czwartek, 9 kwietnia 2020

Świat

zwariował, Kochany Pamiętniczku. Może nie tyle świat, co ludzie. Ludzie zwariowali.
Wyszłam dziś z domu, zadowolona, bo i maseczkę jebaną udało mi się tak na papę wcisnąć, że nie dusiłam się, bryle mgłą nie zachodziły. Szłam więc w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres, delektując się jego promieniami (po paru krokach zdjęłam sweterek, bo lato, lato wszędzie, oszalało, zwariowało moje serce, aczkolwiek słyszałam tylko tupot moich kaprawych nóżek w wiosennych bucikach i wrzaski ptasiorów, zamiast Love me tender czy I just called to say i love you, albowiem zakładając, że będę narażona na atak ludzi w maseczkach aparaty założyłam). Zatem ptasiory płuca wypluwały drąc japy, japońskie wiśnie kwitnęły namiętnie, jako i inne mirabelki, na kasztanach już liściory, mlecze ozdabiały trawnika kobierzec, jako że nikt nie wpadł na jebany pomysł, by trawę kosić...




Do piekarni dotarłam rozanielona, chlebek zanabyłam, świeżutki taki, że tylko maska na papie zatrzymywała mnie przed pożarciem skibek i fakt, że rozrywając folię wirusa mogłam ściągnąć...
Pod Stokrotkę polazłam. Ogonek był, ale stało raptem 5 osób, więc hasta manana. słoneczko grzeje, ptasiory mordy drą, żyć nie umierać. I znów przede mną kręci się starucha (ja też jestem staruchą, żeby nie było, że się wypieram), jak gówno w przeręblu, jęcząc, zawodząc, że jak to, ona chce do sklepu tylko po chuj wi co, a nie może, na to odpowiada jej starucha z przodu, że kto to widział, żeby do sklepu nie wpuszczali jak kiedyś, że... Nosz, kurwa, a kto na pisiorów głosował? Aniołki? Babus znika z kolejki, bo ona ma honor i stała nie będzie.
Krzyż na drogę...
Trzymam mordę na kłódkę, zbliża się dziesiąta (nie celowałam, tam wstałam, tak mi się wygrzebało), słonko grzeje. Pani za mną pyta, czy zaklepię jej miejsce, bo ona by skoczyła do piekarni. Oczywiście, przecież mi nic nie ubędzie, zdąży, jej zysk, nie zdąży - jej strata :)
Klepię sobie w ajfoniku z synową, kolejka sunie powolutku... Pan z boku wskakuje do kolejki, bo stał, a to zapraszam, niech idzie...
Za mną ląduje pani zaklepująca i rozpętuje się burza z piorunami, bo pani tu nie stała, bo pan co za mną stał zapytał, czy jestem ostatnia, a ja nie słyszałam, zajęta klepaniem w ajfonika, mimo aparatów nie słyszałam, bo ptasiory się drą, jakby im pióra z dupy ktoś wyrywał, a pies uwiązany w pobliżu szczeka, autobus i z rzadka samochód przemyka...
Mówię, że pani stała.
I...
Cud, że kolejka sobie tętniczek na szyi nie poprzegryzała, że krew nie tryskała wokoło, nie zalewała maseczek i tych jebanych rękawiczek. Proponuję panu z pianą na ustach, żeby wszedł przede mną, mówię: ludzie, pogoda ładna, nie pada, nie ma mrozu, co z tego, że trochę postoimy? Pan unosi się honorem, nie wejdzie przede mną.
Serio?
A jebał go pies.
Nie wiem, czy ktoś w tej pojebanej starczej kolejce ma robotę w domu. Ja mam, ale zastrzegłam w pracy, że do 12 może mnie nie być, bo nie będę ganiała pracujących dzieci po zakupy, skoro jeszcze dycham, wpuszczam do domu potencjalnego wirusa z pracowym sprzętem, bo informatyk na pewno butów na progu nie zdejmie i rąk nie zdezynfekuje.
Więc, kurwa, ludzie, o co biega? Że ciężko stać? Jest murek, wprawdzie pewno oszczany przez kundle, ale można przycupnąć.
I cieszyć się promieniami słońca, zielenią, ptasiorami, bo może jutro podłączą nas pod respirator, albo i nie, bo jesteśmy za starzy, nierokujący, wszystko pójdzie się jebać i naprawdę nie wiadomo, czy u Abrahama mają dobre piwo...
I nawet jak kiedyś martwiłam się, że na moim pogrzebie to psa z kulawą nogą nie będzie (też ma człowiek zmartwienia, co nie?), to teraz nawet kundla z cmentarza przegonią, a ci, którym będzie mnie brakowało (tak wyszło, że paru osobników za mną zapłacze, zboczuchy jebane) zapałki będą ciągnąć, kto ma tę garstkę ziemi rzucić, żebym broń blog nie wylazła z urenką pod pachą i nie wmeliła się na kominek (bo na TV się już nie da), nie podnosiła wieczka i nie mądrzyła się jak zawsze...
Wyszłam ze Stokrotki, średnio zadowolona z zakupów, ale proszek do Afroamerykanina mam, więc nie jest źle.
Na Manhattan potuptałam, Panu Pomidorkowemu podrzuciłam doniczki, podlizując się, że na dupomirki i na niego czekam...
Krótki rajd.
Taki jeden palant ma tam stragan, drań, jakich mało, odrażający typ, muszę być na dnie, żeby u niego zakupy robić.
Miał kolorowe maseczki, takie wypierz, przeprasuj.  14 zyla. O nie, chuj mu w plecy, bo w dupę by miał przyjemność.
Apteka. Mają maseczki, a jakże. 6 zł. Za jednorazówkę. Za sztukę. Pani, bez maseczki, nie poleca. A i ja, podliczając zakupy, na które wydałam już miliony, rezygnuję.
I do Euphorii bieżę, bo zdjęcia na FB są jak sen badylowego wariata.
Rzeczywistość jest mniej kolorowa, ale wychodząc niosę 25 tulipanów i 5 frezji...
Po drodze jeszcze warzywniak, bo mam owoców tyle co nic, a mają truskawki.
I nach hause.
Uświadamiam sobie, że nie mam nic dla nowo osiedlonych, więc jak już jestem ubrana, zamaskowana, to skoczę do piątki po wino. Wino zawsze na topie, co nie?
A i ja mam nieprzepartą ochotę na piwo, po odczytaniu w przelocie emilków, że informatyk wpadnie jutro z łaski wielkiej między 10-13, czyli kolejne czekanie chuj wie jak długo i czy będę mogła jutro popracować (w normalnym życiu w Wielki Piątek mamy wolne), bo pani się nie wyrabia, bo nauczanie online, a i G. pisze, że jest przeszczęśliwy, że dziś ominęło go nauczanie online i relaksuje się w biurze. Co mam rzec? Że mają źle zorganizowane wszystko? Że ja ogarniałam itede, itepe?  To są moi koledzy. Czasem mnie wykorzystują, ale jak coś murem stają za mną i dzięki nim mam wciąż tę pracę. Więc odpisuję, głaszczę, pocieszam, że tak, że skorekcę.
No nie będę świnia w tych czasach, co nie?
I nie napiszę zażalenia do Bossa, bo szkoda paluszków, niemalowanych, na stukanie w klawiaturę :)
Więc lezę do piątki po to wino (i piwo, of course, jak coś wczoraj oglądałam Szklany zamek, z zapartym tchem, zastanawiając się, skąd oni wiedzieli, pisząc scenariusz, jaki jest los jebanych córeczek tatusia alkoholika, aczkolwiek oczywiście poniekąd moja historia jest inna, ale zarys fabuły...) i z głupia frant pytam o suche drożdże, że może jednak...
I wracam do domu z łupem godnym wikingów...


