wtorek, 25 kwietnia 2023

Więc

 Kochany Pamiętniczku, wiem, że nie zaczyna się zdania od więc...

Więc po zamknięciu tego wszystkiego dałam sobie dzień na oddech i dopiero w niedzielę kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę tak mocno, że wziąwszy kijki w dłoń, pomaszerowałam lewa, prawa w siną dal, w stronę słońca aż po horyzontu kres i co tam jeszcze? A, z plecaczkiem :) I dobrze uczyniłam, albowiem  krótko po tym, jak wróciłam ze spaceru słońce poszło apiać i cały pogrzeb był na nic.

Więc


Obietnica bzu, już za chwilę, za moment...



Ja nie chcę wiele, ciebie i zieleń...

Ale sama Dębina nie była przyjazna, najechała ją bowiem banda barbarzyńców, jakiś konkurs w łowieniu ryb był i ludzie prawie do stawu wjeżdżali samochodami, ktoś pisał do urzędów, kto na to zezwolił, ale ogólnie, mimo że odkrywałam nowe rzeczy na Dębinie







ogólnie chujowo było, aczkolwiek, leząc o kijkach, absolutnie się nie zmęczyłam, tyle że było mi bardzo gorąco, mimo stroju letniego :) 

Fiołki już mówią papa...


... ale wszystko jest tak świeże i tak oszalałe, że chce się żyć.

Dzięki ci, życie, że znów mogę się cieszyć wiosną - jeszcze raz.

Mój portfel zaś nie cieszy się aż tak bardzo, albowiem dzień bez nowego badylka jest dniem straconym ;) 



Za to loggia pięknieje w oczach i takie tam



 No wiosna...

I w poniedziałek znienacka Inżynier pyta, czy pracuję. Mówię, że tak, ale że do środy-czwartku tak na luzie.  Bo... SZOK...

Kalafiorkówna, niedotykalska księżniczka, tęskni za babcią i pyta, kiedy ją zobaczy.

Serio?

Uchwaliliśmy więc, że wlecą do mnie po przedszkolu we wtorek, Inżynier ode mnie dokończy robotę (pracuje w biurze, dowozi Łobuzy do przedszkola, w przerwie na lunch odwozi je do domu i dalej pracuje stamtąd, tak będzie kursował do końca czerwca).


 Się przygotowałam.

No i jak było do przewidzenia, jebło. A jakże.

SJ w euforii nagotowała w poniedziałek rosołku gar. We wtorek gar zamienił się w gar botwinki (Inżynierowa jest wrogiem buraków, nie ma opcji), a także w gar pomidorówki.
Poranna wyprawa na Manhattan zaowocowała kupnem szparagów dla nich, rzodkiewek dla Kalafiorkówny.

Wlecieli znienacka, bez uprzedzania, że jadą, w momencie, gdy walczyłam z pracową pocztą i informatykami, bo coś się wygło i akurat w tym momencie nic się nie otwierało.

Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Poczułam się znów jak trzydziestolatka, ogarniająca wszystko. Tyle że zlana byłam zimnym potem, podając na stół pomidorówkę (babcia, jaka pyszna zupa), lecąc z zapisanym hasłem do Wi-Fi do Inżyniera, odpowiadając na emilka informatyka, który chciał ode mnie ID i hasło, z którego NIGDY nie korzystałam, odpisując na emilka redaktora, włączając w łazience światło Kalafiorkównie, która do kontaktu nie sięga, dolewając Alienkowi drugi talerz, bo przepyszne było i niosąc talerz z botwinką Inżynierowi, który błagał, bo umierał z głodu...

A...

Przetrwałam apokalipsę, zwinęłam z małego pokoju szarańczę, usadziłam, skorekciłam, ubrałam Łobuzów i poszliśmy na obiecane im lody... Bo już nie padało, a lało przed chwilą...

To była bardzo fajna wycieczka, bo nawet nieusłuchana Kalafiorkówna na hasło STOP - moje albo Alienka, stawała i czekała. Bo Alienek szedł koło mnie, trajkocąc, nawet ja nie mam takiego słowotoku, jak bardzo on mnie kocha i jak lubi swoje świecące buty, jak ma na imię dinozaur i śrutututu majtki z drutu :) 

Lodziarnia była jednak zamknięta... bo za zimno. A ogłaszali się na FB, że otwierają. 

Wielka rozpacz i tragedia, bo lodów ze Stokrotki nie lubią (nie byli nigdy w Stokrotce, ale swoje wiedzą). Ale po drodze jest cukiernia i...  Gościa, który wszedł chwilę za nami wpuściłam, bo zanim wybrali co chcą, zanim zdołałam wytłumaczyć Kalafiorkównie, że nie, nie kupię jej soku, który chce, bo w domu czeka na nią otwarty sok jabłkowy i mleko, mleko, które sama wypatrzyła w lodówce i zażyczyła sobie bezapelacyjnie mleka zamiast soku (mleko stało i czekało na lepsze czasy, nie używam mleka, mam już ser, a nevermind) więc skończyło się na ciastkach z bohaterami ich bajek i na dwóch omletach (takie ciastka)...

