w Chałupach, Kochany Pamiętniczku...
Każda wyprawa z I. to jak dar od losu.
Tym razem dodatkowo testowaliśmy naprawę samochodu (a jakże, u autoryzowanego dealera, albowiem nieautoryzowani utykali na błędzie w komputerze, kto ma nową technikę w aucie, ten wie). Z tego powodu raz wróciliśmy na naczepie, nie dojechaliśmy na pogrzeb, ale miało być wszystko OK. No nie było, bo - oddajemy cześć - przed tradycyjnym miejscem zapaliła się kontrolka, co olaliśmy, bo już wszystko było jasne.
Stracha miałam, bo to pierwszy dzień długiego weekendu, ale poza paroma "specami", wyprzedzającymi na podwójnej ciągłej i kilkoma dawcami narządów, którzy spieszyli się do spełnienia misji no i kilkoma kawalkadami barabuł (dla nieznających się na rzeczy - stada motocyklistów, wskakiwałabym na siodełka, ale nie chcieli się zatrzymać), pędzących równie chętnie na stół operacyjny (a na drodze do K. co i rusz w rowie krzyż z kaskiem na wierzchu), ale na całe moje szczęście, dziecko me rozsądnym kierowcą jest i nie szaleje.
Cztery godziny przegadane, papy nam się nie zamykały, tematów nie brakowało. To są te darowane chwile, kiedy nie ma na stanie Łobuzów, aczkolwiek przekochanych, ale czasem dojrzewa w I. myśl o włożeniu ich do okna życia, na co ja ripostuję, że będę tam czyhała, brała je z miejsca i jak już go tęsknota przypili, to ewentualnie zgodzę się na widzenie pod nadzorem...
Takie tam matki z synem rozmowy.
Dzięki nieocenionej E. do sprzątania wiele nie było, chociaż ze wszystkiego zapomniałam wody zabrać, ale starczyły chusteczki nawilżane, jeden ze zniczy rozsypał mi się w rękach, dobrze, że nie poraniłam się szkłem i miałam je czym sprzątnąć, a ustaliliśmy, że te "wieczne" znicze są przereklamowane i przedrożone, generują więcej elektrośmieci niż zwykłe, też nieekologiczne.
I tak Umarlaki dostały zjebkę za niepilnowanie młodych i poszło szybko. W okolicy tyle nowych pomników, że prawie zabłądziłam. Jako że za rok mija 20 lat od śmierci mojego brata (już? kurwa, kiedy?), będziemy dzwonić i ogarniać całą kuwetę.
Ja zakładam, że do parapetówki na włościach dożyję, a potem będę mogła lec spokojnie, na co dziecię me uspokoiło mnie, że odchodząca ekipa od razu dołek wykopie, żeby nie było kłopotu z pozbywaniem się zwłok po imprezie.
Dogadujemy się zatem idealnie.
Bociany po drodze stadami latały, ale na sugestię, że może jakiś Łobuz do kompletu, oberwałam w łeb.
I tak rozkoszując się kwitnącymi po drodze magnoliami (a kwitły, zwłaszcza w J. jak potłuczone), rzepakami, traktorami trenującymi na wypadek W, stadami glap w bruzdach i innymi cudami wiankami, wpadliśmy do Piccolo, bo takie było zamówienie obiadkowe (nie mogłam przeboleć nieodwiedzenia Atutu), gdzie zanabyłam obiad w ramach "bo mogę" i zamiast spaghetti, które śmierdzi mi moczem zawsze, sobie kupiłam lasagne ze szpinakiem i... Piccolo mam też na fyrtlu, więc jak mnie leń ogarnie, to będę tam latać, bo dwa obiady za 17 zł to nieźle... :) Nie dałam rady wciągnąć jednej porcji.
A potem było szaleństwo z Łobuzami, Alienek od drzwi witał mnie z bukietem (znaczy się zaatakował mnie z rysunkiem badyli), a Kalafiorkówna rączo ruszyła do mojej torebki, łypiąc spod oka i pytając: masz tam coś dla mnie?
Na wiadomość, że łapówki są w siatce, którą dostała do rąk własnych mama, kaszląca jak umierający na suchoty Waryński w Szlisselbursgu przerzuciła się na matkę, a ta z terrorystami nie negocjuje, więc wszyscy siedli do obiadu :)
A w siateczce oprócz łapówki dla matki (wysokość ustalił I.) w postaci chardonnaya (chcę, mogę, wiem, jak wkurwiało mnie, gdy teściowa niszczyła moje plany, zabierając męża na swoje widzimisię, moja synowa, mało, że chora, została z chorymi Łobuzami, więc - doceniam), dla Łobuzów (rzodkiewki od Pana od Pomidorków żarła nie tylko Kalafiorkówna, będąca ich fanką, ale i Alienek, na którego żadne zachęty typu zjedz, bo zdrowe nie działają) było i dla I.
