piątek, 18 kwietnia 2025

Ojacierpiędolę

Kochany Pamiętniczku :) 

Jak wiadomo, nie podpisała mi urlopu, bo pyry się przeniosły z 30 kwietnia na maj. 

Ale nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło - wracam do pracy 5 maja :P Bo 2 maja mamy wolne za 3 maja i tym pięknym sposobem mam 2 tygodnie wolnego, nie biorąc ani jednego dnia urlopu :) Bo ani mi się śni przed 1 maja na pocztę zaglądać.

Dziś miałam od rana dyspensę, a jakże, od pani M., bo Manhattan jutro wybiórczo pracuje, a ja już nie jestem jak sarenka i zakładałam, że mogą być kolejki.

Budząc się rano, znalazłam na MSG pytanie od pani Odkrówkowej,  z wczoraj, czy jeszcze żyję. 

Wysłane o 21.53, a ja padłam ze zmęczenia o 21.30, bo to był bardzo intensywny dzień, jak zawsze w "tym" tygodniu.

Opisałam, że żyję, ale co to jest za życie? I tak sobie miło pogawędziłyśmy, gdy się suszyłam po kąpieli i śniadanko szamałam.

A Boss, niby już nie-Boss o 22.53 przysłał wywiad do korekty, zupełnie, jakby chciał sprawdzić, czy punkt 9 będę na posterunku.  No tom skorekciła, susząc kudły i mnie nie przyłapał. Coś mi mówiło, że tak będzie :) 

A oczu nie chciałam otworzyć, bo sen miałam nad ranem disneyowski. Śniło mi się, że wysiadłam na "mojej" stacji w R., że jechałam do domu, a jednocześnie chciałam wracać do Koziołkowa. I mijały się pociągi, wykolejały, wkolejały, jechały nie tam, gdzie trzeba. Zła, ruszyłam w stronę domu, ale na zakręcie, koło kościoła, okazało się, że... nie ma drogi do domu, za to rozciąga się bezkresne pole, zarośnięte na czerwono-żółto-biało kwiatami...

I nagle na to pole wjechały wszystkie maszynki z maszynek i z mojej gazetki, takie te tam Jelonki, Claasy, Masseye, z kosiarkami,  pługami, podsiewaczami, maszynami do strip-tillu, kopaczkami, robotami pielącymi, bronami i innymi cudami, i pole zaczęło w oczach brązowieć i zielenieć... 

A mojego domu już nie było...

Kolory były takie, że do teraz je widzę i za nic nie chciałam się  obudzić, otworzyć oczu, ale...

Mus miałam - albo sen, albo Manhattan  i ogarnięcie kuwety :) 

Widok za oknem rozbudził mnie, był obiecujący


 Chociaż wczoraj cały dzień siedziało na siatce antysrajdowej takie cuś.


 Ciem? Kapciem :) Tak, to była ćma, odleciała wieczorem, cuda wianki są, temperatura jest niespotykana o tej porze roku, śpię przy szeroko otwartym balkonie i jest mi za gorąco. W dzień wczoraj było 28 stopni.

Wygrało poczucie obowiązku, ale sen jeszcze wieczorem pamiętam, a to rzadkość.

W piekarni majątek zostawiłam, a kupiłam tylko dwa chleby orkiszowe, keksa, bo lubię, mazurek kajmakowy (taki jak rolada, rozklepał mi się w siatce mimo kartonu, ale rozklepany też jest pyszny, a to jest mazurek, a nie ta tektura mazurkopodobna) i kawałek sernika z bezą. 101 zł 48 gr. 

Pewno więcej opłaciłoby mi się samej piec, ale primo po pierwsze, może nie wyjść (a zazwyczaj pieczone z okazji nie wychodzi), a primo po drugie - kiedy, jak latałam od roboty do kompa, sprawdzając, czy już coś doszło (a Boss w tym numerze był aktywny).

