już po styczniu, Kochany Pamiętniczku.
Po trzech dniach, kiedy kiblowałam po 12 godzin przed kompem, po dwóch dniach, kiedy nie mogłam ze zmęczenia spać (po fizycznym mogę, po takim mózgowym nie), czyli po pięknym ostatnim tygodniu, kiedy pokutowałam za grzechy osób, mających pełne gęby "wiecie, rozumiecie, jak należy traktować pracownika", gdzie teoria rozmija się z praktyką na kilometr...
Jestem wolna!
Znów freelancer.
W emilku ustawiłam tak:
Uprzejmie informuję, że grudniową normę godzin wyrobiłam z górką (tylko przypominam, że pracuję na pół etatu, nie na cały), zatem wracam do pracy w styczniu po urlopie. Do 7 stycznia jestem poza siecią, kiedyś trzeba :)
Życzę wszystkim spokojnego przeżywania świąt i owocnej pracy tym, którzy pracować muszą, by nie musiał pracować ktoś :)
Nie podpisał mi jeszcze styczniowego urlopu, ale mam za ten rok jeszcze 10 dni, więc zanim się zorientuje, że mnie potrzebuje, pewno podpisze.
Zrobiłam tak za poradą Inżyniera. Bo faktycznie, godziny mam wyrobione, nawet nie mam nadgodzin jak odebrać, za pracę w czasie poprzedniego urlopu znów zapomniał mi zapłacić, a ja mam dość czołgania się i przypominania, że moja praca też jest ważna. Obiecanki marketingu spisałam na straty, ugryzą się w dupę next time, bo nawet jednej strony im nie zrobię (osoby tam zatrudnione nie mają zielonego pojęcia o pisaniu czegokolwiek, pomijając już to, że pensje mają wyjebane w Kosmos). No a ja, cóż, ja tylko... czytam. Nie pracuję, czytam.
Niech tak już zostanie.
Rzygam na odległość wszystkim, trzykrotnym "tylko czytaniem" wywiadu z nowym ministrem, chociaż ten, akurat, na tle poprzedników, których ogarniałam od 13 lat niegłupi jest i gadał z sensem. Po autoryzacji, gdyby nie posłał do III korekty, poszedłby tren Ukrainy, zamiast teren. Niby nic, co nie? Tego AI nie wychwyci... :) Jeden mały błąd, a jaka radocha. Ale ile można do wyrzygu czytać blablabla i jeszcze widzieć błędy?
Jedyny plus home office - mam ogarniętą chałupę i nie, nie robię żadnych świątecznych porządków.
Mam taki porządek, jaki mi odpowiada na co dzień.
Inspekcji szukającej kurzu po kątach i porządku w szafach - nie wpuszczam.
Obawiam się, że przy obecnych temperaturach i Jezusek będzie się musiał urodzić, mimo tego, że okien nie umyłam.
Jak się nie urodzi - wola boska i skrzypce, świąt nie będzie przez te moje jebane okna.
Nie takie świat dramaty zna, są gorsze.
Wieżę Eiffla, do której Inżynier wcisnął mi baterie, a którą dostałam od Zmorki, postawiłam na oknie i niech wkurwia sąsiadów z sąsiednich bloków, którzy nie zasłaniają swoich okien i mają jebiące w Kosmos żarówy. Ja przez to muszę spuszczać rolety, a nie chce mi się :)
Moje światełka świąteczne, o ile mrugają, mrugają w spokojnym cyklu :) Wieża Eiffla napierdala jak króliczek Duracella :P
Denerwują mnie te jebiące zewsząd światła, a i nauka rzecze, że ten świetlny smog jest niezdrowy dla człowieka :)
Dla moich oczu, które jednak mają lepsze i gorsze dni - ma to znaczenie - tak wychodzi szydło z worka.
Inżynier będzie miał jutro w domu 15 osobników małoletnich (17 z Kalafiorkówną i z Alienkiem), albowiem nowomodnym zwyczajem robią urodziny Kalafiorkówny, która na ten padół łez zlądowała niefortunnie 26 grudnia :) A że z kasą krucho, a dziecię bywa na innych imprezach, więc robią w domu, nie w jakimś innym miejscu. Chapeau bas.
Kolejna impreza będzie już dla rodziny 30 grudnia, nie wiem, dlaczego ten dzień wybrali - mniejsza w większym, już zapowiedziałam, że dojadę i odjadę sama, zbiorkomem.
Żal mi dziecka, jeżdżącego 140 km, żeby mnie dowieźć. Może i jestem głupia, ale cóż, ten model tak ma.
Prezenty ogarnęłam już wczesną jesienią, na raty, więc mój portfel nie ucierpi :)
A w całym tym pracowym kotle wleciał do mnie Pierworodny znienacka.
