niedziela, 26 czerwca 2022

Zaskoczenie

 Kochany Pamiętniczku, tak jakby nowy rozdział i chyba mnie do reszty pojebało, ale co tam...

Pierwszy zlądował Pierworodny z Małą Wiedźmą, cudną i niedopodrobienia.

Za chwilę pojawił się Inżynier z Alienkiem.

Żadne z dzieci nie płakało za rodzicielami, zaczęła się jazda bez trzymanki :)

MW, wiadomo, idealna w obsłudze, ale że Alienek, który nic nie je, bez grymaszenia zeżarł pól rogala z makiem (sam go sobie przywiózł) z MOJĄ nutellą z zeszłego roku, znaczy się śliwki ze smażoną czekoladą i więcej nie wciągnął, to był szok.

Bo rodzice Alienka stwierdzili, że dzieci (oba) tego kijem od szczotki nie tkną, no cóż, u mnie poszedł cały słoiczek w dwa dni.

A potem były od razu tańce, hulanki swawola i ostry seks...


... znaczy się, okazało się, że nie mamy ostrzytka nietępego (znalezione już po kupieniu ostrego, w tym domu ostrzytek jest więcej niż ja mam kłaków na głowie, ale gdzie one są?) ani ołówka (znalazły się post factum, ołówków ci u nas dostatek).

Wreszcie. Nieznający się znający od lat kuzyni załapali nadawanie na tych samych falach i szło jak z płatka...

Dwa razy "Za wysoko wróbel skakał..." i Alienek poszedł w objęcia Morfeusza, z błogim uśmiechem na ust koralach (inna bajka spanie z takim gadem na jednej małżeńskiej kanapie, nic się nie zmieniło od noclegów przed 3 laty, gdy na Kalafiorkównę czekaliśmy, ale mniejsza z większym).

Akcja Kąpanie MW (mama jej głowę umyje, widać, że tego potrzebuje, serio, wzdech, na zakończenie roku szkolnego z takim tłuszczem na kłakach poszła, na wzmiankę o myciu oczy w słup i trup, przed samą kąpielą popłoch: ma babcia podpaski, serio, 67-letnia baba ma podpaski, miałam jakieś 57, gdy zapytali mnie, jadąc do mnie, czy mam pampersy, SMS zapytali, na co złośliwie odpisałam, że jeszcze ich nie muszę nosić, no nic, historia kołem się toczy)...

MW nie ma też: szczoteczki do zębów, grzebienia, ładowarek i kabli, babcine nie pasują, bo babcia jabłkowa jest (a włosy ma jak gęsty łan dojrzałego zboża, rozczesać je to problem, no ale babcia ma zapas i szczoteczek, i grzebieni, stać ją na to, nie jest to wina dziecka, bo 12-latka to dziecko, ale pojebanych rodziców). SMS do Pierworodnego, ma dostarczyć.

Umyte oba, wypachnione, noc przespana na raty, ale oj tam, oj tam...

Pobudka o 5 - moja, bo wiadomo, kibelek, takie tam, a okazuje się, że MW nocy nie przespała w apartamentach przygotowanych na jej cześć, więc miziam, tulę, ogarniam.

Alienek też domaga się pieszczot i o mało mnie nie zadusza - nieodrodny syn Inżyniera, ale o 1000% słodszy od niego (dobrze, że Inżynier o tym nie wie) :)

Więc w transie: śniadanie dla obojga, na szczęście jedzą jajecznicę bez animrumrania, więc luz i hasta manana, potem już z górki i ruszamy na zakupy, bo w piątek pracowałam do 13, więc z Manhattanu dupa. 

Ruszamy. Alienek z początku zachwycony i w siódmym niebie


Już kiedyś Papryczek był tak pełen entuzjazmu, ale mu przeszło i to szybko :)

Na targu kłopoty, bo IS Alienka nie idzie w parze z tłumami, więc migusiem, akcja z Pierworodnym, niosącym niezabrane rzeczy, a robiącym zakupy na Manhattanie, zakończona (NIBY) sukcesem. A, doniósł kable, podpaski, ale o lekach zapomniał (nie informują mnie). Akcja kupno lodów i pierogów zakończona klęską dla mojego portfela. Nikt nie patrzy na ceny, wiadomo, ja płacę, więc wychodzę lżejsza o 70 zł, z niechętną miną pani, która dotąd ze mną zawsze miło gadała, bo Pierworodny, jak to on, rozdarł się na całe gardło, a Alienek nie mógł się zdecydować, jakie lody chce, bo nazwy to dla niego magia, a są schowane w pojemnikach i nie widać, jak wyglądają. Na całe szczęście zjadł obie kulki, kulka 5 zł...

Kurwa...

Wracamy do domu, Pierworodny z nami, bo ma po drodze przystanek. Idziemy alejką, Pierworodny gawędzi z MW po angielsku, bo tak mają, że sobie tak gadają czasem, żeby języka nie zapomniała, ja walczę o coś z Alienkiem, gdy wtem z ławki zrywa się dziadyga i bluzga tak, że MW nie może długo dojść do siebie, dobrze, że udaje mi się syna odciągnąć od rękoczynów. Pan, niezadowolony, że słyszy obcy język, każe się jebanym Ukrom wynosić do Donbasu, bo Polska dla Polaków.

Nie umiem wytłumaczyć MW, dlaczego gość nie rozróżnia ukraińskiego od angielskiego, pomijając, że i mój syn, i wnuczka są rdzennymi Polakami, aczkolwiek MW urodziła się w UK, no, kretyni nie załatwili jej obywatelstwa...


Ale potem


 Idealnie, co nie?

