dużo zmieniły w moim życiu.
Inżynier uświadomił sobie chyba dopiero teraz tak do końca i do bólu, co to jest śmierć. Wie już, co to, ale pierwszy raz zetknął się z nią, nawet nie namacalnie, bo to już było, i odchodziły bliskie mu osoby, ale myślę, że dotarło do niego też, bardzo boleśnie, że matka jest tylko jedna.
Lepiej, że teraz. Najgorsze jeszcze przed nim, ale nie będę pisała scenariuszy i wpadała w czarnowidztwo, bo po co?
Cieszę się życiem. Cieszymy się razem.
Te dwa wieczory były nasze, przegadane, przesiedziane, poprzytulane, jak wtedy, gdy był dzieckiem. Bo chyba się poczuł dzieckiem, chociaż obiad sobie sam odgrzał, twierdząc, że jest już mężczyzną łatwym w obsłudze, a i koszulę sobie wyprasował. Niech mu będzie... :) Ale wywlókł z szafy sowją ukochaną bluzę z dzieciństwa, nie wywaliłam jej z sentymentu, ale i zeszyć rozpruć mi się już nie chce, wbił się w nią i triumfalnie pokazał Dziewczynie na Skype... Manchester United, kibicowaliśmy zespołowi we trójkę, mój ukochany zespół obok Górnika Zabrze... Gumki w bluzie sparciały, podarta jest, a cieszył się, że może w nią wleźć, jak znalazł garnitur od Armaniego. Jak niewiele czasem trzeba do szczęścia człowiekowi.
Tych godzin nie oddam i nie zapomnę. I tych słów, które jak balsam na moją duszę leciały i leciały, i nie przestawały lecieć.
Z Pierworodnym nie mam aż tak dobrze, nigdy, choć w sumie on przyjeżdżając tu ma dla mnie więcej czasu, bo nie znika z kolegami, jest odludkiem, a Inżynier rozrywany jest na strzępki...
I rzekł: co się mama dziwi, sama mnie mama tak wychowała, mama też taka jest, i już się nie zmienię... I dziękuję mamie za wychowanie.
Nie myślałam, że kiedyś to usłyszę...
Wychowywałam ich obu identycznie, sprawiedliwie rozdzielając kije i marchewki, nie wtrącając się w ich kłótnie, pozwalając bić się na własny rachunek.
A wyszły z identycznej mąki dwa różne chleby.
Bywa. Jeden wyszedł na drożdżach, a drugi na zakwasie...
Komputerek odetchnął też z ulgą po pobieżnym, ale fachowym i najlepszym na świecie grzebaniu Inżyniera. Na resztę musi poczekać do kwietnia, wtedy Inżynier da mu popalić, a co :)
I umówieni jesteśmy na ogarnięcie moich włości, bo jak Inżynier tego nie ogarnie, to już nikt.
Jednego musi się jeszcze nauczyć - asertywności. Bo naumiałam go wszystkiego, ale asertywności nie, bo sama nauczyłam się jej całkiem niedawno.
Inżynier wleciał, jak wleciał, bo to nie była radosna okazja, ale śmierć, a ta zawsze jest nie w porę. Wleciał więc w najgorętsze dni zamykania, no i oczywiście, Stara Jędza była jedyna i niezastąpiona i pracujemy do upadku. I... Okazało się, że jednak już sobie radzę z mówieniem NIE. Uprzedziłam lojalnie kolegów, że jest jak jest, dziecko mam znienacka darowane na parę godzin i sorry Winnetou, nie mam czasu czekać na przypływ ich muz i pracuję do 17. Wicenaczelny zaprotestował: przekłada pani dobro swoje nad dobro firmy?? Spojrzałam mu w oczy i rzekłam: najważniejsza w życiu jest rodzina, nie firma. Tak, moje dziecko i te parę godzin z nim są dla mnie ważniejsze niż firma. Następnego dnia też rzekłam: wychodzę o 17. I tak uczyniłam. Dziś przyszłam do pracy i mówię: dziś mogę siedzieć do jutra, teraz jest miejsce na firmę. I co?? Zamknęliśmy śpiewająco do 15, a zazwyczaj to się kończy w okolicach 22. Firma nie poniosła uszczerbku, a ja nacieszyłam się dzieckiem.
Kiedyś bałabym się tak powiedzieć.
Teraz nie.
W sumie nawet zwolnić mnie nie mogą, co najwyżej zasugerować przejście na emeryturę.
Ale tego się już nie boję, co ma być, będzie. Spacerek po śmietnikach po puszki, a dlaczemu nie??
