Ani się obejrzę, a zląduje mi Inżynier i będzie się działo.
Nie pojechalam na giełdę, bo skoro Dziewczyna jest w pracy, to Inżynier tradycyjnie zaprosił mnie na dziesiątą... A że wiem, że i On swoje plany ma, to uległam. Nigdy nie umiałam się mu oprzeć ;)
Czekając na tradycyjne połączenie o tradycyjnej godzinie (te nasze tradycje) dorwałam się do szafki z szufladami, w której wszystko leżało w stanie takim, w jakim wrzuciłam po remoncie. A że to już dwa lata za niedługo miną, w szafce misz-masz nieziemski. Popatrzyłam na te pociemniałe sztućce (w szafce innej cała skrzynia sztućców leży, ojapierdolę, choć dzieciom już dałam i to sporo), załamałam cudne rączki i uszykowałam miskę z folią aluminiową, solą i gorącą wodą. I sruuuu tam sztućce. Te srebrne i posrebrzane, of course, przy okazji znalazłam dwa pudełka widelczyków do ciast, nówki nieśmigane, pozłacane, ojapierdolę i inne cuda wianki. Sprzątam zatem pracowicie i nagle słabo mi. Coś śmierdzi, i mroczki mi latają. Bąka ani jednego nie puściłam, więc ki diabeł. Jako nowoczesna kobieta lezę do wujka G. i co ja paczę?? Siarkowodór wyprodukowałam :D Dobrze, że chaupki w powietrze nie wysadziłam. Dotąd czyściłam srebra zawsze latem i wywalałam na balkon... Z chemii byłam noga, więc wyszło jak wyszło :)
Pogawędka owocna była i zatkała mi dziurę w pamięci. Inżynier był wtedy na Wielkanoc, wleciał i wyleciał, a Smoleńsk był po Wielkanocy... Tym niemniej lazłam po badyle, bo wciąż widzę się z bukietami odbierającą SMS. Więc szalałam jak zawsze, bo i na Wielkanoc badyle były, i po :> I że cieżko ma, wciąż się uczy i że jakbym mu tych 7 stów nie pożałowała na kurs miałby łatwiej z obywatelstwem. Tyle, że ja kurde, wtedy tych 7 stów nie miałam. Że się uczy, uczy... No ja wciąż się uczę, taki zawód. Jakby został lekarzem, jak chciał jego ojciec, też by się do usranej śmierci uczył...Mówię, że ja w jego wieku ogarniałam dwójkę dzieci, w tym Jego dopiero co urodzonego, a on na to: mam dwa koty, to jak dzieci. Wiem, wiem, narażę się kociarom, ale to KURWA nie to samo. Nawet dziś. Może jak ochłonę, ale co tam, dzieci dziś, a dzieci wtedy... Nie, żebym deprecjonowała macierzyństwo, zawsze jest trudne, ale KURWA, mieć dziś koty i kupować dla nich OSOBNE kuwety na Amazonie, a moje stanie w kolejkach i wszystko na kartki i takie tam...Jak urodziłam pierworodnego nie miałam żadnej pralki, prałam pieluchy w rękach!!!! Trzy dni po porodzie, mój Eks był ponad to!!! Uśmiechnęłam się, bo co mam zrobić, nie zrobię wykładu o trudach życia, ale... :) Jestem idealną matką, co nie?? Uśmiech na ustach choć w sercu ból... Nie było neta, gdzie mogłam się na blogu wyżalić, jak ciężkie jest życie. Byłam sama z moim życiem, mój Ojciec ograniczył się do postawienia skrzynki piwa na kredyt z okazji urodzin wnuka, a mój Brat zwyczajnie zapil, A ja, Matka Polka, pić mogę teraz. Bo już nic NIE MUSZĘ.
Ale revenons a nos moutons!
Polecę wstępnie na przełomie lipca i sierpnia, jeszcze muszę Barana zapytać, czy mu pasuje, jak nie to polecę na krócej, bo w W. nie chcę wiekować. Wystarczy mi tydzień z kotami :) Choć ponoć sie skubane uspokoiły i leją się tylko jak moi chłopcy. Na własny rachunek. Więc im się po prostu nie opłaca D:
Inżynier znów kombinuje... Za to go kocham. Nie przeinstaluje mi systemu na 10, bo za wcześnie, ale obada co i jak i chce kupić nowy dysk. To dziecko wie, czego matce trzeba, a już zwłaszcza starej i zwariowanej :) I chyba jednak dam kasę, bo powiedział, że nieważne ile dam, ale kasa to kasa. To sobie tak myślę: kasa kasą, ale te łupki kupię :)
W końcu to Kierownik Budowy i Jego Dziewczyna :D Ona jest - z mojego punktu widzenia - Bohaterką. Ale życie naumiało mnie niemieszania się...