Bańkami się bawili, a ja udawałam, że nie zdycham. No i nie zdechłam :) 

Resztę dnia sponsoruje walka z Alienkiem, który zanabył (na resztę spuszczamy zasłonę milczenia) w Biedronce całe 200 gramów żelek i odmówił zjedzenia pierogów, zamawiając zupę, na którą nie było materiałów (przez IS Alienka nie stanęliśmy w kolejce po włoszczyznę, a zapasów nie było), twierdząc, że jego rodzice dają mu tyle żelków, ile sobie zamarzy, ewentualnie zje kaszę, z łaski swojej.

Kaszę gotowałam jak w transie, ale okazało się, że w kaszy nie może być nic, a że to był pęczak z warzywami, więc pracowicie wydłubywał warzywa na osobny talerzyk, a potem odstawiałam cyrk, łyżeczka za...

Po raz pierwszy w życiu. A wychowałam dwójkę  chłopów na schwał :)

Pod wieczór MW zmizerniała, pod oczami pojawiły jej się sine kręgi i mówiła, że źle się czuje.

Napisałam więc do Pierworodnego, że sorry Winnetou, ale chcę mieć leki dla niej.

Przyjechali, a jakże, pod wieczór, całą bandą. Na scenę wkroczyła matka stulecia. Rzuciła się na MW, odziewając ją w ciuchy zdobyte na wyprzedażach w marketach, w tym w koszulkę z wyboru Pierworodnego (są siebie warci) z Mandalorian. Znając MW, nie jest to jej wybór ani opcja. Kurwa. Puszkę piguł przynieśli.

Otworzyłam, przeglądam. Dziecko się zwija z bólu, więc pytam, co powinna zażyć. Nie jestem lekarzem, a dziesięcioletnia praca w wydawnictwie medycznym NIE upoważnia mnie do podawania leków.

_ Ona sama wie. 

Serio, kurwa?

Puszka z lekami podawanymi w ostrej fazie schizofrenii w rękach dwunastolatki cierpiącej na chujwico, przebadanej na wszystkie możliwe sposoby (pytałam: zdiagnozowali cię na psychiatrii, odpowiedziała, że zapisali leki, no dobra, kurwa, rispolept na spanie, ale nie wzięła go, nie spała całą noc, cierpiąc, nie budząc mnie, bo NIE WIEDZIAŁA CZY JEJ NIE OCHRZANIĘ JAK MAMA)... Matka, KURWA, odzywająca się w tym momencie i mówiąca, że ona też cierpi (CIERP, CHUJ CI W PLECY, BO W DUPĘ BYŚ MOŻE PRZYJEMNOŚĆ MIAŁA), niby ją tuląca, ale wrzeszczy, że Pierworodny ma jej dać tabletki i nagle do mnie: a może masz paracetamol albo ibuprom? Serio, kurwa, leki z mojej apteki, i nie, kurwa, nie używam paracetamolu, mam tylko apap (to też paracetamol), który kupiłam po szczepieniu, ale KURWA nie wiem, czy to dawka dla niespełna dwunastolatki.

A i olśnienie: w puszce był jakiś paracetamol, ale chyba jakiś na receptę.

KURWA I CHUJ.

A ta się pręży i wdzięczy, że schudła, a MW płacze i chce do mamy.

Oświadczam, tuląc tę łkającą, że gdyby jej się pogorszyło, nie jestem w stanie jechać i z nią, i z Alienkiem na ostry dyżur, niezmotoryzowana jestem, nie jestem jej prawnym opiekunem.

Niestety, ale z odzywek wnioskowałam, że lepiej byłoby jej ze mną.

I co ja mam kurwa, począć?

Zostałam sama z Alienkiem, wynieśliśmy się na większą kanapę, ale znów było jak zawsze. Alienek w łóżku rządził, a ja spałam na kredyt :)

A potem był ciekawy dzień, bo aczkolwiek śniadanie wciągnął bez szemrania, a i ja poranne sranie i kąpiel ogarnęłam na medal, trudno, że przekupując dinozaurami na Netflxie, ważne, że żyje, a nie kombinował na barierce na balkonie.


 

Południe spędził na walizce, zapakowanej po brzegi, bo i gąbkę, którą dostał do kąpieli, i po batoniku dla Kalafiorkówny i dla rodziców spakował dodatkowo


zanim mu w tym upale przeszło, nie poszliśmy nigdzie, moje nogi nie weszły w buty... Ale pomidorowa level hard go zachwyciła, a jego mama wybaczyła mi gwałt na dziecku w postaci puzzli na iPadzie, którymi był zachwycony, ale wiadomo, iPad i pięciolatek, to zbrodnia :) 

Pomijając, że zmuszanie prawie siedemdziesięciolatki do noszenia aparatów słuchowych w ponadrzydziestostopniowy upał, żeby zrozumiała, co chce od niej pięciolatek z IS i z wadą wymowy to level hard ;)

Zakończony happy endem, mizianiem, ostrym seksem, przerwanym przez ojca, odbierającego swój skarb, dla którego rzeczony skarb schował w dodatkowej plastikowej siatce - i dla mamy, dla mamy też, dwa karmelki.

A. Dziadek niańczący Kalafiorkównę, zabrał ją dwa razy nad jezioro... Oberwało mu się, gorzej niż mnie za te puzzle (no w sumie mnie się za nic nie oberwało, taka licentia poetica).

Bo: Kalafiorkówna ma przedelikatną skórę. Nie miała kremu. Nie miała kostiumu. Moi osobiście martwiłam się, w sobotę, że może za gorąco, a kremu nie mam. Alienek nawet w upały chodzi w długich spodniach i nie ma innej opcji, a mnie posłuchał i poszedł w bermudach...

