zmianami to wcale nie do końca taka prawda, Kochany Pamiętniczku.
Albowiem w pracy fonty mi padły.
Zawołany na ratunek T. pracowicie je wprowadzał z powrotem, albowiem informatyk przychodzi, jak ktoś strzelbę znajdzie. A fonty to podstawa mojej pracy, więc T. się poświęcił.
Ale okazało się, że są fonty, a nie ma ramki.
Znaczy się, w programie, który używam schowała się taka belka, na której są wszystkie przydasie. Umiem to obsługiwać, wyciągając funkcje z górnego paska, ale ile przy tym czasu tracę.
Raban podniosłam nieziemski.
I nie mógł nikt rameczki znaleźć, a ja dostałam po prawie całym dniu łażenia z kąta w kąt pracę na cito.
I co chwila ktoś właził, sprawdzając, czy już i dlaczego tak wolno.
Wyrzuciłam w końcu z wrzaskiem wszystkich, bo mało, że przeszkadzali, to nie mogłam nawet stron przewinąć.
Nienawidzę takich zmian.
Oddałam rzeczoną robotę.
Nigdy nie otwierałam tego programu na ślepo, a już był prawie czas do domu.
Zaryzykowałam, otworzyłam.
Nie mam zielonego pojęcia, co kliknęłam, ale odzyskałam tę pieprzoną rameczkę.
I znów mogę pracować z prędkością światła, z zamkniętymi oczami.
I jedyne co mnie teraz wkurza to przestawianie się z klawiatur, bo każda ma inny rozstaw liter i inne shifty i takie tam.
Ale spoko.
Z nudów wzięłam do ręki gazetkę wychodzącą piętro niżej. Kiedyś też ją korekciłam, na początku, w ramach pokazywania, jaka to ja dobra jestem. Potem miałam do wyboru moją i tamtą, ale nie chciałam tamtej, bo to tygodnik. Pracowałabym środa-piątek i poniedziałek. A tu jak dobrze idzie mam dwa tygodnie wolne. W międzyczasie tygodnik połączył się z drugim w Warszawie i ni cholery nie ogarniam, jak oni pracują, ale fakt, w sumie mają ok. 120 stron, odliczając od tego ogłoszenia drobne, program TV i ogłoszenia matrymonialne, których na pewno nikt nie korekci i reklamy, jest i tak sporo do roboty. Więc zerknęłam i ojapierdolę. Rozmawiałam potem z T., mówię jak jest, a on, żeby poczerwienić. Mówię, że nie będę kamieniem w koleżanki rzucała, a on, że nie chodzi o rzucanie. Ale Boss wciąż mówi, jak niechlujnie pracujemy. Nie wiem jak, mam zasadę nie brać do ręki drukowanego. Dla mojego zdrowia psychicznego. Tempo jest, jakie jest, a i po mnie co poniektórzy pracują. Nie ma tak, jak w Auschwitz, że korekta dostawała gotową makietę, podpisywała ją i już nikt nie mógł kropki zmienić. Często jest tak, że 5 minut po ogłoszeniu fajrantu i do następnego numeru, gdy mnie już nie ma, ktoś coś tam zmienia. U nas odpowiada redaktor, nie korekta. Więc cuda się zdarzają, a i chochliki nie śpią. Tak jak licho. Ono też nie śpi. I ja nie śpię. Z byle kim :) Ciapek i Miśki to nie byle kto, a reszta? Albo się nie liczy, albo jest milczeniem,
Nie, nie czytałam dokładnie, ale leciały po oczach błędy. Nawet w podpisach pod zdjęciami, które osobiście sprawdzam skrupulatnie, bo tytuły, śródtytuły i podpisy - to zawsze się w oczy rzuca. Pomijając już błędy stylistyczne typu w porównaniu do zamiast w porównaniu z - i to w wybiciach. I niekonsekwencje, bo raz % a raz procent. Nie jest to błędem, ale w tekście powinna być konsekwencja zapisu. U mnie przyjęto, że %, więc zawsze jest %.
