piątek, 7 września 2018

Pecha mam

Kochany Pamiętniczku, do leczenia tak w ogóle.
W środę poleciałam jeszcze na dwie godziny do Starego ZOO na randkę z Alienkiem. Była jazda i zabawa. Szłam z nastawieniem, że powiem Synowej, co myślę o tym wszystkim, expose całe układałam w głowie, ale ostatecznie nie powiedziałam nic.
To i tak nic nie da, bo wiadomo, że ona wie wszystko lepiej, a ja mam się nie wtrącać.
Więc szkoda moich nerwów - to i tak nie zmieni nic, bo nie sądzę, żeby wzięła sobie cokolwiek do serca.


 Od każdego zwierzaka trudno go było odciągnąć. Dostał ode mnie ten bubble, co ma  łapce, Synowa go odciągała, puszczając mu bańki :)




 Na ruję i porubstwo też trafiliśmy, Poznań z tego słynie, ale Alienek jest uświadomiony i nie zrobiło to na nim większego wrażenia.

W nocy ze środy na czwartek spać nie mogłam, tak strasznie rozbolało mnie gardło i uszy. Nawet śliny nie mogłam przełknąć.  Zasnęłam o czwartej nad ranem.

Powlokłam się więc rano do lekarza, z mocnym postanowieniem zrobienia rozpiździelu.
Siadłam i rzekłam, że nie życzę sobie po raz kolejny wydawania 200 zł w aptece, na leki, które pomagają jak umarłemu kadzidło. Że życzę sobie antybiotyku. Pani doktor, że homoniewiadomo, że może to wirus, a może bakteria, a może inny czort czy diabeł, że ona chroni moją florę bakteryjną, bo... i takie inne sranie w banie. A ja przecież znam swój organizm i wiedziałam od początku, że sprawę załatwiłby jakiś antybiotyk i coś na kaszel. Ale nie, ona wie lepiej. Jak, kurwa, wie, powinna zlecić wymaz i posiew. Tak jak przy dnie - sama zrobiłam badanie za - olaboga - siedem złotych polskich, wykrywające dnę. Już nie chciałam tłumaczyć, jak to parę lat temu szpikowali mnie tu całym gównem, lecząc zakrzepicę, różę i inne cuda wianki, a to była dna moczanowa od szparagów. Kurwa mać. Jeden jedyny raz w życiu byłam zaopiekowana jak fabryka przewiduje, gdy wpadłam w depresję na dziesięciomiesięcznym bezrobociu. Nie spałam wtedy w ogóle. Eks tak długo męczył matkę, aż umówiła mnie do profesora Fibaka, tak tego Fibaka, jako że on wujem Eksa był. A Eks jaki był, taki był, ale o mnie dbał. Profesor już wtedy był schorowany, ale kazał mi siąść, obmacał od głów do stóp, każdą kosteczkę, nawet uklęknął, żeby mi kostki u nóg obmacać. Teraz wiem, że macał, czy mi serce nie siada. Ustawił leki tak, że po tygodniu byłam nówka nieśmigana. Nigdy więcej żaden lekarz mnie tak nie obadał. I nie zrobił tego dlatego, że byłam żoną Eksa, on każdego pacjenta tak traktował. Lekarz przez duże L. Ale co ja babie będę tłumaczyć, idę w zaparte i mówię, że nieważne, czy antybiotyk pomoże, czy nie, będzie działał jak placebo co najwyżej. Zastrzygła uszami: placebo, skąd pani zna to słowo.  Bo ja, pani doktor jestem tylko głucha, a nie głupia. 10 lat poprawianie tekstów po lekarzach jednak jakąś wiedzę  generuje. I chcę antybiotyk, albo będę nóżkami tupała. Poszła po narzędzia i... kazała zdjąć aparaty, zajrzała do uszu i jęknęła. Mam zapalenie ucha od aparatów, od wkładek. Możliwe, bo nosiłam je non stop przez 12 godzin dziennie w koszmarnym upale przez trzy dni, jak chłopcy byli w PL. Co innego noszenie w pomieszczeniu, w pracy, gdzie mam klimę, a co innego w upale. Więc skierowanie do laryngologa, antybiotyk (tak, kurwa, zajebiście silny, że po jednorazowym zażyciu ból ucha poszedł w pizdu), tylko trzy tabletki (i dobrze, bo działa przeczyszczająco, dobrze, że zadziałał dopiero dziś po południu, gdy już wróciłam do domu). I znów stówa w aptece pękła, łącznie z szałwią i Salviaseptem (bom leniwa i nie chce mi się parzyć, tom kupiła wyciąg). Z rozpędu pojechałam do punktu, gdzie osiem lat temu kupiłam aparaty, z pytaniem o jakieś bardziej miękkie wkładki do uszu. Zrobią takie, jak mi się uszy wygoją. OK. Jednocześnie pani zaproponowała mi nowe aparaty. Fakt, myślałam o tym, bo te mają już osiem lat i są (odpukać) kochane i super, ale wszystko ma swój kres przecież. Mówię pani, że jednak 6 tys. to dla mnie trochę zaporowe, a w pani na to: jakie 6 tys.? Tak mi powiedziano w Geersie. Wiem, że można i kilkadziesiąt tysięcy zapłacić za cuda wianki, ale na co mi to, jednak w Geersie mówili 6 tys. w górę, bo to dwa aparaty, a technika idzie naprzód. Ano idzie. Pani oczy w niebiosa wywróciła i mówi, że aparaty tej klasy co moje, oczywiście, ulepszone ciut przez te lata to kwestia 2500. O ile dobrze zrozumiałam - na oboje uszu. A NFZ coś tam refunduje, zdaje się, że 700 zł. Więc rozradowana rzekłam, że prześpię się ze ślimakami i po zamknięciu kolejnego numeru z zaleczonymi uszami wlecę. Muszę więc ogarnąć tego laryngologa, bo zdaje się, że do refundacji jakiś tam świstek od lekarza będzie potrzebny.
