mam TĘĘĘĘ MOOOC Kochany Pamiętniczku :)
Urlop zaczęłam w poniedziałek od pomycia okien w kuchni i małym pokoju, po czym padłam wyczerpana, jak ten króliczek Duracella, gdy mu się bateria skończy. Ale czyste okna wynagrodziły mi to ujście energii, jakoś zaćma mi przeszła i lepiej było widać świat.
W nocy ulewa była i to niewąska :)
We wtorek - 22 lipca, przeżywałam znów jak mrówka okres, bo...
Bo 22 lipca to moja młodość.
A w zasadzie od dzieciństwa to był fajny dzień, bo wiadomo - święto odrodzenia Polski - zabawa taneczna w strzelnicy - tak, mam miłe wspomnienia, bo wtedy ojciec ze mną tańczył, jeszcze trzeźwy, później dzieci znikały do domu i to już nie była moja bajka. A dzięki temu umiem tańczyć i walca, i tango, i oberka, i inne takie. Ojciec był dobrym tancerzem.
A późniejsze 22 lipce to czekanie, dojedzie, czy nie dojedzie, bo to był gorący okres żniw. I nigdy nie wiedziałam, czy da radę się wyrwać na zabawę. No cóż, nie było telefonów (my nie mieliśmy, on też nie), nie mówiąc o komórkach :) A listy nie dochodziły z dnia na dzień, żeby przewidzieć, co będzie tego dnia. Dzisiaj to rozumiem, ale kto wytłumaczy zakochanej nastolatce, niemającej nic wspólnego z rolnictwem, że to jednak siła wyższa? :)
A potem - już po wielu latach - czekanie. Urodziła się 22 lipca o 00:58... Po kilku dniach czekania, po terminie, już z komórkami, ale... P. jest jaki jest i zawsze ma wykręty, z drugiej strony nie mogłam go przecież bez ustanku męczyć, nie wiedząc, co się w danym momencie dzieje.
Mała Wiedźma, od razu tak przeze mnie ochrzczona, bo przecież wnuczka SJ nie mogła mieć inaczej na imię.
I to był mój czas - buntu, zaprzeczenia, nieakceptowania. Bo jak to, ja taka młoda kobieta, mam być babcią? Tym bardziej mnie to wkurwiało, że wszyscy zaczęli do mnie mówić: babciu. Nosz, kurwa... Wścieklizny dostałam i powiedziałam, że wykreślę wszystkich z życiorysu, którzy będą do mnie mówić babciu. Bo babcią jestem tylko dla MW, a dla reszty jestem: panią, SJ, mamą.
Podziałało.
No a potem różnie to bywało: podbiła moje serce przy pierwszym spotkaniu, bo też była (i jest) przeurocza.
Inna bajka to jej rodzice i jej wychowanie.
Dopiero dziś, kalkulując na zimno, podsumowałam, że winni są oboje. Ale morda w kubeł i nic nie napisałam, bo podjęłam męską decyzję: mam to w dupie.
Niezależnie od wszystkiego, od wszystkich tłumaczeń, wykrętów, wylałam swoje żale na głowę I. (jak zwykle), który też jest w tym wszystkim poszkodowany.
U mnie się przelało z czubem.
Podkreślałam, że chcę mieć kontakt na MSG (ma MSG). Że nie piszę SMS, bo za darmo mam tylko na ajfony, a tak to płacę (tak, szkoda mi kasy nawet na głupi SMS), oni mają na abonament, a mnie szkoda kasy na abonament, bo za kartę płacę mniej niż 100 zł za cały rok (oni chyba płacą więcej miesięcznie, ich bajka). MW siedzi non stop na telefonie, wciąż z kimś klepie. Życzenia - zarówno od I., jak i ode mnie są do dziś nieodczytane. Niedochodzące wiadomości MSG to wykręt stały. Za kasę, a posłaliśmy ją oboje - ani jednego dziękuję.
P. wiedział, że podsłaliśmy, bo ma powiadomienia na telefonie, konto podpięte jest pod jego konto. A i ja napisałam, że żeby nie było, bo pamiętałam.
I nic.
No to do widzenia ślepa Genia.
Starałam się ostatnio ocieplić stosunki, winna się czułam, że z I. jadę na obiad, a ich nie zapraszam, więc...
A, nevermind.
Skończyło się.
I nie, nie będę się czuła nieswojo, że nie traktuję równo wnuków, na przyjemność też trzeba sobie zasłużyć.
Nie mam od nich żadnej laurki od lat, a MW rysuje nałogowo.
Nie mam żadnego jej rysunku.
Nie mam z nimi prawie żadnego kontaktu, a wiem, że jeździ sama do miasta, chodzi z koleżankami po galeriach.
Więc co za problem podjechać do mnie, te 4 przystanki autobusem?
Zapraszałam - napisz, jak masz czas, umówimy się, wiesz, że pracuję i nie zawsze mogę.
Tak więc koniec balu panno Lalu.