Nerwowałam się, bo przez ten pogrzeb nie odebrali Edka, Inżynier miał po niego jechać dziś, wykorzystując to, że ma wolne. Wstawał w nocy (też wstałam, nakarmiłam nieboraka, a co, niech wie, że ma matkę, chociaż jest łatwy w obsłudze), lądował koło 7, miał jechać do domu po transporterek i - tu się zmieniło - pan od kota chciał go podrzucić w okolice Wimbledonu, co oszczędzało wprawdzie Inżynierowi godziny jazdy, ale zmieniało widełki czasowe, bo musiał być tam do 11, no i jechał słynną z korków autostradą.
W necie wyczaiłam, że wylądowali, więc nie męczyłam, bojąc się, że zamkną trumnę.
Kopnęłam się w dupę, tłustą, kubańską, żeby nie pisać scenariuszy z jazdy po autostradzie, mając wciąż w pamięci nasz powrót z Rushden...
I doczekałam się.
Dowiózł Edka w całości i proszę Państwa, debiut Edka, błyskawiczny, w momencie dojechania :) Tylko na moim blogu, zatem oklaski :)
Lepsze fotki i dalsze sprawozdania później, bo nie będę dziś już nikogo męczyć. Trwa walka o udomowienie Aryi i Edka, mam nadzieję, że podzielą terytorium sprawiedliwie i nie będzie walk plemiennych, bo już obiecałam Inżynierowi, że za mojej kadencji wykąpię sierściuchy w wannie, we wrzątku i naumiem je moresu, niech wiedzą, skubańce, kto jest przywódcą stada. I suszarką wysuszę, a co?? Żaden TOZ mnie tam nie dorwie :D
A na razie u nich separacja od łoża i stołu, oswajają na zmianę sierściuchy, cała strategia i plan wojenny. Łącznie ze spaniem z panienką gryzącą kable i z Edkiem (jeszcze nie wiem, co potrafi) na zmianę, w osobnych łożach, za zamkniętymi drzwiami. Ojapierdolę.
Z dziećmi łatwiej było, Pierworodny wiedział, że będzie miał rodzeństwo i choć przez pierwsze dni protestował cicho, mówiąc: mamo, ona płacze, mamo ona zrobiła chyba kupę, jako że chciał mieć siostrę, a nie brata, czego nie przyjmował do wiadomości, że los mu spłatał figla, ale w końcu pogodził się z tym i...
... potem juz było z górki :)
Te dni nauczyły mnie też pogodzenia się z tym, co jest.
Analizując, rozmyślając stwierdziłam, że chociaż boli jak cholera, dobrze, że pozwoliłam im iść własną drogą.
I choć nie wszystko mi pasuje, godzę się na ich prawo do własnych błędów, bo sama też poszłam własną drogą. Chociaż teraz mam uczucie, że chciałabym mieć jakieś hamulce, nie żałuję ani chwili, którą przeżyłam.
I niech moje dzieci będą równie zadowolone z siebie i swoich wyborów, bo choć to niełatwe, piszą swoją książkę po swojemu.
I mam nadzieję, że będą ją pokazywały dalej bez wstydu.
Jako i ja...
Przez te dwa dni zasmakowałam więcej, niż gdyby został ze mną, z przymusu. A i ja teraz wiem, że udało mi się dorosnąć. Nareszcie...
A z innych nowin: Baran z Postmanem wrócili do domu, choć uzyskanie tej informacji kosztowało mnie nieco zdrowia i nerwów... Dam im popalić ;)
I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku...
Do 2 marca mam wolne, będę leżała do góry dupą i puszczała bąki.
Albo i nie. Może będę je zatrzymywała na siłę? Ale jednak nie, bo niepuszczone bąki unoszą się do mózgu i tak się rodzą posrane pomysły :)
To się jeszcze okaże...
Ale okna są umyte, no chyba że zacznę przesadzać.
Dziś kupiłam pierwsze cięte żonkile w tym roku, bo tete a tete już przekwitają...
Przesadzać mogę, wiosna blisko :P


mądra matka z Ciebie :) - to mi się nasunęło pierwsze .... bąków masz rację - nie trzyma sie bo szkodzą :)))
OdpowiedzUsuńa i ja mam żonkilki - od razu humor lepszy, prawda ?
imbirella
Dobrze jest miec w swoim plecaku zyciowym troche asertywnosci,przyznam ze mnie tez czasem ciezko jest powiedzic NIE,ale juz czesciej niz kiedys.
OdpowiedzUsuńRelacje z wlasnym dzieckiem sa najwazniejsze,prace mozna zmienic,dla dziecka trzeba miec czas,bez wzgledu na jego wiek i przekonania polityczne;)
Moja corka tez poszla wlasnymi drogami ,mamine(czyli moje) wskazowki miala w glebokim powazaniu.Coz ,sznuje jej wybory,ma swoje zycie i swoje wlasne bledy na koncie.I jestesmy najlepszymi przyjaciolkami.
Kazdy sobie fastryguje takie zycie na jakie go stac,choc szkoda ze nie zawsze mamy wplyw na wybor nici,le tam,zycie mija trzeba sie ogarnac i isc do przodu.