Jak widać, NIC NIE JEST PROSTE...

A Inżynier, odbierając rzeczonego delikwenta, wykończonego przez okrutną babcię, zaproponował mi wyprawę (no oczywiście nie bezinteresownie)  do Wrocławia.

Całą bandą, więc jest opcja, że ciąg dalszy nastąpi i będzie się działo, na linii Kalafiorkówna-ja :) Bo z Alienkiem jesteśmy dogadani, zwłaszcza po tym, jak odkrył te stópki u mnie w łazience na suficie i wie, że jak coś, to chyba zło nie śpi.
Nie śpi z byle kim (ale to już jest moja wersja).

Ale...

Dobrze być.

 

Zaproponowało mi Inżynierostwo szalenie we Wrocku. Prędzej bym się śmierci spodziewała, mają interes w tym, a jakże, ale Wrocław...

Ma znaczące miejsce w moim życiu :)

Dzisiaj mam jedną opcję, wyśpię się i żaden najsłodszy Alienek mnie z wyra nie wywali :)

A potem niech wali się świat :)


czwartek, 23 czerwca 2022

W pyskówkę

się na FB wdałam, Kochany Pamiętniczku.

Ot, wrzuciłam dwie fotki, takie tam z porannego wyjścia w siną dal, z pytaniem o koszoną trawę, bo właśnie mi po południu zapachniało koszeniem

niekoszone

 koszone identycznie w tym samym miejscu.

No i gość zaczął, że nie rozumie o co mi lotto.

Gość, z profilem na FB bez fotki, a jakże, z polską flagą (wiem, ja sama mam profilowe do dupy, a w tle pokazuję fuck you, ale znający mnie kumają czaczę, zaś nieznający oceniają po fucku - lotto mi to, nawet Inżynierowa bez objaśnienia nie ogarnęła), ale za to z ksywą zapisaną hebrajskimi znakami, których nawet ja, po latach od studiów już nie ogarniam, mówi mi, że moje dzieci, wnuki i sąsiedzi będą się za mnie wstydzić.

Na dokładkę gość ma w tle kwiaciarnię, którą miałam za przyjazną środowisku.

WTF?

Kiedyś bym się broniła, ale dziś napisałam, że ma mnie w dupę pocałować. Mam prawo do swoich poglądów, uważam, że koszenie trawy to błąd, a moje dzieci i wnuki mają inne zajęcia, niż wstydzenie się za mnie. 

And?

Wpisy osobnika zniknęły.

Nagle.

Odlubiłam rzeczoną kwiaciarnię, podejrzewam, że to jest jej właściciel. O ile obsługa jest OK, on sam zawsze był obły w kontaktach. W sumie, w dupie to mam, w okolicy jest wiele kwiaciarni.

I nie mam zielonego pojęcia, dlaczego będąc przeciwnikiem koszenia trawników powinnam się wstydzić i na dokładkę wstyd przechodzi nawet na moje dzieci i wnuki.

No cóż, nie ja usuwałam te wpisy.

Poza tym nie mam sobie nic do zarzucenia, że kocham zieleń :) 

Chatę ogarnęłam, MW ma jutro zlądować kolo 18, Alienek nie wiem, ale będzie się działo.
Bo dlaczego nie? :) 

Nowy rozdział  w mojej przygodzie z życiem.

Niech trwa. Jest cudnie :)

Poprzesadzałam dziś nieco, wywalając przekwitłe już bratki. 

Teraz jest lato, komarzyce, begonie i inne takie tam.

Niech trwa.

 


 Udało się, rekuperacja już jest :)


środa, 22 czerwca 2022

Sprzeczne

 uczucia mną miotają, Kochany Pamiętniczku. Taki rollercoaster, że ojapierdolę.

I najgorsze jest to, że w sumie nic nie mogę i nic na to nie poradzę. Nie jestem Wałęsą, nie pracuję w stoczni i nie porwę za sobą tłumów.

Sama mogę się nawet oblać benzyną i podpalić, jak już wielu uczyniło, a nic to nie dało, nigdy.

Jedyne co osiągnęłabym, to trauma moich dzieci i być może wnuków, co poniektórych.

A okazuje się, że mimo obniżki podatków, moja pensja znów w lipcu spadnie, bo tak, bo śmiem być emerytką, która pracuje, na złość.

No i kurwa mać.

Jak wiadomo, całe to towarzystwo złodziei i kłamców, utrzymujące siebie oraz całą armię bombelków i innej patologii (żeby nie było - nie mam nic przeciwko zasiłkom na dzieci, ale na dzieci ludzi pracujących, a nie madek na ławeczkach pod moim blokiem, z pazurami takimi, że nie wiem, jak one sobie dupę podcierają - znaczy się wiem, srajtaśmą, ale jak im to pod pazury nie włazi, to ja już nie ogarniam), kolejnych plusów dodatnich, bo wybory blisko, a może lepiej dać się zamknąć na koszt państwa (znaczy się mój, bo składki regularnie opłacam) w wariatkowie i kiwając się rytmicznie na dopale z psychotropów zamiast wina, recytować monotonnie je-ba-ć PiS i Kon-fe-de-ra-cję i Ku-kiza, bo Ja-ro-sław mi przez usta nie przejdzie nawet w takim stanie...

Od lipca ma o 22% w górę pójść ogrzewanie i ciepła woda. Nie dziwię się, skoro ceny paliw są z kosmosu, a wiadomo, czymś palić trzeba...

