Kochany Pamiętniczku :)
Warzywka, o dziwo, słowa dotrzymały i zamknęły się migusiem, aczkolwiek miałam orgazm, bo we wstępniaku ortograf był.
Korektorki tak mają, nie potrzebują faceta, dildo ani nic innego, zwykły ortograf i traaaach... orgazm :P
No a potem wylazła ze mnie SKS.
Starość, kurwa, starość.
Jako że zaplanowane było odebranie tłumaczenia aktu urodzenia Kalafiorkówny, wskoczyłam w autobus i scenariusze pisałam takie, że ojapierdole. Bo gdzie jest bankomat, bo mogę zapłacić tylko gotówką, a w portfelu mam 3 złote z groszami?
Nie, tego by żaden scenarzysta nie wymyślił, com nadziwowała.
Dotarłam do - a jakże - Santandera na rogu Św. Marcina i za to niebiosom dzięki. Bo miałam gdzie położyć okulary, które mi przeszkadzały, mogłam zdjąć rękawiczki i pogrzebać spokojnie w czeluściach niezbadanych mojej torby.
Pierwszy raz w życiu wsadziłam kartę odwrotnie do bankomatu, bo... normalnie mi nie wchodziła, więc pomyślałam, że hello, alzheimer, nic już nie pamiętam.
I sruuu... komunikat na monitorku, że coś się spieprzyło i nie ma kaski.
O dziwo, nie wpadłam w jeszcze większą panikę, okazuje się, że nic się nie stanie, jak wsadzę kartę nie tak.
Wsadzam odwrotnie i bankomat jest chętny do współpracy, daje mi moją kaskę.
Jak miło z jego strony :)
Karta w etui, kaska w przegródce, karta w swojej, rękawiczki, bryle, sprawdzanie czy nic nie zostało i w siną dal, w siną dal, lewa, prawa.
SKS.
Bo snieżek, taki fajny, seksowny prószy. Mógłby tak całą zimę prószyć, bo jest ojapierdolę, ale... na pasach ślisko, na każdej farbie ślisko i takie tam...
Więc pełzniemy, bo ani gips, ani żadne inne badziewie mi się nie uśmiecha...
Akt Kalafiorkówny odebrany i pani mi nawet 3 zł spuściła z ceny, choć dawałam końcóweczkę.
I o ile za Alienka zapłaciłam ponad 100 o ile dobrze pamiętam, za Kalafiorkównę policzyli mi złotych 73.
Cuda wianki, co nie? Bo akt urodzenia był identiko, no mniejsza z większym, zysk na 30 zł to już coś :D
A potem (potem to się śmierdzi, wiem) zaczęła się jazda na karuzeli bez trzymanki i zabezpieczeń.
W informacji pytam o to, gdzie, co i jak. Pokój 134, OK. No ale PESEL nie załatwię, bo nie. WTF?
Idę do pokoju 134, nawet długo nie czekam, bo jestem jedyna w kolejce.
I trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Nie zakładam aparatów, bo mi się nie chce, ale...
Mam poczekać na korytarzu. PESEL nie załatwię, nie ma opcji.
Pani nie wie na pewno, ale nie.
Idę poczekać i zakładam aparaty.
I dobrze, bo wezwana po jakiejś półgodzinie nie tylko muszę wypełnić pierdyliard podań, dyktowanych przez panią, ale i zostawić sporo kasy, dobrze, że można płacić kartą, to nie boli :p I telefon podać. I nie, pani nie może wysłać SMS, mogą tylko dzwonić. Pada na biedną Sikorę, jak zwykle, podaję jej numer, będą do niej dzwonić, a ona mi napisze, że mam leźć...
Co ja bym bez Sikoraska zrobiła [a BTW Sikora została po raz trzeci Mamą pięknej dziewuszki, ma więc na stanie dwie dziewczyny (przecudnej urody) i jednego mena (uroda powala na kolana). Dzieci mądre, grzeczne i kochane. Gratulacje dla Sikorki].
Ale PESEL|? Nie, pani radzi jednak zapytać w informacji again.
Jako że informacja na parterze, lezę i pytam. Nie, nie ma opcji, PESEL przy wyrabianiu dowodu albo paszportu nadają, a tego ja NIE MOGĘ załatwić, nawet mając upoważnienia od samego świętego Piotra. Nie ma opcji. Rodzice mogą, li i jedynie. To ja wiem, bo już przerabiałam to z Alienkiem. No ale dla Alienka wyrobiłam PESEL na placu Wolności... Pani patrzy na mnie jak na ufoludka i mówi, że musiało mi się coś pomylić, bo nie ma takiej opcji.
W tym momencie poległam.
To ten Austriak, który mi klucze chowa już się tak wycwanił?
Nic, tylko do Warty skakać.
Pani, zniesmaczona moim uporem, drukuje mi kolejny numerek do miejsca, gdzie wydają dowody i mam ich tam męczyć, skoro jestem tak uparta (a jeszcze kierownika nie wołałam, hahahaha).
Numerek szybko nadchodzi, ledwo zdążyłam i Inżyniera, i Synową zaalarmować, że dupa.
Pani w okienku 22 jest przyjazna i tłumaczy mi wszystko jak krowie na rowie.
Że przepisy się zmieniły, że nie ma opcji wyrobienia PESELU tak, jak kiedyś. Że można go zdobyć tylko w ten sposób. No i jak Inżnierostwo zaplanowali wyrabianie nie wiem czego - dowodu czy paszportu - przez konsulat, to po PESEL muszą jechać do... Warszawy.
Kurtyna.
Nie da się zacytować słów Inżyniera.