Kochana,glowa do gory,jeszcze duuuuzo fajnych chwil przed WAMI.
Buziam:***
Mago, widze ze sie doskonale rozumiemy. Tak, to nielatwe ale takie jest zycie. I corki troche zazdroszcze, bo ponoc one lepiej rozumieja matki :)
UsuńA ja mam wlasnie na odwrot: corka jest bardziej skryta niz syn. Owszem, przyjdzie i powie cokolwiek o sobie, jak juz jest wg. niej na dnie, ale jak tylko troche odbije, to znow trudno cokolwiek z niej wyciagnac. Jak raz powiedzialam z zalem, ze my jakos nie rozmawiamy czesto ze soba jak matka z corka, to mi powiedziala, co ci bede opowiadac jak ty sie tylko martwisz o byle co, nawet jak nie ma co sie truc, bo sprawa nie jest warta stresu. Pewnie cos w tym jest, mnie sie ciagle wydaje, ze wiele decyzji mogliby podjac inaczej, zeby nie komplikowac sobie zycia, ale poniewaz nie chce sie wtracac, to tylko sie martwie o to co jest, co bylo i co moze byc. Wiem, ze to durne, ale co zrobic jak nie daje rady inaczej? Syn mi troche wiecej mowi, ale podejrzewam, ze tez mocno kontroluje co moze, a czego nie moze powiedziec, bo matka bedzie trula, choc uwazam, ze marudzic, to chyba juz nie marudze za bardzo, ale kto to wie? W kazdym razie oni maja lepiej niz nasze pokolenie, bo nasi rodzice zapracowani na poltora etatu nie mieli nawet sily dyskutowac z dziecmi. U mnie w kazdym razie tak bylo, byly granice na wszystko i wszystko bylo jasne... Teresa
UsuńOj, przeceniasz mnie, Imbirello, wciaz popelniam bledy :) ale dziekuje, staram sie :) Tak, biedronkowe mam, wygladaly smetnie, a juz dzis rano rozzlocily mi pokoj, mala rzecz, a cieszy :)
OdpowiedzUsuńDobre i takie krótkie chwile i mogłaś dopieścić synka. Miło usłyszeć takie słowa!
OdpowiedzUsuńZdjęcie chłopaków fajne, ile wspomnień niesie! I jacy eleganccy !
A Edka nie podziwia nikt?? Przeciez tu same kociary są :> Dopieściłam do bólu, teraz juz zostają takie chwile, ale dobre są, Smakują jak rarytasy, których nie jemy na co dzień... :)
OdpowiedzUsuńZ tego wszystkiego zapomniało mi się napisać o Edku:) a co to za rasa? Brytyjski?
UsuńTak, brytyjczyk w typie Zmorkowego Ramzia... Młody, ma dopiero 4 miesiące.
UsuńWczoraj przeczytalam i sie wzruszylam, warto bylo poczekac na taki tekst, gratuluje.
OdpowiedzUsuńKot sliczny albo glaskac albo sie przygladac trudny wybor.
Dzięki za dobre słowo :)
UsuńA ja nigdy nie zapomne jak 23 letni Junior powiedzial "poki co jestes najwazniejsza kobieta w moim zyciu i nigdy nie chcialbym zrobic ci przykrosci"... ze ja sie wtedy nie rozplynelam to jest cud. Do tej pory lubimy te nasze tylko spotkania, rzadko i krotkie, ale ciagle sa.
OdpowiedzUsuńI kazde Junior konczy slowami "pamietasz? jestes najlepsza matka na swiecie".
A potem sie smiejemy, ze tymi slowami sprawdza czy jeszcze nie mam sklerozy:))))))))))))
To cudowne uczucie jak nasze dorosle dzieci majace swoje wlasne dorosle zycie, ciagle potrafia i chca znalezc czas na takie chwile.... z nami.
To prawda Star :) U nas na zapewnienie o uczuciach pada kultowy tekst: fajna ściema :) Każdy ma swoje rytuały i to jest piękne...
Usuń...kurde powazne egzystencjonalne tematy sa:),no i nie chcialam tak o Edku sie wcinac,no;)
OdpowiedzUsuńEdzio mi sie podoba ,jego pychol jest do zezarcia,taki niuniuniuniu,.....
Pisze cicho zeby moj kocio nie byl zazdrosny.
Generalnie,fajnie siercia jest miec;)
Edek też poważny temat, bo jak się nie dogada z Arya, będę miała jak w ruskim czołgu... :)
Usuńa któż nie popełnia błędów? przynajmniej masz tego świadomość, ja mam podobnie i też mnie gryzie to i owo , lecz chyba tak lepiej niż jakby bezmyślnie przechodzić przez życie,nie ? :) albo inaczej : bez refleksji :)
OdpowiedzUsuńimbirella