Cztery paczki drożdży, normalnych drożdży i badyle też mam dużo badyli, co na fotce widać, więc jaki piękny dziś dzień... :) Proponuję Synowej drożdże, dwie paczki jej mało, pani w sklepie miała 10 paczek w sumie, nie, nie polecę po więcej, niech najpierw zużyje te dwie, co jej dam.
Inni też chcą piec.
A, i maseczka do prania za 7 zł. Kupuję, bo mam jeszcze jedną tylko chirurgiczną, a w tej antysmogowej może wytrzymam, jak zimno będzie, ale w upale to mnie z ulicy na szufelkę zgarną.
I nie będzie chórów anielskich i szlochających tłumów na cmentarzu :) A tego mój scenariusz nie przewiduje:) 
A ja, po dzisiejszym przegryzaniu tętniczek pod sklepem obiecuję sobie solennie robić zakupy w piątce i na Manhattanie.
I chleb piec.
Takie sytuacje, w jakich obecnie żyjemy pokazują człowieczeństwo i widzę, że coraz mniej w ludziach dobrego.
Nie generalizuję.
Nie oceniam.
Ubolewam.
Wielcy katolicy, chrześcijanie. Przeciw aborcji, edukacji seksualnej, LGTB. Z Jezusem królem i Matką Królową Polski na czele.
Kurwa.
Zabiliby za wejście do sklepu, w którym towar wylewa się z półek. Nie dostaniesz Kasi? To kupisz Palmę.
Kurwa mać.
I tyle tytułem podsumowania, bo żółć mi się ulewa.
Może minie.
Może jeszcze nadejdą ludzkie czasy.
Wszystko jest możliwe - jak głosi stary slogan IKEA, który w 1977 roku skądś dostałam na naklejce samoprzylepnej (1977 rok i naklejka samoprzylepna, nie wiedziałam wtedy, że to slogan z IKEA i z dumą nakleiłam na drzwiach wynajmowanego pokoju).
Zatem - żyję dalej, na złość :)


18 komentarzy:

  1. Żyj, żyj, na złość i na radość.
    Zakupy teraz to żadna frajda,jak mam wyjsc z domu to od razu oko mi lata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano. Z tym, że ja nigdy nie byłam fanką zakupów, ale co innego iść i nakupić, bo mogę, a co innego to, co teraz masz tyłu głowy...

