te upały, Kochany Pamiętniczku, kwitłam 4 dni w domu jak ta leluja. Dobrze, że zapasy żarełka miałam, więc jakoś przeżyłam.
A dziś obudziłam się o 6.30, bo jak jebło, to jebło tak, że aż mnie obudziło. Taki fajny burz był, a ciemno jak w dupie u Murzyna. I nareszcie było czym oddychać. Ale balkon musiałam zamknąć, bo wciąż mam w pamięci, jak rabnęło na naszym pierwszym mieszkaniu, inna bajka, że za oknem mieliśmy malutki balkonik z windą towarową, którą spuszczano na dół jedzenie dla państwa, bo mieszkaliśmy w starej służbówce. Wszyscy zawsze mówili, że nie ma się co bać, bo i piorunochron jest, i wieża straży pożarnej rzut beretem, to tam rąbnie. Rąbnęło w naszą windę i poszło po ścianach tak, że dzwonek spadł :)
Od tego czasu mam fobię. I do wanny też nie wejdę, bo wiem, jak idzie takie uderzenie po ścianach. Więc sobie z lekka nieświeża po gimnastyce (a jakże, brawo ja) posiedziałam, zanim burz sobie nie poszedł...
A muszę przyznać, że choć nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, tak fajnie jak pod nową miotłą nie pracowało mi się jeszcze nigdy. Gdyby nie ta jebana technika, na którą jednak będę kablować, byłoby całkiem całkiem - ani się nie umęczyłam, ani mi się mózg nie zlasował i żeby nie ona - skończyłabym pracę jak kodeks nakazuje - o 17. No, z 20-minutowym poślizgiem, ale to pikuś. I wtedy okazało się, że mają jeszcze jedną stronę, co mnie nagrzało na maksa i napisałam, że będę za jakieś pół godziny i poszłam do Lidla. No bo, kurwa, wszyscy zdążyli, nawet działy, gdzie pracuje jedna lub dwie osoby, a oni jak zawsze w tyle, a siedzi tam 5 chłopa i nie, nie mają najwięcej stron.
A idzie fajnie, bo nowa miotła nie przetrzymuje tekstów u siebie, nadzoruje pobieżnie i umie sobie zorganizować robotę. Wiadomo - kobieta :)
Ale dość o pracy, bo ja o czymś innym chciałam.
Bo znów zaczęłam Mad Mena.
Oglądałam go kiedyś, spiraconego, z tłumaczeniami z napiprojektu bodaj, z przerwami jak to z serialami jest, gdy kręcą następny sezon. Bardzo mi się podobał, ale jak się okazuje - nie ogarnęłam jednak wszystkiego, pamiętam piąte przez dziesiąte, a i tłumaczenie na streamingu jest lepsze. Zatem cieszę się, że zaczęłam - mam zajęcie na dłużej. I nieustające refleksje, bo...
Tak, wiem, to nie jest PRL. Ale to są lata 60. Stroje, które mnie zawsze kręciły. Te suknie, na sztywnych haleczkach, rękawiczki, kapelusze. I u nas były już wtedy takie spódnice, na tych krochmalonych halkach, do dziś widzę jak ja, małolata zachwycam się druhną, która nosiła taką obcisłą bluzkę, spódnicę i szeroki, gumowy czarny pas. Sama lata całe później, jak już Pierworodny miał kilka lat, szedł do I Komunii, miałam na sobie taką suknię, z paczki z Reichu, na sztywnej halce, czarną, tylko kołnierz i makiety na rękawkach były białe i białe guziki. Tylko cycków nie miałam nigdy, za to talię po dwójce dzieci jak te aktorki :)
I zawsze - choć sama cenię sobie wygodę w ubiorze, podziwiałam tamte kobiety z tamtych lat, zresztą i Polki nie odstawały, bo i moja mama miała kilka kapeluszy, jej czółenka zamszowe wciąż mam w szafie, wiem, zboczeniec ze mnie, rękawiczki koronkowe, torebkę. Gdy otwieram tę torebkę, pachnie mamą, ale otwieram ją rzadko, zapach jest bowiem coraz słabszy...