Od dłuższego już czasu płacę więcej za czynsz, niż muszę, bo tak, zawsze lepiej mieć nadpłatę niż niedopłatę i nie odjęłam sobie nadpłaty za ubiegły sezon. Mieszkanie mam ciepłe, jak coś, zapłacę za dokładne uszczelnienie okien, mam też zapas ciepłych ciuchów, których nie noszę, więc dopóki temperatura będzie oscylowała w mieszkaniu w granicach 10 stopni grzać nie muszę. Johnson załatwił emerytom bezpłatne przejazdy w komunikacji miejskiej, mogę i ja pojeździć, PEKĘ mam za 100 zł na rok. I wrócić do pracy do redakcji, ogrzeję się wtedy i w MPK, i w pracy.
Znanym chomikiem jestem, więc w szafce na balkonie zachomikowany mam poręczny kociołek, emaliowany, nie mam pojęcia, ile ma litrów, ale zawsze, gdy latem wyłączali nam na dwa tygodnie ciepłą wodę, a dzieci były małe, grzaliśmy to na gazie. Dziś kociołek wystarczy mi na kąpiel codzienną, mam w zapasie drugi gar od rosołu, a za gaz płacę ryczałt, chyba jakieś 8-12 zł miesięcznie (nie chce mi się szukać rachunku, ale gdy się wprowadzałam było 8 zł i tak leciało przez 30 parę lat), więc nawet Inżynier pochwalił pomysł grzania wody do kąpieli i zmywania na gazie. Kwestia zmienienia porannego harmonogramu - wyskok z łóżeczka, kurcgalopek do łazienki, wstawienie kociołka, powrót pod kordełkę, pogranie, w tym czasie zagotuje się woda - brzmi jak plan.

Komunę przeżyłam, mieszkanie w nieopalanym mieszkaniu w R., gdy ojciec węgla nie kupił, a zimy nie były takie łagodne, to i to gówno przeżyję, nie ma innej opcji.

Dziś na Manhattanie trzymałam się twardo i nie kupiłam wielu rzeczy, ale i tak żyję. Zrezygnuję z zajebistych pomidorów od Pana od Pomidorów, bo nie będę płaciła 19,90 za kg - pomidory przesmaczne, ale tak wielkie, że dwa to już kilo, a ja sama nie zjem tego na jednym posiedzeniu, a wiadomo, że przekrojonego pomidora nie da się trzymać. Trudno, nie stać mnie.

A, tak w sumie to nie za bardzo powinnam jeść pomidory, albowiem liczne internetowe źródła mówią, że psiankowate szkodzą na dnę.

Chociaż w przypadku internetowych źródeł, jeden rabin mówi tak, drugi rabin mówi nie, a okazuje się, że czerpiąc wiedzę z internetów, całe życie źle wycierałam sempiternę, źle piłam wodę i źle myłam nogi. Cud, że jeszcze żyję i to na dokładkę TYLE lat :)

Z wieści milszych: już nie chodzę na torrenty, bo nie mam na to czasu i nawet udało mi się ogarnąć ostatni sezon Greys Anatomy z cudnymi napisami, kolejka rzeczy do obejrzenia jest tak długa, że ojapierdolę, jednak życia nie starczy.

W telegraficznym skrócie

Z daleka i okularach słonecznych, co z tego, że na moją wadę, ale już za słabe, zastanawiałam się, co to są za gołe dupy w Alei Żula... A to po prostu ściana prywatnej piekarni. Picasso się ze wstydu w grobie przewrócił, trzy razy :)

A jaśminowiec pod blokiem pachnie jak obłąkany, a ja znów mam te osiemnaście lat i jestem nieprzytomna od kradzionych przez niego pocałunków, czekająca z drżeniem serca na spotkanie. Na tę nocną nasiadówkę pod jaśminowcem, gdy wytańczeni do upadłego składaliśmy sobie obietnice nie do spełnienia. Życie. Tylko dlaczego do dziś tak boli, mimo że życie mam piękne i nie zamieniłabym go na inne, bo nawet spełnienie tamtych obietnic nie oznaczałoby, że byłoby ono równie piękne? Ale nic nie zmienia faktu, że

Wiem, że musisz zaraz iść, że pożegnam ciebie dziś, żal zostanie w sercu i kochanie... Jaśmin, bo wtedy to nie był jaśminowiec (niedoedukowana byłam w tej dziedzinie), ta piosenka i czerwcowe upalne noce - taki koktajl. 

Tylko to serce takie głupie wciąż jest.

I te obłoki, na które godzinami można patrzeć, zachwycać się nimi i marzyć..

Ale, ale, powrót na Ziemię :)

Już niedługo zląduje Alienek, powiedziałam, że mają go w piątek przywieźć, bo w sumie poroniony pomysł, dowozić go do mnie w sobotę rano, Kalafiorkówna idzie na służbę do dziadka, a oni z wywieszonym ozorem lecą na pociąg do stolycy.

Więc wezmę Alienka spokojnie w piątek po południu, przyjedzie też Mała Wiedźma, jak obiecywała, pomoże mi z Alienkiem (jaka z niej już dorosła, poważna kobieta), bo ja na samą myśl o tym, że muszę iść siku, a Alienek u mnie sam (znam jego szalone pomysły), balkon, 3. piętro, nie, chyba bym w pampersie chodziła :)

Więc będzie się działo. Podobno dziadek nawet się nie zająknął, a ja sonduję, wypytuję i przeżywam, jak mrówka okres. Nie denerwowałam się tak przez tydzień, gdy rodzili Kalafiorkównę. I to na dokładkę w UK, z Alienkiem, który wówczas słowa nie mówił, a spać chodził między 23 a 24. I z dwoma sierściuchami jebanymi na głowie.

Pięcioletniego zaś Alienka, na swoim terytorium przeżywam gorzej niż mrówka okres.

