środa, 9 kwietnia 2025

Home

 sweet home, Kochany Pamiętniczku :)
Znów podłogę całowałam po powrocie.

Czysta była, bom czystą zostawiła.

Ale nie narzekam, te cztery dni, a w sumie pięć darowane od życia są.

Alem zmęczona okrutnie, jak koń po Wielkiej Pardubickiej.
Inżynier zabrał mnie w sobotę po południu, bo wychodziłam z założenia, że jak wylatuje w niedzielę o 12.30 (wylatywał o 11 z minutami, tak zorganizowany jest...), to nawet jak wleci po mnie o 8, zabierze, a i ogarnąć musi moje lary i penaty, bo to i podłączyć trzeba i znów pokazać mi jak co działa, gdzie klikać - niby wiem, ale nie mój cyrk, nie moje pchły, nie ma letko :) 

Wszystko szło fajnie, ale we wtorek okazało się, że nie mam SE w lapku, a powinnam mieć, bo to firmowy program, ale nie ma i chuj. Dobrze, że nikt z redaktorów się nie indyczył i dosłali to w Wordzie, tym razem oni mieli więcej roboty. Drukarka też inna niż moja, drukowała jakby chciała i nie mogła, a do skanera musiałam latać z każdą stroną osobno, nie to co w domu - siedzę przy biurku i po lewej mam skaner... 

Ale ogarnęłam, zamknęłam, maszynki też, bo nie uprzedzając mnie przerzuciły się na poniedziałek.
Dziś zaś krówki zamykałam, no jak zawsze, ale się zamknęły na amen. No może nie na amen, bo nie są zautoryzowane, ale jutro jestem w domu i już wszystko na luzie i na spokojnie.

Home sweet home, I love you :) 

Bratki dzielnie przetrwały ten cały armagedon pogodowy, nawet pieścichłopy wyglądały jak nowe. Mam nową metodę - wlewam do wody 2-3 krople Domestosu i stoją dłuuuugo. Z tych wodę wypiły, ale stały zakonserwowane :) 

Na całe moje szczęście następny wycug raczej nie za szybko, może w ogóle koniec. Kolejny wypad w sierpniu, to Inżynierowa ma  cały miesiąc urlop, a Łobuzy siedzą w chałupie. Potem, ewentualnie to już prościzna - oba pójdą do jednej budy, przystanek pod szkołą. Zdążę na powrotny autobus i nie będę musiała łazić tyle. 7 km codziennie to nie w kij dmuchał i to od rana.

Ale to były fajne wędrówki. Alienek miał zwyczaj marudzić, za ile będzie autobus. Pytał tak co pół minuty. Odpowiadałam: jak przyjdzie pora na Telesfora (był kiedyś taki program Pora na Telesfora). Dziś dla odmiany zaczęła jojczyć Kalafiorkówna, a ten smarkacz: nie marudź, przyjedzie, jak przyjdzie pora na Telesfora :) 1 : 0 dla mnie.

I cukierki na przystanku - jako nagroda (Zozole, noszę w torebce, bo czasem zasycha mi w gardle i nie ma na to mocnych) - papierki wrzucane do mojej kieszeni, i śmichy chichy z babci  śmietniczkowej :) I tradycyjne protesty, że babcia nie jest stara, babcia jest młoda :) 

Już poprzednim razem jechały z nami dwie panie, wysiadające na tym samym przystanku. Teraz, ponieważ nie chodziliśmy do piekarni, okazało się, że panie są ze szkoły Alienka i chętnie go zabiorą - mogłabym wtedy jechać z Kalafiorkówną przystanek dalej i nie wlec się do przedszkola. Panie przesympatyczne, ale Alienek twardo rzekł, że nie, że podziękuje, bo babcia... No bo babcię kocha :) 

Nie miałam siły ranić mu serca, to tylko kilka dni.

