sobota, 7 marca 2015

Szybko

biegną dni przed siebie :)
Transakcja książkowa niezwykle udana :)
Miałam obawy, ale poszło gładko,  wracam w krainę lat czytania pod kordełką, chociaż teraz już oczywiście nie będę czytała pod kordełką, bo kto mi powie: pora spać?? Nie ma opcji :)


 Ogarnęłam też znienacka chaupkę, mając na względzie, że Cygaństwo jutro wpadnie i czasu będzie mało na wszystko.
I dobrze. Niech ta leniwa kubańska dupa coraz większa się rusza...
Spało się świetnie, bo pranie się suszyło, znaczy się, klimat był odpowiedni...
Obudziłam się rano i przeciągając się, zamarzyłam: bratki. Oczęta ślepe zamknęłam i widziałam bratki.
Ale cóż proza życia: kąpiel, zmiana pościeli, zeszło.
I poleciałam na Manhattan, myśląc, że wciąż kocham cię jak Irlandię...  A ty się temu nie dziwisz, wiesz dobrze, co byłoby dalej, jakbyśmy byli szczęśliwi, gdybyś nie kochał mnie wcale...
I co ja paczę??
Facet od pomidorków ZNÓW rozstawił się na brzegu Manhattanu. Nie, nie miał pomidorków, ale miał bratki i stokrotki. W ogóle na całym Manhattanie więcej było badyli dziś, jak manhattanowych rzeczy codziennych, nawet peerlowskie goździki były za całe 2 zeta sztuka. Nie skusiłam się na nic, bo wszystkie ceny wyjechane w kosmos, 1,5 za tulipana, a w Biedronce 7 sztuk za 5,50 :)  Bankomat, zakupy i pruję do bratków. Mówię gościowi, że miło go widzieć po tak długiej przerwie, ale nie dał się nabrać na Starojędzowe słodkie słówka :D Zakupiłam zatem 10 sztuk bratków w ramach Dnia Kobiet (bo niby skoro o mnie nikt nie dba i nie traktuje jak kobiety, to dlaczemu sama nie mogę??). Zapytałam o pomidorki, ale rzekł, że jeszcze trzeba poczekać.
Zatem z bratkami ruszyłam w siną dal... Stój, nie przesadzaj... Do domu, zdejmując poszczególne części garderoby, bo słoneczko grzało coraz mocniej, ale jakoś nikt nie był strip-teasem w moim wykonaniu zainteresowany. Znaczy się, kariery na rurze już nie zrobię :D
W domu okazało się, że jestem Starą Jędzą bez ziemi.
Ziemia zniknęła.
Houston mamy problem...
Ale Lidl blisko.
Niestety, w Lidlu ziemia się skończyła, więc bogatsza o dwa bukiety pieścichłopów, a co 5,55, okazja, poleciałam do galerii i do Biedronki, gdzie za 3,20 nabyłam 20 litrów ziemi :)
Ojapierdolę.
Wpadłam do chaupki, przekąsiłam, nastawiłam zupki i czekałam na Cyganów.
Wpadli, o dziwo, niewiele spóźnieni.
I jak dorwałam Sówkę, My Little OWL, działo się tyle, że ani Sikora, która namiętnie cyka Sówce fotki, ani ja, która ponoć w cykaniu fotek prześcignęłam - zdaniem Inżyniera - Japończyków, nie strzeliłyśmy ani jednej fotki z historycznej wizyty Little Owl u babci Yody :D Sówka jest PRZESÓWCZONA. Kochana, mądra, inteligentna, łatwa w obsłudze i gada z babcią całkiem rozsądnie. I takie wałeczki ma tu i tam, że nic, tylko na grilla albo do piekarnika i z sosem czosnkowym. Z trudem się powstrzymalam, bo oj tam, oj tam, naczekałam się na nią i... Niech skruszeje, zęby już nie te... A może i do piwka dorośnie?? Kto wie... Co ja się tam będę rozpływała, można zazdrościć do woli, że mi się wnusia tak udała :D Oj tam, oj tam, ledwo raz zapłakala, a tak cud miód i maliny. Nawet plotkować przy niej można.
O...
Jak wyjeżdżali z AK. Wtedy Sikora była przytomna i jebnęła fotkę.
I sushi mi przywieźli, Sikorzej roboty, ojapierdolę, ale dobre. Na kolację zeżarłam.
Wszystko, co dobre szybko się kończy, to i wpadli, wypadli i pojechali, bo Sówka to już prawnuczka, więc pradziadkowie swoje prawa mają, a ja się biła nie będę.
Ogarnęłam zatem z lekka balkon, bo i butelek po Łomży miodowej się trochę zebrało i inne takie tam, wiadomo, zima była...
I tadam...

Od razu chce się żyć. W skrzynkę "stacjonarną" na poręczy balkonu jeszcze nie sadzę, bo jej nie zdejmę, a te w razie przymrozków wciągnę do mieszkania.
W piątek, jadąc autobusem widziałam już w zaroślach całkiem duże pąki liściowe, więc na razie zmartwienie, trapiące mnie każdej jesieni: czy aby zobaczę znów świeżą zieleń, odeszło ociupinkę dalej...

I tak warto żyć...
A jutro Kaziuk jest i mam nadzieję, że Niechciej pozwoli mi z domu wyjść.
No co, ile można się kisić, tym bardziej, że obiad na cały tydzień jest ugotowany??

9 komentarzy:

  1. o to pięknej pogody życzę na Kaziuka !!! bartki bardzo fajne są :-) no i okna ! muszę w końcu i moje umyć , zastanawiam się czy młotkiem :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Z serca życzyłaś, piękne słońce u mnie :) okna brudne, ale będę myć dopiero po 20, bez przesadyzmu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Prekursorko bratkowa,ja w końcu też się skuszę nie ma to tamto,wczoraj na mieście to stali też z prymulkami i ciętymi kwiatkami,ale jak to z takiej okazji to od razu drożej,niech się wypchają! W leclerku jeszcze nie otworzyli działu ogrodniczego a tam najczesciej kupuję,więc czekam:)

    Udanej niedzieli i Kaziuka.Przybliż proszę, co to za święto?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wileńskie. Z okazji imienin Kazimierza, który to patronem Wilna był. Taki jarmark jest u nas i można cepeliny zjeść i inne smakołyki z Wilna. Lubię atmosferę :)

      Usuń
    2. :) Dziękuję. Smacznego!

      Usuń
    3. Wyjątkowo smaczny w tym roku był, aż żałowałam, że dwóch nie kupiłam :)

      Usuń
  4. Sóweczka Dobrochna sam mniód,śliczności,ach jakie piękne te Twoje wnuczęta;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. A jaka cwana gapa, nie do wiary, Ale też kochana i wyczekana latami, to inaczej być nie może ;)

      Usuń
  5. Maluszek cudny, choc Twoje rodzone tez uroda nie ustepuja, a jesli jeszcze milusne, to czegoz chciec wiecej. U mnie na razie bratki takie raczej rachityczne widzialam, wiec nie zakupilam. Jutro jedziemy do Auchan'a, moze tam beda ladniejsze i tansze. Moj ostatni bukiet roz z Aldi stal 2 bite tygodnie w pieknym stanie, wiec znow zajrze do tego zacnego sklepu po kwiatki na stol. Podziwiam Cie, za to, ze tak dreptasz zajadle codziennie, mnie sie jakos nie chce, no wiem, ze to niedobrze, wiem... Dzisiaj piekna pogoda (16°C), wiec po poludniu pojde jednak kijkowac... Teresa

    OdpowiedzUsuń