A największa frajda, to wsadzić go do wanny i znów wykąpać.

Bo to jest to, co zawsze uwielbiałam - kąpanie maluchów. I to już ostatnia taka impreza, bo za chwilę nie będzie już kogo do wanny wsadzać... Już nawet Małej Wiedźmy nie wykąpię, bo jak kąpać dwunastolatkę (bez paru dni)?

Z tej okazji zaszalałam i za ostatni wdowi grosz zanabyłam


Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma :)

A na włościach

jest już brama i rekuperacja obgadana. A podobno teraz na rekuperację są zapisy na wiosnę przyszłego roku.

Oby tylko dożyć chwili, że będą się mogli tam wprowadzić. Odpadnie czynsz za wynajmowane mieszkanie i to ułatwi spłatę kredytu. Spać mogą nawet na materacach, mają jakieś przywiezione, łóżko też w magazynie mają i kanapę. Statki kuchenne mają, szafy i resztę się ogarnie, my zaczynaliśmy wspólne życie na strychu, który nam z nieba spadł, z tapczanem ze śmietnika. Bez niczego. Pierwsze pieluchy prałam w zimnej wodzie i w rękach. Z piecem kaflowym, z węglem podprowadzanym teściowi z piwnicy, zanim załatwiliśmy meldunek i inne formalności, bo żeby kupić węgiel, trzeba było mieć trzy podania, klucz od mieszkania i fotografię pradziadka. Z węglem, tachanym przeze mnie w ciąży na 3. piętro, albowiem Eks był ponad to, a mama miała kaloryfery. Wiem, wiem, wiać powinnam wtedy w podskokach, ale...

I tak warto żyć :)

A na ten dąb Alienkowy, który jak się okazało, grzyba złapał, mamy jakieś świństwo.

Może przeżyje.

A na włościach za płotem tak cudnie maki kwitną.


La vie est belle...
Sometimes.

Poniekąd.

Ale jest...

czwartek, 16 czerwca 2022

Mam

 dość, Kochany Pamiętniczku, comiesięcznego lamencenia o robocie, bo nic się nie zmienia.

Czasami tylko opluwam monitorek, czytając takie kwiatki: 

W deklu konwi od wewnętrznej strony w króciec od mleka należy zamontować wyprofilowaną rurkę z tworzywa, tak aby woda uderzała w dekiel i spluwała po ścianach bańki.

Wyobraźnię to ja mam i widzę tę wodę, jak uderza w dekiel i spluwa na ściany...

I dopiero po chwili olśniło mnie, że ona nie spluwa, tylko spływa.

Takie tam zawodowe.

Ale idąc ulicą, nie że czytam plakat, ale w oczy mi się rzuca


 widzicie, bo ja od razu zobaczyłam :) I nawet googlowałam, żeby się upewnić, że to nie jest celowy zabieg. Ale nie... A pożałowali paru groszy na korektę, a plakat oglądało przedtem całe znamienite grono: sponsorów, twórców i innych elyt, plus ekipa drukująca rzeczony cud. Pewno, że za te parę słów to w sumie może 5 złotych korektor może wziąć. Ale... Patrząc na prestiż, ludzi, którzy to czytają, na sponsorów i inne chuje muje - co szkodziło dać korekcie 100 zł i nie świecić oczami? Pewno, niewielu ludzi zauważy błąd, ale od takich małych niechlujstw zaczyna się ogólna bylejakość.

A zauważyłam to lecąc na pociąg, a samo lecenie przeżywałam jak mrówka okres, albowiem zakładałam najczarniejsze scenariusze, łącznie z tym, że mnie bana rozjedzie.

Inżynierostwo zaprosili mnie na lody do Puszczykówka, na których to lodach ostatni raz byłam, jak dzieci moje miały naście lat...

Jechali pociągiem, a ode mnie do Puszczykówka pociąg jedzie... 9 minut :) Sami wsiedli na Głównym, a ja na całe szczęście wzięłam poprawkę na to, że już nie jestem sarenką i wyszłam z domu odpowiednio wcześnie, bilet kupili mi na Głównym, albowiem na mojej prowincjonalnej stacji w święta kasa jest zamknięta (dziś Boże Ciało), a na dokładkę upał od rana był (ma być jeszcze gorszy, a dzisiejszy ledwo przeżyłam).

Po drodze



nie licząc oczywiście słupa z ogłoszeniem, natknęłam się pod moim starym kościołem na stragany (jprdl,, od lat nie wychodzę w takie dni z domu i pojęcia nie miałam, że wciąż takie stragany stoją), zatem sfociłam i Inżynierowi posłałam dowód na istnienie Pana Boga.

Albowiem w czasach, gdy jeszcze chodziliśmy do kościoła, stały pod nim co niedziela stragany z piernikami i pańską skórką. Inżynier wielbicielem tych pierników był, zagorzałym. Jeszcze małym pacholęciem był, gdy jego ojciec wylądował w szpitalu, no i modliliśmy się i powrót do zdrowia. Kiedyś (pechowo) weszliśmy się pomodlić w tygodniu (Eks długo był w szpitalu). Wychodzimy z kościoła, dziecię się rozgląda i pyta: a gdzie pierniki? Tłumaczę, że w tygodniu ich nie ma, a mądrala na to: jak nie ma pierników, to nie ma Pana Boga.

Coś w tym chyba jest :) 

Więc posłałam mu dziś dowód, ale obśmiał :)

Pociąg zajechał punktualnie, wkroczyłam do pierwszego wagonu dumnie, witana przez komitet powitalny wrzaskiem chóralnym: bapcia, poczułam się lepiej niż niejedna gwiazda na oscarowym dywanie, albowiem taka bapcia to więcej niż jakiś tam Oscar.