Moje ciśnienie osiągnęło maksimum, ale podziękowałam pani w okienku, bo co ona winna?
Inżynier będzie dzwonił do konsula, bo na stronie internetowej jest napisane co innego.
Wróciłam do domu oddychając w tytkę i mówiąc sobie, że wola boska i skrzypce.
Tylko odbiorę ten nieszczęsny akt urodzenia, wyślę do UK i nic więcej nie mogę.
A za to, że na angielskim akcie urodzenia nie ma nazwiska rodowego Inżyniera (który całe życie nazywał się tak, jak się nazywa) skasowali 39 zł.
I 17 zł za upoważnienie, które Inżynierostwo sami wydrukowali i podpisali, że mam wszelkie pełnomocnictwa.
Też tak chcę.
Autografów złożyłam milion pińset.
Na ile mam wycenić każdy?
Będę świnia i ściągnę z własnego dziecka.
A śnieżek cały czas prószył i prószył, ale się nie odkładał. Tylko na butach i na kółeczkach wózka wniosło się do mieszkania kilka ton piasku z solą, który musiałam więc migusiem sprzątnąć, żeby mi nie zeżarło toto paneli. No i w kapciach po tym jeździłam jak na lodzie.
Więc jest piątek wieczór. Gra radio Pogoda, a jakże.
Mieszkanie wycyckane, bo to już wolnym walcem poszło.
Śmieci z całego tygodnia wyniesione, te bio całkiem fajnie zamarzły w loggii (wracając do domu po 20 nie za bardzo miałam ochotę na marsz do śmietnika).
I już NIC nie muszę do poniedziałku, kiedy znów pomaszeruję w siną dal, w siną dal, lewa, prawa do ukochanej pracki, bo wciąż jestem potrzebna.
A jeszcze muszę na Sołacz skoczyć do pierwszej ukochanej pracki, która mnie kocha miłością wielką jak cały świat i wciąż ma mnie w funduszu socjalnym, chociaż nie pracuję tam do 1986 roku.
Taki to kraj.
Pojebany, co nie?
Ale skoro wychowałam dwójkę dzieci sama, bez alimentów, bez zasiłku rodzinnego, bo wciąż zarabiałam te 5 zyla za dużo, a emeryturę będę miała niedługo mniejszą, niż matki wychowujące czwórkę i nigdy niepracujące, to dlaczego nie?
Pokręcony ten kraj, ale i tak go kocham :D
Hej Jędzuniu :) Śnieżek wciąż prószy i za oknem jak w amerykańskim filmie o Kevinie :)
OdpowiedzUsuńOpisy Twoich zmagań z biurokracją przypomniały mi lata (a było to stosunkowo niedawno) kiedy musiałam wypełniać miliony druków i dawać stosy zaświadczeń aby zdobyć wizę dla zięcia nie będącego obywatelem Unii Europejskiej. Zaświadczenia o moich i męża dochodach, akt własności mieszkania, wyciągi z kont !! naszych, a także opis innych składników naszego majątku, zaświadczenie z Urzędu na Libelta o ilości zameldowanych osób w mieszkaniu itd. Zaświadczenia to miały być, nie oświadczenia!
A najśmieszniejsze jest to, że córka miała tu w Poznaniu dwa własne spłacone mieszkania i zatrzymywali się u niej (na to też były zaświadczenia) a zięć nie pochodził z jakiegoś dzikiego kraju którego obywatele marzą o zamieszkaniu w Polsce. Wystarczyłoby pewnie jakieś jego zaświadczenie od pracodawcy albo nasze, że bierzemy za niego odpowiedzialność w czasie jego tu pobytu. Jeszcze teraz mam ciarki na plecach jak sobie przypomnę...
Życie byłoby prostsze gdyby władza wierzyła i szanowała obywateli, ale wówczas co byłoby z całą rzeszą urzędników??
Mam nadzieję, że żadnego orgazmu dzięki mnie nie osiągniesz, bo przyznaj - trochę to byłoby niewłaściwe :) A już było blisko, bo zwątpiłam czy pruszy czy też prószy... No dobra, popatrz sobie jak ładnie wygląda słowo pruszy :)))
Miłego weekendu Jędzuniu :)
P.S. Problem z wizami zapewne wciąż istnieje i te wymagania się nie zmieniły, ale mój zięć parę lat temu w końcu wystąpił o irlandzkie obywatelstwo i ten koszmar się zakończył :)
UsuńBiurokracja jest u nas nieśmiertelna. I od lat podkreślam, że nie korekcę komentarzy. Mają dla mnie wartość same w sobie, nie oceniam ich. Piszący je piszą je z serca, nie dla pieniędzy. Na blogu też są błędy, bo go nie korekcę. Prywatnie jestem człowiekiem, może szalonym, wrednym, ale człowiekiem. Nie korektorką. Nie poprawiam po przyjaciołach, jeżeli mnie o to nie proszą :D
UsuńMoże otarłyśmy się o siebie, bo tego samego dnia załatwiałam na Libelta
OdpowiedzUsuńkuriozalny /moim zdaniem/ odpis aktu małżeństwa po zgonie współmałżonka.Też mam biurokracji po dziurki w nosie...
Pozdrawiam .Krystyna
WOW, niech żyje święty Biurokracy. Wyrazy współczucia z powodu męża. Nie mam pojęcia do czego jest potrzebny akt ślubu przy akcie zgonu. Ja dostałam akt zgonu Eksa bez problemu, może dlatego, że ślub braliśmy w wiosce. Byłam na Libelta między 11.30 a 13 :) Też pozdrawiam serdecznie :)
Usuń