Kochany Pamiętniczku, tak jakby nowy rozdział i chyba mnie do reszty pojebało, ale co tam...
Pierwszy zlądował Pierworodny z Małą Wiedźmą, cudną i niedopodrobienia.
Za chwilę pojawił się Inżynier z Alienkiem.
Żadne z dzieci nie płakało za rodzicielami, zaczęła się jazda bez trzymanki :)
MW, wiadomo, idealna w obsłudze, ale że Alienek, który nic nie je, bez grymaszenia zeżarł pól rogala z makiem (sam go sobie przywiózł) z MOJĄ nutellą z zeszłego roku, znaczy się śliwki ze smażoną czekoladą i więcej nie wciągnął, to był szok.
Bo rodzice Alienka stwierdzili, że dzieci (oba) tego kijem od szczotki nie tkną, no cóż, u mnie poszedł cały słoiczek w dwa dni.
A potem były od razu tańce, hulanki swawola i ostry seks...
... znaczy się, okazało się, że nie mamy ostrzytka nietępego (znalezione już po kupieniu ostrego, w tym domu ostrzytek jest więcej niż ja mam kłaków na głowie, ale gdzie one są?) ani ołówka (znalazły się post factum, ołówków ci u nas dostatek).
Wreszcie. Nieznający się znający od lat kuzyni załapali nadawanie na tych samych falach i szło jak z płatka...
Dwa razy "Za wysoko wróbel skakał..." i Alienek poszedł w objęcia Morfeusza, z błogim uśmiechem na ust koralach (inna bajka spanie z takim gadem na jednej małżeńskiej kanapie, nic się nie zmieniło od noclegów przed 3 laty, gdy na Kalafiorkównę czekaliśmy, ale mniejsza z większym).
Akcja Kąpanie MW (mama jej głowę umyje, widać, że tego potrzebuje, serio, wzdech, na zakończenie roku szkolnego z takim tłuszczem na kłakach poszła, na wzmiankę o myciu oczy w słup i trup, przed samą kąpielą popłoch: ma babcia podpaski, serio, 67-letnia baba ma podpaski, miałam jakieś 57, gdy zapytali mnie, jadąc do mnie, czy mam pampersy, SMS zapytali, na co złośliwie odpisałam, że jeszcze ich nie muszę nosić, no nic, historia kołem się toczy)...
MW nie ma też: szczoteczki do zębów, grzebienia, ładowarek i kabli, babcine nie pasują, bo babcia jabłkowa jest (a włosy ma jak gęsty łan dojrzałego zboża, rozczesać je to problem, no ale babcia ma zapas i szczoteczek, i grzebieni, stać ją na to, nie jest to wina dziecka, bo 12-latka to dziecko, ale pojebanych rodziców). SMS do Pierworodnego, ma dostarczyć.
Umyte oba, wypachnione, noc przespana na raty, ale oj tam, oj tam...
Pobudka o 5 - moja, bo wiadomo, kibelek, takie tam, a okazuje się, że MW nocy nie przespała w apartamentach przygotowanych na jej cześć, więc miziam, tulę, ogarniam.
Alienek też domaga się pieszczot i o mało mnie nie zadusza - nieodrodny syn Inżyniera, ale o 1000% słodszy od niego (dobrze, że Inżynier o tym nie wie) :)
Więc w transie: śniadanie dla obojga, na szczęście jedzą jajecznicę bez animrumrania, więc luz i hasta manana, potem już z górki i ruszamy na zakupy, bo w piątek pracowałam do 13, więc z Manhattanu dupa.
Ruszamy. Alienek z początku zachwycony i w siódmym niebie
Już kiedyś Papryczek był tak pełen entuzjazmu, ale mu przeszło i to szybko :)
Na targu kłopoty, bo IS Alienka nie idzie w parze z tłumami, więc migusiem, akcja z Pierworodnym, niosącym niezabrane rzeczy, a robiącym zakupy na Manhattanie, zakończona (NIBY) sukcesem. A, doniósł kable, podpaski, ale o lekach zapomniał (nie informują mnie). Akcja kupno lodów i pierogów zakończona klęską dla mojego portfela. Nikt nie patrzy na ceny, wiadomo, ja płacę, więc wychodzę lżejsza o 70 zł, z niechętną miną pani, która dotąd ze mną zawsze miło gadała, bo Pierworodny, jak to on, rozdarł się na całe gardło, a Alienek nie mógł się zdecydować, jakie lody chce, bo nazwy to dla niego magia, a są schowane w pojemnikach i nie widać, jak wyglądają. Na całe szczęście zjadł obie kulki, kulka 5 zł...
