stoi w miejscu, Kochany Pamiętniczku, tylko mój wkurw pędzi coraz prędzej.
Miałam być we wtorek u adwokata, ale coś mu wypadło. No więc zgodziłam się na czwartek. Miała być dowolna godzina, ale jemu pasowała 13.30. OK. Chociaż to znaczy - znając mnie, że nic nie zrobię przez pól dnia, bo nie lubię mieć rozgrzebane.
Pojechałam, piździ już nie jak za cara, a jak za carycy Katarzyny na Syberii, a nie na Skieletczyźnie. W słońcu (plecki) jakby maj był, a z przodu fontanna łez (bo ślepia mi łzawią, a i wiatr paletko podwiewa). Jako że nawinął się autobus, którego nie powinno być, ale był, tom do skrzyżowania z Głogowskiej z Hetmańską dojechała 45 minut za wcześnie. Fuck. Tramwajem stamtąd to za 10 minut bym w kancelarii była.
Wzdech.
I na piechotkę, pod wiatr, pod prąd. Ale chlebek do smalczyka zanabyłam i przeszłam na słoneczną stronę ulicy, rozkoszując się słoneczkiem w plecy i rzewne łzy ocierając.
W kancelarii mimo pełznięcia byłam 15 minut przed czasem. Trudno. Przycupnęłam na krześle i czekam.
Kurwa.
Pół godziny.
Nie, u mecenasa nikogo nie było, ale...
Punktualność jest grzecznością królów, co nie?
Byłam za wcześnie, ale odczekałam karnie.
A to on mi przełożył termin. Żeby to było ciepło, połaziłabym po parku i wlazła punktualnie co do minuty.
No nic.
Okazało się, że nadal dupa. Bo instytucje nie odpowiedziały. Podejrzewam, że wysłał wszystko w ostatnich dniach.
Ale...
To, co mówił o wypełnianiu PIT, to ja lepiej wiedziałam.
No nic.
Jeszcze w niedzielę pogadam z Inżynierem i w dupie to mam.
Zeznanie złożę i w sumie jak na razie US może mnie w dupe pocałować (odpukać, bo oni się potrafią czepiać).
Ale okazuje się, że szwagier musi złożyć jakiś raport z opieki.
Pożywiom, uwidiom.
Mam już na wszystko wyjebane.
Denerwuje mnie samo życie. Wiem, Kierownik Budowy mówi, żeby nic nie czytać i nie wiedzieć. Ale tak się nie da.
Bo robią nas - jako naród - w wała na potęgę. Tak nie robili nas nawet za komuny.
Fakt, wszyscy zarabiali tyle samo, prawie tyle samo, na mieszkanie czekało się latami - ale - tylu bezdomnych nigdy nie było. I choć za pieniądze niewiele można było kupić, jakoś wielkiej nędzy nie było.
Ja sama, wywalona z domu na drugim roku studiów, no może nie tyle wywalona, co niedająca się wykorzystać ojcu, który powiedział, że grosza mi nie da, bo potrzebuje kobiecej ręki w domu (właśnie rozstał się z wielkim hukiem ze swoją drugą żoną), z 5 złotymi w kieszeni, co starczyło mi na bilet do K., dokładnie, gdzie moja chrzestna pożyczyła mi 50 zł (po latach płakała, że pożyczyła, a nie dała, a oddałam w zębach), za co pojechałam do Koziołkowa, poszłam do ZUS, odzyskałam rentę po matce, którą dotychczas brał ojciec i przepijał, dostałam na uczelni stypendium i akademik od ręki (nie przysługiwało mi, bo ojciec zarabiał doskonale), potem drugie stypendium za wyniki w nauce i... w sumie miałam na rękę miesięcznie 2700. Mój ojciec miał 2900 pensji.
Państwo premiowało mnie za naukę.
Pensję miałam już mniejszą, bo na starcie dostałam 2400, z tego musiałam wydać 1000 zł na pokój. Nie na mieszkanie, na pokój.
A potem różnie było, ale głodu nigdy nie cierpiałam, choć bywało lepiej i gorzej, kawiorem się nie zażerałam, to fakt, ale i tego w życiu posmakowałam :) Ośmiorniczki też jadłam.
Eks tak naprawdę nigdy nie pracował na cały gwizdek, a i to, co zarobił, wydawał raczej na swoje potrzeby (on też coś od życia musiał mieć - zdanie teściowej), więc wszystko i tak było na moim łbie. Do pracy wróciłam, gdy teściowa pamiętne słowa rzekła: bo w sumie to ty nie pracujesz (a ja: prasę dziesięciotonową obsługiwałam, kwiaty sztuczne po nocach robiłam, na tkaninach malowałam, sprzątaczką też byłam, elektrody do EKG robiłam, no ale - nie na etacie. Nie licząc domu na cały etat, dwójki dzieci i męża, któremu się też coś od życia należało, bo nic nie miał oprócz swojego fiacika)... Ogłoszenie znalazłam, że korektorki szukają i pomyślałam: dlaczego nie? Dzieci już były podchowane, skoczyłam na główkę. Okazało się na miejscu, że gazeta Świtalskiego. Proszę sobie wygooglować, jak kogoś interesuje: to Elektromis, Biedronki, Żabki i Czerwona Torebka. I... komputery. No i ja - niedosłysząca, bez aparatów, nieznająca kompika. Kierowniczka korekty obawiała się, że nie przypasuję do zespołu. Ale pracowała tam dziewczyna, świadek Jehowy, też niedosłysząca. Solidarność jajników i głuchych - dostałam dwa tygodnie na ogarnięcie kuwety. Taki jeden Wojtek się napatoczył, niewiele starszy od Pierworodnego, nauczył mnie błyskawicznie McIntosha. I grać mnie nauczył, w Prince of Persia. Bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka, zawsze miałam czas na granie :p
Dostałam tę pracę, urosłam w oczach dzieci, bo: nasza mama zna się na komputerach (wtedy komputer w domu to była abstrakcja, a co dopiero McIntosh) i tak już potem szło z górki.