I tak miło pogawędziwszy, znalazłam się w elitarnym gronie niecałych 5% mieszkańców mojej wioski, którzy do popołudnia głosowali. Chodzę na wybory od niedawna, bo mój jeden głos ma swoją siłę. U nas w wyborach startuje ten palant, co mnie w oczy kłuł tym bannerem na balkonie (nie wygrał wtedy), mało tego, startuje jego syn. Widać, że do koryta ciągną. Więc poszłam i zagłosowalam. Przedtem poszperałam po ulotkach i w necie, i co mi tam. Mój krzyżyk to mój krzyżyk i już.
A potem [się śmierdzi, wiem, zgłupłam, przed randką z Inżynierem mało, że włos zmierzwiony przeczesałam, choć moja kumpela zawsze mówiła, że na grzebieniu oszczędzam, nie, że taka łysa, bo wtedy jeszcze łysa nie byłam, ale włoski mam takie, że czesane czy nie - jeden pierun w rabarbar (rzewień, znaczy się po polsku), strzelił, to jeszcze się perfumem psiknęłam, ale chwaląc matkę za zadbanie nie poczuł, skubany, że jak zawsze ładnie pachnie] poleciałam na jarmark. I okazało się, że jak Kaziuk był całą gębą i ojapierdolę, tak ten Jarmark Wielkanocny to hmmm.... I podwójny nawias mi wyszedł, ojapierdolę :D
Taki sobie był, trzy stragany na krzyż i chleb za 28 zł za bochenek. Nie sądzę, żebym zdołała taki bochenek zjeść do Gwiazdki, a po Gwiazdce to już moja szczęka by mu rady nie dała, więc wyszłam z jarmarku nie wydawszy ani grosika. Świeczek mam od groma i 10 zyla za świeczuszkę z ekologicznego wosku, po której musze tak samo wietrzyć, jak po każdej innej, nie, dziękuję, postoję.
Zauważyłam na Starym Rynku
... mój ukochany rzygacz. Pomachałam mu wiosennie łapką...
... i karteczkę na bruku :) Nie wiem skąd się tam wzięła, obstawiam, że to z akcji promocji mięsa wieprzowego, finansowanej z kasy rolników-hododwców... A takie tam informacje zawodowe...
... i prawie paryski kranik... :) Cudze chwalicie, swego nie znacie... Można pić, ewenement u nas...

I miasto było dziś biało-niebieskie, bo Lech gra z Legią. A że ci kolorowi szli bez obstawy policji i nikt ich nie prał, mniemam, że to jakiś zaprzyjaźniony klub. Obstawiam Arkę Gdynia, bo ja w kopanej lajkonikiem jestem, choć: w górę serca niech zwycięża Lech Kolejorz, ale: Manchester United my love :)
I Cezar był, ale nie dosłyszałam, czy mówił "et tu, Brute, contra me?" :)
Obejrzałam sobie na koniec tę bywszą Modę Polską i gacie mi opadły. Chyba mam za słabą gumkę. Dobrze, że dżinsy trzymały...
Tu się akurat zgadzam, Nawet za cenę nierozgrzeszenia...
a i im te gacie na szpagacie, co je niedawno widziałam opadły. Szpagat pękł... Smutne, bardzo smutne.
W świetle tego, co się dzieje.
Czuję atmosferę 1939 r., no ale ja pojebana jestem.
I mam koszmary.
Więc..
Polazłam w stronę słońca, do wujka Mietka, jak coś niech się smarkacz stara mnie przeprowadzić bezboleśnie, a i o Inżyniera, Pierworodnego, Małą Wiedźmę, Papryczka i całą resztę dba, w końcu powinien się wziąć do roboty, co nie??.
Siostrzenica sześćdziesiątki dociągnęla, a On się - nie z własnej woli, cóż - wyprowadził do lepszego świata - mając 21 wiosenek (zim?? lat??), więc wujaszku, a gdzie szacunek dla moich siwych włosów i ten balkonik i takie tam? :)
I koło Opery już
widać i czuć wiosnę, choć fontanna jeszcze nieczynna. Ale i tak się przydaje.
I niech mi nikt nie mówi, że poznaniacy to ludzie bez fantazji...
W Zakopanem magistracie wiszą gacie na szpagacie, a u nas na bogato. Adidaski, psiakrew :D




















atmosfera przedwojnia powiadasz ? - mam podobnie .....
OdpowiedzUsuńimbirella
Wpis - pyszny, choc z tym przedwojniem troche straszno. Posadzilam reszte bratkow w 2 wielkie donice, w nocy bylo -2°C i nic im sie nie stalo, nawet glowek nie pochylily, wiec Dorko, wierz mi, nie musisz swoich opatulac na noc kocykiem, oszczedzaj sily na maszerowanie. Teresa
OdpowiedzUsuń