Kurwa...
Wracamy do domu, Pierworodny z nami, bo ma po drodze przystanek. Idziemy alejką, Pierworodny gawędzi z MW po angielsku, bo tak mają, że sobie tak gadają czasem, żeby języka nie zapomniała, ja walczę o coś z Alienkiem, gdy wtem z ławki zrywa się dziadyga i bluzga tak, że MW nie może długo dojść do siebie, dobrze, że udaje mi się syna odciągnąć od rękoczynów. Pan, niezadowolony, że słyszy obcy język, każe się jebanym Ukrom wynosić do Donbasu, bo Polska dla Polaków.
Nie umiem wytłumaczyć MW, dlaczego gość nie rozróżnia ukraińskiego od angielskiego, pomijając, że i mój syn, i wnuczka są rdzennymi Polakami, aczkolwiek MW urodziła się w UK, no, kretyni nie załatwili jej obywatelstwa...
Ale potem
Idealnie, co nie?
Bańkami się bawili, a ja udawałam, że nie zdycham. No i nie zdechłam :)
Resztę dnia sponsoruje walka z Alienkiem, który zanabył (na resztę
spuszczamy zasłonę milczenia) w Biedronce całe 200 gramów żelek i
odmówił zjedzenia pierogów, zamawiając zupę, na którą nie było
materiałów (przez IS Alienka nie stanęliśmy w kolejce po włoszczyznę, a
zapasów nie było), twierdząc, że jego rodzice dają mu tyle żelków, ile
sobie zamarzy, ewentualnie zje kaszę, z łaski swojej.
Kaszę gotowałam jak w transie, ale okazało się, że w kaszy nie może być nic, a że to był pęczak z warzywami, więc pracowicie wydłubywał warzywa na osobny talerzyk, a potem odstawiałam cyrk, łyżeczka za...
Po raz pierwszy w życiu. A wychowałam dwójkę chłopów na schwał :)
Pod wieczór MW zmizerniała, pod oczami pojawiły jej się sine kręgi i mówiła, że źle się czuje.
Napisałam więc do Pierworodnego, że sorry Winnetou, ale chcę mieć leki dla niej.
Przyjechali, a jakże, pod wieczór, całą bandą. Na scenę wkroczyła matka stulecia. Rzuciła się na MW, odziewając ją w ciuchy zdobyte na wyprzedażach w marketach, w tym w koszulkę z wyboru Pierworodnego (są siebie warci) z Mandalorian. Znając MW, nie jest to jej wybór ani opcja. Kurwa. Puszkę piguł przynieśli.
Otworzyłam, przeglądam. Dziecko się zwija z bólu, więc pytam, co powinna zażyć. Nie jestem lekarzem, a dziesięcioletnia praca w wydawnictwie medycznym NIE upoważnia mnie do podawania leków.
_ Ona sama wie.
Serio, kurwa?
Puszka z lekami podawanymi w ostrej fazie schizofrenii w rękach dwunastolatki cierpiącej na chujwico, przebadanej na wszystkie możliwe sposoby (pytałam: zdiagnozowali cię na psychiatrii, odpowiedziała, że zapisali leki, no dobra, kurwa, rispolept na spanie, ale nie wzięła go, nie spała całą noc, cierpiąc, nie budząc mnie, bo NIE WIEDZIAŁA CZY JEJ NIE OCHRZANIĘ JAK MAMA)... Matka, KURWA, odzywająca się w tym momencie i mówiąca, że ona też cierpi (CIERP, CHUJ CI W PLECY, BO W DUPĘ BYŚ MOŻE PRZYJEMNOŚĆ MIAŁA), niby ją tuląca, ale wrzeszczy, że Pierworodny ma jej dać tabletki i nagle do mnie: a może masz paracetamol albo ibuprom? Serio, kurwa, leki z mojej apteki, i nie, kurwa, nie używam paracetamolu, mam tylko apap (to też paracetamol), który kupiłam po szczepieniu, ale KURWA nie wiem, czy to dawka dla niespełna dwunastolatki.