A mamy z nich sporo naszych momentów, aczkolwiek Alienek, pierdolący jak najęty o golemach z Minecrafta (nie dogadałam się z Inżynierem na temat Minecrafta, cóż, nie moje dzieci, nie moja odpowiedzialność, ja mogę tylko je kochać), nie zwracał uwagi na takie fajne drobiazgi, jak drące się wniebogłosy ptasiory, na wróbliszony, mieszkające na murku jego budy w gniazdach po jaskółkach


 

 na piłki na drzewie :)
Za to Kalafiorkówna była uważną słuchaczką i zapamiętywała wszystko, dopytując się o nazwy roślinek i drzew. Może będą z niej jeszcze człowieki :) 






Nogi moje potrzebują ruchu, nie lekarza, aczkolwiek zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że coś mi pikawka szwankuje. Jednak mam tak okropne doświadczenia z kardiologami, że odpuszczę i chuj, na razie daję radę, a jak padnę na ulicy, to się prędzej dostanę niż z zapisów.

Koniec tematu. Po tych porannych włóczęgach, aczkolwiek wracałam ledwo żywa, dysząca i zdychająca, moje nogi lekko znów wchodzą w buty.

Wiedziałam, że to głównie siedzenie na dupie całymi dniami.

Za wszystkie dobre rady jestem bardzo wdzięczna, ale i tak zrobię po swojemu.

A dlaczego z taką radością wróciłam do domu?

Bo...

Mam multum zastrzeżeń do Synowej, patrząc na to, jak ta chałupa wygląda, widząc ją non stop z telefonem albo z tabletem, znikającą w biurze zaraz po położeniu dzieci, bo musi coś drukować do pracy (obrazki dla swoich dzieci w przedszkolu). Mnie to rybka, mam swoje zabawki, a i o 21 byłam trupem.

Dół był ogarnięty w miarę, lepiej niż ostatnio, ale... Wszechobecne zwały sierści, nie, nie kręci mnie sierść w kubku. Na ubraniu mogę mieć, to rybka, ale sierść w żarciu to mnie przerasta. Zresztą biurko, przy którym pracowałam było też usłane warstwą sierści, sierść osiadała na wszystkim. Synowi to nie przeszkadza, ale mi tak. To nie jest moja bajka.

Poza tym czuję się tam jak intruz, bo cóż - stara jestem, mam swoje nawyki toaletowe, swoje ma też Synowa. Proponowałam jakieś zawieszenie broni, bo albo przepychamy się do łazienki, albo włazimy sobie w drogę w kuchni. I to nie tak, że wymagam obsługi jako gość, ale muszę coś zjeść i wypić coś ciepłego przed wyjściem, bo zemdleję inaczej. Ona je dopiero w pracy, ale kuchnię okupuje, bo przygotowuje śniadanie dla Alienka i... karmi psa. Najważniejsze jest nakarmienie psa. Pies jest alfą i omegą, ale też jest wściekła, że musi wstawać o 5, żeby go wyprowadzić. Jak Inżynier jest w domu, spada to wszystko na jego barki, choć jak podkreślała kilkakrotnie Kalafiorkówna - pies jest mamy, bo mama za niego zapłaciła. Trudno, żebym ja latała z psem. Muszę się wykąpać rano, stara jestem i muszę. Nie maluję się, nie okupuję łazienki, ale też nie jestem w niej swobodna, bo wszędzie kafelki i prysznic. Zero dywanika. Nie ma się czego chwycić. A na kafelkach ślizgam się, a i wytarcie się z moją tuszą to jest wyzwanie. Tam nawet nie ma gdzie odłożyć świeżych rzeczy - miejsce na jakąś szafkę czy cuś blokuje olbrzymia kuweta, z której koty teraz nie korzystają, bo drzwi od łazienki muszą  być zamknięte, bo... kundel tam włazi i broi. Koty mają osobne kuwety na górze, w niedokończonej łazience, każdy ma osobną. Kundel jeszcze po schodach nie wlezie.

To nie jest mój dom, nie krytykuję, ich gust, ich sprawa. Ale jestem stara i nie ma tak, że się tam wpycham, bo to jest ich interes, że przyjeżdżam, nie mój.

