poniedziałek, 9 marca 2015

Staję się

brutalna i nieobliczalna. Dziś rankiem, mrużąc kaprawe oczęta od słońca, które wlalo się szerokim strumieniem, jak tylko nieco podciągnęłam roletkę (nie wstając zresztą z wyrka), spojrzałam zezem na siedzącego w nogach Niechcieja i  rzekłam surowo: musimy pogadać jak czekista z czekistą. Zlekceważył to, zachichotał szyderczo. Bo on jeszcze nie zna Starej Jędzy tak jak ja.
No nic. Poleciałam do pracy, zbierając kroczki na pedometrze, odebrałam różę od Bossa (osobistą) i większą różę od kolegów. Zjedliśmy


i po zebraniu stało się jasne, że ludzie dziś raczej pracowali nie będą, zatem nic nikomu nie mówiąc, wyszłam po angielsku i w domu miałam już na liczniku 9100 kroków. Ładnie...
A w domu siedział rechocący Niechciej.
Wrzasnęłam na niego, że ma się stąd wynosić, pókim dobra, bo jak nie to za pierze i na powietrze świeże...
Rechotał.
Hmmm...
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
Pootwierałam więc okna i drzwi balkonowe, zakręciwszy uprzednio ogrzewanie, siusiu, herbatka, badylki do wody, takie tam, rączki oczywiście obowiązkowo na starcie, wygarnęłam z szafki adidaski, chwyciłam w dłoń kijki, a na plecy zarzuciłam plecaczek i w polarku z podwiniętymi rękawkami poleciałam w siną dal...
I...
... zaraz za rogiem uśmiechnęła się do mnie wiosna :)
I ja sie do niej uśmiechnęłam, nie mogąc zapomnieć biednego Niechcieja, który kopniety w leniwą dupę łkał przy śmietniku, tam gdzie jego miejsce.
Ale co to??
Zabłądziłam zaraz po wyjściu, bo...





Ktoś mi okolicę podmienił!!!
Nie było mnie tu?? Może ze trzy miesiące? Ostatni raz jakoś w listopadzie lazłam tu na spacer, potem mnie nie było, a potem Niechciej rządził.
Kurde, gdzie ja jestem??

A ta chaupa to ani chybi nowy kościół/ Nie podoba mi się, wygląda jak skrzyżowanie cygańskiej chałupy z jakąś szkoła na wsi, nic nie odbierając szkole...
Poszłam więc na Dębinę, piękną w promieniach słońca, ludzie spacerowali, grzali się na ławeczkach, bobry cięły drzewo, ale bez zoomu nie miałam szans zrobić fotki, telefonem się nie da.

I tak, wzrok jak jechałam autobusem mnie nie mylił, są już pierwsze liście.

Obleciałam na Endomondo tyle, a pedometr pokazał 15 245 kroków :)
Wróciłam zmęczona i szczęśliwa i o dziwo, ucięłam sobie drzemkę, nie mogłam się przemóc. Ale zasłużyłam na nią uczciwie :D
Teraz bolą mnie mięśnie, ale to dobry i zdrowy ból.
I mogę lec z książeczką, śmiejąc się z wywalonego Niechcieja.

Mam nadzieję, że nie wróci, Kochany Pamiętniczku, bo co mi po takim niedołędze??

5 komentarzy:

  1. ścieżkę rowerową Wam zrobili piękną !
    a na ostatnim zdjęciu ten zielony wykres to praca Twojego serca ??? hihihi
    znowu miałaś fajny dzień :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, co to za dziw, czy na pewno ścieżka rowerowa, raczej nie. Ciąg pieszo jezdny już tam jest, więc skąd ścieżka? Okolicy nie poznaję ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję* szalona kobieto:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wow, ale się nadreptałaś! Gdzieś czytałam, że codziennie powinno się zrobić 9-1000 kroków dla zdrowia. A Ty wyrobiłaś normę za półtora dnia :)
    Pedometr masz oddzielnie, czy apka w telefonie?

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam i tak, i tak. W telefonie mam Endomondo, ale żre baterię i teraz jest upierdliwe, pamiętać, żeby je wyłączać, jak czymś jadę... Bo mam trasę łączoną, łażąco-jeżdżącą. Więc wolę zwykły pedometr, jest uczciwszy w mierzeniu. Zresztą nie biję rekordów, łaże na oko ;)

    OdpowiedzUsuń