Alienek już bezinteresownie mnie obściskał, natomiast Kalafiorkówna strzeliła megafocha, albowiem nic dla niej nie miałam. Inżynier zaś znęcał się nade mną, mówiąc, że mam to, co sobie wytresowałam...

W Luboniu dosiadła reszta ekipy z Elfikiem, a Inżynier odrabiał pańszczyznę, wnosząc kolejne wózki do wagonu, tak, tak, platforma załadowcza stała, ale nie miał jej kto uruchomić.

I tak całą bandą dojechaliśmy do Puszczykówka, lody wszamaliśmy (kiedyś jednak smakowały lepiej) i poszliśmy w siną dal, lewa prawa...


Sporo nas było, w pewnym momencie Inżynier wpadł w popłoch, albowiem Kalafiorkówna zniknęła mu z radaru, a ona tylko wózek Elfika pchała, taka mała jest, że jej zza wózka widać nie było, widać było tylko rękę cioci, pchającą wózek. Z tej drogi wypłoszyło nas stado dzików, ale tubylec, ostrzegany przed dzikami dalej śmiało szedł, mówiąc, że one niegroźne.

My jednak zmieniliśmy ścieżkę i podziwialiśmy


szyszki, morze szyszek, ponoć dobrze się palą...





bogactwo chrustu, cudne formy drzew, szałas gotowy na przyjęcie takich sierot jak my...

Kalafiorkówna nie dała nawet matce strzelić fotki, albowiem zajęta była szukaniem potwora, Alienek ze mną długie i uczone rozmowy toczył i tak nam pięknie płynęły chwile...

Samo Puszczykówko też nas zaskakiwało 


to znany poznański grafficiarz... 

Wróciliśmy do wioski i na krzywy ryj poszłam z Inżynierostwem do McDonald'sa na obiad, albowiem Kochane Aniołki miały to obiecane...

No a ja raz na rok mogę niezdrową szamę wsunąć, co nie?

I dzięki temu jednak Kalafiorkówna nie została bez łapówki, ale to już inna bajka :)

Wróciłam do domu ledwo żywa, ajfonik pokazał 10 500 kroków, temperatura oscylowała w granicach 28 stopni, a dla mnie 20 to już tragedia, ostatnio tygodniowo nie robię tylu kroków, więc wróciłam do domu czerwona jak burak (oczywiście żadnym kremem niesmarowana i teraz mnie wszystko piecze), mięśnie bolą mnie tak, że z trudem wstaję, a i wciąż za mało sikam (proza życia), albowiem w tym upale nie piłam, żeby nie musieć korzystać z publicznych toalet.

Ale i tak to był wspaniały dzień i niezapomniane chwile.

A, Pierworodnego zgwałciłam, nie wiem, czy było mu to w smak, bo on się z wyprzedzeniem (jak zawsze, klasyk, jak mówi Inżynier) zarejestrował na Disney+, ale nie podzielił się tym z nikim. Oddałam mu kasę i podzieliłam konto na nich obu.

Po prostu mam dość oszczędzania na wszystkim w tym pojebanym na maksa kraju i na coś chcę wydać.

Niekoniecznie logicznie, ale cóż. 

Włości. Tam też są dobre lody :)


I nie, nie byłam, fotki dostałam.

A ponoć w weekend ma być u nas w granicach 38 stopni, więc wstanę jutro rano i ogarnę zakupową kuwetę. Skoro przy 26 padam, to jednak w chacie zawsze mogę wejść do wanny z zimną wodą. Oby była. Woda, bo wanna jest :)

piątek, 10 czerwca 2022

A leci

 jak krew z nosa, Kochany Pamiętniczku.  Nie wiem, skąd takiego pierdalca dostałam, że wstałam bladym świtem, olewając oba ajpadziki, wszystkie gry i must have, kąpiel, śniadanie i tadam, lewa, prawa na Manhattan.
Pojebało mnie zwyczajnie, a może nie?

Na Manhattanie zostawiłam prawie pół emerytury (żart, ale żałosny) i wróciłam dokładnie 8.48, jeszcze zdążyłam do śmietnika polecieć i wywalić bio i nie bio...

A potem już szło, jak krew z nosa albo i z tego odciachanego szpona :) 

I tak dotrwałam do 16.30, w sumie lajtowo - korekta, film, przerwa, bo emilek, film, obiadek...

Gdy wtem odezwał się Inżynier z propozycją nie do odrzucenia. Że wlecą. A ja umówiona (teoretycznie, bo cisza w eterze) z Pierworodnym, i dalej nie wiem, czy z kompanią, czy saute. Więc mówię, że jak coś, to będzie banda albo Samotny Biały Żagiel, ale że mogą wlecieć na obiad. Wiem. Jestem padlina do kwadratu, albowiem Pierworodnego na obiad nie zapraszałam, ale na kawę.

Wic polega na tym, że ja u Inżyniera przez te dwa lata z hakiem byłam nie wiem ile razy na obiedzie, a u Pierworodnego słownie raz na tej jebanej zupce z serkiem topionym, podanej z taką pompą, jakby to było przyjęcie u Elżuni.

I nie, nie wymagam gościny, czerwonych dywanów i jebanych złotych sztućców, na co dzień jem nieobrane młode pyry, polane olejem z ostropestu, bo lubię i mogę. Chodzi o fakt, że zapraszają mnie do siebie, że ani Inżynierowa, ani Inżynier nie robią z tego cyrku i chociaż czasem - nie ukrywam - przeszkadza mi brudna podłoga - nie mój cyrk, nie moje pchły, moje osobiste dyżurne kapcie wyciąga z szafki Kalafiorkówna, zawsze chętna do takich posług, a na podłodze nie siadam, albowiem nie mają w chacie takiego dźwigu, który by mnie z podłogi podniósł. Mimo zachęt Kochanych Aniołków, nie siadam na podłodze, choć w panice szukają dźwigu w klockach Lego, przekonując mnie, że on na pewno mnie podniesie.