U rzeźnika wzięłam na wstrzymanie, bo w sumie mam pełną zamrażarkę (wyciągnęłam kawałek, tak 20-cm schabu w całości i upiekłam, nie cudując z dodatkami i nie rozmrażając - wyszedł przepyszny). A mam jeszcze w lodówce dwa cyce kurzęce, bo - głupia ja. Oglądałam sobie roli, czekając na pracę i Maciej Kuroń pokazał cyc kurzęcy po czesku i mam zamiar to popełnić.

Bo mam wreszcie zamiar zjeść porządny obiad, po tygodniu, kiedy 3 dni jechałam na zupie jarzynowej z włoszczyzny (średnio lubię),  a następne trzy na ogórkowej (bo zakisiłam ogórki, no wyszła z reszty rosołu ogórkowa na trzy dni).

Gotowanie dla singla o kant dupy jest. 

A już dla starego, co trzech talerzy nie wciągnie naraz to masakra. 

Nakupiłam jeszcze pieścichłopów i potem żonkili - w taki dzień jak dziś to musowo mieć żonkile, bo nie jestem antysemitką, chociaż współczesny Izrael a tamci nasi współrodacy to chyba dwie różne nacje...

Wróciłam do domu lżejsza o kolejne jakieś 300-400 zł. Nie liczyłam. W dupie mam.

Do grobu nie zabiorę, co najwyżej będę kiedyś zęby w ścianę wbijać, co może być wesołe, bo niewiele mi ich zostało :) 

Ale do brzegu, jak pisał nieoceniony Paweł T.

Baterie zaczęłam wywalać z jeszcze szwendających się lampek, bo się pokończyły, a jak tak leżą, to się zlewają.

A Inżynier pisał, sfrustrowany: Anglia nie pracuje... Niemcy nie pracują... RPA nie pracuje... Indie nie pracują... ale Polska, najbardziej katolicki kraj w Europie, w Wielki Piątek pracuje.

Hehehe, obśmiałam, on apostata, ja apostatka, a Wielkanoc nam w głowie.

Sfrustrowany był, nie, że jak ja czekał na robotę, choć jego korpo tylko w PL pracowało, ale... nie miał motywacji :) 

I tak jedno szło, a drugie nie szło, ale...

 


 rabanka tradycyjnie zrobiłam, krzywego jak zawsze, ale z irlandzkiego masełka :) I od razu się zawielkanocniło :) 

Potem, wymieniając baterie


 przy wejściu do mieszkania tradycyjnie jednak postawiłam wielkanocną choinkę, która wkurza jedną z moich synowych (nie powiem którą), bo wkurza ją to, że u mnie zawsze gdzieś są jakieś lamki :P

No a kto bogatemu zabroni?

To, że one nie mają serwetek i innych dupereli, to nie dowód, że ja ich mieć nie mogę.




 Osiedle też się przystroiło na święta, a mój clematis, kupiony z dwoma zdychającymi listkami odżył i


 

może wyrośnie na człowieka?
 

Redakcja też się dziś sprężyła (gdybym ja tam szefowała, sprężałaby się co miesiąc, nie pracując po godzinach, ale nie warto już dziś o nic walczyć), skończyliśmy przed 16. Ja już mało, że wszystko pracowe zrobiłam, to jeszcze poprałam, posprzątałam, kilka odcinków serialu oglądnęłam, pograłam, pogotowałam...

Jestem kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boję - i nie chwaląc się, nawet jak mam Niechcieja, to ogarniam kuwetę, bo tak.

 Bo mogę, choć niechcemisie.

Bo na końcu niechcemisienia widzę relaks :) 

I to jest piękne i motywujące.

