miodowe, światełka i radio Pogoda trzymają mnie przy zdrowych zmysłach, Kochany Pamiętniczku :D
Tak wyszło.
Niedziela leniwie minęła, albowiem przygotowywałam się do comiesięcznej orki.
W poniedziałek, o dziwo, light, hasta manana, do czasu.
Do czasu, gdy okazało się, że zamiast "mamy mało stron" ("tylko" 130) mamy bardzo dużo stron. 200. Znaczy się, ja mam 140 dodatkowych stron do ogarnięcia oprócz tych 260, z których może 130 było gotowe. I to nie na bank. No nic, tralala, hop i siup, wszak Stara Jędza jest nie do zdarcia, co nie?
A w przelocie na korytarzu, w drodze do kibli (tak, tak życie jest prozaiczne i wymaga chodzenia tam, gdzie nawet król popierdala piechotą i bez asysty), uścisk dłoni Bossa i przeciągły jęk, który wyrwał się z jego piersi: pani tu jeszcze pracuje.
No, kurwa, tak jakby.
Hahahahaha, co nie?
Obiadek miałam, więc przeżyłam.
Za to po powrocie na memłon domowy nie mogłam się na niczym skupić i nawet głupiego serialu jednego odcinka nie zmogłam.
Za to całą noc pisałam maturę z Matrixa, którego treści nichuchu nie pamiętałam...
No, ale ile lat już minęło, odkąd całego Matrixa wciągnęłam z zapartym tchem i z Inżynierem u boku?
Nastał wtorek, tak szalony, że wychodząc z pracy przez jakieś 200 metrów zastanawiałam się, jaki dziś dzień. Na pewno wtorek? A może jednak poniedziałek? A może jestem po drugiej stronie lustra i jest dopiero niedziela? A może nietrzeźwa jestem?
Mniejsza z większym. Gdyby przyznawano tytuł Naczelnego Destruktora, wiadomo, kto by go zdobył, a jakże.
Niezwłocznie, jak mówi mój ulubiony Grześ.
Poległam, autentycznie poległam pod stertą pierdyliardów emilków i wydruczków i na to triumfująco wkroczył Gość od Kaski, o której Chłop nie wie i z boleścią na twarzy i garścią wydruczków w ręku pierdolić zaczął jak potłuczony o bibelce i innych tam.
Parampampam.
Zamykają 31 stycznia.
No, kurwa, a kto w zeszłym tygodniu emilka spłodził, że w tym tygodniu SJ jest pod ochroną?
No kto, kurwa?
W emilkach zaś chmura się rozpieprzyła i sypnęło, bo i warzywka, kurwa, wzięły się do roboty.
Wzdech.
Rzuciłam tę brudną robotę, bo i sekretarka dostała zadanie (a jakże, wszyscy pracują, parampampam, nawet ci zwolnieni, a skoro nie pracują, bo mają na to wyjebane, to inni dostają ich przydział), a upierdliwa jest, bo nic nie wie i nie rozumie (taka tam blondi, że blondynki przy niej to gejzery intelektu) i nie ogarniała, dlaczego mi to rybka, że nie wytłumaczę jaśniej, bo to nie moja działka i mimo najlepszych chęci NIE WIEM, jak to działa...
Granat, granat, wysadzę to jak Ordon swą redutę, w pizdu.
Poszłam sobie odgrzać obiad, na szczęście zabrałam żarełko.
I nie było zmiłuj, że ktoś już nie może.
Bo ja też nie mogłam, albowiem i jęczmień był borowany. I temperatura na Ziemi rośnie o 2 stopnie w ciągu roku (czy ja, kurwa, muszę wszystko wiedzieć i negować wszystkie rewelacje ludzi, biorących za swoją pracę kasę większą jak ja? Może lepiej co miesiąc przeżywać śledztwo pod tytułem: kto to puścił? Bo co mnie to, jestem od przecinków, które Wszechwiedzący też poprawia, bo może) .
