wtorek, 25 czerwca 2024

Po leniwym

 weekendzie, Kochany Pamiętniczku, kopnęłam się w tę tłustą, kubańską dupę, bo ile można kwitnąć na fotelu?

Tym bardziej że po przetrzepaniu Maxa, tzn. HBO (se nazwę zmienili, kasa ta sama), gdzie podelektowałam się losami Roosevelta i Churchilla (Przed burzą mi weszło gładko, drugie W czasie burzy, z inną już obsada nie za bardzo mi wchodzi), próbując Fringe (nie podeszło mi zupełnie, próbuję już drugi raz i jak uwielbiam SF, nie mogę się przełamać, a kultowe), na Disneyu posucha, a na Netflixie takoż, zaczęłam Upadek domu Usherów, nawet OK, choć zakręcone jak świński ogonek i nijak się ma do książki, ale też idzie mi jak krew z nosa, a już na pewno nie będę tego oglądała wieczorem. Mam nauczkę z horrorami, gdy będąc w ciąży z Inżynierem, oglądałam jakiś horror, gdzie dziecko mamusię zaciukało, sama, bo Eks stał w kolejce po benzynę... Ponoć gdy wparowałam do teściowej, wyglądałam jak zjawa z horroru, a i długo potem bałam się zostawać sama z Pierworodnym wieczorem.
Na studiach zaś oczarował mnie Omen, moje kumpele oduczyły się na zawsze horrorów, a mnie się podobał.

I Dziecko Rosemary.

Ale po tamtym horrorze unikam horrorów serio, nie rusza mnie jedynie Rodzina Addamsów, te lubię :) 

Więc żeby tego wolnego tygodnia nie zmarnować tak


 i   żeby mnie w nocy nie telepało, bo znów jest 


tym razem Niskiego Księżyca, piękne nazwy mają te pełnie, zdjęcie o 0.19, gdy mnie jeszcze cholera miotała w niedzielę, postanowiłam wziąć się w garść. 

Bo 

Czytać nie daję rady, filmów nie ma (no dobra, są romanse, tych jest od cholery, ale ile można na jedno kopyto, a torrenta się nie mogę doprosić, bo dziecko znów coś pokombinowało i dupa blada, nie założy ot tak, jak dawniej, bo... Długo by tłumaczyć, ale OK, uznaję jego racje, sama się ostatnio strachu najadłam, wchodząc do banku, a i on mnie pytał, czy zamawiałam sobie telefon z klapką 169 zł w Media Expert, bo dostał takiego maila, więc mnie śmiał podejrzewać, ocipiał chyba, pracuję wciąż, żeby mieć znów na nowego ajfonika, jak stary padnie, a on mnie podejrzewa o telefon z klapką, bez internetów?). 

Tak więc Yellowstone i inne nowe sezony są poza moim zasięgiem na razie (jak i ten nowy fotel, com se go kupiła, bo w starym dźwignia czy cuś puszcza i czasem w trakcie pracy powoli się zsuwam coraz niżej i niżej, co przeszkadza, bo mi się nie zgadza położenie klawiatury z monitorkiem, no ale nie można mieć wszystkiego tak hop siup i muszę czekać, aż się ogarnie i wleci z tym fotelem, żeby go zmontować). To chyba potrwa jeszcze i jeszcze, bo się teraz wybierają nad morze.

No nic.

Tak to jest, gdy się człowiek robi starszy i wszystko w nim po trochu parszy-
wieje.

Ale nawet młodą panienką będąc nie zmontowałabym fotela, więc... morda w kubeł.

W takich momentach żałuję, że nie jestem moją teściową, bo ta całą czwórkę swoich chłopaków trzymała krótko za pysk i skakali, jak im zagrała. Dwóm córkom pobłażała. Ale też one nie dały sobie w kaszę pluć, a jedna z nich wykorzystywała ją aż furczało, by potem nawet jej w szpitalu nie odwiedzić, wybierając wywczasy z eksżoną swojego męża... 

Powinnam na tej kanwie powieści pisać, albowiem do szpitala latałam ja, nawet jak kończyłam pracę o 22 (gazeta codzienna), wchodziłam na oddział, a jakże, bo ordynatorem był TEN szwagier, a teściowa MUSIAŁA mnie zobaczyć, bo tylko ja (znienawidzona przez nią) byłam godna wysłuchania tego, jak ją okradają, rozkuwając ściany, w których miała pochowane skarby. Bo ja nie rozkuwałam, albowiem nie bywałam tam, bo nie miałam czasu pracując.

