sobota, 21 marca 2015

Założyłam, że

będę spała do usranej śmierci. Dobił mnie ostatni dzień, nie ma co ukrywać. Fajnie było, w sumie nie mam co narzekać, ale ja taki model jestem, że zapracować się na amen to i owszem, lubię, ale czekać na pracę i nie mieć co robić, no weź, dobij, nie dręcz. Wszyscy latali z obłędem w oczach, aż strach było na co poniektórych patrzeć, zdawało się, że wybuchną. Ano, jedna pani poszła na zwolnienie, a pan na zastępstwie, aczkolwiek geniusz, nie znał jednego prostego słowa NIE. Zatem co chwila ktoś mu srał na łeb, gość rzucał to co robił i brał się za wersję srającego i... Pani by sobie tak nie dała. Ja też nie daję. Robię to co robię i nie wzrusza mnie łkanie, że "mnie jutro nie będzie". Trudno, posiedzisz dzisiaj. Ja też siedzę przez nieróbstwo i niezorganizowanie wszystkich, więc mi to rybka, że ktoś raz musi poczekać na swoją kolej.
Srali mi na łeb kiedyś, ale się skończyło.
Wracając zaś do naszych baranów, jak mówią bracia Francuzi, nie spałam. Obudziłam się o 7, wszak weekend, to trzeba wcześnie wstać i pogadałam ze Zmorką w kwestii nieszczęsnego noża. Odebrałam wczorajszą wiadomość od Cynobera. Nie, nie mam dziś czasu dla nikogo, już mam plany. Sorry, Winnteou :D
Nie rzeknę, co myślę, bo... damą jestem, choć nie wyglądam.
A umyśliłam sobie, że z lekka burdel ogarnę, bo rzut oka w kalendarz zjeżył mi włosy na łysinie :) A jeszcze chcę do Umarlaków.
No cóż, łazić, łażę, ale nie jestem już nastolatką i czuję się, robiąc wszystko, jakbym miała na sobie ołowiany fartuch od RTG.
Zatem: zaliczyłam nieśpiesznie Manhattan i tam

ajfonikiem trzasnęłam na straganie, ojapierdolę. Ojapierdolę, że już w marcu, no i ojapierdolę, że nie miałam aparatu.
Zakupiwszy, co trzeba, żeby przeżyć, zaczęłam realizować punkt 2. Na początku założyłam, że pomyję wszystkie okna, ale potem puknęłam się w ten siwy głupi łeb, no bo co ja będę dzieciom rodzonym i przyszywanym święta psuć pogrzebem??
Mierzę siły na zamiary.
Zatem umyłam kuchenne okno, co zajęło mi raptem 15 minut (pękłam z dumy), posadziłam kolejne bratki i jedną stokrotkę (opieranie się bratkom i młodej włoszczyźnie przerasta mnie) i zabrałam się za mycie lodówki. Pora najwyższa była. Potem wzięłam się za szafki w kuchni i nie, nie ogarnęłam wszystkich, tylko jedzeniowe. Naczynia jeszcze dychają. Ojapierdolę, zapasy mam, że hohohoho, samego cukru ze 3 kilo (nie słodzę i nie piekę)... :) Ale posegregowane, poupychane, poukładane i od razu lepiej. Herbaty powinno mi starczyć do końca życia, no ale może się mylę...
Trzy prania, ale to pestka, bo tym się zajmuje Cukiereczek, robię tylko za wieszaczkę.
Pozmieniałam obrusy i wystrój na jajeczno-baziowo-bukszpanowy. Omiotłam wszystko, nie nie spojrzeniem, ale odkurzaczem, mopem i tadam...
W Lidlu kupiłam w ramach "pocieszajki" rękawicę z mikrofibry (jakoś mam hmmm... sceptyczne podejście do niej), z jednej strony grubą, z drugiej cieńką i tadam, łazienka to był błysk i świst, i gotowe.
Zatem jak widać pobawiłam się w PPD. Nie do końca, bo dwa okna jeszcze czekają, ale oj tam, oj tam.
Jak się sprężę, polecę jutro na giełdę po badyle dla Umarlaków i pewno coś znów przytacham.
Zboczona jestem.
Wiem.
I dobrze mi z tym :D

I właśnie mi się przypomniało, jak 10 kwietnia 5 lat temu lazłam sobie z giełdy, z naręczem kwiatów (zaszalałam), dzień był piękny, słoneczny, muzyka w słuchawkach i ten SMS od Cynobera. Wszystkie strony padły, ale miałam jeszcze wtedy TV , więc włączyłam, i niestety, to był fakt.
I przerwa w życiorysie...
Czy byłam wtedy sama?? Chyba nie, bo ubiegłoroczna Wielkanoc była pierwszą samotną.
Inżynier był wtedy w Szwecji, ale nie pamiętam, kiedy przyleciał i czy w ogóle przyleciał. Nic. Dupa. Czarna.
I dlatego cenię Cię bardzo, Kochany Pamiętniczku, bo jak kiedyś gdzieś wyczytałam, wieki temu i zapadło mi w pamięci:
Wszystko jest tak kruche, tak ulotne. Pisać, by ocalić coś, co przemija... Może miłość...
Ale teraz już jestem stara i wiem, że ocalić trzeba przede wszystkim siebie, a pisanie to dobry sposób na to.
Z nadzieją, że ocaleje ten piękny świat dla moich wnuków i prawnuków, pisała będę.
Do końca...

5 komentarzy:

  1. no potrafisz pisać więc pisz , ja kiedyś też tak traktowałam bloga , teraz hmm nie potrafię wszystkiego napisać , i nie chodzi mi o gramatyczną stronę bo z tym zawsze byłam na bakier , nigdy nie byłam wylewna , ale teraz zupełnie się zamknęłam
    kuchnię ogarnęłam już w tygodniu , dziś machnęłam dwa okna i kurdesz deszcz pada ! pierdolę to wszystko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dzieki za uznanie, Zmorencjo. I Ty tez pisz, no masz swoj niepowtarzalny styl :)

      Usuń
  2. To my siostry w kwestii kwiecia, znow dokupilam bratkow, ale garnek, w ktorym chcialam je posadzic, Chlop po lecie tak dobrze schowal, ze cala sobote go szukalismy i nie ma, pod ziemie sie zapadl chyba i dzisiaj glowkuje do czego je wsadzic, bo ladna donice z Polski szkoda mi dac, (moga ukrasc, bo to od ulicy), a zwykle duze dalam Mlodej. I tez mam dylemat, maly, ale jednak.
    Ps wczoraj caly dzien jakies licho nie wpuszczalo mnie do Ciebie... Teresa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paskudne licho ;) No ;) Kwiaty to rsensjs zycia, sadze je nawet w starym akwarium :)

      Usuń
    2. Teraz widzę, co napisałam jadąc autobusem i bez okularów :) Miało być "sens życia" :)

      Usuń