i się leje, tam się bardzo dobrze dzieje.
Tak się pocieszam.
Spaliłam wczoraj kolejny czajnik. Zalałam herbatę i odstawiłam na gaz, nie wyłączając palnika (nie, że celowo). Wina mojej głuchoty, bo nie słyszę palącego się płomienia i... taki fajny gwizdeczek miał ten czajniczek, ale słyszę go tylko w aparatach. Nowa maszynka zaś ma taki urok, że nie widać płomienia, jak w pomieszczeniu jest jasno, a jest przeraźliwie jasno.
Poszłam więc z herbatką na Brotherhood, wciąga jak chodzenie po bagnach. W pewnym momencie coś mi śmierdzi, ale oj tam,oj tam, jak wiadomo mam guza na mózgu, wszy na płucach i wciąż czuję jakieś dziwne zapachy. Po jakimś czasie jednak oderwałam się od filmu i polazłam do kuchni. Czajnik ze srebrnego (juz raz odratowany) zrobił się hmmm.... ośrupany, ale na szczęście nie sfajczyłam się.
I zaczęło mnie gryźć...
Rano 3 razy sprawdziłam wszystko, zanim zamknęłam drzwi, klapnęłam w autobusie i... oczyma duszy widzę czajnik na gazie.
Tłumaczę sobie jak krowie na rowie, że nie ma czajnika na gazie, bo primo po pierwsze: sprawdzałam 3 razy, a primo po drugie: myłam rano maszynkę, a trudno myć maszynkę z włączonym palnikiem...
Ale diabeł mi szepcze: masz alzheimera i na gazie został czajnik.
W pracy siedziałam jak na szpilkach i dojrzewałam do czegoś, przed czym broniłam się latami.
Do elektrycznego czajnika.
Trudno, te parę złotych więcej za prąd są warte mojego spokoju.
Poleciałam więc do Saturna i kupiłam czajnik, a co tam, raz kozie śmierć.
Kupiłam też naczynie żaroodporne, bo ostatnie, jakie miałam, zmarło pękając już dawno temu.
A do domu wlokłam risotto z kaszy jaglanej, przeznaczone do odgrzania w kuchni mikrofalowej w pracy, którego to risotta nie zjadłam, bo za wcześnie ogarnęłam wszystko.
Naczynie 22 zeta, więc co tam, zaszalałam.
Wracam do domu.
Wsadzam ściśle z instrukcją do piekarnika.
Zapach rozchodzi się po chaupce.
Wyciągam,
I... trzask.
Pękło.
Dobrze, że po drugiej stronie, a nie tam, gdzie trzymałam....
No i 22 zł poszło się... oj tam, oj tam.
Nie pojadę reklamowac, sklep godzina jazdy w jedną stronę.
Korki są koło mnie niemiłosierne.
Klimatyzacja egzystuje w formie napisu na oknie: Przy pracującej klimatyzacji okna są zablokowane.
Szkoda zdrowia, zresztą nie wiem, czy uznają, bo może rzucałam specjalnie, żeby pękło?? :)
I tym sposobem zostałam na stare lata właścicielką czajnika elektrycznego. Zobaczymy. Wieki temu mówiła mi koleżanka, że mam coś takiego kupić (ona nałogowo paliła czajniki, choć słyszy dobrze, wystarczyło, że gwizdka nie założyła). Zresztą chłopcy też palili... :)
Rozpusta, ruja i porubstwo i kto za prąd będzie płacił?? :>
Wstępniaka pisze Boss.
Reszta wolnym walcem, bo już większość zrobiona.
Będzie się działo, bo w czwartek Boże Ciało. Jedyna nadzieja, że jakaś Żabka będzie otwarta czy Krecik... Teoretycznie mam co jeść i jeden dzień przeżyję :)
powiem Ci że u nas przepalały się właśnie elektryczne czajniki i przeszliśmy na gazowy ;-) oszczędność w prądzie to ok 15 zł miesięcznie ale u nas 3 osoby i co chwile ktoś wstawiał wodę a Kuba zawsze pełen czajnik mimo że upominałam co do naczyń żaroodpornych to zauważyłam pewną prawidłowość otóż jak kupiłam michę taką za 45 zł to mam ją do dziś a kiedyś kupiłam w polo właśnie taką za 19 zł to już jej nie mam tzn mam pokrywkę bo pasuje do innej ;-)
OdpowiedzUsuńmiłego leniuchowania :*
Zmoreczko, całego garnka nie mam zamiaru bez potrzeby gotować, Zobaczymy, jak będzie się przepalał, wrócę do starego. I masz rację, moja babcia też mówiła: kupuj drogo, boś biedna... Więcej żaroodpornego nie kupię, będę po staremu zapiekała w żeliwnej brytfannie, Tyle, że brytfanna trochę przyduża na jedną zapiekankę dla jednej osoby, dlatego się połakomiłam na żaroodporne.
OdpowiedzUsuń