Amen :) 

Chłopacy lecieli o każdej porze dnia i nocy i to, co sobie zażyczyła, było święte. Nie mówię już o tym, ile moich planów spaliło na panewce, bo nawet mając swojego malucha, koniecznie musiała jechać naszym maluchem, bo tak :) 

Jednak dużo mi do niej chyba brakuje, bo ja się zatnę, a nie powiem (ostatnio się doczytałam, że to jest bardzo nie fair i powoduje traumę u innych), ale cóż. Jestem inny model.

I dlatego morda w kubeł.

Mais, on revenons  à nous moutons.

Gimnastykę poranną zaczęłam uskuteczniać, albowiem rolek się naoglądałam. No i nie ma co ukrywać, jeszcze trochę, a chodzić przestanę.

Już drugi dzień, brawo ja.

W poniedziałek, kopnąwszy się w tę kubańska, albowiem gdy słonko rano świeci, to mnie szlag, gdy lecę do kibelka, bo nie spuszczam rolet w całej chałupie, a przez okna już niewiele widać...

Pomyłam w kuchni i w małym pokoju i ach, i och, i cut, mjut i ożeszki laskowe. Nawet anginka odżyła.

Na więcej mi nie starczyło, nie nie sił - ochoty.

Do pani M. napisałam o kaskę za ekstrasa, jest na urlopie, ale odpisała, że zaraportowała Bossowi. Ja tam nie mam zamiaru z nim negocjować. Zrobiłam to dla pani M., niech ona się z nim tłucze.

Oszczędzam moje nerwy, tym bardziej że zamiast dwóch tygodni wolnego mam tydzień, bo...

No bo taki pojebany jest harmonogram, że nie mam nawet kiedy wziąć urlopu, a wszyscy emilkują, że proszą o pośpiech, o ogarnięcie, bo mają urlopy, a na to Boss odpisuje hip-hip, hurra.

Kurwa.

Wzdech, wydech...

Kontemplując zatem przecudne dwa pomieszczenia, poleciałam na Manhattan dziś, w sumie tak dla jaj, bo mam co jeść, ale w końcu wyjść z chaty trzeba, a zapowiadają upały.

I tak taki badylek na mej trasie znalazłam


 i wujek mówi, że to pozłotka kalifornijska. Jak biedna zabłądziła w me okolice, tego naprawdę nie wiem.

I tak połaziłam po okolicznych sklepach i po Manhattanie, ale tragedia - wydałam mnóstwo kasy, a żadnych badylków nie dostałam, a stare poschły. Jednak 18,99 za trzy leluje w Biedronce to jednak mnie przerosło i na razie wystarczają mi trzy niepadnięte jeszcze róże. Nawet moja badylowa rozrzutność ma swoje granice.
A tak się prezentują, bo małe przemeblowanie było, ale o tym za chwilę.

Wróciwszy z rajdu po Manhattanie i innych zakątkach, gdzie i chleb pradawny, pieczony na płaskurce zanabyłam (pyszny, aczkolwiek drogi w chuj), poleciałam z bio do śmietnika. Albowiem od niedzieli kisiło mi się w szczelnie zawiniętym worku bio w loggii, no bo jestem biedna i po co ja rodziłam dwójkę dzieci, skoro ze śmieciami muszę dygać sama? W poniedziałek zapomniałam, że się kisi, ale dziś miałam już drugi worek bio, bo jako roślinożerca mam masę bio. A inna bajka, że do śmietnika nie wyjdę nieubrana, więc muszę założyć cyckonosz, co w poniedziałek mnie przerosło.

Mniejsza z większym, dziś lecę do śmietnika na galowo, z dwoma workami w ręku i okazuje się, że akurat ŚMIECIARA przyjechała :) Radość dla moich wnuków, wciąż widzę Alienka stojącego w oknie, piszczącego na widok śmieciarki i całą ekipę tegoż pojazdu, machającą do niego. To były piękne dni.