A z dobrych (oby, odpukać) nowin. Wczoraj pisze do mnie Pierworodny, że zdał SEP. Gratuluję, ale pytam po co? (myślałam, że to jest na wieki wieków amen, ale nie, co 5 lat trzeba odnawiać). Ostatnio leciał do mnie z UK, żeby to zdawać. W sumie SEP powinnam mieć nawet ja, bo wg przepisów BHP może mnie to zabić (odpukać, od lat mnie nikt na szkolenia nie wysyła, a w stacjonarnej epoce co rusz zjawiał się dziadek szkolący, w najmniej odpowiednim momencie mojego cyklu, który wyjaśniał mi, że ze względów BHP nie powinnam nawet kabla z gniazdka wyciągać, nie mając uprawnień, ani żarówki wymieniać i inne takie sranie w banie, dziadek miał za takie szkolenie w firmie płacone więcej niż ja za cały miesiąc, cudna fucha). 
P. odpisuje, że może więcej zarabiać, ja sprawdzam koszta kursu... Pytam, czy zakład opłacił. Nie, sam zainwestował w siebie.

Jestem w szoku.

On milknie.

No ja cała w skowronkach piszę do I., bo sobie myślę, że ale jak, tyle kasy. I czuje się winna, bo powinnam (kurwa, kiedy ja zmądrzeję?) mu ją dać.

I z Inżynierem gadając, w przeciągu kilku minut dowiaduję się więcej, niż przez pól godziny wyciągania z P. wieści.

A wyciągałam mu jak psu z gardła.

I mówi mi, że nie mam dawać mu kasy, niech coś raz zrobi na własny rachunek.

Wyjaśnia detalicznie o co lotto.

I na moje, że w takim razie dam na zbliżające się urodziny (bo ja, kurwa, niereformowalna jestem, nie da się ukryć, kocham te moje pisklęta jednakowo, choć tak różne są i na różne sposoby mi nerwy szarpią - po kim one takie są? Bo na pewno nie po mnie).

I I. mówi, że wreszcie mu matka zmądrzała.

Kurtyna.

Piszę do P., gratulując, podbijając bębenek i opierdalając, że nie informował mnie tak, jak brata.

A ten gad: że do brata dzwonił, a do mnie pisał, robiąc zakupy.

Kurwa, kamyk mi do ogródka wrzucił, żem głucha.

I pisze, że jaką do O. tylko na sobotę i niedzielę. Wracają w niedzielę. Czy mogą wpaść w poniedziałek. 

I szczyt mojej asertywności: odpisuję: a może ja do Was w poniedziałek wlecę?

Bo niby dlaczego ja mam latać z ciastem, z kawką, przestawiając meble, żeby wszyscy się zmieścili przy stole, latać z każdym gównem z kuchni (niestety, moja kuchnia jest nie do ogarnięcia dla laika) i do kuchni?

Zmywać?

Odpisał, że musi to uzgodnić z żoną.

No i cisza w eterze.

Gadam o tym z I., a ten: musieliby zacząć dwa tygodnie temu sprzątać, żeby mamę na kawę zaprosić.

Wiem.
Ale nie jestem sanepidem.

Moja Mama, pracująca w czasie okupacji u Niemca jako pokojówka, opowiadała, że  pani domu co rano chodziła w białych rękawiczkach, sprawdzając kurze. Ja zdejmuję okulary i jak nie widzę kurzu, da się żyć. 

Wiem, że mają wciąż bajzel, bo wciąż tłumaczą, że sprzątają.

Ale ja nie chcę iść do nich na kawę, żeby oceniać bajzel. Nawet niedomyty kibel przeżyję.

Nie rozumiem tylko jednego: dlaczego ja wciąż muszę mieć siły, by gościć cztery osoby, a oni nie mają siły, by podać herbatę jednej? Mogą być do tego słone paluszki, mnie ro rybka. U Inżyniera wyżeram chipsy, bo sama ich nie kupuję nigdy, nie marudzę, że nie ma kawioru :)

Stara jestem, wbrew temu, że jadę w życie Błękitnym Expresem, robiąc dobrą minę do złej gry, czasami chcę nic nie robić.