Abstrahując zaś od mody, od wnętrz domów klasy średniej w Ameryce (jak bardzo te piekarniki piętrowe są takie, jak ma Inżynier w kuchni) - ja też nakrywałam jeszcze do stołu z taką gracją, obrusy, serwisy (wytłukły się w tej ciasnocie, resztki stoją w szafie i zagracają chałupę, nieużywane już od lat). Ale moje dzieci jeszcze jedzą jak ludzie, nie jak świnie, za to moje wnuki, chowane już bez obrusów, bo to problem z praniem, nie ma sił i czasu (a ma się teraz kurwa pralki, które wszystko same robią) jedzą gorzej niż prosięta w chlewie i zaprawdę, wstyd z nimi do knajpy iść. Inżyniera krew zalewa, a ja morda w kubeł, bo jak mówiłam, żeby nie pozwalać jeść łapami, że to BLW o kant dupy potłuc to mnie wyśmiewali, że nie można dziecka ograniczać. W rezultacie dzieci ani nie trzymają sztućców jak należy, uświniają się jedząc, a i grymaszą przy jedzeniu tak, że ojacierpiędolę.
No cóż.
Od Pierworodnego może już tak nie świnią (dawno z nimi nie jadłam), ale za to grymaszą równie dobrze, a i sztućców trzymać nie umieją.
A ja, śmiejąc się, wspominam, jak musiałam jeść z książką na głowie, żeby się nie garbić...
I wcale mi to na złe nie wyszło.
I ta dyscyplina w stosunku do dzieci - animrumrały i szły spać, czy wykonywały polecenia. Chociaż kilkuletnia córka Dona Drapera robiąca rodzicom i gościom drinki to już mocne przegięcie. Jak i alkohol, lejący się tam cały dzień litrami, barki z alkoholem w gabinetach, ludzie wsiadający po całodziennym popijaniu drinków za kierownicę - wiem, to nie są polskie realia, ale i u nas za kołnierz nie wylewali.
Wiem coś o tym, bo miałam ojca alkoholika. I ja, kilkuletnia byłam wysyłana po niego do knajpy, gdy nie zjawiał się po przyjeździe pociągu w domu. Bo byłam, kurwa, córeczką tatusia. Wtedy mnie to może (?) nie bolało, bo wkraczałam do knajpy, gdzie za barem stała panna Krysia i szukałam taty. Ten na mój widok, w zależności od tego, ile już wypił był albo słodki i czuły, albo warczący. Słodki kupował mi tatara, lizaka, oranżadę, warczący darł się na mnie...
Brata mama nie posyłała, bo ojciec go nie lubił w knajpie.
Więc kwestia alkoholizmu w tamtych czasach nie jest dla mnie niczym zaskakującym. Zdaje się, że w dalszych sezonach ktoś lądował na odwyku.
Zdrady. Małżeńskie, pozamałżeńskie, seks, seks, seks. Seksistowskie teksty facetów w pracy, dziewczyny, robiące ze swoich wdzięków sposób na życie (nie zaraz tam prostytutki, nie, utrzymanki, karierowiczki, kobiety niedopieszczone, żony gejów - a tak, wtedy tego było od metra, więc dzisiejsze LGBTQ jest wbrew pozorom o wiele uczciwsze), też do mnie przemawia. Mój ojciec był donżuanem i tak się czasami zastanawiam, ile z tego jego donżuaństwa było tak naprawdę tylko pozą, a ile razy mógł skakać w bok? Tego się już nie dowiem i może to lepiej. Zdawała sobie z tego sprawę moja mama, wklejająca do albumu zdjęcia jego wielbicielek. Niestety, byłam zbyt młoda i zbyt głupia, żeby z nią rozmawiać na ten temat zanim odeszła. Może to i dobrze, bo taką rozmową mogłabym ją głęboko poranić, a mnie w sumie taka wiedza do szczęścia ani nie była, ani nie jest potrzebna.
No i wreszcie papierosy. Jeżu kolczasty, jako byłej palaczce ten film mi po prostu śmierdzi.
