święta i po świętach, Kochany Pamiętniczku :)
Bardzo się ucieszyłam, że nie dałam się namówić na śniadanie na D., jak mi Inżynier napisał, że jadą na 11, a plan był, że w samo południe. Nawet nie sprawdzałam, jak zbiorkom funkcjonował, bo nie chciało mi się. Trochę żal było spotkania z Łobuzami, bo pogoda przecudna była, a ja tyłka z domu nie ruszyłam, ale oj tam, oj tam, nie można mieć wszystkiego.
Miałam święty spokój :)
I tak już w drugie święto chciałam sobie zrobić Dzień Dziecka, znaczy się, założyłam, że nigdzie nie lezę, więc zrezygnowałam z mycia głowy (czasem musi ten czerep odpocząć), gdy wtem nagle, znienacka włączył się Pierworodny, z pytaniem o której się spotkamy na lodach. No tak, najłatwiej "zaprosić" matkę na lody, wiadomo, że zapłaci. A do siebie nie zaprosili. Inżynier pogłaskał i napisał, że nie mieli dwóch tygodni na sprzątanie.
Ale luz, święta, pogoda letnia, walić niezaproszenie, kijki wzięłam w dłoń, plecaczek na plecy i polazłam do Cytrynowej. O dziwo, byli prawie punktualnie, o 15.04. Ja byłam o 15.00 :) Przegubowiec olał mnie totalnie, ani nie szczeknął, ani nie warknął, na imię nie reagował, nie był mną absolutnie zainteresowany, nawet do zdjęcia zapozował pokazując zadek.
Debil :)
Rozmowy były takie nijakie, letnie, bez sensu i niewiele się dowiedziałam, poza tym, że MW będzie chodziła do liceum w Krzesinach - ponoć ma doskonały dojazd PKP i nie będzie traciła czasu na dojeżdżanie w mieście.
Choć mieszkam od 52 lat w Koziołkowie, w temacie szkół średnich jestem debilką - moje liceum było najlepsze w całej Polsce (fakt niezbity), moi chłopcy szkoły średnie wybierali sobie sami - kierując się swoimi marzeniami, nie moim zdaniem, więc nie drążyłam. Im zależało tylko na tym, żeby nie iść do ogólniaka, bo tam była biologia (moja mama się w grobie przewraca do dziś), a oni nie cierpieli tego przedmiotu :) Co oczywiście spowodowało wojnę w całym klanie R., włącznie z Eksem, bo u R. wszyscy muszą być lekarzami (w tym pokoleniu nie ma już ani jednego), a sam Eks zapomniał, jaki opór stawiał, nie chcąc być konowałem.
Ja zaś z powodu wyboru Inżyniera, który wybrał ówczesne technikum kolejowe, zostałam odsądzona przez szwagrów od czci i wiary, zaś mówiąc wprost - zwyzywana od kurw, że zgodziłam się na to, by on poszedł do tej szkoły. A wtedy była w niej najlepsza klasa informatyczna w całej wiosce i żeby się do niej dostać, nauczył się nawet na pamięć całego hymnu Polski, żeby sobie podnieść stopień z muzyki, którą olewał ciepłym strumieniem moczu.
Dostał się, skończył z wyróżnieniem i choć tego nigdy nie powiedział wprost - myślę, że docenił moje NIE dla całej familii.
Pierworodny zaś ostatnio sam przyznał, bez bicia, że źle zrobił, nie słuchając matki i specjalnie zawalając egzamin na Akademię Ekonomiczną, bo chciał iść na politologię, gdzie też zdawał. Tam zdał.
Dziś żałuje - ale jak mówiłam - nie naciskałam, każdy miał zakodowane, że uczy się dla siebie, nie dla stopni i nie dla mnie.