Więc (wiem, nie zaczyna się zdania od więc) pytam: pizza czy pierogi...

PIEROGI - taki jęk się wydarł z gardła dziecięcia, więc ubierając się w popłochu, googlając, do której czynna jest Neonova, na łeb i na szyję zdążyłam :)

Ba, powinnam lepić te jebane pierogi, albowiem za całość z lodem dla mnie, bo myślałam, że płuca wypluję kaszląc z zaschniętym gardłem zostawiłam tam 75 zł. 

A, nieważne, raz się żyje, potem się straszy.

Wróciwszy do domu, pełna energii (ja i energia - coś mi się zdrowo wygło), upiekłam 


kolejny chlebek bananowy, albowiem zanim Inżynier się odezwał wyciągnęłam z zamrażalnika zamrożone banany, raz, że czas je wyciągnąć, dwa, że odkąd nie kupuję czekolady coś za mną łazi. A czekolada podrożała tak, że nie, nie będę jej żarła, nie ma opcji.

I jak krowie na rowie wytłumaczyłam sobie, że przecież lata całe pracując, ogarniałam i zakupy, i gotowanie i inne takie tam, więc ruszając do boju powinnam mieć interes z głowy koło 19.

I miałam, o 18.30, łącznie z przemeblowaniem, wywalaniem badyli do loggii, przestawianiem (mój kręgosłup mówi tank you, czytaj: co cię popierdoliło)


prawda, że lepiej widać dracenę na tle pustej ściany, niż na tle książek?

Kurze starte (no dobra, na widoku, ale co tam), bez okularów chata oko cieszy. Spotify gra, pranie się suszy (ostatnio zginęła mi skarpetka, dziś przedłużka od cyckonosza, ale to drobiazg).


Na moje piwoniami lato się zaczyna, Smarkacz jeden poprawił korektę, że piwami...

Więc życząc wszystkim piwoniowego bądź piwnego weekendu, pięknego, idę do lodówki po już schłodzone miodowe...


środa, 8 czerwca 2022

Dziwne

 jakieś te czasy, Kochany Pamiętniczku. 

Wciąż nie mogę odzyskać apetytu na życie, dni biegną, jak biegną, jakby chciały, a nie mogły.

Nic na to nie poradzę.

Dzień za dniem podobny do siebie. Rano, gdy mogę jeszcze pospać zwłaszcza w weekend, słońce tak wali mimo rolet po oczach, że nie ma opcji pospania. A gdy już wstanę, nadciągają chmury i dzień jest szarobury, nie mam nawet siły, żeby się z chałupki wykopać :)

I tak mijają dni...

Nie jest źle, nic się nie dzieje - i to też jest piękne.

Inżynierostwo zapraszało mnie w niedzielę na wyprawę do ZOO, ale odmówiłam. Raz, że muszę dojechać MPK, bo niestety, aczkolwiek Inżynier ma wypasioną brykę, to i foteliki ma wypasione tak, że oni sami z trudem się mieszczą (łza się w oku kręci na wspomnienie malucha, gdzie wszyscy się mieścili, nie mówiąc już o morrisie, którym teściowa  wiozła czwórkę pijanych chłopów i mnie) :) No i miałam nosa, bo okazało się, że dojazd do ZOO był tak zakorkowany, że MPK nie dojeżdżało. Co innego kisić się we własnym wozie, a co innego w MPK :) A poza tym wciąż nie potrafię zrozumieć, jak ktoś tak zafiksowany na punkcie sierściuchów i niesierściuchów, broniący nawet srajd, może w ZOO oglądać zwierzęta. W pale mi się to nie mieści. Badyle mają to do siebie, że albo wiecznie żyją, albo je szlag, ale nie są w niewoli, bo doniczka czy inny pojemnik to ich naturalne miejsce. Miejscem zwierzęcia jest jego środowisko naturalne, nie ZOO.

Może już nigdy nie pójdę do ZOO, ale nie brakuje mi tego w życiu.

Za to poszłam na starą, nieużywaną od wieków pocztę, na moją pierwszą pocztę w necie, którą założył mi Inżynier, bo przerastało to moje pojęcie, login sam wymyślił, a że byłam jeszcze wtedy tutaj tylko Basią, to jest basiar, a że login był zajęty, to cyferkę dodał. I tak sobie ta poczta dynda i dynda, Interia, na której miałam już następne poczty (a od cholery ich pozakładałam) polikwidowała nieużywane, wpędzając mnie w bezgraniczną rozpacz, albowiem miałam tam ważne dla mnie maile (jestem idiotką, zostanie po mnie tyle elektronicznych śmieci, że głowa mała), a tu na tej pierwszej - zonk. Trochę fotek, których już nawet nie pamiętam... Nawet ja sama siebie takiej nie pamiętam...

