piątek, 10 października 2025

I kolejny

tydzień za mną, Kochany Pamiętniczku.

Coraz szybciej lecą te tygodnie.

Z trudem je doganiam.

W zasadzie nic się nie działo - praca, skoki ciśnienia, bo pracowali jakby nie mogli, jakby im za to nie płacili, ale co tam, korektorka po godzinach popracuje, bo od tego jest, co nie?

I jeszcze okazało się, że po odejściu M. w krowach jest burdel na kółkach, a w ramach korpo współpracuje z nami redakcja, z którą ja nie chciałam pracować, mając do wyboru ich i moją. Nie, żeby mnie tam nie cenili, z naczelnym i z zastępcą miałam bardzo dobre układy (zastępca ściągnął mnie już jako naczelny do nowych maszynek). Bo już na "okresie próbnym" (brałam wolne z Auschwitz, miałam 60 dni zaległego urlopu) i szłam do nich pracować w czynie społecznym, jak M., która mnie tam ściągała brała wolne. 

Taki misz-masz.

Ale moja jakoś mi bardziej  pasowała.

No i teraz naczelny współpracuje z krówkami. 

I tak jak ja ślęczałam prawie 2 tygodnie (sic!), czekając na materiały, obudził się w przeddzień jazdy do druku. I nie, nie napisał emilka jak człowiek, ale wysłał mi wiadomość na MSG. Dostał mojego MSG od pani M., bo tak kiedyś wyszło w praniu - jak wiadomo, jestem niedzwoniąca, a poza tym nie mam służbowego telefonu (chyba jako jedyna w redakcji, ale też tego nie chcę).

Wiadomość, że jest robota w SE.

A w SE miał takie ustawienia, że ja nie mogłam wejść (mam ograniczone uprawnienia i dobrze). 

I tak sobie jak gęś z prosięciem... 

Po godzinach znów kolejne wiadomości.

W porze dość późnej.

Zacisnęłam zęby i zrobiłam,  no bo juterko do druku.

Next day, przeciągam się w łóżeczku, iPadzika dobywam, a tam na MSG... do roboty. Wysłane o 6.30. A ostatni emilek był o 23.11.

Kurwa. 

Więc zła jak osa i niepomna, że to naczalstwo, odpisuję, że OK, zrobię, ale nieśmiało przypominam, że ja jestem na pół etatu.

Przeprasza, że wyjeżdża, że jest w podróży...

No ja wiem, że oni mają ciężkie życie, że latają jak koty bez pęcherza, po  seminariach, reportażach, zlotach, wylotach, polach, forach, targach, zagranicach i tam, gdzie psy dupami szczekają.

Ale ja jestem jedna, jedyna i gdybym miała (a prawie to robię) dostosować się do wszystkich tych latań, to pracowałabym 24 godziny na dobę. Fakt, na cały etat miałabym wciąż więcej niż najniższa krajowa, ale kurwa - to, że na home office mam czas przy takiej dezorganizacji na inne rzeczy nie znaczy, że mój czas nie jest cenny.

Bo jeżeli o 13 zamykam budkę na kłódkę, a potem jest alarm, że korekty nie ma...

I nie, nie chcę zrezygnować z home office - gdybym musiała wracać, na pewno nie pracowałabym już dalej. 

Nie chcę się tłuc w zatłoczonym zbiorkomie, niezależnie od tego, jak się czuję danego dnia.

Bo tak, umysł mam znakomity, ale ciałko powoli coraz bardziej mdłe i wątłe.

Wczoraj w nocy myślałam, że w Kosmos wylecę, tak mnie nogi bolały i cholera mną po łóżku miotała, zanim znalazłam pozycję, w której zasnęłam. Diagnozowałam się już sama - i nie, nie zrobiłam badań - może znów dna, może reumatyzm (czy inne tam zapalenie, ale patrząc na kolejki do reumatologa - podziękuję, tyle lat żyję z tym bólem, jeszcze trochę pociągnę). Do gośćca stawowego mam predyspozycje genetyczne - moją mamę wykończył.

A dziś doczytałam się, że to może być toczeń rumieniowaty układowy, który błyskawicznie zabija, a którego objaw mam na tym mordzie :) 
Jako że wujek Google wyczerpał już swoje mądrości diagnostyczne, powinnam się chyba udać do wujka Yahoo i skonsultować diagnozy.

Przeciwbólowych nie łykam, mam gdzieś zabłąkany Apap, kupiony, gdy się szczepiłam na Covidka, na szczęście tylko 2 razy i maybe - już przeterminowany.
Moja wątroba jest tak zniszczona, że jakiekolwiek przeciwbólowe - leży i kwiczy. 
Cytryna i imbir - zaniedbałam, pora do tego wrócić - idealnie pomagało pite regularnie na bolące kopyta.

