środa, 4 marca 2015

Nos

mnie wczoraj nie mylił. Nie było aż tak zimno, tylko się coś lęgło. W nocy obudziłam się rozbita na plasterki, z bolącymi mięśniami, piekącym gadrełkiem i spocona jak mysz. Ostatkiem sił powlokłam się do kuchni i sypnęłam ostatnią paczuszkę polopiryny. Rano kombinowałam, żeby do pracy zadzwonić, ale... Miał być ekstras. Na bank. Na 100 procent. Więc wydłubawszy pectosol i kolejną polopirynę, tym razem już w pigule, wciągnąwszy pół litra wywaru imbirowo-cytrynowo-miodowego poszłam na  pocztę i wysłałam listy, a potem siłą bezwładu do pracy.
I co?
Nie było nic.
Zero.
Zjadłszy więc śniadanko, powróciłam w domowe pielesze, olewając wszystko i wszystkich, i o dziwo, czuję się lepiej.
Czyli grunt się nie poddawać i mam nadzieję, że żadne świństwo nie da rady się rozwinąć, wypalone salicylanami i imbirem.
Przy okazji, szukając informacji znalazłam przepis na imbirówkę i korci mnie. Musiałabym już teraz nastawić, żeby doszła na przyjazd Inżniera.
Zastanowię się.
A dziś imieniny mojego Ojca i cioci Kazi.
Pewno tam wszyscy w niebie balują, że aż się trzęsie, jak to mieli zwyczaj tu, na ziemi.
A ja imbirem i cytryną pędzona... :)
Ale dobrze, że nie jestem chora, chorsza...

I przykro mi strasznie, że nie mogę pomóc... :( Że się tak u mnie splątało :( Ehhh....

2 komentarze:

  1. Oby cię nie rozebrało bardziej, kuracja dobrze skomponowana,to powinno pomóc!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję, nie rozebrało :) Rozebrałam się sama, ale dycham i jest lepiej :) Miłego dnia :)

    OdpowiedzUsuń