Ha, jeszcze w Auschwitz, w piwnicznej izbie było poupychanych siedem takich biurek, zero prywatności, to nawet nie open space, po prostu bajzel. Żarcie na wierzchu, na półkach. Mój komp miał to szczęście, że stał na podwyższeniu z kafelków, bo tam często szambo wybijało i ludzie sprzątali. Ja nie, w dupie to miałam, mojego kompa nie zalewało, ale też nie pozwoliłam sobie stawiać go koło monitora, musiałam mieć miejsce do pracy z wydrukami :)
A tu już - wspomnienia - smukłość cienia, jeszcze seksi, pierwszy wyjazd do UK, do Barana, Pierworodnemu jeszcze się nie śniło, że tam wyląduje :)



Oliwnik znów kwitnie, a ja ze Zmorką znów nie jestem umówiona, kolejny raz okazuje się, że nie mam guza mózgu, gdy zaczyna mi w mieszkaniu wonieć, bo mimo zimna otwieram szeroko balkon i zawijam się w kocek...


Wszyscy chrust zbierają, a ja wciąż mam w loggii patyk, który Inżynier jakieś 34-35 lat temu dowlókł do chaupki... Patyk zadomowił się u nas i proszę, jak mu dobrze :) Kamienie do kiszenia też mają już ponad 30 lat, więc są rodziną i trudno, by je wyrzucać gdzieś...

A kanapa, kupiona niecałe 10 lat temu zaczyna się sypać (boki ma obite czymś a la derma i to się sypie), myślałam o kupieniu nowej, plując sobie w brodę, że starą wywaliłam po remoncie (fotel od kompletu służy mi do dziś i ma się znakomicie), bo chciałam mieć nowy image. Na razie przeglądam net, ale to, co mi się podoba, ma koszmarną cenę, a ja w tej chwili nyrolę, myśląc, czy nie trzeba będzie pomóc w budowie (to nie tak, że dam kasę i do widzenia ślepa Genia, nie, już raz dawałam na mieszkanie i dostałam z procentami z powrotem, honorne to moje dziecko jest, wie, ile mnie kosztowało zgromadzenie niewielkiej kasy), więc rozmyślam nad kupnem wielkiej narzuty i też nic ciekawego nie mogę znaleźć. Wielka być musi, co najmniej 220 x 240, ale w sumie dlaczego nie? I nie za kilkaset złotych, ale góra 200... Może ktoś z czytaczy ma namiary na takie cuda?  Bo że za 30 zł można kupić narzutę, to wiem, ale podziękuję, bo to liche jest. Gdyby zaś zachciało mi się samej coś zrobić (a kiedyś robiłam), to nie te czasy - materiał mnie wykończy. No cóż, na coś będę musiała się zdecydować.

Kolekcja naparstków wzbogaciła się


Inżynier przewożąc dąb, który (odpukać) na razie ma się nieźle, dał mi naparstki od dziewczyny, którą bardzo chciałam mieć za synową, zanim dowiedziałam się, że ona woli dziewczyny. Najlepsza przyjaciółka I., poznali się na czasie miłośników pewnej piosenkarki, nosi imię i nazwisko mojej teściowej i jej córki, a w ogóle życie jest czasami bardziej zakręcone niż świński ogonek i drut sprężynowy, co nie?

Moja ulubiona kwiaciarnia wrzuciła na FB, że mają wyprzedaż, że więcej sztucznych kwiatów nie będzie, bo drożeją jak głupie...

Więc poleciałam, pomna na te 95 zł za bukiet do wazonu i za 120 zł zanabyłam


bukietów sztuk 3, zatem Wszystkich Świętych mam z głowy, choć bukiety bez wkładów, ale za te wkłady z gąbką też przepłacam.

Więc po chruście i innych oszczędnościach jestem...

Weź, niepierdol weź...

A wczoraj minęły 42 lata od chwili, gdy na świecie pojawił się Pierworodny... Zdjęcie z lipca 1980 r., patrzę i dziwuję się. Więcej ważę teraz, niż ważyłam w ciąży z nim... Szlag... A tu niecały miesiąc po porodzie i była ze mnie laska znów ;) 


No cóż, wzruszające są wspomnienia po wspomnieniach, ale to se ne vrati.

Dobrze, że mury na włościach pną się do góry, a ogrzewanie będzie pompą ciepła. Niestety, a może i stety, na fotowoltaikę kasy nie starczy teraz, ale czytając o jej wadach, może nie będzie tak źle?


A że Boss do Lichenia wybył, zamiast do Częstochowy na kolanach ( na kolanach do Częstochowy, do Częstochowy, powiadam, do Częstochowy) najspokojniej w świecie z tą D., którą oceniałam po okładce, mamy gotowy kolejny dodatek, który ma iść w piątek...

Nieobecność Bossa jest błogosławieństwem...

Firma współpracuje z Caritasem i dlatego nie dokładam ani grosza do firmowych zbiórek. Na politykę firmową nie mam najmniejszego wpływu, zielonego pojęcia nie mam też i kulisach wszystkiego, ale od Caritasu odrzuca mnie na lata świetlne.

Dziękuję, postoję :) 

I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku, nie wiem, kiedy znów będę miała natchnienie.

Do następnego napisania :) 

Mówiłam ci, że cię lubię?


UPDATE

 Zapomniałam wspomnieć, Kochany Pamiętniczku, że Pierworodny sam, z własnej woli, zapytał, czy może do mnie w sobotę wlecieć. Nie wiem, czy się cieszyć, czy martwić, ale na pytanie, czego potrzebuje odpowiedział, że nic... Że chce się ze mną spotkać. No cóż, ten model matki tak ma, że w tym przypadku wszędzie węszy spisek... W sumie fajnie byłoby, jakby mnie do siebie zaprosili na kawę. No nic, kupiłam Panettone w nowo otwartym w okolicy Aldi, dupy nie urywa, tak cenowo, jak i asortymentowo, a kawy Ci u mnie dostatek :) A babka w tekturze, nie w puszce, zdjęcia puszek przy okazji wrzucę, dzięki Baranowi mam ich full :)