A i olśnienie: w puszce był jakiś paracetamol, ale chyba jakiś na receptę.
KURWA I CHUJ.
A ta się pręży i wdzięczy, że schudła, a MW płacze i chce do mamy.
Oświadczam, tuląc tę łkającą, że gdyby jej się pogorszyło, nie jestem w stanie jechać i z nią, i z Alienkiem na ostry dyżur, niezmotoryzowana jestem, nie jestem jej prawnym opiekunem.
Niestety, ale z odzywek wnioskowałam, że lepiej byłoby jej ze mną.
I co ja mam kurwa, począć?
Zostałam sama z Alienkiem, wynieśliśmy się na większą kanapę, ale znów było jak zawsze. Alienek w łóżku rządził, a ja spałam na kredyt :)
A potem był ciekawy dzień, bo aczkolwiek śniadanie wciągnął bez szemrania, a i ja poranne sranie i kąpiel ogarnęłam na medal, trudno, że przekupując dinozaurami na Netflxie, ważne, że żyje, a nie kombinował na barierce na balkonie.
Południe spędził na walizce, zapakowanej po brzegi, bo i gąbkę, którą dostał do kąpieli, i po batoniku dla Kalafiorkówny i dla rodziców spakował dodatkowo
zanim mu w tym upale przeszło, nie poszliśmy nigdzie, moje nogi nie weszły w buty... Ale pomidorowa level hard go zachwyciła, a jego mama wybaczyła mi gwałt na dziecku w postaci puzzli na iPadzie, którymi był zachwycony, ale wiadomo, iPad i pięciolatek, to zbrodnia :)
Pomijając, że zmuszanie prawie siedemdziesięciolatki do noszenia aparatów słuchowych w ponadrzydziestostopniowy upał, żeby zrozumiała, co chce od niej pięciolatek z IS i z wadą wymowy to level hard ;)
Zakończony happy endem, mizianiem, ostrym seksem, przerwanym przez ojca, odbierającego swój skarb, dla którego rzeczony skarb schował w dodatkowej plastikowej siatce - i dla mamy, dla mamy też, dwa karmelki.
A. Dziadek niańczący Kalafiorkównę, zabrał ją dwa razy nad jezioro... Oberwało mu się, gorzej niż mnie za te puzzle (no w sumie mnie się za nic nie oberwało, taka licentia poetica).
Bo: Kalafiorkówna ma przedelikatną skórę. Nie miała kremu. Nie miała kostiumu. Moi osobiście martwiłam się, w sobotę, że może za gorąco, a kremu nie mam. Alienek nawet w upały chodzi w długich spodniach i nie ma innej opcji, a mnie posłuchał i poszedł w bermudach...
Jak widać, NIC NIE JEST PROSTE...
A Inżynier, odbierając rzeczonego delikwenta, wykończonego przez okrutną babcię, zaproponował mi wyprawę (no oczywiście nie bezinteresownie) do Wrocławia.
Całą bandą, więc jest opcja, że ciąg dalszy nastąpi i będzie się działo, na linii Kalafiorkówna-ja :) Bo z Alienkiem jesteśmy dogadani, zwłaszcza po tym, jak odkrył te stópki u mnie w łazience na suficie i wie, że jak coś, to chyba zło nie śpi.
Nie śpi z byle kim (ale to już jest moja wersja).
Ale...
Dobrze być.
Zaproponowało mi Inżynierostwo szalenie we Wrocku. Prędzej bym się śmierci spodziewała, mają interes w tym, a jakże, ale Wrocław...
Ma znaczące miejsce w moim życiu :)
Dzisiaj mam jedną opcję, wyśpię się i żaden najsłodszy Alienek mnie z wyra nie wywali :)
A potem niech wali się świat :)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)



.jpg)


.jpg)





.jpg)






.jpg)
.jpg)








