sobota, 5 listopada 2022

Z góry

 przepraszam tych, którzy się martwili, tych, którzy tęsknili oraz tych, którzy się złościli o zamknięcie Ciebie, Kochany Pamiętniczku.

Zamknęłam, bo byłam pewna, że nie dożyję do ranka, a nie chciałam, żeby Inżynier od razu wlazł na bloga, bo wlezie. Wie, że piszę, ale nie chce czytać i ja to szanuję. Może też tak być, że skasuje wszystkie konta bez litości i to byłoby najlepsze wyjście, ale kto go tam wie. Mam zahasłowane, ale w moim kompie nie usuwam haseł, za dużo roboty z szukaniem.

A teraz do rzeczy.

W piątek miał być dzień gospodarczy, bo w sobotę Łobuzy miały przyjechać na balik halloweenowy na naszym osiedlu, a potem miały zostać u mnie na noc, bo rodzicie chcieli wyjść.

W międzyczasie wpraszała się jeszcze tego dnia mama małego T. z partnerką, szczerze, taka kupa ludzi w mojej biednej chaupce budziła we mnie przestrach, ale ja głupia jestem i nie umiem mówić nie.

Niby tylko Łobuzy miały być na obiedzie, reszta na kawę, ale to się tak mówi - tyle luda to sterta zmywania, ja w kuchni, Łobuzy w pokoju, masakra.

No nic. Poszłam do Lidla, patrzę, leży ciśnieniomierz nadgarstkowy, za niecałe 60 zł. Coś za mną chodziło, chuj wie, anioł, diabeł i mówiło: kup, kup. Jako że tego naramiennego nie mogę uzywac, bo mam za grube ramię i mówi mi error, a zegarkowemu, który pokazuje góra 120 na 74 nie za bardzo wierzę, kupiłam. 

Na Manhattanie też byłam i przywlokłam do domu przecudnej urody 


Przedtem jeszcze korytarz umyłam, bo mój dyżur był. Zabierałam się za sprzątanie kuchni, gdy nagle poczułam, jak lewe płuco ściska mi żelazna obręcz, zaciskająca się wokół serca.

Ból był przeszywający, ale po 5 minutach minął.

Wyciągnęłam ciśnieniomierz i pokazał 220 na 105.

Cudnie.

Piguły zażyłam dodatkowe i zastanawiałam się: dzwonić i jechać na SOR, czy odpuścić.

Po dłuższym namyśle odpuściłam, bo przerażała mnie perspektywa zamaskowanego SOR i szpitala, nosz, kurwa.

Poszłam wcześniej do łóżka. Ale zasnąć nie mogłam, więc wywlokłam to, co schowałam, zapisałam PIN na karteczce do wszystkiego, co się mają męczyć, no i zamknęłam bloga.

O dziwo, w sobotę się obudziłam, ciśnienie wciąż w Himalajach, a i ja mało, że zestrachana, to z bolącą głową (a mnie głowa od lat nie bolała).

Czekając na przyjazd Bandy, poszperałam, analizując, co zażywam, wyszło, że może to być przedawkowanie witaminy D, którą zażywam od początku pandemii, ja, która w życiu witamin nie jadłam, nawet w ciąży. 

Przyjechali, poszliśmy na ten balik. Dzieci bawiły się średnio na jeża, nie wiedziałam, że Alienek w towarzystwie obcych dzieci nie za dobrze się bawi, a Kalafiorkówna chodzi własnymi drogami. Przepraszając, powiedziałam, że źle czuję i nie wezmę dzieci na noc. Opierdol od Inżyniera dostałam za przepraszanie, okazało się, że to Inżynierowa idzie na spotkanie z koleżankami i jemu  nie zależy, weźmie Łobuzów. Siostrę Inżynierowej odmówiliśmy, zjedli rosołek, bo miałam gotowy i pojechali.

A ja starałam się przeżyć do poniedziałku i się udało.

Rano poleciałam do przychodni, byłam pierwsza, ale pani dr pracuje od 9. Strasznie nieprzyjemna piguła zapisała mnie na 9.15, no i w efekcie siedziałam do 9.30, normalka.
Pani dr rozgarnięta średnio na jeża, więcej gapiła się w komputer niż na mnie. Może pasjansa układała, chuj wie. Poszła po ciśnieniomierz, przyniosła taki jak ja mam, z za małym i postrzępionym mankietem, który kazała mi trzymać, żeby się nie odpiął. Kurwa, o takiej technice mierzenia ciśnienia jeszcze nie słyszałam. Napompowała, a ja poczułam wokół serca taki ucisk, że myślałam, że zemdleję, a dłońmi zsiniała, więc wrzasnęłam  Wyszedł ERROR :) I chuj :) Pani doktor zaczęła lamencić, że jak ma mnie zdiagnozować, skoro nie wie, jakie mam ciśnienie. Nosz, kurwa, ciśnieniomierz to chyba podstawowe wyposażenie u lekarza rodzinnego, powinni mieć też taki, jak kiedyś były, ręczne, ale zacisnęłam zęby, bo cóż mam rzec. Tylko do takiego lekarza jestem przypisana jak chłop pańszczyźniany do ziemi, bo w okolicy nie ma opcji zarejestrowania się do innego lekarza gdziekolwiek, wiem, bo ludzie ciągle szukają...