I błędy zasadnicze, takie jak złe nazwy mieszkańców miejscowości. Fakt, to redaktorska robota, ale ja zawsze to sprawdzam.
I inne takie tam.
Dlatego mogę chodzić i drzeć mordę :)
Dam ten egzemplarz T. Jak chce, niech wykorzysta. Ja na zebrania nie chodzę.
A lubię moich kolegów, swoją pracę i nie znoszę twierdzenia, że jesteśmy tacy najgorsi.
Bo to nieprawda, są gorsi od nas :D
Tak mi się ostatnio wszystko okołopracowo kręci, ale czasem i tak bywa.
Okna, o dziwo, oprócz kuchennego, które osrały osy pchające się na gwałt do jedzenia, nie wyglądają źle, ale mam nadzieję wykorzystać jeszcze ciepły weekend do zrobienia z nimi porządku. Nie pada, więc nie są nawet brudne, tylko muszki je osrały.
A słońce teraz rano pada tak, że to widać. I kurz widać.
I mam pierdalca :P
No ale potem znów usiądę na listku bobkowym przy świecach i lampeczkach :D
Jeszcze jutro, będzie ciężko, bo muszę czekać na relację z targów, nie ma mocnych. A nie wiadomo, kiedy dojdzie, bo pisze mój ulubiony dział.
W piątek się wyśpię, polecę w południe na warzywka, ale to lajtowo jest.
A potem będzie intensywnie, bo i o aparatach muszę pomyśleć, i Inżynier wleci do dentysty, i koleżanka maruda mi się kroi zaraz.
A wrzesień cudny, jak nie wrzesień, o 18 26 stopni w cieniu, ojaciepierdolę. Wracając myślałam, że jestem chora, a po słońcu dreptałam z zakupami, to pewno i ze 28 było. Chociaż te upały nie są takie powalające jak naprawdę letnie. Są łagodniejsze i łatwiej je oswoić. Może dlatego, że noc przywraca już równowagę.
I na Dębinę albo w inny las mnie ciągnie, dawno nie byłam na przyrody łonie i choć niby co roku to samo, to jednak...
Duszaszczypatielno....
DuszEszczipatelno... To tak z zzdrosci i dla rownowagi
OdpowiedzUsuńFaktycznie, masz rację anonimie. Ale internety i moją formę notują. Zapisałam w kajeciku :) Dziękuje. :) Równowaga w przyrodzie musi być :D Błędy chirurga kryje ziemia, błędy korekty wychodzą w druku :)
OdpowiedzUsuńZnam rosyjski. Pomyslalam, ze chcialabyz wiedziec. Tylko tyle. Zazdroszcze ci tej pracy, chociaz wiem, ze jest trudna. A wpadki moga zdarzyc sie w najprzerozniejszych okolicznosciach. Daaawno temu strasznie przezylam ortograf, ktory zafundowali mojej gazecie graficy ("alkochol") i redaktor wydania ("Szybko, szybko. To tylko pare slow. Nie ma czasu na korekte.")No i w druku wyszedl byk jak zywy. A pod tekstem moje nazwisko. Wstyd.Dlatego kocham korekte. Ten sam anonim, czyli Glukoza.
OdpowiedzUsuńDziękuję, Glukozo :) O, rosyjski, do dziś mogę cytować wiersze po rosyjsku, po kilku minutach walki z bukwami znów czytać Oniegina w oryginale :) No ale nie jestem idealna, a i pamięć już nie ta. U mnie też kiedyś poszedł tak alkohol. Bo tylko wykres wstawili po korekcie już, bo to tylko wykres :) Odkrył to potem Sikory mąż i pyta: jeszcze tam pracujesz, nie wylali cię? I tłumacz ludziom, że nie jesteś wielbłądem :) Pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuń