dobry, bardzo dobry tydzień, Kochany Pamiętniczku.
Albowiem olałam ciepłym strumieniem moczu koleżeństwo, uważające, że skoro z domu to jestem non stop w pracy.
Se słali, a to pierwszą, a to trzecią, a to już w PDF wersję. Zakładają, że miałam urlop. To się zdziwią, gdy okaże się, że nie, po prostu pracuję na pół etatu i zgodnie z wolą Bossa wtedy, kiedy robimy gazetkę. A wcześniej mogą mnie w pompkę. Miałam 1,5 tygodnia wolnego i tego się trzymałam :)
Jakie to piękne uczucie wstać i nie lecieć, ale sunąć majestatycznie na Manhattan, delektować się i potem
TADAM
Porządek jaki taki w kuchni zrobić. Wyszło przepyszne i będę sama żarła, bo w nosie mam proszenie, żeby ktoś coś wziął.
Mniejsza z większym, poradzę sobie.
A po kuchennym szaleństwie, kiedy to nawet popełniłam
z jeżynami, a jeżyny wielkie, dorodne i słodkie jak miód...
... przyszła kolej na dojrzenie do otwierania rzeczy nieotwieranych od lat.
I tak prawie że kręgosłup mi wysiadł od ślęczenia nad papierzyskami, a rezultat jest taki, że ogarnięte mam kilka pudełek po butach, a i to nie jest nawet 1/10 tego bajzlu. Ale najważniejsze, że powoli zaczyna się coś z tego chaosu wyłaniać, w jednym miejscu są już najważniejsze papierzyska w tym domu, czyli wszystko, co dotyczy mieszkania, bo to po mnie zostanie, w śmietniku wylądowała masa zawiadomień ze spółdzielni, o kolejnych rozliczeniach, podwyżkach i innych pierdołach. Bo na co to komu, kto to będzie analizował, a wiadomo, że jak się wyrzuca papiery, trzeba każdy oglądać. Więc założona jest czarna teczka dla mieszkania, dosłownie, czarna i razem z nią papierzyska z PZU. Bo wiadomo, pogrzeb sam się nie sfinansuje. Ubezpieczenie mikre, ale powinno im starczyć, bo nie ma być żadnych cudów wianków. Żadnych orkiestr, czarnych dywanów i tłumów. I butelka wina, wspominać mnie miło i nie smucić się.
Bo mam piękne życie i nacieszyłam się nim, wiele dobrego w nim było, a to co złe, to bierz to czart :)
Jako produkt uboczny tych prac był bajzel w chałupce
i wkurw, bo niby wiedziałam, co na kupce leży, ale w którymś momencie wszystko mi się kićkało.
Tyle że chłopakom założyłam osobne teczki, gdzie lądowały rzeczy, które się im należą jak psu zupa i na których im zależy. Jak Inżynierowi na kalendarzyku ze swojej budy, a mnie tak opierdala za chomikowanie, ale swoje przydasie z rozkoszą oglądnął, do kumpli pisał, żeby uściślić co to i skąd, a na zapytanie, czy wywalamy, czy zostawiamy
zresztą retoryczne, bo wiedziałam, co powie, oburzył się szczerze, że jak to, oryginalny kultowy Windows, a ja to chcę wywalić? :) Hahahaha, a tuś mi bratku, tu cię złapałam ;)
No a ja
nie wyrzucę przecież tego, to zostało po siostrze mojej Mamy.
To też już kawał historii, jak ogarnę, to porozmawiam z nimi, czy chcą, czy oddać do muzeum, bo coś takiego wyrzucić, to grzech.
I taki świstek się zaplątał w szpargałach
Nie mieliśmy nigdy własnego mieszkania ani domu, mieszkaliśmy w służbowym mieszkaniu Mamy. Po jej śmierci mieszkaliśmy tam nadal, to był stary budynek szkoły. Gdy ojciec zmarł, a mieszkał tam (teoretycznie, bo ostatnie lata życia spędził w Poznaniu) do śmierci, budynek rozebrano i teraz na jego miejscu stoi nowa szkoła.
Rachunek z roku 1954.
Czyli tak stary jak ja :)
I pamiętnik cioci, sztambuch, jeszcze z czasów okupacji.
Kartki, kruche, ludzi nie znam absolutnie, ale jak coś takiego wyrzucić.
I wiele notatek, bazgrołów, wypracowania Inżyniera, Pierworodnego, ich karty ocen. Inżynier dziś to odebrał i on, śmiejący się ze wszystkiego, studiował te kartki i zachwycał się tym, że z religii ma same szóstki :) No cóż, był i ministrantem, i lektorem, w innych szpargałach ma nawet medal lektorski. Żył tym wtedy, a teraz szykuje się do apostazji.
Życie.
A na mnie czekają dwa kartony z grubsza przebranych zdjęć i mozolne ich opisywanie. Bo jak nie opiszę, a nie wszystko pamiętam - ludzi tak, dat nie, to zostaną anonimowe zdjęcia nieznanych ludzi, których już nikt nie skojarzy.
Bo znalazłam zdjęcie mojej babci - mamy mojego ojca
szukałam go od dawna. Ma na nim jakieś 80 lat, a ja jestem coraz bardziej do niej podobna. Fizycznie. Miała tylko cztery klasy podstawówki, urodziła 13 dzieci, ale charakterna była. I mądra. Złośliwa. Asertywna. Wszystkie te najlepsze cechy mam po niej :) Przeczytała wszystkie książki w naszej bibliotece, zanim wyprowadziła się do swojej córki - wiem, bo to ja jej nosiłam te książki, ona sama chodzić nie mogła lata całe, złamała biodro. Moja babcia, Katarzyna. Jedyna, jaką znałam, bo od mamy miałam tylko jej macochę i kontakt prawie żaden.
I dziadka Wawrzyńca, męża Katarzyny znalazłam, jedyne zdjęcie
Powstaniec wielkopolski. Protoplasta całej linii alkoholików, nie da się ukryć. Sam za kołnierz nie wylewał i zmarł przed moim narodzeniem.
No cóż, nie fałszuję historii :)
I takie zdjęcie
z warsztatu mojego drugiego dziadka, który był mistrzem szewskim. Obok niego stoi brat mojej Mamy, ten, który zginął w Mauthausen, bo dziadek Volkslisty nie chciał podpisać, a syn był klerykiem.
Takie tam zakręcone rodzinne historie.
Staram się to ogarnąć, bo znam je tylko ja. No i trochę moje dzieci, bo wbrew pozorom, słuchają, co mówię, a i okazało się, że swoim dzieciom też przekazują.
Wreszcie wpadła do mnie Mała Wiedźma i to był bardzo owocny dzień i fajne pogaduszki. Chociaż przeraża mnie stan jej zdrowia. I to, co mówi. Ale nic na to nie mogę, nic nie jest proste.
Ale bardzo interesuje się historią rodziny, słucha, analizuje. Nie wiem, czy dotrze kiedyś do bloga, czy ogarnie, bo gdy pokazałam jej książkę wydaną z okazji 50-lecia matury mojej Mamy, w której wydrukowano moje o niej wspomnienie (prosili o to organizatorzy, Mama nie dożyła tego), poczytała niecałą stronę i powiedziała, że dużo napisałam... Nie lubi czytać po polsku, a wyjazd z UK, wyrwanie jej z korzeniami stamtąd jednak odbiło się znacząco na jej psychice. Jestem pełna obaw, ale cóż...
Jest jak jest, głową muru nie przebiję.
Grzegorz odzywa się, ale dziwne to jest, a i Inżynier nie jest dalej tym zachwycony, obawia się o mnie.
Ja zaś, dopóki to nie wykracza poza netowe ramy, mam na to wyrąbane, dla mnie też to wszystko jest dziwne.
No ale fizycznych namiarów na mnie nie ma, a ja nie jestem skora do przenoszenia internetów na real, jak mi coś nie pasuje.
Będzie dobrze.
A i znienacka Inżynier się dziś wprosił na obiad z Łobuzami, bo Inżynierowa potrzebowała spokoju do ogarnięcia papierkologii w nowej pracy.
Więc to była udana sobota, choć zmęczona jestem jak koń po Wielkiej Pardubickiej, bo gotowałam, nie zamawiałam. Zamawiane kosztuje już 3 razy tyle, co swoje, a mam dzięki temu jedzenie na pierwsze dni powrotu do pracy, więc spoko. Nie ma już takich upałów, dałam radę.
I zostałam dopieszczona, aczkolwiek Kalafiorkówna na propozycję przytulaska przytomnie odrzekła: nie, dziękuję. Poczekaj, przyjdzie Alienek, to cię przytuli. I faktycznie, mało, że przytulił, to pocałował i dał się podrapać po pleckach zadartą skórką od paznokcia, po czym rzekł: a wiesz, że cię kocham?
