krokami nadchodzi D-Day, Kochany Pamiętniczku.
A mną miotają sprzeczne uczucia.
Alienek wczoraj właził mi w tyłek bez wazeliny, witał jak poddani Elżbietkę, a żegnał jak poddani Dianę.
Nosz...
A u mnie leń na pokładzie, palcem w bucie nie ruszyłam ani w sobotę, ani w niedzielę, usprawiedliwiając się, że jest OK, bo kurzów nie widać. Ale i tak muszę posprzątać na tip-top w czwartek, więc co sobie będę rękawy wyrywała i biednego Niechcieja męczyła.
Inżynier ma plany, a ja planów nie mam, albowiem myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny :)
Więc dziś spokojnie poszłam do pracy na 12, a każdy, kto się na mnie natknął na korytarzu, podskakiwał i pytał: a co pani tu robi.
Nosz, kurwa, następnym razem powiem, że pilnuję czy pracują :D
Siedzę w pokoju przy lampce biurkowej, bo nienawidzę górnego światła. O 17 wparowała sprzątaczka i na mój widok, jeszcze przed zapaleniem górnego światła wrzasnęła: O Jezu i podskoczyła...
No, kurwa, niech mi ktoś powie, że nie straszę :D
Ale w pracy byłam i to wcale nie tak
... bo ja porządna jestem i przed pracą nie piję.
A w kuchni D. mówi: Może się winka napijesz?
Co oni, kurwa, mają z tym popijaniem? Że naczalstwo gości częstuje, jego sprawa, ale szeregowi pracownicy?
Na zebraniu też popijali, wiem, bo brudne kieliszki stały w kuchni.
Nie, nie zazdroszczę, bo nie poszłam na zebranie, przyszłam do pracy w trakcie.
I nie, nie zazdroszczę. Bo lubię pić, jestem znanym pijakiem, ale lubię pić na luzie.
Może to już alkoholizm jest, nie wiem :D
Inżynierowa na FB rozpętała akcję, że pakujemy prezenty ekologicznie. I wyliczyła, że ekologiczne pakowanie jest droższe, jak zwykłe. No i gównoburza, bo ona musi mieć kukardkę i takie tam, a jej kumpela (ja byłam jak Szwajcaria), że szary papier nie kosztuje, sznurek konopny z metra też, że suszona cytrynka i takie tam.
Jak rzekła siostra Inżynierowej, ona jest specyficzna.
Jak coś nie, bo nie, to nie i chuj. Choć przyznaję, że z pakowania ma Nobla, ja nienawidzę pakowania i moje paczki wyglądają jak przejechane przez InterCity. Dlatego błogosławię gotowe torby, aczkolwiek klnę na ich cenę.
W każdym razie proponuję Inżynierowej
Karneciki i naklejki. Malowane ustami i nogami, ze stowarzyszenia Amun. Artystów malujących nogami i ustami. Dostaję co roku, bo wieki temu teściowa zamówiła dla Eksa i mimo moich licznych emilków wciąż Eksowi przysyłają. No, reklamowałam, że JA płacę, ale nie dotarło.Więc co roku odbieram i płacę i tak da capo al fine. To są groszowe dla mnie sprawy, a im dają żyć. Jak mnie nie będzie stać, odeślę z powrotem.
Ale Inżynierowa, że nie, bo będzie sama pisać. WTF? To tylko karnecik, tam się pisze.
Ale kij jej w oko.
Napisałam, żeby moich paczek nie opisywała.
I git majonez :P
A teraz coś, co chciałam pierdyliard razy poruszyć, ale zawsze mi wylatywało z głowy :)
Trafiłam dziś na coś takiego w necie
I nazywa się toto rajstopy zakolanówki.
Ojapierdolę.
Zmora mojej młodości.
Całe dzieciństwo cierpiałam z powodu noszenia najpierw bawełnianych rajstop, zwijających się w ruloniki. A potem były pasy do pończoch i nie, nie takie cuda wianki jak teraz, ale takie tfu, tfu.
I spódniczki mini.
Spod których te podwiązki wyłaziły, więc pasek od pończoch rolowałam aż do talii, żeby mi nic nie wyłaziło :)
No, nie były to czasy, kiedy pończoszki figlarnie wyglądały spod spódniczki, nie w mojej rzeczywistości.
Tak, w czasach peerelowskich miniówek nie od razu miałyśmy elastyczne rajstopki, jakie nosiły dziewczyny w Londku Zdroju :)
I mój ojciec, nie wiem skąd i jakimi drogami dostał dwie, słownie dwie pary rajstop tego typu co na fotce u góry.
Do dziś pamiętam: jedne na tych kolanówkach miały wzorek jak na szachownicy, popielato-czarny, a drugie niebiesko-beżowy.
Ponieważ to były rajstopy, o czym moja mama nawet nie śmiała śnić, nie wiem zresztą, czy były jej marzeniem, bo ona nosiła długie sukienki, za kolano i dostawała pończochy z Belgii albo z Francji, gdzie mieliśmy krewnych, jedwabne pończochy, w których oczka zaciągało się z należytą czcią i szacunkiem, a zakładając patrzyło, czy szew idzie prosto, godzinami zaś dyskutowało się w rodzinie nad tym, ile godzin trzeba pracować na parę pończoch w Pl, a ile na zgniłym Zachodzie i PL na tym tle wypadała nędznie jak uboga krewna...
... na nastolatkę, to ja musiałam je nosić.
Dziś szpanowałabym na ulicy i zadzierała nosa, bo kosztują takie markowe koło 60 zł, ale wtedy??
Byłam nieszczęśliwa jak cholera, ja dwie cholery, jak cały las choler, jak mawiały moje dzieci, albowiem spod spódniczki mini wychodziły mi części bez wzorka...
I nie umiałam się wtedy cieszyć z tego powodu, że jestem w awangardzie, że nikt w całym powiecie czegoś takiego nie ma, że jestem jedyna i niepowtarzalna.
Nie, nie było internetów, nie było magazynów modowych i nie wiedziałam wtedy, że jestem supermodna.
Chciałam być taka, jak moje koleżanki, a nie inna.
No i na co mi na stare lata przyszło?
Jestem inna do bólu, do szpiku kości i to mnie teraz kręci :)
Ha :)
Aczkolwiek rajstop zakolanówek nie noszę, żadnych rajstop nie noszę, bo nie ma takiego rozmiaru jak moja kubańska dupa :P
Ha :)
Wygrałam internety :D


Rajstopy zakolanowki? A wiec (wiem, wiem) rajstopy, czy zakolanowki? Bo cos mi sie wydaje, ze tu jakas sprzecznosc wynikla?
OdpowiedzUsuńNienawidze rajstop, nie moge nosic podkolanowek, bo mnie cisna, a zakolanowki to sa takie dziwolagi dla anorektyczek. Ufff! Palce mnie bola od pisania :)
Najepszego!
I wtedy, i teraz to były normalne rajstopy, a te zakolanówki są po prostu na nich namalowane :P Witaj w klubie nienawidzących. Ja kupuję skarpetki dla cukrzyków, to jedyne, co mi się w nogi nie wpija. Ale te z Manhattanu nie spełniają swojej roli, choć niby bezuciskowe. Kupuję w sklepach z zaopatrzeniem medycznym i czekam na powrót do sandałków i gołych nóg :P
OdpowiedzUsuńJa kupuje skarpetki bezgumkowe, czasami bywaja i wtedy szaleje. Tez czekam do lata :)))
OdpowiedzUsuń