A ja, zlana już zimnym potem, marzyłam o powrocie do domu i ogarnięciu tej kuwety...

Udało się... Pod oknami kazałam im zawołać "tata", bo bawi mnie żart rysunkowy: mamo, rzuć picie. Nie rzucę, za swoje piję...

Tata był w kuchni, usłyszał, mimo zamkniętych okien, ja tej sztuki nie posiadam (wiem, wiem, nie mam, głucha jestem) i im pokiwał, co wywołało wybuch entuzjazmu niesamowitego :) 

W windzie kolejna kłótnia, kto naciśnie guzik, niestety, Kalafiorkówna nie dorosła jeszcze do mojego piętra...

Konsumpcja słodyczy, walka z Alienkiem, że nie, nie dostanie omletu, którego nie chce Kalafiorkówna, albowiem woli banana...

I tak powoli Inżynier zakończył swój pracowy dzień, pogadaliśmy chwilę (tak to się teraz nazywa), w międzyczasie dwa oznaczenia terenu, znaczy się dwie kupy i twarde "babcia kłamiesz" Alienka na temat śladów stópek na suficie mojej łazienki (kiedy on tak wyrósł?), uzgadnianie planów na długi weekend, zbieranie badyli, których pozbywałam się z radością (Inżyniera biuro chce się zazielenić), pakowanie wziątków (Kalafiorkówna zwinęła mi talerzyk,  mama ją broniła później, ale OK, wiem, gdzie jest mój talerzyk, więc no problem, zobaczymy, co będzie dalej, może to jednak kleptomania, daję, o co prosi, ale trzeba prosić), przytulaski, machanie...

I...

 W słuchawkach leci muzyka, chata doprowadzona do stanu dziewiczego, skrobię notkę na bloga...

Każdy wiek ma swoje przywileje i prawa.

I tak, kocham Łobuzy jak głupia.

Ale za proponowane przez Tuska 1500 babciowego w życiu bym się nimi nie zajęła.

To nie na moje siły już.

To był cudny dzień i oby więcej takich. 

Jednak nie jestem już w stanie godzić pracy i dzieci (przy moich godziłam, pracowałam chałupniczo na lewo, na lewo też przepisywałam na maszynie różne prace). Ale moje dzieci na hasło mama pracuje zajmowały się zabawą, nie kłótnią o to, kto ile klocków zabrał :) 

I tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :) To był bardzo pouczający dzień.

I tak zazdroszczę Shadowhunterom trochę, bo ani nie gotują, ani nie łażą na zakupy, ani nie sprzątają, nie mówiąc już o pracy zarobkowej, a mają się znakomicie.

Tak, wiem, kolejna bajka i to dla nastolatków.

Ale kto powiedział, że jestem dorosła?





5 komentarzy:

  1. Ja mam dokladnie tak samo, kocham wnuki, ale pilnowac je? Za zadne pieniadze! Wystarcza spotkania raz na dlugi czas. Swoje trzy wiedzmy wychowalam, wyprowadzilam na ludzi, czym zuzylam caly potencjal, na wnuki juz nie styklo.
    Czy na polskim Netflixie jest film Sanktuarium (The Unholy)? U mnie wprawdzie sie pokazuje tytul i zdjecie, ale jakby filmu nie ma, nie da sie odtworzyc. W wielu krajach, szczegolnie katolickich, film jest zakazany, ale zeby w Niemczech? Nie wiem, dlaczego nie moge go odtworzyc.

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie jest i działa, ale nawet do niego nie dotarłam. Na razie bawi mnie Shadowshunter... Tak, bycie babcią to dopiero jest wyzwanie :) Wciąż widzę moją, której latami nosiłam książki z biblioteki (skończyła 3-klasową podstawówkę, unieruchomiona przez złamanie główki kości udowej), niewykształconą, ale bardzo mądrą kobietę, aczkolwiek nie pamiętam, żeby się mną kiedykolwiek opiekowała. A i moja mama mówiła, że babcia póki była zdrowa, nigdy jej ani przez moment nie pomogła. No cóż, życie. Moja rodzina jest z innej bajki, niż Twoja, Aniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na swoją nie narzekam :) Nie byłabym taka fajna,gdyby nie moje korzenie. No bo wnuczka szewca i byłego chłopa pańszczyźnianego, kończąca studia? Gdzie znaleźć taki egzemplarz?

      Usuń
    2. A ja corka dwojga ludzi po studiach, niewyksztalcona, tresowana i niedoceniana. Pelna kompleksow i z chroniczna depresja.

      Usuń