Jeśli ktoś nie docenia mnie, dlaczego mam się na siłę starać o odrobinę szacunku (bo już nie uczucia) dla mnie?
Że nie jeżdżę z nimi na wakacje? Że nie zapraszam na wakacje do siebie? Nie stać mnie na jeżdżenie. Sama nie jeżdżę, szkoda mi kasy, najlepiej czuję się we własnej chacie.
Proponowałam balet, bo sama lubię, a ona żałuje, bo ją z baletu w UK wyrwali z korzeniami. I nawet znalazłam imprezę. Właśnie wczoraj. Ale zastanawiam się, po jakiego chuja mam wydawać ponad 500 zł na bilety?
Coraz bardziej na serio myślę o odejściu z pracy, a kasa się rozchodzi jak świeże bułeczki, dziś nie wysiliłam się, a z konta zjechało 500 zł, inna bajka, że 300 wypłacam na Manhattan, bo mój zasrany bank ma tak, że poniżej 300 zł bierze prowizję.
I wcale nie zaszalałam, ot zakupy, żeby nie latać co dzień po sklepach, bo to też generuje wydatki - zawsze się coś kupi, bo wpadnie w oko.
A ja jestem Szkotką wyrzuconą za skąpstwo ze Szkocji i...
Nie wiem, ile zostawię u dentysty.
Okulista - może spowodować, że stracę pracę.
Ze wzrokiem nie jest najlepiej.
Okulary - jak pójdę pod nóż, to będę musiała zmienić, a z moim astygmatyzmem to nie w kij dmuchał za szkła, nawet jak oprawki wezmę tanie. Jak wylecę z pracy, to żadnej refundacji nie dostanę, no i w sumie co to jest 200 zł?
Aparaty. Mają już kilka lat. Też już zero refundacji, a dopłata z NFZ to grosze.
Mieszkanie. Za chwilę będzie się prosiło o remont.
Sprzęt - odpukać, na razie wszystko gra i buczy, ale kto wie, co mnie czeka.
Więc spoko - nie muszę iść na balet. Nie odchamiałam się od studiów, mogę umrzeć nieodchamiona. Zresztą mam YT i inne zabawki :)
I tak myślę.
Drugi kraniec - Łobuzy. Już nie wrzeszczą od proga, co dla nas masz, koniec z łapówkarstwem, wyrosły z tego, gdy skarcona przez ich rodziców zaczęłam przyjeżdżać z pustymi rękoma. Lecą, wieszają się na szyi, wrzeszczą, że dawno mnie nie widziały i tęsknią, kapcie w zębach niosą, i za chwilę lecą z karteczkami, gdzie jak wół stoi, że mnie kochają i że... inne takie tam.
Całą teczkę takich skarbów mam.
I nie, nikt ich już nie namawia do rysowania.
Rysują i piszą same.
Za każdą rzecz, którą dostaną, dziękują.
Jeżeli dostają zaocznie, dziękują przy następnym spotkaniu.
Ja nie pamiętam, co dostały, bo mnie to rybka, ale jak się chwalą swoimi skarbami, to pamiętają, co ode mnie i podkreślają.
I jak gdzieś jadą i kupują pierdoły, to i mi przywożą - chociażby głupi magnes na lodówkę, kupiony za własną kasę.
Dwa odrębne światy.
Więc pierdolę, będę różnicowała.
Kto bogatemu zabroni?
"Za miłość zapłać miłością, za pożądanie - pragnieniem, choć jesteś jeno ciemnością i bozym cieniem..."
True story.
No to tak se polamenciłam, ale przecież nie mogę cały czas nieszczęsnego I. dusić. I zamęczać.
Z P. sobie porozmawiam, bo pisane to: nie pisz credo na parkanie.
Jego żonie też powiem, co o tym wszystkim myślę, bo nie może mi w oczy kadzić, a na wszystko mówić, że: idź do swojego syna.
Skoro mam do niego iść, to pójdę.
I nie, do żadnych szpitali nie będę już latała z wywieszonym ozorem.
W dupie mam.
Pora zacząć dbać o siebie i swoją dupę.
Popcorn kupiony i przyglądam się z boku rekonstrukcji.
Cóż mi pozostało?
Na żadne manifestacje chodziła już nie będę, siły nie te.
Ale urlop mi się podoba.
Wysypiam się do wypęku - to fantastyczne uczucie móc poleżeć w łóżku do 9 bez stresu, że nie mam zakupów z Manhattanu, że poczta.
Pograć, nie liczyć czasu.
Wstać, poszwendać się jak smród po gaciach w piżamce.
Zastanowić się, co na śniadanko.
I co zrobić z resztą takiego pięknego dnia.
Okna ogarnięte.
Dziś był dzień zakupowo-gospodarczy, potem gotowanie - w sumie mam obiad do końca tygodnia, więc spoko.
Może jakaś mała wyprawa do miasta jutro?
Albo karton, który stoi na widoku jak wyrzut sumienia i prosi od kilku tygodni o przejrzenie zawartości?