Peszek, bo właśnie myłam uszy (znaczy się wkładki do aparatów), mokrych nie założę, więc wyciągnęłam stare aparaty, okazało się, że głupia ja, baterie niby odłączone, ale niewyjęte, zesrały się. Ogarnęłam, ale... Stare aparaty są jednak gorsze. I przez używanie tych protez jedynie z Inżynierem rozmawiam swobodnie - z nimi, czy bez nich. Bo to moje dziecię wciąż mówi do mnie, jak dawniej - bezgłośnie (jak nie mam aparatów, nie słyszę, co mówi) i układając perfekcyjnie usta...
Mniejsza z większym, z wlecenia Pierworodnego, poza podziękowaniem od Papryczka za urodzinowy wziątek, z którego był bardzo zadowolony (no ja sądzę), nic nie wynikało, poza tym, że mu przedłużyli umowę na dwa lata po okresie próbnym (jak zwykle we wszystkich firmach, przedłużą, ile mogą, potem wyjebią i apiać od nowa, dlatego chciałam w obecnej umowę na stałe od razu i mam), premii świątecznej (super, że dostał), ogarnęłam wszystkie operacje logistyczne w magazynie i inne sranie w banie. Nawet matki nie zapytał, jak się czuje, ale już się zdążyłam do tego przyzwyczaić. Sprawdził, matka dycha, wybył, jak przyszedł komentarz, bo musiałby poczekać, aż matka skorekci, a przyszedł na zakupy :)
Widzimy się za tydzień, a jakże...
Tydzień szybko zleci, mam dużo planów, ale może po prostu wyciągnę się na fotelu, po wypłaceniu kasy na dołożenie do drobiazgów dla starszej bandy?
I będę miała wyjebane na wszystko?
Oczywiście, zgromadziwszy uprzednio zapas dobrego alkoholu, bo nie ma to jak wino w lodówce się chłodzi ;)
Bo niestety, same święta w pisiorskim towarzystwie to chyba jeszcze gorsze niż zamykanie ukochanej gazetki.
Teść Inżyniera na moją radość na FB, że jednak górą moi, skomentował: obyś tego nie żałowała.
A na wigilii będzie więcej pisiorów.
Wiem, nie poruszamy tematów politycznych.
Morda w kubeł i czekamy aż się pisiory wyniosą, a my przy grzańcu ponarzekamy na trudy sprzątania po nich.
Tak się zastanawiam, czy jestem normalna.
Ale - patrząc na walec sprzątający - komisję smoleńską zwariowanego Antka, kurator Basieńkę, masturbującą się w osobnym pokoju, ochronę policji spod willi na Żoliborzu, mając za sobą zrównoważone wypowiedzi nowego ministra rolnictwa (przerabiałam ich tylu bełkocących nie na temat, że ten jest prawie ideałem), regulowanie religii w szkołach (nie na chama, konkordat zobowiązuje jednak państwo) - patrzę na wszystko z lekkim optymizmem.
Znów czuję się Polką.
Europejką.
Mną, która pierwszy raz lecąc do UK, wyrobiła sobie paszport nie dlatego, że musiała.
Ale że chciałam, bo jedyny paszport, jaki miałam - załatwiony, z układów rodzinnych Eksa, nie ukrywam, w czasie stanu wojennego na wyjazd do DE, o który potem pytał mąż mojej ówczesnej szefowej, agent SB, o czym wiedzieliśmy wszyscy, musiałam oddać.
Tamten paszport dostałam jako kaleka, głuchoniema.
Kaleki puszczano bez żalu. I wiele trudu kosztowało nas wytłumaczenie trzyletniemu wówczas Pierworodnemu na granicy, dlaczego mama, na co dzień trajkocąca jak karabin maszynowy nie może z nim rozmawiać.
Bo jest głuchoniema :)
Mój niedosłuch zamieniony na kalectwo, pozwolił mi zwiedzić kawałek Europy :)
Wróciłam, bo to jest moja ojczyzna, nie uległam namowom, by zostać w krainie mlekiem i miodem płynącej, w DE:)
Dzięki mojemu kalectwu wróciłam, ale to long story. Dziś już nie opiszę, bo pora późna.
I nie, nie żałuję, aczkolwiek było i pod górkę, i pod wiatr.
Dzieci są szczęśliwe, ja mam swoje miejsce na Ziemi.
I te padnięte bratki na balkonie :P
Wtedy, lecąc do UK lata temu czułam się wolna, pokazując paszport, nie dowód, bo byłam WOLNA :) Bo to był mój wybór.
I tak chcę się czuć nadal, nawet jeżeli już nigdy nigdzie za granicę nie pojadę.
Za to mam obiecane, że jak będą moje prochy rozsypywać na ogródku, to Łobuzy zrobią z nich ładną kompozycję.
Jakie to pocieszające, co nie, Kochany Pamiętniczku...
Będę się wiła wężykiem albo innym zawijasem :)
Tadam :)
Najważniejsze, że już nie będą musieli z Ciebie usypywać wzorku w osiem gwiazdek. :-DDD
OdpowiedzUsuńNo właśnie, tylko to się liczy. Będą mieli swobodę twórczą :)
UsuńChociaż hasło wciąż jest aktualne, więc kto wie :P
Usuń