Ja swojej decyzji nie żałuję - chciałam na polonistykę. Mój polonista, nawiasem mówiąc, znakomity gość, ale... bardzo nieśmiały, a dziewczyny, zwłaszcza te seksowne długo po nim jechały, rumienił się przez nie, powiedział mi, że dzieci są okrutne (wiedział, co mówi), że z moim słuchem będę miała w szkole przerąbane (wtedy po polonistyce w rachubę na takim zadupiu, jak mój Heimat, w grę wchodziła tylko szkoła, o prasie nikt nie marzył). I powiedział mi, że właśnie dowiedział się, że otwarto w Koziołkowie bibliotekoznawstwo i informację naukową - i tym sposobem urządził mnie (w najlepszym tego słowa znaczeniu) na całe życie. Chociaż marzyła mi się praca ze starodrukami, ale i to, co mnie spotkało - chwalę sobie. Dziś dzięki komputerom i w bibliotece praca byłaby dla mnie OK, ale... A, long story i na inną notkę.
A wracając do naszych baranów - jeżeli MW to pasuje, to mnie też :)
Papryczek jak zwykle był milczący i płaczący, bo... oblał się odrobiną wody, pijąc ją z butelki. A temperatura była latowa, a i śmigus-dyngus był. No ale to jest Papryczek. Serio - jestem trochę przerażona, bo to było nie było 10-latek, a zachowuje się jak trzylatek.
No nic.
I tak nie mam z nimi ani kontaktu, ani na nic wpływu.
Wychowywać ani dawać dobrych rad nie próbuję.
Jako że miałam kijki, zaproponowałam spacer - chcieli mnie odprowadzać do domu, ale powiedziałam, że tym razem ja ich odprowadzę.
I poszliśmy, w krainę wspomnień.
Na naszą "rodzinną" ulicę. Czasem chodzę tam sama, ale miło było tam pospacerować z Pierworodnym, dla którego to są też wspomnienia. Wyprowadzał się stamtąd mając 6 lat... I nie jest mu to tak obojętne, jak Inżynierowi.
Synowa podśmiechiwała się, że oni tuz kundlem spacerują i "ona na pamięć to umie".
Ale dla nas była to konfrontacja tego, co pamiętamy i tego, co nowe jest.
To były dobre chwile.
Zakwitały właśnie bzy. No dobra, lilaki :)W ogrodzie skrzat się chował...Magnolie już przekwitały...Za to różanecznik był w pełnej krasie.A i zajączki się czaiły w ogródkach i na oknach - do wyrzygu było plastikowych szkaradzieństw na parapetach :)
A Synową kręciło robienie fotek mojej kubańskiej dupy, gdy ja fociłam piękne okoliczności przyrody, podrzucając kijki komu się dało (z kijkami trudno focić). Dopiero w domu na kompie zauważyłam, że z buta malowniczo zwisa mi plaster z obtartej pięty, ale nic już się więcej nie obtarło :)
Bajka...
Dotarliśmy do przystanku, gdzie była ławka, a że mi akurat bateria w jednym uchu padła, chciałam ją wymienić, ale...
MW zameldowała, że źle się czuje - mnie też niewiele brakowało, bo upał był, a nie kupiłam wody. A że nadjeżdżał mój autobus, a i oni mieli za chwilę swój - pożegnaliśmy się i dobrze, bo chwilę po tym, jak dojechałam do domu, przeszła burza, niewielka, ale zawsze :)
Kolejne dwa dni przekiblowałam w chacie, chociaż budząc się, obiecywałam sobie, że pójdę w stronę słońca.
Poszłam, dopiero dziś.
A warto było
I na Manhattanie były już komarzyce.
I zaćmienie umysłowe mnie dopadło, z czego mieli polewkę i gość, u którego co roku kupuję komarzyce i jego rozmówca.
Płaciłam za zakupy i mówię: nie za mało pan policzył - gdy wydawał mi resztę.
Policzył jeszcze raz i mówi - nie :)
Zamiast być zadowolona, że mniej zapłaciłam, dalej mi nie pasowało.