Nie będę sadziła sloganów o miłości do wnuków. Kocham je, ale nie poczuwam się do obowiązków - robię to dla syna.

Gdy on jest w domu - mam full wypas.

Synowa zaś w poniedziałek (w niedzielę przed wylotem Inżynier nastawił przepyszny rosołek, obiad był, ja też opędzam niedzielę rosołkiem, nie o to chodzi) napisała mi, czy ma mi coś kupić, bo ona nie gotuje, ma gotowce. Odchudza się. Przechodzi na wege. Te odchudzające vege to są gotowce z Biedronki, o składzie tablicy Mendelejewa. Pije tylko colę, co z tego, że zero? Mam to w dupie, ale martwię się o syna, bo też odżywia się na własną rękę. Wygląda okropnie. Ja też, ale jestem już stara. Nieważne. Dzieci też jedzą byle co, zwłaszcza Alienek, wróg wszelkich warzyw, owoców i innych zdrowych rzeczy.
A ja wciąż widzę mój dom. Stół nakryty do każdego posiłku, który jedliśmy razem. Fakt, wróciłam do pracy, gdy dzieci były już odchowane. Ale i wtedy, gdy nie miałam popołudniowej zmiany i w weekendy jedliśmy razem posiłki. Nakryty stół, my razem. Tu dzieci same grzebią w lodówce albo im ktoś coś pichci, znaczy smaruje, albo płatki na mleku. Nie siedzą razem przy stole. Ona na lapku, on się miota po pracy, ogarniając coś, co się ogarnąć nie za bardzo da. Ona pracuje na cały etat, ale do 12 (od 7), bo to przedszkole.

Jest wciąż zmęczona, mimo że ma sprzęty, które tańczą, śpiewają, recytują, dają dupy i gotują.

Najważniejszy jest pies.

Odpisałam, że nie, kupiłam sobie coś z zestawu Makłowicza. Że poproszę o odgrzanie, bo ja tych wszystkich ustrojstw, łącznie z air frajerem nie umiem obsługiwać. Stara jestem, moja edukacja zakończyła się na kuchence i piekarniku. Myślałam o frajerze, ale potem stuknęłam się w ten głupi łeb: po co mi to? Pracuję z domu, mogę sobie coś upichcić. Za gaz płacę niecałe 20 zł na miesiąc, a za prąd mi skoczy, może niewiele, ale skoczy.

A wieści głoszą, że firma nie ma się za dobrze.

W sumie tym razem nawet to mną nie wstrząsnęło - jak padnie albo mnie wypierdolą, no cóż - wola boska i skrzypce.

Będę łazić i giry nie będą mi puchnąć.

A wracając do żalów - nie mówiłam nic I., bo po co?

Jego bajka, nie skarży się, a nie będę najeżdżała na jego żonę.

Nie osiągnę nic, a jego stracę.

Niewarta skórka za wyprawkę.

Wkurzyła mnie jednak maksymalnie, bo Alienek nie ma grzebienia. Gdyby miał jeża - no problem.  Ale ma gęstą czuprynę i nieczesana wygląda okropnie, mimo że myje łeb co dzień. Mówię, że kupię mu grzebień, a ona: czy jakbym chciała, żeby się czesał, to nie kupiłabym mu grzebienia?

Kurwa.

I o to się pożaliłam, jak wrócił, mówiąc jednocześnie, że zwracałam uwagę, żeby dzieciom obciąć paznokcie, bo mają brudne szpony...

Nienawidzę, mam takie zdjęcia Papryczka nawet, noworodek z długimi, brudnymi szponami.

Moi chłopcy do  dziś mają idealnie obcięte. Jak ja. Tak, mam zaniedbane paznokcie, zero lakierów, cudów, manicure :)

A Inżynier: nie umiem im obcinać paznokci, to działka żony.

Mówiłam, nie obcięła.

Taki mają podział, kurwa.

Pomijając walające się wszędzie zwały sierści, kociej...