Ano :) 

Do dziś cisza. Nie odzywam się.  Nie wyrywam przed orkiestrę.
Wiem, że mama Synowej zaprasza ich, lamentując, ile o ona musi się narobić. Ma dużą kuchnię, zmywarkę i inne bajery, których ja nie mam. Mam ciasną, nieergonomiczną kuchnię bez stołu (z własnej głupoty). Jej mama ma na karku jeszcze dwóch pojebanych chłopów (mówię, jak jest, ja bym takie egzemplarze przez okno wywaliła), cierpi w milczeniu i bierze sobie dodatkowe 4 osoby na kark :) 

A ja zdobyłam się na asertywność i powiedziałam:a  może ja bym do Was wpadła? Może jakiś spacer, jak pogoda będzie, albo jakieś lody, jak coś będzie otwarte?

I choć ja za te lody bym płaciła, to i tak warte to mojego niewysilania się.

A jakie będą święta?

Nie wiem.

Dla mnie to po prostu wolne do 4 maja.

Bo tak, mimo tych rabanków i wielkanocnych choinek - jestem wolna...

Wolna od tego, że coś muszę. No dobra, od pracy nie jestem.
Ale wolna od tego, że święta jestem już od dawna.

Nawet przed apostazją byłam od  tego wolna.

Ustępuję tylko przed Gwiazdką, ale to dla wnuków.

One i tak mają swoje piekło, bo wciąż nie ogarniają, dlaczego ich rówieśnicy chodzą do kościoła, a one nie (to Łobuzy, nigdy nie były w kościele). Inżynierostwo miało ślub cywilny w plenerze, chociaż jej rodzina jest bardzo religijna, aż do bólu. Nikt nie zaprotestował, przeszli nad tym do porządku dziennego, ale w sumie to dziwna rodzina jest. Ja na jej miejscu protestowałabym z transparentami :) Ale może to ja dziwna jestem :P

Od Pierworodnego te z Dżemorem są chrzczone, bo tak, bo takie było życzenie ich dziadostwa (nie moje), ślub kościelny też brali ich rodzice, bo co powiedziałaby cała O. na brak ślubu kościelnego? 

No i proszę, jedno święto kościelne w PL, a tyle przemyśleń :)

Wszystkim Czytaczom,  tym wierzącym i tym niewierzącym - pięknych, dobrych dni, przeżytych bez spiny, niech Wam miną w spokoju :) 


 

18 komentarzy:

  1. Wzajemnie Jedzo milych, spokojnych ,zdrowych dni nie wazne swietych czy nie swietych .

    OdpowiedzUsuń
  2. Jędzo,nie przejmujmy się świętami i za nic nie daj się wrobić.Dobrego odpoczynku,dobrego nastroju Ci życzymy.Ewa

    OdpowiedzUsuń
  3. Spokojnych ,zdrowych Świąt Wielkanocnych zycze!

    OdpowiedzUsuń
  4. Co to jest SEP??? Ty mi tu skrotami nie pisz, bo skad mam niby wiedziec?
    Ciesze sie, ze jesli juz, to mam do czynienia tylko z zieciami, bo z moim charakterem nie dogadalabym sie z zadna synowa. Chyba. Tak mysle.
    Sernik upieklam, a nawet dwa, bo moje dzieci nie lubia zawartosci w serniku, a my tak, jakies rodzynki, orzechy i inne takie, wiec pieke dwa i niech ma kazdy to, co lubi.
    Niech Twoj Ale Luj bedzie wesoly. Ament.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stowarzyszenie Elektryków Polskich. Uprawnienie SEP - tak się to nazywa. Że bezkarnie wolno grzebać w prądzie, bo elektryka prąd nie tyka :D Chyba robił uprawnienia na większe jednostki, bo zapłacił jak za zboże. Zwykle jest to do 1 kW. W przedsiębiorstwie jak nie masz takich uprawnień to wg przepisów nie wolno Ci nawet włożyć wtyczki od lampki czy kompa do gniazdka. Ja się nie dogaduję, z moim charakterem, więc z nimi nie rozmawiam. W życiu mi nie wyszło - chciałam mieć matkę w teściowej, bo mi jej brakowało, chciałam mieć córki w synowych - no i z każdej strony dupa :) Jako i Tobie niech wesoło będzie :*