I te kobiety w ciąży, palące (nie rzucam kamieniem, sama paliłam, jak się dziś tłumaczę tylko 5 papierosów dziennie, alkoholu nie tykałam, nie kręcił mnie jeszcze wtedy, nie piłam po studiach przez 25 lat w ogóle, bo nie), pijące - olaboga. Dziw, że dzieci się mimo wszystko zdrowe rodziły :)
Co nie zmienia faktu, że fizycznie czuję ten smród. Jak można spać w sypialni z nieopróżnionymi popielniczkami? Paliłam i ja, i Eks, ale niedopałki zawsze były posprzątane wieczorem, mieszkanie wietrzone. W pracy u mnie też wszyscy palili. Moja szefowa z pierwszej pracy, gdy ją spotkałam po latach, wciąż paliła przez lufkę Sporty :) Ja sama rzuciłam palenie 1 czerwca 1992 (tak, pamiętam datę, bo to był prezent wyproszony przez dzieci na Dzień Dziecka, prawda, że mam kochające dzieci?). A paliłam 3 paczki dziennie, wstawałam, szłam do kuchni, nawet kawy nie wypiłam, a już kopciłam. I tego 1 czerwca położyłam na ławie paczkę Marsów, napoczętą i do dziś nie zapaliłam. Ale miałam w szafie schowaną głęboko sztangę Marsów - usunęłam ją po 10 latach. I gdy już myślałam, że umrę, bo i gorączkę miałam, i rzygałam, i mną trzęsło, co lekarka skwitowała: jest pani zwykłą narkomanką, to mówiłam sobie, że mam tę sztangę. Udało się.
A jak mnie wtedy cholera rzucała o byle gówno, to się uśmiechali i mówili: wytrzymamy, mama rzuca palenie.
Kochane dzieci, nie wiem dziś, ile lat mi darowali, ale na pewno dużo.
Eks został wyeksmitowany na korytarz i na balkon, nie miał nic do gadania.
A gdy teściowa wleciała z wizytą i spaliła całą paczkę ćmików, tom do późna w nocy prała wszystko, łącznie z zasłonami i firankami, bo spać nie mogłam od smrodu :)
A na Reymonta kiedyś zlazłam na podwórko, bo już sił nie miałam od zapierdalu, do palaczy dołączyłam, na co Boss, wychodzący z pracy stanął zaszokowany i mówi: pani nie pracuje? A ja na to: mam przerwę na papierosa. Hehehehehe, jego mina bezcenna.
A paliłam już w liceum. Ale... Nie pojechałam w II klasie na wycieczkę, bo musiałam bratem się opiekować. Całą klasę wychowawca przyłapał na paleniu. Mnie nie, no bo mnie tam nie było :P Na balu maturalnym zapalam papieroska, bo już można, a profesor zaszokowany: ty palisz, P., a ja byłem przez te 3 lata przekonany, że ty jako jedyna z naszej klasy nie palisz :)
A tu ja, rok 1977, akademik Hanka. W tych samych butach pójdę do ślubu w 1979 roku :)
Taka byłam nędza z bidą :)
I wspomnienie sylwestra w UK w pubie, po którym biłam się z chłopcami o miejsce pod prysznicem, żeby z siebie smród papierosów. Następny i kolejne sylwestry tam były już luksusowe, bo był w nich zakaz palenia :)
To tle w temacie palenia. W Mad men jeszcze kwestia reklam papierosów, ale że to agencja reklamowa, to już inna bajka :)
I ostatnia (na razie) dręcząca mnie kwestia z tamtych lat: pozycja kobiety. Aktualna do dziś, bo do dziś kobiety są gorzej opłacane w pracy.
Ale tamte kobiety, z lat 60. - dosłownie kury domowe. Kinder, Kuche, Kirche. Nawet te pracujące, po studiach, nastawione na wyjście za mąż, na bycie KKK, a potem duszące się w tej atmosferze, lądujące na kanapce u psychiatry.
I te próbujące znaleźć należne im miejsce w tym męskim, seksistowskim społeczeństwie.
Ja zawsze miałam z tylu głowy słowa mamy, że mam się uczyć, żeby nigdy nie być zależna od mężczyzny. Żeby mieć swoją kasę. Swoje życie.