Na tyle, że gdy Eks odszedł, odetchnęliśmy z ulgą i to były naprawdę piękne lata, chociaż nie widziałam ani złotówki alimentów, a za mieszkanie przestał płacić (to było jedyne, co dawał na dom: na mieszkanie, z renty. Miał jej jakieś 700 zł, a mieszkanie kosztowało 450).
Chłopcy byli łatwi w obsłudze, słowa skargi nie słyszałam, że ciuchy z lumpeksu, czyste były, tylko buty dostawali nowe i zawsze z górnej półki.
Łapali prace, jak się dało, żyliśmy spokojnie. Nie na szerokiej stopie, urząd skarbowy nas nie ścigał.
I dziś zarabiam identycznie prawie tyle samo, co w 1992, gdy zaczynałam pracę.
Mimo denominacji :)
Mimo tylu lat pracy.
Tyle że mam tę kasę dla siebie, już o nic się nie muszę martwić.
Jak będę miała fantazję pensję przepić, przepiję.
Za swoje piję.
Ale ojcu Rydzykowi nie dam (zresztą to nie mój ojciec, mój od lat na cmentarzu leży) :)
Przepiję, a nie dam.
A tu w tle skandale z premiami dla członków rządu i łkanie Gowina, że za 17 tys. miesięcznie nie może rodziny utrzymać.
Fuck you.
Nóż mi się w kieszeni otworzył.
Zażalenie mogę pisać na Berdyczów, a jakże.
Z innej beczki.
Zmarła Agnieszka Kotulanka. Młoda dupa.
Już przedtem media trzepały pianę, że pije, że alkoholiczka.
Cieszyłam się, że nie jestem Kotulanką, bo jak piję, to żadne media o tym nie trzepią.
Choć pewnie tak, jak i ona, do AA się kwalifikuję, ale mnie nikt nie śledzi i nie kontroluje. Do pracy jeszcze nigdy pijana nie szłam, ale kac - bez bicia się przyznaję - zdarzył się. Tak wyszło.
Zmarła.
I lecą wiadomości: że to przez picie, że nie wiadomo co, że kochanek ją rzucił, że przez to piła, że kochanek na pogrzebie był, że to skandal i obraza majestatu.
Ludzie, kurwa, nie macie co robić?
Zmarła. Jest w lepszym albo w gorszym świecie. Szczęśliwa albo i nie.
Ciszej nad tą trumną.
Na co by nie zmarła, nie ożyje.
A że kochanek był na pogrzebie?
Może było mu to do szczęścia potrzebne?
Kto wie, jak tam było?
Ciszej, kurwa, nad tą trumną.
Cieszę się, że nad moją będzie cicho.
A Radio Pogoda pięknie gra...
Rok temu pierwszego marca sadziłam bratki.
A dziś szpary w oknach obtykam.
Inżynier mnie zjechał, że żadna Emma do niego nie dojdzie, ale pracuje jutro z domu, bo śnieg będzie padał :) Cieszy mnie to niezmiernie, bo widziałam, jak się jeździ i chodzi w UK, gdy śnieg pada, choć wtedy trwało to jeden, góra dwa dni :)
Baran mówi, że u niego już śnieżyca jest i nie wie, jak do domu wróci.
A u mnie Radio Pogoda i nawet jak zawieje i zamiecie i będzie gołoledź, to na czworakach do piatki dojdę.
A do pracy dopiero w poniedziałek :D
Coś mnie rozbiera, ale mam tylko 29% wilgotności w mieszkaniu, mimo naczyń z wodą. Nie mam co prać, żeby wieszać...
Nad każdą trumna gadają,tyle,że niekoniecznie w mediach:)
OdpowiedzUsuńKuruj się,żeby Cię całkeim nie rozebrało! Sciskam , za całokształt!:))))))))
Jak miło być uściśniętą. Fakt, nad grobem Eksa też pierdoły gadali. Życie :)
UsuńKochana SJ! Podpisuję się pod Twoimi przemyśleniami obydwiema (obydwoma?) rękami - bo tylko tyle mam - serce do tego dorzucam i dobre życzenia zdrowia i wytrwałości!
OdpowiedzUsuńdziękuję, miło, że nie jestem sama w swych poglądach...
Usuńdoszłam do wniosku że ten co wymyślił pieniądze powinien się w piekle smażyć ! wszystko rozbija się o ten temat , a ja bym chciała po prostu spokojnie żyć no ale nie ...
OdpowiedzUsuńAno nie, bo nie ma gorszej nędzy jak brak pieniędzy. Trzeba do rządu się wepchnąć, do koryta, to i na waciki się co nieco weźmie... A plebsowi zawsze wiatr w oczy i dziura w kieszeni. Życie. True story.
Usuńimbirella
OdpowiedzUsuńto ja zdrowia życzę :))
i też się zgadzam z przemyśleniami Twymi, zwłaszcza co do Kotulanki
Hej,hej, co tam?
OdpowiedzUsuń