I nazwisko, powiedzmy Twardy, zapisane było Twarty przez samego autora.
Kurwa.
I parę innych zabawek takich tam.
Ale powoli dojechałam do brzegu, no co, ja nie dopłynę?
16.45 było ogarnięte to, za co mi płacą i jeszcze troszkę, co miało być na juterko.
O 18.30 była ogarnięta cała reszta, z tej kasy o której chłop nie wie plus warzywka.
Zostały wydruki, no ale nawet jak mi dobrze płacą, to nie aż tyle, bym zarywała noc.
Jutro też jest dzień, moje oczy nie mają ceny. A piwo się samo nie wypije, co nie? :)
Mieszkam w trzecim najbardziej zanieczyszczonym smogiem mieście na świecie.
Nic dziwnego, że zdycham, wchodząc pod górkę i nie, to nie wina tego, że jestem wielorybem.
W sumie, żebym nie bała się tego, że za kilka miesięcy nie będę miała z czego dokładać do życia, rzuciłabym tę brudną robotę i wzięłabym się za węgiel.
Tylko czy byłabym tak szczęśliwa, jak dziś, gdy wleciawszy do chaupki, pozapalałam te wszystkie takie tam, migające albo i nie, śmierdzące albo pachnące, zdarłam z siebie te ciuchy w całości oprócz gatek, wskoczyłam w dresy i...
Nie liczę godzin ni lat, to życie mija, nie ja...
Bez godzin i bez kalendarzy - no to już licentia poetica, bo w kalendarz patrzeć muszę.
Do następnego ponarzekania, Kochany Pamiętniczku, nikt mnie nie rozumie tak jak ty :P
No, ta odzywka Bossa nie taka zła....mnie raz były uczeń powitał:A Pani jeszcze żyje?! Bo pewnie mu się wydawało, ze jak trzydzieści lat temu szkołę skończył, to ja muszę mieć ze sto lat:)
OdpowiedzUsuńNo wiesz, co innego uczeń, co innego Boss, który może mnie w każdej chwili na zieloną trawkę wywalić...
UsuńNarzekaj,narzekaj😉😉😉
OdpowiedzUsuńTakoż czynię namiętnie :P
UsuńNarzekaj, dobrze Ci to wychodzi i jest z czego się pośmiać.
OdpowiedzUsuńMiło, że poprawiam Ci nastrój :)
UsuńSzampański nastrój mam po czytaniu Twoich marudzeń. :-D
UsuńRobisz to wyjątkowo dobrze.
Ten Twoj Boss to jakies dziwne zjawisko, az z ciekawosci zapytam ile ma lat, bo zachowuje sie jak nieopierzony nastolatek.
OdpowiedzUsuńJa rozumiem poczucie humoru, ale to nie jego pierwsza "dziwna" odzywka.
Tak z 55 wiosen już sobie liczy. Dla mnie to nie nastolatkowe zachowanie, ale mężczyzny z andropauzą. Mam szczęście do takich szefów, w każdym zakładzie. Męska andropauza to koszmar, klimakterium to przy tym pikuś i małe miki...
UsuńMasz racje:)) Ja myslalam, ze to mlodszy facet i dlatego tak napisalam, ale 55 lat to juz faktycznie andropauza:)
UsuńCudownie narzekasz, żebym ja tak potrafiła!
OdpowiedzUsuńPorzucaj kurwami, to proste :D
UsuńStar ja myślę , że on się zdziwił bo pewnie była późna pora a Jędza na stanowisku a przecież pracuje tam na pół etatu
OdpowiedzUsuńJędzo tak to jest jak ktoś ma na czole wyryte "obowiązkowa" , widziałam ten napis u Ciebie :D
No patrz, a myślałam, że botoks wszystko zatarł. Nie, to akurat było w samo południe, aczkolwiek i wtedy już teoretycznie nie powinno mnie być w pracy :P
Usuń