      Usuń
  5. Sen piękny i chyba symboliczny, też mam tak czasem, że szukam drogi do domu.Brawo za asertywność! Moi w drugie Święto, ale zapraszałam, dom jest wielki i razem ogarniamy obiad:) Świętuj zdrowo, błogo i skutecznie odpoczywaj!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. A i Tobie życzę, byś nacieszyła się swoimi bliskimi tak, jak lubisz :) I żebyś się nie przemęczyła :)

      Usuń
  6. Ja jeszcze w księgach zapisana, ale mam totalny olew na kościelną czołobitność. Kto chce, niech chodzi, ale mnie za rączkę niech nie próbuje wieść. Święta? Dzień, jak każdy inny, czasami wypada, że i do pracy iść nie trzeba. W kuchni bez szaleństw, na te dni drugiego żołądka nie dostanę, wnuk jedyny u drugiej babci, bo tam celebra. Jeździ z Synem, bo Synowa zawsze w święta i przed bierze dodatkowe dyżury, by mieć wymówkę, że nieposprzątane, nic nieugotowane - ich życie, ich sprawa, nauczyłam się nie wtrącać. Dziękuję bóstwom, żem na tyle asertywna, żeby nie pozwolić zrobić z siebie gosposi... Z serca życzę Ci spędzenia tych dni tak, jak lubisz najbardziej-przede wszystkim zdrowo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i popatrz, nie jesteśmy osamotnione w bronieniu naszej swobody. Ja i owszem, zaprosiłabym raz na jakiś czas, ale ja u nich nie byłam przez te 17 lat jak są razem ani razu na święta. Jak byli w UK, zawsze ja z bandą organizowałam święta, a oni byli w gościach. Tu, w PL jeżdżą do jej rodziców - wiem, że syn wolałby być u mnie, ale ja się nie wyrywam - dlaczego mam obskakiwać 4 osoby, w tym egzemplarze, którym coś tam w ząbki wchodzi, wody ani herbaty nie piją, muszę kupować soki, które potem niedopite wylewam, bo ja soków nie pijam. No i łatwiej obsłużyć jedną osobę, niż cztery, zwłaszcza że już młódką nie jestem. Niech i Tobie te dni upłyną śpiewająco i po Twojemu :O) Zdrówka :)

      Usuń
  7. Jędzuniu, dobrego wolnego czasu. Super, że w końcu zdobyłaś się na asertywność, ja jako, że mamy teraz tak blisko też uczę, że nic nie muszę i że też lubię być gościem ;-) Ja sobie nastawiałam zajęcy, lubię te stwory. Mam parkę od śp. Janeczki z Janeczkowa zrobione na szydełku i z owada z porcelitu i z czekolady ;-) a na podwórku mam biało aż miło, kwitną wiśnie, nie mają owoców ale wiosną dają radość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tak miło Ci upłynął czas :) Tak trzymaj :* Janeczkę pamiętam, podczytywałam jej bloga.

      Usuń
  8. Podoba mi się Twoje podejście! I ja dojrzałam do życia po swojemu, bez spiny, bez gotowania tony jedzenia. Wczoraj pojechaliśmy w lasy i bory z Klarą i pieskami. Popołudniu zaprosiliśmy rodziców moich i R do ogrodu na kawę. A dzisiaj znowu w lasy, bory, a potem drzemki, filmy, książki, co kto lubi. I pomyśleć, że do niedawna nie umiałam/ bałam się wyłamać z tradycji siedzenia przed dwa dni przy stole... Ściskan!
    MamaKlary

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, jak się wszystkie cywilizujemy, dojrzewamy i umiemy postawić na swoim :) Super, cieszę się, że masz takie święta, jakie lubisz :) Pozdrowienia dla Klary, no i dla Ciebie MamoKlary :) :*

      Usuń