Wychodząc z domu, pierwsze dwa kroki na schodach stawiam ostrożnie, sondując, czy kolanko ma dziś dobry dzień i mogę jak sarenka, czy raczej nie - i muszę jak babulinka. Z wchodzeniem nie mam problemu - buntuje się przy schodzeniu - prawe :)

 Rączki też mam jakby słabsze, dziś, krojąc hokkaido o mało nie umarłam. Bo ja jestem sierota krojeniowa. Zawsze sobie coś pochlastam. Naostrzony nóż nie pomógł, utkwił w dyńce. Opanowałam dopiero sytuację, gdy wyciągnęłam Solingena - piłkę, której ciocia mamie zazdrościła z całego serca :) Bałam się, że ząbki się połamią, ale nie, dała radę.


 Epicko to wygląda, co nie? Hokkaido, śliwki, jabłka, cebula, czosnek (cała główka), papryczka - wypróżniłam lodówkę - więc na winie, oczywiście z przyprawami, w tym z imbirem i z gałką muszkatołową. Zapiekłam, zmiksowałam...

Jak wróciłam do domu (a po 13 duchowi ich dałam w pysk i poszłam, choć po 13 zaczęli słać emilki), dodałam mleczka kokosowego i odgrzałam...

Emilki ogarnęłam, a na piecu wciąż pyrkoli 


 żurawina leśna z cukierem. Przeleżała w zamrażalniku dokładnie rok, więc najwyższa pora ją ogarnąć. Do camemberta będzie jak znalazł. Inżynier czasem bierze, a jak nie - bez łaski, sama zjem :) Zdrowa na nerki, do herbaty też można dodać (wspomnienie herbaty po rosyjsku w Drużbie, w przerwach na studiach - vis-à-vis mojej Alma Mater - z konfiturą, to se ne vrati, ale... trochę boli). 

I kolejny dramat - zamiast obiecanych 5 stów z teatru dostałam 360 zł z groszami. Nie wiem, czy księgowa ślepa, czy kombinowała, podpisywałam kontrakt na 500 zł netto (i tak za mało jak na bajzel, który ogarniałam). No tom się zleceniodawczyni pożaliła, a ta, w stolycy będąc, poawanturniczyła się. Mam dostać wyrównanie. Sama bym na to położyła laskę,  bo szkoda mi zdrowia. Najwyżej nie wzięłabym kolejnego zlecenia, ale... No cóż, zleceniodawczyni zależy na mnie.

Bywa :) 

I tak sobie poszłam do Lidla, gdzie zakupy poczyniłam, bo Lidl ma najlepsze warzywa po Manhattanie...

Kontemplując


 wiosenną trafkę (moje bratki już są zaatakowane przez mszyce (sic!), pocąc się w cieniutkim chałacie...

A za oknem 


 jednak jesień już. Zdjęcia z Dębiny widziałam, tam już jesień w pełnej krasie. No ale nie mam się tak kiedy wybrać - starość, kurwa, starość, zanim się ogarnę z tymi jebanymi emilkami po godzinach, będzie już ciemno.

A będzie się działo (jest opcja, że przez tydzień nic nie napiszę, bo nie będzie kiedy), a potem (się śmierdzi) wycug i to chyba na dłużej, olaboga, nie wiem, jak wytrzymam tak długo...

Jedyne, co trzyma mnie przy życiu w tej chwili, w niezłej kondycji, to...


 uwielbiam je, zawsze tak cudnie się rozwijają...


 i pieścichłopy. Szukałam grudni, bo FB przypomniał, ale nie ma, aczkolwiek domowe mają już pączki. 

Jutro połażę w ramach nadrabiania zaległości, bo przede mną kolejny tydzień siedzenia na dupie, tym razem twardo.

Tym bardziej, że coraz szybciej się ściemnia.

I muzyka.

Spotify już zna moje gusta i sam wie, co mi podrzucać.

Nie ogarniam "nowej" muzyki i tych celebrytów śpiewających.

Może i mają to coś, ale...

Nie jest to moja melodia...

I biedny Trampek Nobla nie dostał.

I słusznie.

A pisiorki na każdym kroku manifestują i demonstrują swoją głupotę.

I tak - jestem od tej frakcji mądrzejsza. 

Umiem przyznawać się do błędów.

Głosowałam na Sterczewskiego, wydawał się dobrym kandydatem - młody, zgadzają się nasze poglądy.

Po szopce, jaką odegrał w "niewoli u Izraela", a biorąc pod uwagę inne zdarzenia, w których brał udział jako poseł - wstydzę się, że oddałam na niego głos. 

I tak, jestem za Izraelem.

Nie sądzę, żeby Żydzi, wprowadzają się do PL chcieli tu nawracać na swoją religię.

Ale Hamas, Arabowie - i owszem.

Boleję nad losem Gazy, ale tu nic nie jest proste. Znaczy się, wszystko jest proste jak drut sprężynowy.

