No bo ja specjalnie.
A Synowa: otworzyłaś list? Tonem karcącym.
Tak, otworzyłam, bo nie wiedzieliśmy do której z pań :)
I dobrze, bo termin był 7-dniowy, a trudno by go było dotrzymać, gdybym położyła nieodpieczętowany list na stole i go kontemplowała z należytą czcią i szacunkiem. 
Przecież to nie moja rodzina i nie moja sprawa.
Skontaktowała się z siostrą i z ojcem - oni też dostali takie pisma, ale dawno temu i olali.
Okazuje się, że kilka lat temu, jeszcze przed ślubem Inżyniera, rodzina rozważała opcje umieszczenia babci w DPS, ale rozeszło się po kościach i babcia tam nigdy nie poszła.
MOPR po paru latach się zmobilizował i zabijcie mnie, nie wiem, skąd wziął dane Inżynierowej (która wtedy, gdy to rozważali miała panieńskie nazwisko, obecnie ma mężowskie i w życiu nigdzie nie podawała mojego adresu w zestawieniu ze swoimi danymi osobowymi).
Niezbadane są drogi pierdzistołkowej biurokracji.
I nic dziwnego, że nie ma pieniędzy w systemie, skoro marnują środki na rzeczy, które nie zaistniały nawet.
Chyba już nic mnie nie zdziwi :)

Chociaż w pracy G. powiedział mi, że na Małą Wiedźmę, jako niepełnoletnią nic by nie wysłali, czepialiby się jej opiekuna prawnego, czyli rodziców.
Jak miło :P

I dlatego środa mnie tak zachwyciła, bo nic się nie działo, choć dalej piździ jak w Pucku, gdy Duda tam pojechał :P :)

poniedziałek, 10 lutego 2020

230

stron w 3 godziny, Kochany Pamiętniczku, to piękny wynik, nieprawdaż?
I nie, nie korekciłam, czytałam.
Ja, czytająca książkę dla przyjemności, koniec świata pani Popiołkowa.
A tak szukałam w Arosie Kici Koci dla Kalafiorkówny i myślę sobie, że po dwie książeczki lecieć do miasta to nie warto. 
No i tak mnie naszło, że zupełnie nie pamiętam, co było w Zapałce na zakręcie. Nigdy nie miałam tej książki na własność, to była lektura z czasów, gdy chodziło się po książki do biblioteki, kupić coś w księgarni to było jak wygrać milion w totka.
A pamiętam, że po lekturze tej książki miałam nieprzespane noce i wciąż myślałam i myślałam.
A do dziś nie pamiętałam już z niej nic, poza tym uczuciem, że bardzo ją przeżywałam, jak mrówka okres.
No to wrzucam w szukaja i jest - niecałe 15 zł.
Piękne wydanie, twarda okładka.  Nie taką pamiętam, bo okładkę pamiętam, była charakterystyczna kreska


To chyba Nasza Księgarnia taką serię wydawała. 

A moja nowa powyżej. I... Chociaż jest bardzo "smrodliwa dydaktycznie" nie jest głupia i jest ponadczasowa. Inaczej odbierałam ją jako nastolatka, zafascynowana wątkiem miłosnym i perypetiami bohaterów.
Inaczej odbieram ją dziś, jako stara kobieta, z bagażem doświadczenia  życiowego.
Ale są w niej prawdy, które nie tracą na znaczeniu z upływem lat.
Żeby zawsze mówić prawdę i nie bać się jej konsekwencji.

Przy okazji dowiedziałam się, że to jest trylogia, no i oczywiście z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.
Wiedziałam, że Siesicka dużo pisze, ale... ugrzęzłam w innych sprawach, wtedy ważnych i nie trafiłam na wiele z jej książek, jako że już nie chodziłam do półek z literaturą młodzieżowa, zajęta byciem matką Polką.
Zamierzam ten błąd naprawić, bo chyba dziecinnieję. Nie mogę przebrnąć przez pól książki naszej szacownej noblistki, ale takie czytadła wciągam bez oporów.
No, ale kto bogatemu zabroni?
Jakie to piękne wrócić do świata,w  którym człowiek jest młody, nie męczy go wchodzenie po schodach, a na widok TEJ osoby ma motyle w brzuchu.
I nie, nie żałuję, że u mnie czas motyli już za mną.
Żałuję - o dziwo - czasu bycia z ludźmi.
Ja, która z nimi być nie za bardzo lubię.
Ale bycia tak naprawdę, nie po drugiej stronie światłowodu, bez umawiania się jak na bal do Elżuni, bez smartfonów i SMS.
Bez wiecznie włączonego wszędzie odbiornika TV i informowania mnie, że teraz mam poczekać, bo on właśnie rozmawia ze swoim ojcem, który jest gejem...
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka,  seriale mam na kompie i namiętnie oglądam je w samotności, nie zanudzając nikogo historiami samotnych ojców gejów. Dzieci do dziś wypominają mi, że 19.30 była godziną świętą, ale... Nie było wtedy Internetu i wiadomości nie rozchodziły się błyskawicznie, a mój zawód wymagał wtedy bycia na bieżąco ze wszystkim, pracowałam w gazecie codziennej.
Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, spotykając się z kimś nie lecę jak oszalała do telefonu, gdy dzwoni i nie mówię, że muszę odebrać. I nie odpowiadam ani na SMS, ani na MSG.
Telefonu nie ma, jest człowiek i on jest ważny.
Ten po drugiej stronie też, ale na niego przyjdzie jego czas.
I do takiego świata wracam w tych książkach.
Już się nie mogę doczekać, kiedy odbiorę książki :)

W pracy witali mnie z orkiestrą i na czerwonym dywanie, orkiestra touche i wywiady na temat zdrowia.
Podziękowałam Bossowi za możliwość pracy online, bo co z tego, że mogłam nie pracować, jak chcę pracować jeszcze długo?
Ale nie poruszyłam kwestii wypłaty, bo choć jest capo di tutti capi i dla warzywek, to zielonego pojęcia nie ma o kwestiach finansowych i zanim wytłumaczyłabym mu, o co chodzi, słońce zaszłoby za borem.
Poszłam do naczelnej i aczkolwiek znów się denerwowała, jak to ona, wyjaśniła sprawę. Po prostu - tak jak myślałam - wliczyli mi to do pensji i tym pięknym sposobem oddali moje 82 zł do ZUS.
Mają wyprostować.
Zobaczymy.
Jak nie naprostują, żegnamy się z warzywkami.
82 złote tym złodziejom? To tyle wolę co miesiąc na książki wydać, lista jest długa :D 

Wichura u nas tak jakoś bez wichrzenia przeszła, u Inżyniera kubłami na śmieci się pobawiła.
Kotki są na wycugu przeszczęśliwe, albowiem nie ma tam małych dręczycieli.
Wciąż czekamy na zakończenie spraw mieszkaniowych.

Życie jest czekaniem.



czwartek, 6 lutego 2020

Dwa

tygodnie minęły, jak jeden dzień, Kochany Pamiętniczku.
Po zamknięciu rozbierało mnie jak na strip-tease, ale kto jak nie ja?
W piątek polazłam do warzywek.
A w sobotę już na dnie z honorem ległam i nawet Inżynier na Skype zakpił: mama w piżamce jeszcze?
A mama konała cicho i powoli....
W poniedziałek maszynki z zapytaniem, kiedy mnie zobaczą.
A umówieni byliśmy, kurwa, na środę.
Mam najebane w tym głupim łbie, ale sklerozy jeszcze nie mam.
Więc słodko odpisałam:  będę w środę. Jestem online.
W środę, jak ten włóczęga znad Bajkału ostatkiem sił wsiadłam do łodzi, wróć, do bimby i dojechałam.
I rzężąc, i kaszląc mówię, że jestem, ale... No mogę online. Ale maszynki z rozkoszą, że oni będą przeszczęśliwi, jak mnie w czwartek zobaczą na własne oczy, bo oczywiście, kochają mnie miłością wielką jak cały świat i żyć beze mnie nie mogą.
Na sayonara naczelny powiedział, że dostał kopa szczebel wyżej i moim nowym naczelnym będzie Boss.
Nosz, kurwa, w każdym miejscu, gdzie pracuję, Boss jest naczelny. Ojapierdolę. Ile godzin ma doba?
No nic.
W nocy miałam wrażenie, że wypluję żołądek i jelita. Kaszleć mogłam tylko na kiblu. Taki urok :)
Więc rano piszę, że sorry, ale umieram.
I nie, nie będzie radosnego seksu na mój widok.
Przyjęli do wiadomości, a ja, o dziwo, spokojnie zamknęłam wszystko online i jakoś nikt nie umarł.
Do lekarza poszłam i po raz pierwszy od lat trafiłam na kobietę z jajami i głową na karku. Powitała mnie, gdy wchodziłam do gabinetu słowami: pani SJ, witam.
Zatkało kakao. Jak żyję, żaden konował mnie tak nie witał. I była rzeczowa, bez srania w banie, zapisała leki, nie suplementy, w aptece zostawiłam niecałe 50 zł, szok.
Do badania nie kazała zdejmować stanika ani nic, nie jojczała, że tego się nie leczy antybiotykiem.
Miałam ostre zapalenie oskrzeli.
Dostałam antybiotyk osłonowo, ale przespałam dopiero noc z poniedziałku na wtorek.
Poprzednie noce dusiłam się, wypluwając płuca.
Wątroba od czosnku sterczy jak wieża Eiffla :)
Zapisać w kajeciku: zapierdalać do konowała, nie kozakować. Metody naturalne są dobre u młodych i zdrowych. Ja jestem stara, schorowana i na wykończeniu :D Chemia rządzi i wymiata :)

Ostatni raz tak chora byłam ponad 30 lat temu, gdy wprowadziliśmy się tu, a nasze osiedle to była "końcówka rurociągu" i mieszkania były niedogrzane w chuj.
Mieszkanie niesprzątane, bo siły nie miałam, zapasy wyjadałam (a mam jak na III wojnę światową).
I z leksza mnie szlag, że Pierworodny wiedząc, że matka konająca milczy.
I zonk: odzywa się Synowa. Że wyjeżdżają na weekend do O. (deklarowałam, że jak coś wezmę MW na tydzień). Czy czegoś nie potrzebuję, bo wie, że jestem chora i wleci.
Podziękowałam.
I jestem cała szczęśliwa, bo chociaż jedna Synowa JEDNAK o mnie myśli.
Nice.
W międzyczasie piszę do firmy, że  na dnie z honorem ległam. I że nie ma opcji, że w ramach - kurwa - wolnego, zrobię dodatek. Bo nawet trzy zdrowaśki w piecu mi nie pomogły, więc mają sobie szukać innej korektorki, bo... Natchnęło mnie, Bossowi do wiadomości posłałam. On jeden odpisał, że absolutnie zabrania nawet na jedną zdrowaśkę do pieca i pyta, czy redaktorzy poradzą sobie sami, czy będą męczyć SJ.
Nie, nie poradzili sobie, męczą.
Wiedziałam o tym, no cóż.
Ale praca z domu, gdzie spokojnie oglądam film i wyskakuje mi powiadomienie, że jest emilek z pracą, gdzie jest mój kibelek, gotuje się obiad to całkiem inna bajka, jak czekanie godzinami na pracę i powrót do domu w zatłoczonej bimbie.
I zonk. Pensja. Nie ma pensji z warzywek, ale jest ojapierdolę pensja. Ale... O 82 złote mniej niż z zestawienia pensji mojej z warzywami. Warzywa przejęło z powrotem moje wydawnictwo. I znów mam problem: będę musiała iść się wykłócać. Bo nie odpuszczę tych 82 złotych. Nie, nie będę korekciła za o tyle mniejszą kwotę. Pracuję od 10 lat bez podwyżki. Miałam z warzyw na zlecenie, więc miałam te 82 zł więcej. Nie, nie miałam w ręku żadnej umowy, a i teraz nie mam. Ale wolę leżeć do góry dupą, jak pracować za mniejszą kasę.
W końcu i tak umrę, nieważne, ile zostawię na koncie.
Czeka mnie więc kolejna przepychanka z Bossem.

A, i fish and chips  kupiłam.
Namęczyłam się, żeby piekarnik włączyć.
Włączyłam.
A i tak zgasł, fish and chips zostały niedopieczone.
Rozmawiam z Inżynierem i dostaję polecenie: kupić nową kuchenkę.
Kurwa.
Co druga kuchenka w moim życiu jest do dupy. Najlepsza była wystana przez Eksa w dwutygodniowej kolejce - Ewa, na kredyt MM, w zajebistym brązowym kolorze, przeflancowaliśmy ją do bloku, bo blokową sprzedaliśmy (piekarnik był do dupy, ale wtedy wszystko schodziło na pniu).
Ta ma 6 lat i wszystko w niej pada, a ja się gazu boję, mieszkam w dziesięciopiętrowym bloku.
Nie chcę mieć na sumieniu 45 mieszkań.
I nie, nie kupię płyty indukcyjnej ani nic na prąd, bo za gaz, odkąd tu mieszkam płacę... 8 zł.
Nie mam licznika :)
Nowa kuchenka - w granicach 1000 zł.
O tyle mniej wypiję alkoholu.
A drożeje wszystko tak, że ojapierdolę.
JA SPRAWDZAM paragony.
Nie robiłam tego, odkąd Inżynier wyjechał i żyłam beztrosko, nie myśląc o jutrze.
Włoszczyzna na targu - 4,50 (jprdl, zawsze zimą była po 1,50), w Biedrze 5,99.

Od Zmorencji przyszła kartka z sanatorium, nie jest wniebowzięta tym wyjazdem.
No nie dziwię się :)

Sikora buduje nowy dom...

Kierownik Budowy zostanie latem ojcem po raz drugi...

Jebane sierściuchy z W. dojechały do Lubonia, uciekając przed Brexitem. Kiblują u szwagierki Inżyniera...

A Inżynier skręca się, sprzedając chatę, ma już zagwarantowaną pracę w dotychczasowej firmie (ta nasza rodzinna wierność) w naszej wiosce.

Dzieje się, w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie...

I oby w maju zawitała dla naszej ojczyzny majowa jutrzenka....



A mnie kołysze



Niech prowadzi mnie tam dobry los...