Cóż więcej chcieć od życia?
Darowałam Inżynierowi półgodzinną drzemkę.
Ogarnęliśmy odwołanie kredytu odnawialnego, który wzięłam na wszelki wypadek, jak im się nie domykała budowa.
We wtorek jest piknik integracyjny w firmie.
I przez to znów się poprzesuwał harmonogram.
Ale za to wiem, że 13 i mam święty spokój.
Piknik olewam.
Ale i tak jest cudnie.
Niech tego nie usłyszy szczęście.
Niech trwa.
I ta piękna polska jesień.
Kiedyś miałam włosy jak kasztany.
Już nie mam, ale cieszę się, że wciąż mogę polować na kasztany, które wkrótce zaczną lecieć jak rudy grad...













To naprawdę dobry tydzień! moj też, bo od25. jesteśmy w Kołobrzegu i odkrylam, ze znow mnie cos cieszy, a myślalam, ze to juz totalna anhedonia.Po powrocie zrobię porządek w papierach! Mobilizujesz!
OdpowiedzUsuńNaprawdę? Dopiszę do listy życiowych zasług :) Dziękuję :) I powodzenia w papierkologii...
UsuńU nas kasztanowce przedstawiaja zalosny widok, wszystkie zaatakowane przez szrotówka kasztanowcowiaczka, liscie brazowe, pokurczone juz od czerwca i tak co roku.
OdpowiedzUsuńNie tak dawno robilam z mama podobne selekcje, wyrzucalysmy jej 80% szpargalow i pamiatek, ja nie mam tu gdzie tego przechowywac. Oj, nielatwo likwidowac gospodarstwo domowe. Moglam sie zrewanzowac, bo swego czasu mama likwidowala nasze, kiedy wyjechalismy do Niemiec, chyba jeszcze z pol roku oplacala komorne, bo nie mielismy 100% pewnosci, czy zostaniemy, a kiedy decyzja zapadla, zaczela likwidowac. Obie z mama jestesmy z gatunku, ktory nie wyrzuca zbyt pochopnie, wiec sporo bylo nazbierane.
No i znów mamy wspólny wątek w życiorysie :)
UsuńTe zdjecia, karteluszki i pamietniki sa bezcenne! Podpisuj wszystko bo pojdzie w zapomnienie.... tez takie porzadki przede mna, ale poki co nie skonczylam tych grubszych. Ciuchy posortowane, w opakowaniach na zamki, reszta rzeczy czeka na sprzatacza wene. Papiery beda ostatnie. Czesc zeskanuje, czesc wyrzuce, inne powpinam do segregatorow... pamietniki spalilam, zdjecia z mlodosci w duzej czesci tez, uznalam ze nie lubilam tego czasu i nie ma czego wspominac.
OdpowiedzUsuńMam w planie spisac testament, nawet u notariusza. Chce byc skremowana i pochowana osobno. Nie z moja rodzina. No i psine komus zapisze, jakby cos mi sie stalo niespodziewanie. Kiedys myslalam ze nagla smierc jest okropna, wszyscy zszokowani. Dzis mysle, ze to blogoslawienstwo. Zadnego szpitala, lezenia, demencji, pampersow. Moze tak mi sie uda?
Atka
Zapisuję, ale kto to będzie czytał? Inżynier wie, że piszę, ale powiedział, że nie chce czytać. A Mała Wiedźma, z myślą o której zaczęłam to pisać, gdy posunęłam jej mój wpis w księdze z okazji zjazdu na 50-lecie matury mojej mamy, spojrzała pobieżnie na zapisane kartki i rzekła: aż tyle napisałaś, jak? Papryczek też nieskory do czytania, a Łobuzy na razie mozolnie składają bukwy :) Więc to tak sobie a muzom jest :)
UsuńNiech się spełni Twoje życzenie :)
Dodam, ze mimo szybkiej smierci, zycze sobie zeby byla lagodna i nie dramatyczna. Moze we snie, moze inaczej, szybko i bez bolu. Takze dla ogolu, bo jednak jakies koszmarne wypadki itd. to sieja potem spustoszenie w ludziach, ktorzy pozostali.
UsuńDziekuje! I Amen!
Atka