Zaniedbane koty, które nie mają wody ani karmy (uzupełniałam kilka razy, za pierwszym pytając skąd wziąć na MSG, bo widziałam Edzia głodnego, dowiedziałam się, że za to został moim fanem, hahahaha, ja go wytresowałam, na hasło: Edek, łapka, cofał łapkę i nie haczył mnie pazurkami, gdy przeciskałam się między biurkiem a drapakiem)


 Za to dosypanie karmy na miseczce wygrałam los na loterii :) 

A dziś rano Księżniczka, niedotykalska, ideał z cyklu: nie rusz, bo przetrącę, która nawet Edka nie toleruje, wiła mi się wokół nogi, gdy wstałam i poleciałam sobie śniadanie zrobić, żeby nie blokować kuchni... I dała się cztery (sic!) razy pogłaskać, prężąc się rozkosznie...


 ... chociaż wczoraj patrzyła na mnie z pogardą :) 

A tutaj łajza nad łajzami



 czekająca aż zlezę, żeby jej o 10 dać wałówkę i wywlec na sikupę...


 Żegnał mnie tak czule, jak własnej matki nie żegnał, gdy dowiedział się, że odjeżdża w nieznane.

Te sierściuchy to ale gupie są.

Ale co ja na to poradzę?

I tak, pomijając tony sierści i inne takie niezmienione status quo, ja, kobieta z innego wymiaru, matka Polka, zakopałabym się pod ziemię, bo nawet na lenteksie i bez odkurzacza na kolanach co dzień ogarniałam podłogę na mokro. Nie mając żadnej sierści.

Porażał mnie widok Łobuzów, wychodzących po kąpieli w piżamkach i tarzających się z kundlem po podłodze. Całujących go koło ogona.

Dających się lizać po twarzy, chociaż - lojalnie przyznaję, że matka wrzeszczała, że nie zbliżać twarzy do psa.

Wylatujące rano z łóżka i tarzające się z tym psem w piżamach znów, bez względu na prośby, żeby poszły zęby umyć i ogarniać się do niewoli :)

Puszczane na głodnego do tejże...

Bo zjedzą w szkole bądź w przedszkolu.

To zupełnie nie moja bajka...

Więc mimo wszystko jest mi źle.

I dlatego w piekarni kupowałam wg zamówienia (włażąc do niej  już bez obstawy).

A we wtorek polazłam do Klamerki



 Pierogi z młodą kapustką (3) i z buraczkami i fetą (3) - 21 złotych :)

No ale w sumie byłam na wakacjach, co nie...

A dziś okazało się, że Inżynierowa  chce coś kupić w Biedronce dla nich na obiad (dla nich, nie dla mnie).

Odpisałam, że chciałam wziąć jej męża do Klamerki, bo ona ma swoje jedzenie.

Stanęło na Klamerce, ale Inżynier prosto z samolotu musiał do pracy.

Więc poszłam do Klamerki, gdzie czekała synowa, ale...

Wiem, perfidna jestem do bólu. Ona była przekonana, że ja za wszystko płacę, jak zwykle, a wydałam niemało w piekarni i...

Jak ja kogoś zapraszam, to dbam o niego.

Nie wpraszałam się, byłam potrzebna.

Też miałam robotę, więc... zamówiłam pierogi dla siebie i poszłam do domu, mówiąc, że zapłacę za swoje.

I tak też uczyniłam.

Bo nie widziałam powodu, by wydawać więcej niż wydałam co dzień w piekarni i nie, nie są to teraz groszowe sprawy :) A u nich bułki kupowane przez I. w Biedronce lądują w bio, na moich oczach trafiło tam pięć. Ja bym je ususzyła i przerobiła na tartą bułkę, albo do mielonego wcisnęła.

Ale jak wiadomo - jestem Szkotką wyrzuconą ze Szkocji za skąpstwo :) 

Rano zaś poszłam do Biedronki wracając z odprowadzki, kupiłam sobie róże i tulipany, a także dobre wino...

No co, sama siebie nagrodziłam.

Inżynier odwdzięcza się inaczej.