Jak to jednak ludzi potrafią trzepać. Dobrze, że tam poszłam, pierwsze aparaty dobrali mi idealnie, choć pan się bał, że z moim ubytkiem będzie ciężko.
Poszłam dziś do pracy, bo ten model tak ma. Ma urlop, jest chory, ale do pracy idzie. Wiem, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, ale co ja za to mogę. Ciężko było, bo nauczyłam się już pracy w aparatach, ale ze względu na odparzenia ich nie założyłam. Jednak gorzej się pracuje, tym bardziej że ludzie nieprzyzwyczajeni do mnie bezaparatowej, a zwłaszcza ta młoda, tapetą pompowana, co na nią Boss wszystko zwala, ale trudno. Powiedziałam, że musi przecierpieć, a jak jej ciężko, niech na kartce do mnie pisze, długopis ma :)
Od proga na Bossa się nadziałam, całego w skowronkach. I grabę mi funduje, ale ja się migam, żem chora i nie chcę go pokrzywdzić. Mina mu zrzedła.To kto dodatek zrobi? Jak to, kto. Ja. A jak sądzi, po co przyszłam do pracy, chora, na urlopie (co nie omieszkałam podkreślić dwa razy), jak nie po to, by kochaną gazetkę od nieszczęścia ratować? Zarechotał uradowany i oczęta mu zabłysły. Że już wszystko przygotowane, że rach-ciach-ciach. Ta... Rach-ciach-ciach...No ale mniejsza z większym, po czterech godzinach było gotowe, reszta w poniedziałek, ana wydruczkach.
W międzyczasie wleciałam jeszcze do tego niezapłaconego. Na mój widok tak się rozjaśnił, jakby wygrał w miliard w środę i miliard w sobotę. Siadać prosił, przepraszał, sumitował się, że on zaraz na delegację jechał i potem na urlop, że jak wrócił, to mnie szukał, ale mnie nie było, że dostanę, ile chciałam, ale dogrywają jak to przepisowo ogarnąć, że prosi o cierpliwość, o mało się nie popłakał. Że tylko ja, taaaaa, ta jedyna i umiłowana i że next numerek koniec listopada, że...
Na zebranie z szampanem zapraszał po targach, ale rzekłam, żeby na mnie nie czekali, bo ja wtedy mam wolne, a szampana nie lubię. A prawda taka, że co to za przyjemność siedzieć, sączyć szampana (którego faktycznie nie lubię) i słuchać pierdolenia o Szopenie? Dzięki wyjazdom od lat unikam wigilijnych kolacji, byłam tylko na jednej, a na imprezy integracyjne nie jeżdżę, bo nie widzę sensu w spaniu w pokoju z obcą babą, która mnie ani nie zieje, ani nie grzębi, a do tego bąków nie mogę spokojnie puszczać :D I te szeptanki po kątach później, kto ile wypił, kto co zrobił i inne takie tam. To już lepiej sobie iść samemu do knajpy, w domu wino obalić i spokojnie w nocy popierdzieć we własnym łóżeczku, co nie?
Zatem kasa będzie, co mnie cieszy, później, co mnie złości.
I jakaś tam pewność, że dopóki całkiem nie wysiądę, to mam dwa miejsca, gdzie do emerytury dołożę, gdyby Bossowi coś się wygło. Bo bez dokładania to jednak mogiła, jak się zacznie chorować. Ponieważ dotychczas wydawałam niecałe 100 zł na trzy miesiące na leki na nadciśnienie, nie odczuwałam tego zbyt boleśnie, a tu sruuu i w dwa tygodnie 300 zł, a nie wiadomo, czy to koniec?
Ojapierdolę.
Bo po tylu latach wmawiania mi, że jestem z łaski, że są lepsze ode mnie, że korektorki to stadami chodzą po ulicy i pukają do okien (to akurat prawda, psują przy okazji rynek, pracując za śmieszne stawki, np. za 2,50 za korektę 1800 znaków ze spacjami, inna para kaloszy, jaka jest jakość tej pracy) wciąż na hasło: Stara Jędza Boss prosi, sztywnieję i od razu od drzwi pytam: pakować się mam?
Inna bajka, że Boss uznaje tylko kij, marchewki na stanie nie ma.
Pojebana jestem i to nie z lekka, ale mocno.
Ale co zrobić, jak model taki, że niewiele aktualizacji się da do niego wgrać?
Ajfonik się zatrzymał na iOS 11. Ale mi starcza. I na nowy starczy nawet z aparatami. Jak coś, mam kartę, o której chłop nie wie.
I tak się zastanawiam, czy może aparaty wziąć na raty? Bo ponieważ kupują je przeważnie emeryci jest oferta rat na zero procent.
Nie wiem, prześpię się ze ślimakami. Kiedyś trzeba do tych ślimaków wrócić, co nie?