Dostałam dzienniczek


z poleceniem "niech pani tym swoim mierzy i zapisuje", skierowanie na badanie krwi i moczu, skierowanie na EKG oraz skierowanie do kliniki leczenia nadciśnienia. I receptę na lek,który mam brać, gdy ciśnienie mi skoczy powyżej 160 na 100. A, jak mam mniej niż 160 to mam więcej niż 100, i na odwrót, więc lek leży, bo chujwicojest :) 

Synowa, nienawidząca dzwonienia umawia mnie na EKG (płatne, a jakże, na 12 w środę w HCP). Zapisuję na kartce, godzinę i piętro, bo HCP to jest megakombinat. Szpital, a jakże, im. św. JPII.

Jako że na wszystko było już za późno, kochany NFZ, postanowiłam przeżyć do środy.

Pojechałam we wtorek tylko do wujka Mietka.

Pierworodny wiedział, że się źle czuję, bo napisał mi w niedzielę, że MW wyszła ze szpitala i napisałam mu, że sama mam kłopoty. Do dziś cisza w eterze, a przecież mogłam pięknie umrzeć, co nie? Nieważne.

Zanabyłam naczynko do sikania i w środę zła jak osa poleciałam na Opolską, głupia cipa, nie sprawdzając w necie, bo tam zawsze było laboratorium (w mojej przychodni jest tylko we wtorek i piątek).

Opolska to kombinat, informacja zerowa, wszyscy w maseczkach. Na schodach kolejka z parteru w górę. Pytam gościa, czy to kolejka do laboratorium, mówi, że tak. No to kwitnę i czuję, że zaraz zlecę, bo słonko przez okna napierdala, a ja na czczo... Po dotarciu na II piętro okazało się, że kolejka jest do rejestracji do przychodni specjalistycznych, a laboratorium jest na V piętrze. Ja na Opolskiej byłam jakieś 20 lat temu ostatni raz...
Lezę na V piętro, okazuje się, że laboratorium i owszem, jest, ale komercyjne i nie ma umowy z moją przychodnią. Przemiłe panie, zdjąwszy szmatę innstruują sierotę, że ma jechać do laboratorium do HCP.

Autobus mi zwiał, ale że to jeden przystanek, to mdlejąc z głodu kurcgalopkiem na pętlę i bimbą do HCP. A tam armagedon, sajgon i apokalipsa. Na korytarzach kłębią się setki ludzi, ratownicy, pielęgniarki, widać chorych po radioterapii, a w laboratorium kolejka gorsza niż za komuny po mięso. I biletomat, z którego ni chuj nie wiadomo, co wybrać, albowiem laboratorium, aczkolwiek z sieci, do której mam skierowanie jest komercyjne. Nie ma opcji ze skierowaniem, jest opcja lekarz/specjalista, tę wybieram, bo przecież lekarz wystawiał mi skierowanie. Ale nie ma kogo zapytać, czy realizują takie badania, a na dokładkę drzwi do laboratorium są otwierane po wywołaniu numerka...

Pierdolę, idę do domu, dobrze, że kupiłam rano baton i wodę. Z sikami maszeruję lewa, prawa, a słoneczko grzeje, siki też się grzeją.

W domu sik i śniadanko, przezornie przygotowane i już trzeba z powrotem jechać do HCP na to EKG. 

No to jadę, jedzie ze mną ojciec najlepszego kolegi I. z podstawówki, przemiłego chłopaka, ojciec to temat na powieść, rodzice rozstali się dawno, a M. nienawidzi ojca równie mocno jak moje dzieci swojego. Pan, a jakże Kulturalny. Też jedzie do HCP, więc usłyszałam historie wszystkich chorób w tej rodzinie, łącznie z aktualną żoną i szwagrami oraz pociotkami. 

Rozstajemy się, on idzie do innego budynku, ja do budynku D. Nad wejściem napis Budynek D, więc wchodzę. Winda w konserwacji. Wchodzę więc na V piętro, na III spotykam pielęgniarkę, która oczy kwadratowe robi na pytanie o EKG, ale mówi, że na V jest kardiologia. A to miał być prywatny oddział szpitalny (leżał tam lata temu I.), ale pani nie słyszała o takim oddziale ani o badaniach prywatnych. Na V piętrze przerażony personel kardiologii zwołał zebranie, bo nie mają EKG i sugerowali mi, że się pomyliłam dzwoniąc. Hmmm... jak mogłam się pomylić, skoro dzwoniła Synowa, pielęgniarka w szpitalu specjalnie przekierowała ją na oddział, gdzie poszukali najbliższy możliwy termin wolny...