Ona też była wykształcona. Jak na owe czasy bardzo: miała dużą maturę i była cenioną nauczycielką. Dlaczego wyszła za mojego ojca, młodszego od niej o 8 lat, z wykształceniem zawodowym, lekkoducha i bawidamka - nie wiem. Wiem, że nie paliła się do tego małżeństwa. W ciąży nie była - obliczałam to skrupulatnie - ślub był 1 kwietnia 1953 roku, a ja urodziłam się 4 grudnia rok później ;)
Ale... tak mi wbijała do głowy i zawsze miałam swoją kasę. Nawet gdy mieliśmy wspólne konto, na które wpływała renta Eksa (nie pracował oficjalnie, brał kasę do ręki, ale ja jej na oczy nie widziałam, zawsze roztrwonił nie wiadomo na co), kasą rządziłam ja. I nie, że on bez grosza chodził :)
Ten aspekt akurat rozumiem, pomijam, bo nie wiem, co to znaczy być zależną od mężczyzny i jego zarobków.
Jednak mama mnie dobrze uczyła :)
Więc jak ktoś chce mieć zapełnione długie zimowe wieczory, powspominać minione lata, chociaż nieodniesione do naszej tamtej socjalistycznej rzeczywistości, ale jakoś tak się z młodością plotące, to polecam Mad mena.
Bo ja te siedem sezonów ogarnę, warto.
Chociaż amerykańska rzeczywistość jest tak daleka od naszej.
Ale jednak w jakiś dziwny sposób - przynajmniej dla mnie - miesza się.
Co dowodzi, jak bardzo krzywo mam pod kapturkiem.
Trudno, tego żaden walec nie wyrówna.
A ceny w sklepach są coraz bardziej porażające.

Kochana, dziękuję Ci bardzo za ten wpis. Uwielbiałam serial Mad Men. Z przyjemnością obejrzę znowu. Co do nakrywania stołu to używam wyłącznie obrusów bawełnianych i lnianych i obowiązkowo muszą być wykrochmalone. Wiem, że to już rzadkość, ale tak lubię. I mogę ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię serdecznie!
KrystynkaR
Fajnie, że masz te obrusy :) Ja zrezygnowałam, bo mam tylko jeden stół i na nim korekcę wydruki, a na obrusie to niewygodnie. Ale może coś wymyślę, bo obrusy się do mnie z szafy uśmiechają :) Bo szaro buro za chwilę będzie, a obrusy kolorowe :) Stare mam jak świat, nowych nie kupuję, bo nie warto już :)
UsuńTeż mam same stare, ale jeszcze całe.:)
UsuńKrystynkaR
chętnie bym popatrzyła na swiat lat 60., ale nie mam jak obejrzeć tego serialu i czasu trzeba..., fajnie ,że masz dobrą szefową, może nie zauważyłam,ale tzn.,że boss odszedł? np.na emeryturę? czytaczka M.
OdpowiedzUsuńJest na Netflixie - tak podpowiadam. A czas dla siebie i przyjemności zawsze warto znaleźć. Nie, Bossa przenieśli, zrobili mu nowy dział. On jeszcze chyba sześćdziesiątki nie ma, a pazerny na władzę, to nie odejdzie :) Szefowa to koleżanka, znam ją od lat, ludzka dziewczyna :)
UsuńNie masz krzywo pod kapturkiem, a jeżeli już, to obie mamy, bo ja też podobnie odbieram ten serial. Kiedyś już go oglądałam, ale to nie psuje mi przyjemności w oglądaniu go ponownie.
OdpowiedzUsuńJuż drugi sezon męczę, jak czekam na pracę, to fajny przerywnik jest :) Lubię takie klimaty, tak samo jak Downton Abbey, czy The Gilded Age (jest na Maxie). To jak oglądanie ludzi przez dziurkę od klucza, a jednocześnie wierne odbicie historii. Lat bez komputerów i komórek - te radykalnie zmieniły jednak życie.
UsuńDlugi komentarz mi wcielo. Foch! Nie pisze raz jeszcze.
OdpowiedzUsuńJuż nie kopiujesz? I nie wyślesz na MSG? Buuu...
UsuńSkopiowalam, ale nie wiem, co sie stalo, ze nie chcialo sie wgrac. No to pozostal foch.
UsuńKocham Pania Dorotko
OdpowiedzUsuńMianowicie za to co taka miłość? Jakieś uzasadnienie? Czuję się zaszczycona :)
Usuń