Jego żona jest zła, gdy przerywam jej relaks na kanapie, prosząc o kawę dla jej męża i dla mnie.

A tak w ogóle...

Jestem podła na maksa.

Klasyczny model wrednej teściowej.

Tej z kawałów...

Pranie powieszone, łóżeczko - całe, nie połamana kanapa, posłane (dzieci skakały, a mnie odsądzano od czci i wiary, gdy nie pozwalałam wnukom skakać po meblach)...

To nie je bajka, ale i tak było cudnie...

Żeby jeszcze wreszcie przyszła wiosna, w nie tylko obiecywała, że idzie, idzie...

Magnolie ocalały, ale będzie ciężko...Gdzie strumyk płynie z wolna...
Myślałam w promieniach słońca idąc, że to wiosna, a to kolejne zimno szło...
Taki fajny widok mają z okna, ale rolety wciąż spuszczone są. Chociaż patrząc na całokształt nie dziwię się.

A teraz chyba długo wpisu nie będzie, bo nic się nie dzieje, a i tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze pisanie, bo jutro wstać trzeba, może już nie skoro świt, ale...

Życie to nie je bajka :)

PS Wino było dobre.
 

 

 

10 komentarzy:

  1. Od kogo wiec dzieci maja sie nauczyc gospodarzenia w domu? Pewnie wyrosna na takie same niechcieje jak mama.
    Mam wielka satysfakcje, ze te moje maja w domach czysto, a latwo nie bylo ich wytresowac na sprzatanie, wtedy to nie byly ich priorytety, zeby w domu bylo czysto i marudzily, ze raz w miesiacu to by wystarczylo. Albo rzadziej posprzatac, bo co tydzien to przesada.
    Wspolczuje synowej, pewnie w domu miala podobnie, nie nauczyla sie, nie zalezy jej, prowadzenie gospodarstwa przeszkadza w jej waznych sprawach. Nie rozumiem i nie zrozumiem, dla mnie byly priorytety, pozniej dopiero moja rozrywka i tak mam do dzisiaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama się temu dziwię, bo moi w domu sprzątali - gospodarowaliśmy stadnie. Nie do pomyślenia było niezasłanie łóżek ranem, w naszych dwóch pokojach mieszkalibyśmy w bezustannym bałaganie. Teraz w domach chłopców jest po prostu zwykły bajzel. Synowe w domach rodzinnych mają porządek, ale jak same mówiły - bardzo cierpiały zmuszane do sprzątania, a ścieranie kurzu było dla nich wiekopomną traumą :) Dla mnie traumą jest kilka dni spędzonych tam, więc z radością wracam do siebie... Nawet kurz na półkach jest u mnie jakiś mikry i przyjaźniejszy dla oka :)

      Usuń
  2. Aż się roześmiałam w głos, bo przeczytałam Twój post i chwilę po tym w radio usłyszałam słuchacza, który zadzwonił i rzucił tekst: "po co sprzątać, kiedy można zgasić światło" 😄😉🙃 Czy synowa często gasi światło lub zasłania żaluzje? 😉
    A tak poważnie, to też nie wiem jak można funkcjonować w brudzie. Pomijam nieporządek, bo jak wiadomo lepszy swój bałagan niż czyjś porządek, ale brud to zupełnie inna sprawa. Przykleić się do krzesła czy stołu nie jest miło :-) I pomimo tego, że lubię zwierzęta bardzo, to nie wyobrażam sobie sytuacji, że kot pije z mojej szklanki, a psu daję do wylizania talerz, z którego dopiero co sama jadłam...
    I już kiedyś tu pisałam, że tylko dzieciaków szkoda 😕
    -Aśka-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Się zgodzę. Oni mają takie fajne przeszklenia na całą ścianę, na zewnątrz wszystko widać, w nocy budziły mnie światła przejeżdżających pojazdów - część okien nie jest zasłonięta żaluzjami, ale - a long story :) Koty tam chodzą gdzie chcą - i mam nie marudzić, że mam kłaki w kubku, bo to zaszczyt mnie kopnął :) Tak, szkoda, ale co pani zrobisz jak nic nie zrobisz?

