PC jest lepciejszy od McIntosha, stwierdzam z bólem serca. Kolejny maczek w pracy mi padł, w PC wymieniłabym monitorek, w jabłku musi być cały komp. Pracuje jeszcze, ale na ostatnich podrygach i doprowadza mnie do białej gorączki i do szału! Bo poza graniem w kulki, kiedy koledzy się ogarniają w momencie pracy mam pierdyliard okienek do otwarcia, a one... ha, nie otwierają się. Nie mam nawet papierowego słownika, więc wiecie, rozumiecie...
A tak ogólnie, Sajgon. W trzy dni 31 godzin i nie, że się nie wyrabiam. Wyrobiłabym się z palcem w dupie, jak mawiała nieodżałowana Aśka. Po prostu inni się nie wyrabiają, w sensie że: pismaków jest od cholery, a łamacz w każdej gazecie jeden. A łamanie to nie korekta, trochę trwa... Więc jak nagle wszyscy chcą wszystko, no to dupa blada...
Dziś Boss objechał panie z naszej pięknej gazetki i całkiem słusznie. Reportaż z wyprawy w maju ubiegłego roku mógł zostać spokojnie tysioncpincset razy napisany, przerobiony, wygładzony i wyszlifowany, a nie obrabiany jeszcze w dniu wysyłania gazetki do drukarni, nieprawdaż??
I jakby tego było mało, na kraj nasz biedny a rodzony spadła klęska. Dokładniej: na świnie nasze.
Stwierdzono występowanie afrykańskiego pomoru świń, zawleczonego do nas przez dziki z Białorusi. Jako że fakt ten podano do wiadomości publicznej dziś, cała świńska sprawa się rypła... No i... Na skutek gładzenia i szlifowania okazało się, że "swora dzików przepłynęła Bug" (ortografów w tym numerze było z 15, rekord, tyle orgazmów miałam, a padłam, jak polonistka napisała "wszedł na wierzę"...), a ja biedna, ze spuchniętymi po tylu godzinach siedzenia girami czekałam na zmiłowanie. I zmiłował się los nade mną, bowiem nasza łamaczka trzasnęła drzwiami i poszła w p... siną dal. Nie odważyłabym się tak, choć wciąż mam ochotę to zrobić... No i... ciąg dalszy nastąpi jutro, a że jutro wraca Pierworodny i Mała Wiedźma, będzie się działo, jako że z lodówki widać tylko światło i coś mówi: a kuku :) Pierdolę, nie robię zakupów, nie mam gdzie :D
I tak sobie latam po pięterkach i wlatuję na Prezesa, który urzęduje w innym budynku w innej części miasta.
Gość mniej więcej w moim wieku.
Gapi się z uśmiechem na moje cycki (których nie posiadam).
I z jeszcze bardziej przepraszającym uśmiechem mówi: przepraszam, nie patrzę na pani piersi, ale napisowi nie można się oprzeć... I bananek...
A ja na to skromnie: napis oddaje sedno sprawy... :) A korciło mnie, żeby rzucić: jakie piersi?? Nie mam piersi :)
Moje biedne cyce odziane były dziś w t-shirta od Barana: Fuck Google, Ask Me :)
To się nazywa zrobić wrażenie na wierchuszce.
Dostanę podwyżkę?? ;)
He,he, rozwalasz z tymi koszulkami:)))))
OdpowiedzUsuń