 I właśnie przed chwilą dostałam od Inżynierowej  fotkę, jak Kalafiorkówna robi torciki na urodziny Edka.

Nie, nie mam pretensji, że nie jest moją fanką, widać ma jakieś swoje powody, nie wnikam, najważniejsze, że oni są szczęśliwi.

(Takie mi się trafiły synowe z fochami do własnych matek, które przeniosły na mnie,  bogu ducha winną teściową, nie, nie mam córek. Aczkolwiek ja, spragniona matki jak kania dżdżu, starałam się stanąć na głowie dla mojej teściowej, by być jej - chociaż lubianą - córką. Nie wyszło, wola boska i skrzypce, starałam się do wyrzygu.)

Ale czasami zaboli (chociaż w sumie mam na to wyjebane), że tak naprawdę nigdy, ale to nigdy nie złożyła mi życzeń w moje urodziny, nawet na tę jebaną siedemdziesiątkę, którą w sumie celebrował sam Inżynier, biorąc wolne. Sama przymawiałam się u niej o tort, bo robi epickie. No cóż, dostałam tort z cukierni - nie powiem,  smaczny był. Prezenty zawsze sponsoruje Inżynier. Ale miło byłoby dostać drobiazg, za grosz, z myślą o mnie. I usłyszeć: hej, dobrze wychowałaś syna. Nie doczekam :) 

I to są jebane drobiazgi, które mnie czasami wkurwiają.

Ale potem oddycham głęboko, włączam jazz... 

Ostatnio mam fazę na jazz, choć bardziej gustuję w pop, folku, country.

No cóż, niezbadane są drogi życia :) 

I tak, słuchając dla odstresowania 


 

 myślę o jutrzejszej wyprawie na Manhattan, bo dawno mnie tam nie widzieli.

I cieszę się, że Umarlaki już ogarnięte. 

Chałupka też.

Reszta zupki z dziś na jutro...

 

Pora coś wymyślić...

 

Może wreszcie na Dębinę dotrę?

 

 

 



 

 

 

 

8 komentarzy:

  1. Darowalam zycie mojemu nie kwitnacemu grudniowi i teraz ma najostatniejsza szanse sie zrehabilitowac i puscic paczki. Jesli nie, to smietnik, drugi raz mnie nie wytriksuje.
    Ja dostalam od przyszlego-niedoszlego ziecia, ojca chocholow, pochwale, ze dobrze wychowalam corke, no ja mysle! :))) I to kiedy juz dawno sie rozstali, ale dla dobra dzieci maja poprawne relacje.
    A co jest na Debinie, ze chcesz tam docierac?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cisza i spokój, no i jesień już... Nie dotarłam, jak zawsze na drodze stanęła praca... Cóż, workholizmu się nie leczy, na to się umiera :)

      Usuń
  2. Widzę, że nic się nie zmieniło , aż mi ciśnienie skoczyło na wspomnienie jak było u mnie. To naruszenie ciszy nocnej, brak słów . O nie te słowo na k .. jest bardzo dobre. Co do synowych to nie wyniosły tego z domu. Tak ,że nie odbieraj tego osobiście. Mieczykowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie odbieram. Ale jakoś dziwnie się czuć jak przedmiot drugiej kategorii... Może nie powinnam? Może więcej powinnam mieć w pompie? Tak, taki lajf, że ci, którzy mają dużo kasy uważają, że ci na dole powinni być na baczność całą dobę, zwłaszcza na home office... No cóż. Zemsta jest rozkoszą bogów, zemszczę się, odchodząc. Nawet na drugi brzeg ;) Wiem, megalomania :)

      Usuń
  3. Ależ zgrabna i trafna fraza:
    "Coraz szybciej lecą te tygodnie.
    Z trudem je doganiam."
    Lepiej bym tego nie ujęła! I mnie znikają tygodnie, miesiące, a od kiedy poniechałam bloga, to i lata :-)
    Zupki zazdroszczę, jeszcze nie jadłam w tym roku hokkaido, a uwielbiam, muszę w przyszłym tygodniu gdzieś upolować. Jutro mam rozpustę- szykuję na kolację polędwiczki z kurkami w śmietanie, a w niedzielę obiad w knajpce z nie byle jakiej okazji, bo 95 urodzin mojej Teściowej. Tak więc dyniowa musi poczekać. Lubię też hokkaido pieczoną w kawałkach, posypaną solą, ziołami prowansalskimi albo samym rozmarynem i skropioną oliwą. Pyszna na gorąco i na zimno, polecam!
    Przykro, że z synowymi tak marnie Ci się układa, no cóż, nie zawsze jest pierwszy maja. Miłego weekendu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udanej imprezy z Teściową. Fajna musi być, że tak ją honorujesz :) Zapiszę w kajeciku ten pierwszy maja, podoba mi się okrutnie :)

      Usuń
  4. Miłego dnia życzę i pozdrawiam serdecznie!!!

    OdpowiedzUsuń