      Usuń
  3. u mojej synowej miedzy innymi brud w lazience.a miala przyjsc kolezanka, to wykrecila zarowki .nie posprzatala

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaintrygowałaś mnie tym domestosem dodawanym do wody dla kwiatków. To tylko na tulipany działa? Nie rozumiem, dlaczego dzieci same decydują, co i kiedy mają jeść, przecież synowa, jako nauczycielka wychowania przedszkolnego wie, że o nawykach żywieniowych często decydują przyzwyczajenia nabyte w dzieciństwie. Jak teraz się nie nauczą prawidłowo jeść, to kiedy? Poza tym, po co kupować zwierzęta, jeżeli nikt się nimi nie chce zajmować? Zwierzęta też trzeba uczyć odpowiedniego zachowania, to wymaga czasu i cierpliwości. Upodobania do siedzenia w syfie też nie rozumiem, ale jak wiadomo są na ziemi rzeczy, o których się filozofom nie śniło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodaję tylko do pieścichłopów, bo tak pokazywali w rolce. Do róż mam ten gotowy preparat, dołączany do bukietów, a żonkilom słodzę wodę :) O żywieniu dzieci nie chcę nawet rozmawiać, zaczęło się od tego sławetnego BWL, a kończy na takiej wybiórczości, że mi się nóż w kieszeni otwiera. Ale co się będę denerwowała, jak to nic nie da? Moje serce pęka na widok parlni - tak mają osobną pralnię, zazdrość mnie bierze, zawalonej stertami czystego prania, pracowicie rozwieszanego tak, by nie prasować, a potem rzuconego bezładnie na ogromną kupę. Ja w swojej mikrej ciupie nie mogłam sobie na taki bajzel pozwolić, bo zginęłabym po tygodniu... :) Temat na brazylijską telenowelę. Jedyne miejsce, gdzie jest porządek to garaż. Syn sam ogarnął, bo musiał, jak zakładał fotowoltaikę :)

      Usuń
    2. Dziękuję za informacje, w jaki sposób dłużej utrzymać kwiatki wśród żywych :)

      Usuń
  5. Napisałam dużo, dużo z telefonu i mi nagle znknęło, zamiast się zapisać:( A tu jestem Anonim,będzie krócej! to co robi Twoja synowa jesy po prostu obrzydliwe! nawet gdybyś niezapowiedziana wparowała im na chatę, to w końcu jesteś matką, babcią i należy się szacunek jak psu buda:) a Ty przecież zjawiłaś się zeby im pomóc, narażając się na niewygody! Nie, nic jej nie usprawiedliwia! a dzieci w kłakach po kąpieli, no naprawdę. Numer z grzebieniem-przedni!Czy to dziecko wcale się nie czesze? Odetchnij sobie wreszcie u siebie! a tak w ogóle -coraz częściej łapię się na tym, że wszędzie dobrze, ale najlepiej we własnym łóżku:)Gdzie te lata młodości-Te noce, te noce nieprzespane, byle jak, byle gdzie... Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha, uśmiałam się. Tak sobie zawsze z synami żartowaliśmy - mówiłam, że łebek się należy (do pocałowania of course), a oni na to: należało się za komuny, po czym nadstawiali łebek ;) Tak, to dziecko się wcale nie czesze. Ma na głowie wronie gniazdo. Ja kiedyś też miałam takie kudły, że moja koleżanka pytała, dlaczego się czeszę, nie ma różnicy po czesaniu czy nie. Ale jednak czesałam się, to że włosy niesforne nie znaczy, że mają być niechlujne. A, szkoda moich nerwów na to wszystko. Tak, własne łóżko to skarb, bez sierści, bez dodatków. Chociaż nie mam nic przeciwko sublokatorom nad ranem, a tak mnie w niedzielę Łobuzy obudziły, pchając się pod moją kordełkę i ciągnąc ze sobą Kundla. Ale Łobuzom wolno - wróciła młodość i sublokatorstwo w niedzielę :)

      Usuń