Odeszłam, pomacałam w wózeczku, wracam i mówię: ale to za 2 komarzyce, nie za 4.
Goście zdębieli. Mówi, że cztery...
A ja znów swoje i że maturę ponad 50 lat temu miałam, z matmy słaba byłam...
Im się zgadza, mi nie.
A ja, głupia cipa, zaćmienie umysłowe miałam i ni chujenki nie wiem, dlaczego dwie komarzyce po 7 zyla za sztukę policzyłam na 21 zł.
Czyli gość policzył OK, a ja się ośmieszyłam.
Tak jak z tą kuchenką gazową, którą można spokojnie odsunąć.
Czy to już alzheimer, drogie Bravo, czy zwykła wpadka?
Nie wiem...
Po drodze wleciałam jeszcze do Aldika i kupiłam pelargonie zwisające
I tu mnie oszukali na cenie, bo na regale było 19,90, a kasa nabiła 27,90.
Ale że lało jak z cebra, do domu wróciłam mokra jak mysza (nie miałam trzeciej ręki do trzymania parasola), stwierdziłam, że nie polecę reklamować.
A że przedtem Inżynier zapytał, mówiąc, że mam prawo mówić NIE, czy wzięłabym na nocowankę Łobuzy (a obiecałam im taką frajdę), no i jego, że wróci wieczorem (taaa, znamy to wieczorem), więc...
Osapnąwszy i wybiwszy sobie z tego siwego głupiego łba porządny obiad, bo i tak zostanę ze stertą jedzenia (Alienek pyrów nie tyka kijem nawet, nie mówiąc o innych warzywach - warzywo jest tylko jedno - frytki z ketchupem, a ja nie mam miejsca w zamrażalniku na żadne frytki), zatem wstawiłam
kurczakowo-wołowy, ze świeżą maggi, wyszedł ojapierdolę, będzie pomidorówka albo rosołek, co kto sobie zaśpiewa, ojciec Łobuzów zarzeka się, że nie tknie, bo idzie na lumpkę...
Małosolne zakisiłam, cały dom nimi pachnie - w zeszłym roku żarli na potęgę, w tym nie wiem, czy im się nie odwidziało, ale już z młodym koperkiem z baldachami i z chrzanem, więc są obłędne...
I kopnąwszy się w tę tłustą kubańską dupę, posadziłam wszystkie badyle, choć Niechciałomiś protestował.
Tak więc weekend będę miała w miarę pracowity, ale potem mam jeszcze cały tydzień wolnego :)
Tak naprawdę wolnego.
SMS dostałam, że dowód jest już gotowy (miał być około 2 maja). Ale żeby go odebrać, dostałam termin rejestrując się do odbioru na... 21 maja :)
Na paszport jeszcze nie składałam, nie dojrzałam po tym, jak wycofałam termin jadąc na wycug.
Nie potrzebuję go, złożę podanie tylko dlatego, że mam go za friko i fotkę mam.
Nie ruszam tej tłustej kubańskiej nigdzie.
Home sweet home.
I zastanawiam się nad kupieniem mascary do brwi, bo mi osiwiały doszczętnie i ledwo je widać.
Ktoś coś - warto?
I nie, nie wydam stówy albo i więcej na makijaż permanentny brwi :)
Jestem Szkotką wyrzuconą ze Szkocji za skąpstwo :) I na rolkę trafiłam, na której kosmetyczka chwali sadełko na mordzie, mówiąc, ze odmładza.
Coś w tym jest, bo ja nie narzekam :P
UPDATE
Dosłownie przed momentem zostałam wrobiona (no dobra, zgodziłam się sama, bez bicia) na zajmowanie się Kundlem (na włościach), bo u mnie by chatę zdemolował z badylkami, jest na nie pies) w długi weekend majowy.
Wprawdzie tylko od rana do wieczora, bo oni jadą do ZOO w Berlinie - taka rodzinna tradycja z okazji urodzin Synowej, ale...
