wtorek, 10 czerwca 2014

Cisza aż w uszach dzwoni

A tak gwarnie i wesoło było przez parę dni.
Pojechałam na lotnisko i tam założyłam aparaty, jak już samolot lądował. I co słyszę? "Ze względu na państwa bezpieczeństwo uprzejmie prosimy o natychmiastowe opuszczenie terminalu". Co ja paczę? Nikt się nie rusza, więc zapisałam to na karb mojej bujnej wyobraźni i głuchoty. Jakieś 5 minut później przywlókł się ktoś w mundurku, uzbrojony i spokojnie wywalił towarzystwo na zbity pysk. Po jakichś 10 minutach mogliśmy wrócić i doczekałam Inżyniera.
Załatwiwszy w mieście co trzeba, pojechaliśmy do domu na obiad i dziecko zwariowało ze szczęścia, nakarmione

  zacnym - to jego słowa obiadkiem.
Następnie wynieśliśmy się na balkon, gdzie


do późnej nocy alkoholizowaliśmy się namiętnie na łonie przyrody, żałując, że za młodu nie kultywowaliśmy tak zacnego zwyczaju, ale też żyliśmy w biegu i w pędzie...

W sobotni poranek Inżynier zajął się pakowaniem rzeczy, które chciał wysłać do UK.
W międzyczasie skoczyliśmy po głośniki, bo moje padły (super, że jak on był, bo dla mnie podłączanie czarna magia) i potem z Dziewczyną Inżyniera udaliśmy się na obiad do Sfinksa (mój lepciejszy, choć i tamtemu nic nie brakowało). Po obiedzie Dziewczyna I. zaprowadziła nas do wspaniałej spelunki: Ptasiego Radia

gdzie wybór piw przyprawiał o zawrót głowy

Skusiłam się na

fiołkowe, a jakże, choć Inżynier twierdził, że smakuje jak perfumy, ale co tam...
Smakowało mi, więc wypiłam dwa, nie próbując innych smaków :)
W międzyczasie próbowaliśmy dodzwonić się do Pierworodnego z życznieniami, jako że Skubaniec 34-lecie obchodził, ale telefon miał wyłączony, co spowodowało, że poczta głosowa za samo połączenie zeżarła mi ponad 2 zyle, a polski nr (bo sobie kupił poprzednio nie mając roamingu) odebrała jakaś dziewuszka i wdzięcznie rzekła, że pomyłka i Pierworodnego nie zna. Telefon Synowej też poczta głosowa i... dupa...
W niedzielę zostałam sama, jako że Inżynier z Dziewczyną pojechali na wesele.
Wrócił zgodnie z obietnicą i o dziwo w stanie niewskazującym, co skwitował: wydorośleliśmy, już nie pijemy tyle ;)
W poniedziałek rano mówię do Inżyniera: a może ściągniemy Pierworodnego do domu, zamiast się z nim kłócić na lotnisku (bo obiecałam sobie, że skórę z niego zedrę i solą posypię)... Telefon: poczta głosowa. Synowej to samo. Coś mnie tknęło, napisałam na gmailu i... oboje się odezwali. Synowa po przylocie krwawiła, więc szpital i na razie jest udupiona. Dziwię się, że będąc w ciąży wysokiego ryzyka lata na ślub kogoś z dalekiej rodziny, ale nie moja bajka i niewiele mam do gadania. Pierworodny zachwycony zaproszeniem, spakował się błyskawicznie i za 3 godziny był z nami.
I to były dodatkowo darowane chwile.
Znów miałam moich chłopców dla siebie.
Jak kiedyś.
Odzywki.
Bon moty.
Jakbyśmy nigdy się nie rozstawali.
Nowum: mam aparaty i wszystko do mnie dociera, także ich szatańskie rechoty.
Zwłaszcza Pierworodnego, jak kabaret oglądał.
Przeszczęśliwy, że "nie ma małego dziecka".
Kocha swoje dziewuchy na zabój, nie rozumie teściowej, która uważa, że jest dupa, bo pozwala żonie z koleżankami wychodzić. On sam nie wychodzi, bo nie lubi picia... Zresztą zawsze był domowy, gazeta, książka, komiks, gra, to pełnia szczęścia.
Wyciągnęłam go za radą Inżyniera na piwo: mamo, przecież on nie wie, co to wyjście do pubu od wieków.
Pojechaliśmy zatem do Ptasiego Radia, złapała nas burza i ulewa, ale to nic...

Ptasie Radio powitało nas

 Ale z Pierworodnym to włóczęga, nie picie, więc poszliśmy na długi spacer i wróciliśmy do domu.
We wtorek rankiem nadeszła potężna burza i między deszczami poleciałam z nim na Manhattan, zabrałam się za gotowanie, co by moich chłopaków ostatni raz rozpieścić... A co, lubię :)

A oni bawili się znakomicie...


Inżynier miał coś z pracy, a brat jego coś czytał. Pościel mieli zdjąć i wynieść, ale dwa polecenia to za dużo, więc...

... każdy wszędzie zabierał swoje zabawki i pyskowali na mnie, że swoich bronię jak niepodległości...

Starszy grał...

... młodszy nie miał na czym ;)

A po obiadku

zgodnie pół godzinki dla słoninki i polecieli na lotnisko, mówiąc mi, że mam siedzieć na dupie i nie latać w upale.
Siadłam.
Wstałam, poszłam po mleko i...
Dzwoni nieznany numer.
Dzwoni numer, wyświetlający się jako polski nr Pierworodnego (ten nieaktywny).
Moja wyobraźnia pisze scenariusze.
Krwawe.
Piszę SMS do Inżyniera na angielski nr, nie dochodzi.
Piszę na polski takoż cisza.
Dzwonię na polski, poczta głosowa...
Ojapierdolę, wpadam w panikę.
Piszę do Dziewczyny.
Cisza.
Piszę na nieznany nr, że jestem głucha.
Odpisują, że to poradnia i że wizyta w październiku nieaktualna, mam sie przerejestrować. Ulga.
Zakładam słuchawki, odbieram "polski numer". Kobieta z drugiej strony opierdala mnie, że śmiałam dzwonić do jej córki, szukając mojego syna. Bąkam po chwili przepraszam, bo żadne wyjaśnienia nie przebijają się przez wrzask z drugiej strony i co się będę kopać z koniem??
Przychodzi SMS do Inżyniera, że taksówka utknęła, że wszyscy już po odprawie.
 Gate zamknięty...
Znów czekanie.
I ta cisza...
Dzwoni w uszach.
Wiem, że coś straciłam z naszego życia, nie mialam aparatów, gdy byliśmy wszyscy razem.
Ale coś zyskałam :)
Na co dzień takie coś by mnie wykończyło, cenię jednak mój świat ciszy. Na pewno wiele mnie ominęło. Ale nie tak do końca.
Piękne są takie darowane od życia momenty.
Bo życie to kiepski kawał, złożony z wyśmienitych momentów... :)
Ale się rozpisałam, zanotowałam wszystko ku pamięci :)
Jutro do pracy...
Show must go on...
Dziękuję, życie, za te chwile...

2 komentarze:

  1. Jest za co dziekować, a chłopaki przystojniaki są! Jak dobrze, ze tak wam się udało pobyć razem:)

    Zdrowia dla synowej, prawda,niepotrzebnie ryzykowała taką podróż.Mam nadzieje,że juz bedzie wszystko dobrze !

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mam nadzieję na poukładanie. Dziękuję, Doro :*

    OdpowiedzUsuń