Kurwa.

Mam iść głównym wejściem i zapytać na portierni...

Pan na portierni już mnie kojarzył. I oczy mu wyszły z orbit, gdy usłyszał o prywatnym EKG. Ale na I piętrze jest EKG mam tam iść. Ale najpierw zapytać w rejestracji. W rejestracji patrzą na mnie jak na wariatkę. 

Ale trafiam do pokoju EKG, gdzie siedzi młodziutka kobietka i też nic nie może, bo nie mają umowy z moją przychodnią. Ale że nie miała nikogo, zgodziła się zrobić EKG, jeżeli zapłacę w kasie 60 zł. Tyle miało kosztować EKG to prywatne, więc było mi wszystko jedno :) Zrobiła EKG. Ruszyłam w poszukiwaniu kasy, a na korytarzach wciąż tłumy zbolałych ludzi, szłam, pocieszając się, że skoro na V piętro wlazłam, zlazłam, wlazłam, zlazłam i lezę, to chyba nie był zawał.
Zapłaciłam, wracam, bierze telefon Inżyniera, da mu znać jak wyniki będą do odebrania :)

Tak minęła mi środa, 10 tys. kroków zrobiłam, fiu, fiu...

Ciąg dalszy nastąpi...



15 komentarzy:

  1. A wezwalabys karetke, zabraliby Cie do szpitala i tam na miejscu zrobili wszystkie potrzebne badania i to za darmo. A tak lazisz po pietrach, obracasz sie w tlumie zainfekowanych ludzi, ryzykujesz zawalem i covidem, straszysz ludzi niedostepem do bloga (dobrze, ze choc na fb relacjonujesz), tracisz nerwy i sily. Znow potwierdza sie powiedzenie, ze trzeba miec konskie zdrowie, zeby w Polsce chorowac. Albo duzo pieniedzy.
    SJ, zdrowia zycze i nie trace nadziei, ze kiedys sie w koncu zobaczymy i usciskamy, wiec zyj i czekaj na mnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekoniecznie. Mają podręczne aparaty EKG. Nie miałam zawału. A w szpitalu prędzej coś złapię, a na dokładkę nie mam jedynki z własną łazienką. To już wolę umarnąć :) Ale wedle rozkazu - żyję i kto wie, może Twój plan się ziści?

      Usuń
  2. Jędzo! Czekałam... A uważaj Ty mocniej na siebie. Jak powyżej: następnym, tfu, razem dzwoń po. Wiezienie do szpitala skutkuje obowiązkiem rzeczonego do późniejszego odwiezienia do domu - tego nauczyły mnie nieszczęsne doświadczenia z rodzicielami. Zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Anonimie. Lata temu odwozili mnie ze szpitala karetką. Po znajomości. Podziękuję. Mam na taksówkę :)

      Usuń
  3. Masakra!! Dziewczyny maj rację, w takim przypadku trzeba dzwonić na pogotowie. Mądry człowiek po szkodzie, trzmaj się SJ!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co ma zrobić człowiek niedzwoniący? Niby XXI wiek, a w służbie zdrowia dupa. To nie jest amerykański serial ;) Dobrze się skończyło, więc jest OK.

      Usuń
  4. Ataner niezalogowana

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekalam,myslalam, ze to moja wina🤔 Opieka lekarska to teraz oksymoron, ale nie daj się systemowi! Trzymaj się,a my kciuki trzymamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale niby dlaczego Twoja? Nie rób scen, nie obrażam się i nie zamykam bloga nigdy przez nikogo, to jest moja osobista decyzja, bo to mój kawałek podłogi i nikt nie ma na to wpływu, absolutnie. Dzięki za kciuki, nie daję się jak widać :)

      Usuń
  6. Dobrze ze się odezwałaś... sama Cię zawsze namawiam na pójście do lekarza ... Tylko że po twojej środowej opowieści, to od tego latania po schodach można zawału dostać. Chyba opcja jechać wieczorem na sor jest lepsza... zdrowia życzę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, twarda ze mnie zawodniczka, polatałam, nastraszyłam personel (a co, niech się boją, w końcu składki płacę) i nie dostałam zawału. Na złość, a co :) Nie, opcja SOR nie jest lepsza. Syn siedział z córką tam całą noc. Tak, to nie służba zdrowia, tylko opieka zdrowotna i leży i kwiczy. Osobiście płacę dwie składki na nią - od emerytury i od pensji. Tak pięknie rozpierdolili wszystko.

      Usuń
    2. na SOR dostałabyś szybszą ścieżkę dostępu z takim wysokim ciśnieniem, ale każdy ma swoje.

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Ależ nie ma czego się smucić, Doro :* Dycham :)

      Usuń
  8. Że dychasz super, ale wolalabym żebyś dychala zdrowsza a nie chorsza.Forsowałaś sie ostatnimi czasy, a jeszcze prYpominam sobie ten Wroclaw w upalach.. wszystko ma wpływ.

    OdpowiedzUsuń