Ale przy moim osiedlowym śmietniku zatrzymuję się z respektem, czekając aż panowie (szanuję tych ludzi, to oni sprzątają moje brudy, bez nich zginęłabym w śmieciach i syfie) opróżnią swoje kontenery i będę miała dojście do bio. Pan zaś kiwa na mnie i pokazuje, że mam wrzucić śmieci do kontenera, który za chwilę wyląduje w samochodzie. Kręcę głową, że nie, bo to zmieszane, a ja mam bio, co też wrzeszczę (miałam słuchawki w uszach, śmieciara warczała, więc pokazywał, sądząc, że nie usłyszę). Macha ręką i pokazuje, że mam wrzucać. Wrzeszczę dalej. podnosząc worki, widać, że sama zielenina, ale dalej kiwa i wzrusza ramionami... Cóż. Podchodzę, a w zmieszanych ktoś pięknie wywalił czyściuteńkie kartony - może po meblach... Wrzucam moje bio, uśmiecham się i wrzeszczę: pan każe, sługa musi :) Uśmiecha się promiennie. Nie wiem, czy zajarzył, że mu Panią Twardowską cytuję, ale w sumie to bez znaczenia.

I tak się zastanawiam teraz, po jakiego chuja męczę się, segregując śmieci i płacąc coraz więcej za ich wywóz, szantażowana dodatkowo podwyżką cen za niesegregowanie (kto w 11-pietrowym bloku zmusi wszystkich lokatorów do takiego dokładnego segregowania, jakie ja uskuteczniam, lecąc następnego dnia do śmietnika z garstką zmieszanych, albowiem kostki z rosołu śmierdzą wtedy niemiłosiernie, a innych zmieszanych nie mam?). 

Po raz drugi dziś


Bo o ile papier, plastik, szkło - rozumiem, to reszty śmieci nie.

Ale cóż robić... U mnie właśnie bio jest najwięcej, bo żrę zielone.

I za każdym razem myślę, po co ja te dzieci robiłam, po co na nie dmuchałam i chuchałam, skoro i tak sama muszę ze śmieciami latać? ;)

No dobra, wina sobie sama na stare lata naleję, taką mam nadzieję :P

I po południu, ostatnim rzutem na taśmę, zwlokłam się z fotela i pomyłam resztę okien - w dużym pokoju i nareszcie rozkminiłam tę cudną ściągaczkę do okien, za którą zapłaciłam jak za zboże, która zaoszczędza mi dużo czasu, skakania po drabince, co przy moich zaburzeniach błędnika jest tragedią...

Operacja Windows zakończona sukcesem, następna gdzieś na jesieni, jak tempearatury pozwolą. 

Stać mnie na zamówienie mycia okien.

Ale... Cieszę się, że mimo prawie siedemdziesiątki na karku, ogarnęłam to sama :) 

Nie chwalę się już na FB, bo zaraz moje psiapsi piszą, że one mają więcej okien...

Na parterze. 

Myłabym :) 

No i mają mężów, aczkolwiek u mnie na kwaterze żaden chłop nie zhańbił się jeszcze myciem okien. Widziałam, jak Eks mył okna u teściowej - i nie było opcji. Chłopcy myją perfekcyjnie, to też widziałam, aczkolwiek nie u nas w domu, ale po tym, jak jako małoletnie nicponie wybrali się na eskapadę za okno - nie było i nie ma opcji, że mogą coś umyć, może w loggii, ale tam to i ja sama się nie boję :P

Ciocia po siedemdziesiątce miała dochodzącą dziewczynę do mycia okien i do sprzątania. 

Mieszkała na parterze, ale w starym budownictwie, firany miała - ja od dawna nie mam firan, nie powiesiłabym.

I to właśnie ta dziewczyna, nie mogąc dostać się do mieszkania, podniosła alarm...

U mnie alarm podniesie I., jak mu któregoś dnia nie odpiszę.

Ale jeszcze miesiąc na posterunku muszę trwać, bo tak :) 

Siem dzisiaj napisałam, już zmierzchło...

Planu na jutro nie mam, ale... 

Potrzebuję karimaty, a nie mam pojęcia, czy wsadziłam ją do komórki, czy wydałam.

A Pierworodnego już nie poproszę, by wpadł.

Nie cierpię chodzenia do komórki.

Będzie się działo...


I tak czasem zwykłe dni mnie przerastają, a idą upały...



4 komentarze:

  1. Miłego dnia życzę i pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję i wzajemnie - anonimowo, ale serdecznie :)

      Usuń
  2. Ja się pocieszam,że jako emerytka nie muszę się w środku dnia szlajać po mieście w 45 stopniach.Zakupy rano i koniec.E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nie muszę, ale... mnie teraz już od rana jest za gorąco... A było tak pięknie, gdy nocą temperatura spadała do 8-9 stopni i ranki były rześkie, bo 23 to dla mnie już tropiki :)

      Usuń