cnoty chyba wróciłam, Kochany Pamiętniczku :)
Bo tak, z łóżka wygramoliłam się o 8.45. No dobra, poleżałam, pograłam, z Inżynierem się przywitałam, Pierworodnego pomęczyłam i dopiero potem wstałam :)
Niecny plan miałam, że dzisiaj Dzień Dziecka będzie, zatem siwego, łysego łba nie myję, ale posprzątam w szafie, gdzie bajzel woła już o pomstę do nieba, coś upichcę, ogarnę gospodarczo chałupkę.
No ale jak to u mnie - cały pogrzeb na nic.
Na szczęście karteczkę przykleiłam (tak, z mojego kalendarzyka, że Cytykota mam dziś odebrać...
A... zatem łeb trzeba umyć, bo choć czysty mam, to moje włosy po każdej nocy (znaczy się ta resztka, która mi została) wyglądają, jakby piorun w rabarbar strzelił.
Ale najpierw poczta.
Są emilki, w tym rachunek za neta.
Rachunek płacę, emilki ogarniam i sruuu do łazienki, żeby nie wyglądać jak portret Iron Maiden :)
Śniadanko.
I prawie już ostatnie odcinki 911, ogarnęłam 8 sezonów. Ostatni już tak głupi, że sztuczna szczęka mnie bolała, ale skoro tyle zniosłam, dojadę do końca :)
I tak dociągnęłam do 13. No cóż, jestem uczciwa i swoje godziny ogarniam. Jak pracowałam stacjonarnie, też siedziałam całymi godzinami bez pracy, ale nigdy nie wychodziłam wcześniej. Głupie to, bo logiczniej byłoby, żebym mogła wyjść rano, załatwić swoje i ogarnąć resztę w ciągu dnia. Ale nie będę zmieniała zasad, trudno, cierp ciało. Cierpi, bo nie mam siły latać tak, żeby załatwić wszystko punktualnie do 9. Mogłabym nagiąć zasadę, ale życie nauczyło mnie, że czasem jak ktoś chce psa uderzyć, to kij zawsze znajdzie.
Nevermind, anyway :)
I tak ogarnęłam się migiem i poszłam w świat bez plecaczka, z wózeczkiem. Do apteki, ale zboczyłam do Maciejki, bo wczoraj widziałam koszmarny i drogi (40 zł) bukiet zaśmiecający planetę, ale... Coś wsadzić muszę, a takie cuś w stanie nadającym się do patrzenia wytrzyma do wiosny, kiedy zmienię je na kolejny zaśmiecacz.
Tym razem Umarlaki dostaną różne bukiety, a co. Od wczoraj bukiet podrożał o 5 zł :)W aptece za Cytykota - dwa opakowania, bo tyle zamówiła, widząc ceny w necie, zapłaciłam... prawie 90 zł.
No i chuj.
Sprawdzam na Alledrogo - opakowanie identyczne, liczba tabletek takoż, ten sam producent - niecałe 23 za opakowanie.
Kurwa.
A nie chciałam męczyć Inżyniera, bo wciąż nie umiem w Alledrogo (właśnie zlikwidowali mi założone przed laty konto) i w paczkomaty.
A taka niby mądra jestem.
No mógłby ktoś ze mną do paczkomatu podejść i jak krowie na rowie pokazać, ale nie, nikt nie ma czasu.
A ja jestem z tym niekompatybilna, tak samo jak do dziś jestem niekompatybilna z pilotami.
Znaczy się, jakiegoś przystojnego, emerytowanego, przygarnęłabym, a co mi tam, żeby już nie latał, cobym nerwów nie traciła. Bo ten jeden przystojny, którego znałam, był kanalią jakich mało i już nie żyje. I dobrze mu tak...
No dobra, do dziś nie umiem obsługiwać pilota, choć I. wynosząc się z memłona zostawił mi pisemną obsługę tegoż. A miałam wypasiony odbiornik TV, kino domowe i głośniki w suficie :)
A i tak poległam na pilocie. Korzystając tylko z ukochanego kompika.
Kino pojechało do UK, no i tam nagle zeszło z tego świata po jakimś czasie, choć dojechało nieśmigane.
Zatem będę męczyć dziecko o Cytykota, nawet jak w ramach łaskawości postawię mu wino, to i tak wyjdę na swoje.
Mniejsza z większym, ale widać, że apteki to jednak zuo jest.
Bo ja coraz więcej wydaję na suplementy, inna bajka, że działają, bo mój wzrok jednak nie pada, a i spanie się uregulowało.
Muszę jednak poszukać tańszych źródeł.
Amen.
I do rzeźnika wlazłam.
Zasadę mam: kupuję mięsko i każę sobie mielić (mleć - kiedyś tylko mleć było poprawne). Wybieram kawałek łopatki i proszę, żeby ją zmielić (zemleć). W końcu to rzeźnik, nie market.