Podanie o paszport - to nie takie proste, bo nie wiem, czy wstrzelę się z wolnym terminem na złożenie, jeszcze nie sprawdzałam.
I na serio - każdy ma prawo do swoich marzeń.
Ale nie rozumiem konieczności "jechania na urlop".
Jeździłam do UK, bo to była jedyna opcja spotkania się z chłopakami.
Fajnie było, dopóki byli singlami i balangowaliśmy. Później już nie.
A jechać teraz gdzieś, żeby siedzieć u kogoś (bo tak było jak się odsinglili), jaki to ma sens?
Siedzieć na dupie to ja mogę w domu. Mam wszystko, co lubię pod ręką.
Wszystko mogę, nic nie muszę.
Oszczędzam sobie czasu na dojazdy gdzieś tam.
Pakowania.
Zawsze czegoś albo nie zabiorę, albo zapomnę - nawet jak jadę na te parę dni na włości.
Więc nie.
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
I pogoda (nie przeklinać mnie, nie zawsze mam tak dobrze) moja ulubiona.
Jest ciepło, aczkolwiek chłodnawo :) I pada, zieleń wciąż zielona do szału, do ostatka, do dna.
Jeszcze niezakurzona.
Fakt, dla rolników ciężkie chwile.
Żywność droga i będzie droga.
Ale ja jestem choć przez chwilę, przez moment - szczęśliwa.
Home sweet home.
Ozzy odszedł. I złapałam się na tym, że ja ani Queen, ani Black Sabbath, ani innych wielkich nie ogarniam.
Więc próbuję.
Cóż, OK, fajnie.
Ale zupełnie nie moje klimaty. Może dlatego, że nie miałam za wielu okazji do słuchania muzyki za młodu? Już po czasie studiów i wiejskich potańcówek, gdzie raczej Queen nie grali? I koncertów życzeń, gdzie Black Sabbath nie istniał?
Mój ojciec szału dostawał na Czerwone Gitary i inne zespoły z tamtych lat, mówiąc: te szarpidruty...
Ja sama muzykę tak naprawdę zaczęłam odkrywać dopiero z walkmanem i innymi wynalazkami - słuchawki.
Ale i tak moje klimaty to lata 50., 60.
I nie hard rock.
Owszem, posłucham, ale się nie jaram :)
Tak jak nie jaram się niczym z ostatnich lat - nawet nie znam piosenkarzy polskich, tych ze ścianek - nazwiska obijają mi się o uszy, ale...
Jak woda po gęsi.
Denerwowałam się, jak wszyscy (w tym i jedna z moich synowych) zachwycali się Hera koka hasz LSD, że takie głębokie.
Niedawno czytałam, że wykonawczyni tego kultowego przeboju jest na odwyku.
Dziwne czasy, dziwni idole, dziwne wartości.
I tak jak lubię Kwaśniewskiego, tak wkurwia mnie, że pójdzie na zaprzysiężenie alfonsa.
Tłumaczy to: "może w raju jest tak, że każdy prezydent to jest ulubieniec, ale nie żyjemy w raju".
Za to brawa wielkie dla Wałęsy - prosty, wyśmiewany, wielki człowiek. Zna pojęcie słowa honor. „Odmawiam udziału w tym gorszącym dla mnie widowisku".
I nie, nie przemawia do mnie, że to też będzie mój prezydent.
Gówno.
Tak jak Ążej nie był nigdy moim prezydentem.
Debil.
Mam prawo mieć własne zdanie na każdy temat.
Od 2015 i 2017 jestem na emigracji wewnętrznej.
I dalej tam będę.
Bo mogę :)
Kocham Cie Stara Jedzo bo jestes dobrym i kochanym czlowiekiem
OdpowiedzUsuńMasz błędne informacje, Moniko i źle ulokowałaś uczucia :) Pozdrowionka :*
UsuńO tak, postawa Wałęsy też mi się podoba. Kwaśniewski mnie, szczerze mówiąc, mocno zdziwił i rozczarował 🤷♀️ A Komorowski stwierdził, że jeszcze nie wie czy pójdzie, bo lato jest, sezon urlopowy, wnuki i... I takie priorytety to ja bardzo szanuję 👍😄😄
OdpowiedzUsuńNo to się zgadzamy w sumie pod tym względem. Mój kolega z pracy też powiedział, że to jest prezydent, choć na niego nie głosował. I tu się różnimy. To nie jest prezydent, to jest kanalia i oszust. Nisko upadła Rzeczpospolita, dopuszczając taką gnidę do władzy.
UsuńKochana SJ! Zgadzam się z każdym Twoim słowem! Tak, nie ma miłości bez wzajemności, czy jakoś tak...duże dziecko chyba qie, co trzeba zrobić i nie miej żadnych wyrzutów sumienia ! A ja jeszcze czekam na cus z tym zaprzysiężeniem, z przeliczeniem
OdpowiedzUsuńJa już na nic nie czekam, dobrze mi na emigracji, polecam tę opcję :)
Usuń