Posłałam mu fotkę, myślał, że to jakieś wino jest. A to jest... piwo. I smakowało mu, więc :)
Zanim wyszłam, zostałam jeszcze oprócz mizianka, siedzenia na podłodze w charakterze jeża na podłodze i innych pieszczotek obdarowana fotkami Łobuzów, tym razem solo, nie w duecie, w duecie przedszkolny fotograf ma przesrane, jak go dorwą na stare lata, to biada mu i... świecznikiem, wykonanym własnoręcznie przez Alienka, łatwopalnym, który schował, miał nikomu nie dać, ale kopnął mnie ten zaszczyt i świecznik mam, bo ja lubię światełka i nauczyłam Łobuzów, jak się gasi płomienie w świeczuszkach...
Pod kontrolą, of course, świecznik, na razie niezapalony między dwoma kalendarzami na pracowym office home biurku...
Pierworodny w międzyczasie dosłał zdjęcie P. na fyrtlu na rowerku. Odpisałam, poinformowałam, że wracam z K.
Są w wiosce, więc wystarczyło zapytać, czy wlecę na kawę, ewentualnie na herbatkę, co nie? Nawet szklanka wody byłaby OK :)
Bo mam w planie długi weekend nicnierobienia, jestem zmęczona i na pewno nie będę gotowała dla czterech osób. A i nie mam zapasów soków, wód mineralnych i innych opcji "to lubię, tego nie lubię". Ostatnio, w ramach oszczędzania, przyjęłam strategię Kalafiorkówny, warzywkożercy, że nawet włoszczyznę się zżera, a nie wyrzuca, więc z ciężkim sercem, zamiast gotować pyry, zażeram się włoszczyzną :) Nie, żebym włoszczyzny nie lubiła, ale ile warzyw można zeżreć? Zwłaszcza marchewki...
Ale na spacer mogłabym iść i kawę później wypić. Mogłaby być herbatka. Tylko dlaczego ja mam to organizować?
Też nie sprzątam kątów na wysoki połysk, zakładając, że nikt nie będzie sprawdzał mojej perfekcji w sprzątaniu chałupy. Bo ja mam wyrąbane na sprzątanie innych i nawet jak coś mi nie pasuje, myślę: wrócisz na swoje śmieci, gdzie będzie jak chcesz i lubisz. I mam na resztę wyjebane.
Inżynierostwo informowało, że chce doleczyć Alienka, siedzącego na antybiotyku. W środę idą (razem, o ile Inżynierowej suchoty przejdą) na randkę ze Smerfem Marudą, który wleciał po latach nieobecności do PL. Łobuzy wpadną wtedy w szpony dziadka i to jest OK, ostatnio jak rodzice poleźli w długą, to ja męczyłam się z bandą.
Można wszystko ogarnąć? Można.Wystarczy nie kłamać i nie przeginać.
Zapytać i nie kłamać.
I tak minął mi pierwszy dzień długiego weekendu.
Cieszyłam się każdą jego chwilą.
I tym, że do piątki wróciła pani A. też.
Gdy mi ciebie zabraknie...
Mam nadzieję, że dziś już żadne pozamieniane groby nie będą mi się śniły.



Nie wqrwiajcie mnie z jakimis dlugimi weekendami, ja mam pecha, bo swieto przypada w niedziele, wiec przepada i nikt nam za to nie odda dnia wolnego. Bo Niemcy to biedny kraj, musi utrzymywac caly swiat, wszedzie pomagac i przyjmowac uchodzcow bez konca, najlepiej kolorowych, wiec nie oddaje wolnych dni. Jak Polska, bo tam dobrobyty i dlugie weekendy bez konca.
OdpowiedzUsuńDługie weekendy są też w UK. Ja mam długi, bo mam nadgodziny. Moje dzieci mają, bo oddały dzień urlopu. W PL też nie oddają święta przypadającego w niedzielę, oddają, jak jest w sobotę. Pisz zażalenie na Berdyczów... Osobiście nie lubię długich weekendów, bo nie mam gdzie kupić alkoholu bez latania po okolicy ;)
UsuńA to trzeba zaopatrzyc sie PRZED tym dlugim weekendem w odpowiednia ilosc napojow, a nie potem latac po zamknietych sklepach i calowac klamki oraz sie wkurzac. :)
UsuńEee, tam. Pięknie minął ten dzień, oby następne też były tak udane. W lenistwie, tak jak chcesz, lub może inaczej a też fajnie😀
OdpowiedzUsuń