wtorek, 13 listopada 2018

Jak w diabelskim

młynie, Kochany Pamiętniczku.
Ano, takie jest życie.
Randkę miałam w sobotę, bo w niedzielę pojechali do Londynu na angielskie obchody zakończenia I wojny światowej.
Nie muszę mówić, że się nerwowałam, klnąc, bo to i Alienek mały i ona na ostatnich nogach w ciąży. No ale nic się nie działo.
Za to osobistą traumę miałam.
Bo licho mnie podkusiło, które jak wiadomo nie śpi, na pewno nie śpi z byle kim i sobie umyśliłam, że do wujka Mietka zajrzę, bo i pogoda kusiła. Wyrzuty sumienia mam, że tego tłustego zadka nie ruszam.
I pokarało mnie.
Już na przystanku musiałam znikać i lecieć na bimbę, albowiem pod wiatą skupiło się 10 żuli i - tak, wiem, to też ludzie - smród szedł taki, że na przystanku nie można było tchu złapać. A że było widać, że pojadą autobusem, wzdechnęłam i pomaszerowałam w siną dal, w siną dal.
A bimbie był jeden żul, więc przemieszczając się strategicznie uniknęłam woni Arabii.
Ale za to tłok był taki, że nawet ja nie pamiętam.
Cały Poznań jechał do centrum, a korki były jak marzenie, tylko bimby śmigały. Chytrze obliczyłam, ze dojadę prawie do celu, a tu na Podgórnej zonk.
I nic dalej nie jechało, wywalili wszystkich


 Szłam w takim tłoku do Ratajczaka, że nawet zdjęć się nie dało robić. Nienawidzę takich zbitych tłumów.


 Przez chwilę było luźniej, ale potem trafiłam w strumień idących na plac Wolności i na Święty Marcin i prący w przeciwnym kierunku tłum uczestników Biegu Niepodległości. Nie powiem, widoki radowały serducho, ale zwyczajnie się bałam, a moja klaustrofobia miała się znakomicie, bo żeby to jeszcze szło z zasadą prawej strony, nie, to był jeden wielki chaos.

 Po biegu przebierano się wszędzie, gdzie się dało :)
 A pani w kapeluszu, żywcem wyjęta ze starego filmu brała udział w inscenizacji sufrażystek.
.Marzyłam tylko o tym, żeby jechać do domu. Ale jak na złość panował taki chaos komunikacyjny, że dojechałam do domu po 2 godzinach, ciesząc się, że udało mi się ominąć paradę z okazji imienin ulicy.
Nie, to mnie przerastało.
Starzeję się gwałtownie.
Jedyny powód do zadowolenia to fakt, że moja wioska bawiła się dobrze, w przeciwieństwie do biednej stolycy, którą najechały dzikie hordy.
Nawet nie chce mi się tego komentować, bo brakuje mi słów. W sumie przesiedzialam resztę dnia przed kompem, oglądając relacje z różnych miast.
Poniedziałek przeleżałam, wstając tylko do kuchni i do WC.
Wieczorem odezwała się M., którą ostatni raz widziałam po maturze i przegadałyśmy pół nocy :)
A dziś miałam być w pracy na ósmą. I byłam.
Ogarnęłam wszystko migusiem, no bo kto, jak nie ja?
A ranek wstał cudowny.
 Niebo płonęło...

... a mój amarylis nieśmiało wygląda na ten padół.

Przed chwilą uświadomiłam sobie (w tym roku wyjątkowo szybko), że 39 lat temu, w piatek, o trzynastej powiedziałam TAK.
Po prostu stwierdzam fakt historyczny, nie odczuwam żadnych emocji.
Ot, data w kalendarzu.
Nigdy nie obchodziliśmy rocznicy, Eks nigdy nie pamiętał o żadnych świętach, rocznicach i takich tam. A ja szybko nauczyłam się niereagowania, bo szkoda było moich nerwów.
Inżynier odpisał: jak też czas leci.
Pierworodny krótko: lol.

I tak wszystko przemija,powoli, powoli, i pamięć o szczęściu, i o tym, co boli...

Kopiemy dołek dalej :) 



 

2 komentarze:

  1. Czyli dobrze że nie przyjechałam, choć chwilami miałam przebłyski by z Paskudem wpaść na rogale , no ale człowiek ustala zasady gry i muszę tańczyć jak on zagra , Paskudo upiekł keks i też świętowaliśmy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze. Nie dojechalibyście do mnie, chyba że od dupy strony, czyli autostradą, ale tam to jestem lajkonikiem i nikogo nie poprowadzę.Ale i autostrada była zakorkowana. Wszystko było jednym wielkim korkiem i trasą zmienioną :D Najpewniejsze były własne nogi, ale ten tłok i dzikie tłumy. Ojapierdolę... Ale że Pakud ĄŻ tak Ciebie słucha? :P

      Usuń