Ale... Nie poszłam do rzeźnika w Galerii, bo chciałam wracać inną trasą, poza tym tam są kolejki na pół godziny z hakiem stania. A mnie się stać nie chciało, bo słoneczko nakurwiało...
Pani zaś pokazuje na korytko i mówi: ale tu jest mielone wieprzowe.
Ja, uparta: proszę o ten kawałek łopatki i zmielenie go.
Łopatka 19,90 za kilo, a mielone 29,90 i chujwi co w nim jest.
I nie, żeby mi ta cena robiła aż taką różnicę, ale...
Gdybym była tylko na emeryturze, robiłaby.
I zauważam, że coraz częściej wszędzie robią nas w bambuko.
Więc zaczynam sprawdzać rachunki, promocje, ceny i miejsca.
Do gazetek i latania od sklepu do sklepu jeszcze nie dorosłam, ale...
Też chcę dobrze żyć, a na podwyżkę nie mam szans...
I tak, rozumiem, praca na własny rachunek, podatki, ogrzewanie, dzierżawa, minimalna krajowa rośnie.
Ja to na pamięć już umiem.
Kraść nie umiem.
Więc chociaż tak będę się bronić.
Muszę się nauczyć nie machać ręką, jak zamiast 10 deko, o które proszę, ładują mi 17.
I jeszcze paru innych rzeczy.
Trudno, jestem sama, mam jeden żołądek i nie lubię marnować żywności, a czasem ją marnuję.
I tak poszłam dalej w stronę słońca, z wózeczkiem, zamiast plecaczka, okrężną drogą, nie ulegając pokusie wskoczenia do autobusu.
W połowie drogi zrobiłam strip-tease, bo słoneczko się rozpędziło...
I tak trasę, którą wcześniej ogarniałam w 20 minut, przelazłam w godzinę.
Ale...
pozachwycałam się pięknem doczesności...
Choć to tylko mój fyrtel jest...
A pod kasztanami na osiedlu zaskoczył mnie wiaterek, no i znów wróciły tamte chwile, gdy:
mówiłeś włosy masz jak kasztany...
Kasztanowy oczu blask miał on, nie ja, po nim moje dzieci i wnuki są wciąż kasztanowe...
A ja mam na stole te, co leciały jak rudy grad...
... troszku się nagimnastykowałam, zbierając... Wujek Janek kiedyś w liście pytał, dlaczego mówię troszku... Nie wyjaśniłam, bo była i epoka troszku. Minęła. Na całe szczęście nie skrzywdziłam do końca tak nikogo, oprócz siebie, ale cóż. Zapłaciłam za to.
I dragonfly złapałam, choć z telefonu, to dupa blada. Ale siadł na kamieniu...
i pozował.
Baran po dwóch dniach podziękował.
Nie zapytałam MW, czy wpadnie jutro. P. ma zwolnienie do piątku (dopiero teraz ogarnęłam, że jutro jest piątek, więc drążę, do którego).
Klopsy zrobiłam na jutro.
Ogarnęłam chałupę, ale bez podłóg - ogarnę jutro, dziś mając do wyboru podłogę a bloga, wybrałam bloga :)
W szafie posprzątałam.
Łazienkę i kuchnię ogarnęłam.
I tak bez fajerwerków, spokojnie minął mi dzień.
Dzięki ci, życie za spokój.
Za muzykę, bo ona koi moje porąbane fobie...
Niech trwa.
Nie myśleć o szaleńcach u władzy, nie tylko naszych.
Nie myśleć, że jutro wszystko jebnie z hukiem albo i bez huku.
Niech trwa to, co piękne jest.
Do końca.
A jutro, o ile nie doczekam MW...
Pójdę znów w daleki, obcy świat...






Swiat staje sie pieknie wybarwiony o tej porze roku, wiec nic, tylko chodzic i sie nim zachwycac. Na pohybel artrozie, na przekór rozrusznikom, bo mozna nie dozyc nastepnej jesieni, trzeba wiec zyc tu i teraz, nie odkladac niczego na pozniej, bo pozniej moze nie nadejsc, jako ze oba nasze rzady az sie trzesa do oberwania srogich beckow od Putina za pomoc banderowcom.
OdpowiedzUsuńAle z umiarem, moja kochana, z umiarem... Jakieś 5500 kroków na godzinę, a nie zapierdalać jak Zatopek... Też Cię kocham i wciąż podziwiam :*
UsuńBede musiala sie nauczyc chodzic powoli, najlepiej mi to wychodzi z chocholami, glownie Zoska wciaz zostaje w tyle, wiec sila rzeczy snuje sie razem z nimi powoli. Gorzej jest z Toyka, ale znow ona jest zawsze pod reka, a chocholy nie.
UsuńDzięki za wszystkie rady z poprzedniego posta! Wypróbuję! Właśnie się obudziłam, ale zasnęłam po 1.! CZzekam na moje dziewczynki- zostaną, a rodzice sobie pojadą w góry
OdpowiedzUsuńRosołek gotowy:) Dobrego weekendu!