      Usuń
  2. u nas w polo drożdże normalnie są stale w lodówce ale suchych nie uświadczysz , ja wolę suche , ale teraz to mi nie potrzeba bo Kubix zakwas wyhodował i piecze chleb na zakwasie , petarda po prostu , teraz nawet zrobił zakwas na żurek też obłędnie pachnie , no udał mi się synuś ,my też święta na luzie bo po co się spinać , okien nie myłam -mam roletki :D może podłogę umyję hahaha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zakwas nie kocha. Kubixa zazdroszczę do wypęku, ciesząc się, że tak Ci się syn udał :) A mój żurek pamiętasz, jak wydobywałaś mozolnie tony pieprzu? :)

      Usuń
  3. Ja okien nie myje bo mam remont,chacha,kasi dzis nie bylo i kupilam palme,chacha,ostatnio czesciej niz nucic ;isc ciagle isc w strone slonca:zawodze; czekam na wiatr co rozgoni,ciemne sklebione zaslony,wstane wtedy na raz,ze sloncem twarza w twarz; Zdrowych i spokojnych swiat zycze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Moniko i wzajemnie, niech spokojne będą, oczywiście i zdrowe. Bo tego nam trzeba: spokoju i zdrowia :)

      Usuń
  4. No ja Cię po prostu kocham🤗

    OdpowiedzUsuń
  5. Jest 3.49 i właśnie wychodzę na zakupy do Lidla. Mam nadzieję, że nie będzie wkurwionych tłumów. I Dora ma rację, zakupy teraz, to dla mnie bardzo przykry obowiązek. Pozdrawiam Ciebie Jędzuniu złota i wszystkich czytających.
    Koniec świata, ciemna noc, stary chrapie, kot nawet oka nie podniósł, a ja na zakupy 😮

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pigmejko, serio? Mnie by nic nie wyrzuciło z łózka o tej porze, no może lot do UK... Ale że nie ma teraz takiej opcji, śpię spokojnie :) I ja Ciebie odpozdrawiam serdecznie i niech zdrowie będzie z nami wszystkimi. A sierściuch szuja, nawet nie mrugnął? Szuja, obrzydliwa larwa i szczeżuja...

      Usuń
    2. A dajcie spokój! Stałyśmy 65 min. Byłam w domu o 6.40. Nigdy więcej!!!

      Usuń
  6. U mnie z kosiarką wyjechali, a konkretnie 1 pan że spółdzielni z taką małą ręczną. Aż musiałam wyprzeć przez okno słysząc ten znienawidzony dźwięk czy aby ucho mnie nie myli. Wybaczylam jemu jednak. Przynajmniej ma pracę.
    A propos staruchow. Nie lubię ich od czasów dawnych kolejek gdy jako dziecko ustawione przez matkę w kolejce pod rzecznikiem przy ul. Wojska polskiego czułam łokcie przepychajacych się staruchow po otwarciu sklepu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przykro mi, że taką traumę miałaś na Wojska Polskiego, ja w tamtych czasach się stamtąd wyniosłam i moje dzieci kolędowały na św. Szczepana. Nikt ich nie szturchał, bo jak kwoka nad nimi czuwałam. U mnie na szczęście nie zaczęli kosić, jest susza i to OKROPNA, w tych warunkach koszenie jest zbrodnią. Pan może chodniki zamiatać, ale koszenie trawników jest niedopuszczalne.

      Usuń
    2. No widzisz. W tym samym mieście A klimat do koszenia inny...

      Usuń
  7. "Nie warto umierac w poklonach,juz lepiej w goraczce i furii.Bo na coz sie przyda przy tronach,ktos taki,kto klanial sie durniom"Agnieszka Osiecka Moze ktos czytajac powie ,ze ni z gruszki ni z pietruszki,ale zalezy od interpretacji.wg mnie cytat idealny odnosnie do sytuacji w naszym kraju.Pozdrawiam wszystkich,Ciebie szczegolnie za Twoj dystans do swiata i ludzi oraz super poczucie humoru. Weronika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weroniko, dziękuję. Z licznej twórczości Osieckiej to akurat zapomniałam, a jest na czasie. Masz stuprocentową rację, dziś patrząc na to, co wyczynia ta niby-policja...
      Jestem z Tobą... i dziękuję za uznanie.Dobrze wiedzieć, że są ludzie podobnie myślący :)

      Usuń
  8. Kochana Jedzo, 2/3 kobiet na swiecie robi i myali to co ty, tylko nie piszemy wszystkie o tym z roznych powodow. Dlatego super jest cie poczytac,utozsamic z toba, przezyc razem to o czym piszesz i jeszcze potem dlugo o tym myslec. Wyciagac wnioski i refleksje. To wzbogaca zycie. Po twoich postach lepiej spie 🥰

    OdpowiedzUsuń
  9. A jak założyłas tę maskę, że Ci okulary nie parowały? Mam wielorazową z materiału i jak tylko założę, to ledwo oddycham i bryle zaparowane!
    Co prawda nie wychodzę z domu, tylko do weterynarza muszę znowu z maluchem do szczepienia.

    OdpowiedzUsuń