No, nie będę sama :)
Widziałam, że ten Kundel to samo zuo...
Ale...
Dobrze być z bliskimi.
A potem wracać do home sweet home :)
Kurde, jeszcze się zasierściuchuję na amen :P
Nie cierpię sierści...










Zaskoczyłaś mnie tą zgodą na zostanie z psem na włościach :-) Na brwi może spróbujesz domowego hennowania ? Paręnaście złotych na preparat (np. z Joanny) i parę minut pracy, a efekt zadowalający, jak dla mnie, polecam. Kiedy nie mam brwi przyciemnionych henną, używam ciemnego cienia do powiek, wtarty pędzelkiem daje bardzo naturalny efekt, lepszy niż ołówki.
OdpowiedzUsuńMnie się henna źle kojarzy - wciąż widzę mamę, wracającą po hennie - wyglądała staro. Zawsze miałam fajne brwi, teraz mogiła. Nigdy ich nie malowałam, więc chyba zacznę od ołówka, bo w razie W mogę go łatwo zmyć :) Nie mam żadnych cieni do powiek, a kupowana raz na rok mascara przeważnie wysycha nieużywana :) Ale dziękuję za radę. No cóż, żal mi się zrobiło syna... Ale i tak mu namarudzę. Z drugiej strony - to dla mnie dobrze, że będę miała motywację do ruszenia tłustego zadu z chaty, inaczej te 4 wolne dni przesiedzę kamieniem na dupie :) Więc dla zdrowia, pani, dla zdrowia :) Kundla będę miała tylko 1 maja od rana do ich powrotu, więc da się przeżyć.
UsuńWidze, ze nie tylko ja wciaz jestem zatrudniana do opieki nad roznymi chocholami, bo futra mam swoje wlasne w domu, wiec nie musze. Ale ponoc taka rola bapciuf, wiec choc bole dokuczaja, biere ten towar, ktory slini calujac i korzystam z czasu, kiedy sa jeszcze takie male, bo ani sie obejrze, jak beda mialy cos lepszego do roboty niz przebywanie ze starom bapciom.
OdpowiedzUsuńPrawdę rzeczesz, polać Ci :) Po tych starszych widzę, jak szybko mija czas - z nimi zupełnie już nie czuję czaczy. Łobuzy też szybko dorastają, więc łapię chwile. Alienek zaś wybrał w ten weekend mnie, a nie konie, Kalafiorkówna woli konie. Wiem, wiem, jest niesportowy i u mnie dostanie słodkie (na to liczy), ale i tak...
UsuńJa uzywam od dluzszego czasu Max Factor 2000 calorie mascara do brwi. Jest w Rossmannie, jakies 40 zl. Nie wiem czy to drogo czy tanio, bo jest malenka, tylko 4,5ml, wiec polowa tego co do rzes, ale mnie starcza na dosc dlugo no i nie wyschnie tak szybko, bo jest szansa, ze sie ja zuzyje ;-) I ona jest taka bardziej wodoodporna, wiec ja nie zmywam brwi do zera, bo bym ich juz zupelnie nie miala, wiec jak sie rano wstaje to one nadal sa ladne, a co drugi dzien sobie je tylko lekko poprawiam. Nie wiem czy opisalam to dosc obrazowo i zrozumiale. 😂😂 Mysle, ze ekspedientki w Rossmannie beda mogly bardziej pomoc. Sa chyba trzy czy cztery odcienie, jest zupelnie przeroczysty, a ja uzywam black brown, taki pomiedzy brazem i czernia.
OdpowiedzUsuńKomarzyce uwielbiam, jedna mam z ub.r., przetrwala zime na balkonie, podobnie jak pelaski, ktore cala zime kwitly na balkonie 😮🫣 No coz, taki klimat. Chociaz ta pozimowa komarzyca lekko zdziczala, wiec dokupilam ostatnio dwie nowe. Moze ta stara po przycieciu odbije i zgestnieje?
-Aska-