7 komentarzy:

  1. nie jesteś pojebana
    a nawet jeśli jesteś to bądź sobą , pojebanych też lubią
    ajlawiu Jędzuniu

    OdpowiedzUsuń
  2. Wracaj do zdrowia dzielna kobieto .
    Czy mogę prosić o namiary tych tanich aparatów.
    Serdecznosci.Krystyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grobla 1, pan Ziętek. Ponoć ma też punkt na Jeżycach, ale optuję za tym na Grobli. Najlepszy punkt w Poznaniu, moim zdaniem. Geers ani inne punkty się nie umywają, wiem, co mówię. Wszędzie polecano mi aparaty "te co same śpiewają, tańczą, recytują, dają dupy i gotują'. A ja kasą nie śmierdzę, naprawdę takich cudów wianków nie potrzebuję, choć ubytek słuchu mam duży. Nie wiem, jak teraz, ale za pierwszym razem załatwiali na własną rękę refundację z NFZ. Bo NFZ refunduje Osobom dorosłym po 26. roku życia przysługuje dofinansowanie w wysokości:

      700 zł na aparat słuchowy,
      1260 zł na aparat na przewodnictwo kostne,
      50 zł na wkładkę uszną.
      Nie wiem, jak teraz, to jest z 2017. I kiedyś było ograniczenie refundacji na dwoje uszu tylko dla osób pracujących. To wszystko wyjdzie w praniu, ale polecam Audiocentrum. I mają też raty :) Oraz wizyty domowe.

      Usuń
    2. Bardzo dziękuję za wyczerpujące info.
      Bardzo lubię Twoje relacje i specyficzny humor/o fotkach nie wspomnę bo już je chwaliłam/ KKK

      Usuń
  3. :) ból ucha jest okrutnym cierpieniem porównywalnym do bólu miesiączkowego w tyłozgięciu macicy i mięśniakach.... Dobrze że masz to już za sobą. Spędów pracowniczych nie znosiłam, ale dlatego, że jeden drugiemu by nóż pod lewą łopatkę wsadził a tu się opłatkiem chcą dzielić i życzenia składać

    OdpowiedzUsuń
  4. A dziękuję. Nigdy nie miałam bolesnych miesiączek, mimo tyłozgięcia, więc nie mam pojęcia, co bardziej boli. Fakt, że ucho chciałam sobie w nocy rwać :P O to właśnie mi chodzi w stosunkach firmowych. Na własne skórze przekonałam się, że chociaż jestem w porządku wobec współpracowników i nigdy, mimo zapytań: kto pisze źle i robi błędy ortograficzne nie pokazałam delikwenta pazurem, zawsze mówiąc, że najlepiej piszę ja, a błędy robią wszyscy i dzięki temu mam na sól do śledzia, to jednak znaleźli się tacy, co powtarzali Bossowi moje narzekania. Więc teraz Bossa tylko chwalę, uśmiecham się do wszystkich miło, ale na żadne spędy nie chodzę. A kij Wam w oko, bo w dupę mielibyście jeszcze przyjemność - to moja cicha pracowa maksyma :)

    OdpowiedzUsuń